KTO RATUJE JEDNO ŻYCIE RATUJE CAŁY ŚWIAT

II Niedziela Adwentu
9 grudnia 2012

W polskich więzieniach jest obecnie ponad 90.000 skazanych. I wcale nie ubywa. Co gorsza, jak ktoś już popełni przestępstwo, pójdzie na odsiadkę, wyjdzie na wolność, niestety bardzo często wraca do przestępstwa. Siedmiu na dziesięciu więźniów ląduje z powrotem w aresztach.
Bernarda Ollivier poznałem wiosną tego roku. W wieku 60 lat, system emerytalny odsunął go na margines, dostał emeryturę i mógł spokojnie czekać na śmierć. Wówczas przyszedł mu do głowy pomysł szalony i genialny. Zdecydował się samotnie przejść Jedwabny Szlak, na pieszo. Wyruszył ze Stambułu i po przebyciu dwunastu tysięcy kilometrów dotarł do Xian, starożytnej stolicy Chin. „Wydawało mi się, że wszystko kończy się dla mnie wraz z emeryturą. Wyruszając w drogę z zamiarem przeżycia szalonej przygody, wymyśliłem sobie inne życie … Piesza wyprawa to gest w stronę samego siebie, poszukiwanie w sobie sił, których nam brakuje wtedy, kiedy już nikt nie potrafi przyjść nam z pomocą”. Wędrowanie stało się odtąd pasją francuskiego dziennikarza, kilka razy przeszedł także Drogę Jakubową, od Pirenejów do sanktuarium w Santiago de Compostela. Tam znalazł natchnienie do „Progu”, pomysłu na pomoc młodym więźniom.
„Próg” polega na tym, że młody człowiek popełniający przestępstwo (lub już za nie skazany) dostaje propozycję trzymiesięcznego marszu, w towarzystwie starszego cicerone. Uczestnicy projektu idą od Pirenejów do Santiago i z powrotem. Po drodze następuje dogłębne przepracowanie systemu wartości młodego przestępcy, próba skonstruowania nowej wizji życia. Francuski Próg trwa już od ponad 10 lat. Można więc zweryfikować jego skuteczność. I tu zaniemówiłem – 8 na 10 „nielatów” nie wraca na drogę przestępczości!!! To czemu nie mogą zaradzić zastępy terapeutów i wychowawców, można zrobić przez najstarszą i najprostszą metodę, poprzez oddziaływanie człowiek – człowiek.
Metoda wymyślona przez Bernarda z trudem przyjmowała się we Francji. Żartem komentował, że to kwestia francuskiej „świętej zasady ostrożności”. Kilka wieków wcześniej niejaki Antoine Augustin Parmentier przez 20 lat przekonywał rodaków do jedzenia kartofli, a lekarze z czasów wynalezienia szczepionek na cholerę i wściekliznę przez Ludwika Pasteur, zarzekali się, że „Mikroby owego pana Pasteur nigdy nie dostaną się do naszych szpitali!”
W Talmudzie znajdziemy znane i przepiękne zdanie – „Jeśli człowiek niszczy jedno życie, to jest tak, jak gdyby zniszczył cały świat. A jeśli człowiek ratuje jedno życie, to jest tak, jak gdyby uratował cały świat”.
Bernard Ollivier uratował życie wielu ludzi. To, co Bóg uczynił poprzez Wcielenie swojego Syna, kontynuują dzisiaj szaleni, odważni i pomysłowi ludzie.

PS. 1. Więcej o „Progu” i życiu Bernarda znajdziecie w jego autobiograficznej książce „Życie zaczyna się po sześćdziesiątce. Inspirująca opowieść o nadziei, odwadze i radości życia.” Wydawnictwo Literackie, 2011.

PS. 2. Francuski „Próg” w polskiej wersji (pochwalonej przez Bernarda) startuje w 2013 roku, w Lublinie. Więcej znajdziecie tutaj – http://postis.pl/nowa-droga-dla-mlodocianych-wiezniow/ .

PS. 3. W Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

PS.4 – Kazanie w wersji dźwiękowej znajdziecie na stronie www.itinerarium.pl

Kazanie

Itinerarium , , , , , , , , , , , , ,

WDZIĘCZNOŚĆ MARII

Sobota 8 grudnia 2012

Mijamy na ulicach ludzi, którzy wyciągają ręce po nasze złotówki. Nie wiemy czy dajemy na chleb czy na tanie wino.

Moja znajoma, wcale nie za bogata, ale zdolna i zaradna, co pewien czas dostaje jakieś pieniądze. Zwykle są to premie lub nagrody za wygrane w różnych twórczych konkursach. Co ludzie robią w takich sytuacjach? Opijają sukces, leje się wino i koniak.
Maria zadziwiła mnie swoją filozofią, którą zamienia w czyn. Twierdzi, że talent otrzymała za darmo od Pana Boga i nie bardzo jak ma się Mu odwdzięczyć. Kiedy dostała w nagrodę tysiąc złotych, jedną dziesiątą, stówkę, zaniosła rodzinie z wyższego piętra. „Tam jest piątka dzieci, ja mam jedno, więc na pewno im się przydadzą pieniądze”.
I tak z talentu Marii ucieszył się pan na wózku inwalidzkim, który sprzedaje na pobliskim targu cebulę i czosnek. Pieniądze trafiły też do rodzeństwa z domu dziecka, które akurat się usamodzielniało, przy niewielkiej dotacji ze strony państwa.
Maria prowadzi swój jednoosobowy Ośrodek Pomocy Siostrzanej i Braterskiej od ponad ćwierć wieku. Nigdy nie daje pieniędzy na ulicy. Sama wychwytuje ludzi, którym warto pomóc. Rozdaje swoje nagrody po „rozpoznaniu”. Kiedy powiedziałem jej, że to co robi jest niezwykłe, zdziwiła się. „No chyba większość ludzi tak postępuje, nie?”Pan Bóg po „rozpoznaniu” sytuacji na ziemi, zdecydował się dać nam Syna, i tak się Boże Narodzenie stało faktem w naszej historii. Tamto historyczne dokonało się przez Marię z Nazaretu. A trwa nadal przez Marię z Lublina i tysiące innych bezimiennych naśladowców Pana Boga. Więcej szczęścia jest w dawaniu (choćby stówki) niźli w braniu (choćby tysiączłotowej nagrody).
PS.1 W Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.
PS. 2 Dziś Uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP – kazanie w wersji dźwiękowej znajdziecie na stroniewww.itinerarium.pl

KAZANIE

Itinerarium , , , , , ,

PADACZKA NIE WYBIERA CZASU

Piątek 7 grudnia 2012

Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci. W ceremonii zaślubin formuła ta oznacza deklarację dozgonnego trwania przy drugiej osobie, bez względu na to, co życie przyniesie. No i to jest jasne, oczywiste.
Bernarda i Kasię połączyła studencka miłość, ten sam uniwersytet, podobne spojrzenie na życie. Podjęli decyzję o małżeństwie, ruszyły przygotowania. Do ślubu pozostały cztery miesiące. Któregoś dnia Kasia zaczęła się wić z bólu, dostała dziwnych drgawek. Pogotowie, szpital, badania. I wreszcie diagnoza. Paskudna wersja padaczki, mogącej prowadzić do paraliżu, marne perspektywy na rodzicielstwo.
Rodzice Bernarda poprosili go na poważną rozmowę i jasno wyłożyli sprzeciw wobec planowanego związku. Bernard nigdy nie mówił za wiele, ale w tamtych dniach tylko słuchał i szczypał się w długą brodę. W takiej to niby rozmowie niby milczeniu wysłuchiwał naszych mądrych porad i sugestii, byliśmy wszyscy przecież mądrzy, rozdyskutowani i kompetentni. Przecież kończyliśmy studia!
Bernard zakończył sprawę krótko: „Co za różnica, przed ślubem czy po ślubie. Padaczka nie wybiera czasu. A ja wybrałem Kasię od początku naszej miłości.” Nie wiem czy byłem na jakimkolwiek ślubie, kiedy podczas przyrzeczenia małżeńskiego w kościele panowałaby taka cisza. Wszyscy czekaliśmy na słowa: „oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci”.
Bohaterowie dzisiejszych wspomnień są już dziś dziadkami. Kasia, cudem czy nie cudem, urodziła córeczkę. Paraliż dopadł ją trzy lata po ślubie. Bernard od tego czasu pcha wózek inwalidzki, na którym siedzi Kasia.
Nie piszę scenariuszy do filmów, ale życie nauczyło mnie podziwu dla ludzkiej wierności i nadziei. A Boże Narodzenie? Zdarza się wszędzie tam, gdzie trwamy wiernie i do końca przy drugim człowieku. Rzadko to Narodzenie przychodzi 24 grudnia, ale zdarzyło się w przypadku złośliwej padaczki.

PS. Przypominam, że w Adwencie będę opowiadał w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , ,

ŚWIĘTA BEZ WALDKA

Czwartek 6 grudnia 2012

Waldek nie żyje od czterech lat. Pochowaliśmy go w grudniowe popołudnie, dość licznie, bo Waldek miał mimo wszystko wielu znajomych.
Latem zwykł przesiadywać na ruchliwym deptaku i drapać się po nogach. Podwijał spodnie i kiedy drapał się po jednej nodze, drugą obsiadywały muchy i pałaszowały rozkładające się mięso w ranach. Na początku wpadłem w przerażenie, jak widziałem robactwo obiadujące na ludzkich nogach. Pan doktor jednak uspokoił: „To najlepsze, co może go spotkać. Muchy zjedzą tylko martwe, zgangreniałe mięsko. One go ratują, czyszczą mu kończyny!” Zimą Waldek wynajdywał jakieś kosmate czapy i puchowe kurtki i zwinięty w kłębie szmat naciągał przechodniów na parę złotych. Na piwo albo wino.
Rodzinę, pracę i dom tracił po kolei. Pił, stracił pracę. Pił, odeszła żona. Pił, nastąpiła eksmisja. Kilka razy trafiał na odwyk, wydawało się, że wychodzi z dołka. A potem znów lądował na ulicy. Opowiadał, że dwu czy trzykrotnie rozpoznał w kolorowym tłumie przechodzącym na deptaku, własną córkę. Studiowała na katolickim uniwersytecie. I wtedy pragnął zapaść się pod ziemię.
Waldek dawał się lubić, do mnie mówił „Księciuniu”, pieszczotliwie prawie. Dwa razy jedliśmy wspólnie wigilię. Uwielbiał wolontariuszy z Gorącego Patrolu, zwłaszcza dziewczyny. Czasem w mgnieniu autorefleksji wyznawał: „Cholera, jak ja śmierdzę …” To akurat była prawda.
Ciało Waldka znaleziono w zwykłym kanale, przykrytym ciężkim metalowym włazem. Zginął w tak zwanych „niewyjaśnionych okolicznościach”. Był honorowym bezdomnym, nigdy nie wchodził do kanałów, zwłaszcza do tych ze ściekami. To nie był jego styl. On lubił pogadać, zaczepić ludzi, zażartować. W kanałach siedzą mruki i gbury. Prokuratura nie wysiliła się, szybko umorzyła śledztwo.
Co roku, w pobliżu daty śmierci Waldka, modlę się za niego. Po ludzku nie dał rady, przegrał.
A dlaczego ta historia wiąże się z Bożym Narodzeniem? Gdyby nie Waldek, gdyby nie alkoholicy, gdyby nie złodzieje, gdyby nie bezdomni, gdyby nie grzesznicy, nie byłoby Bożego Narodzenia. Jezus narodził się właśnie dla tych, którzy sobie w życiu nie poradzili, którzy „źle się mają”. Bez Waldka nie byłoby Bożego Narodzenia.
PS. Przypominam, że a Adwencie będę opowiadał historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , ,

ESEMES BOŻONARODZENIOWY

Środa 5 grudnia 2012

Skrzynki nadawcze i odbiorcze telefonów komórkowych zawierają różne krótkie wiadomości. Myślę, że wielu z was przechowuje znaczące esemesy, mimo upływu czasu. W jednym z aparatów mam bożonarodzeniowego esesesa. Z kwietnia.
Treść jest następująca: „Jesteśmy. Pamiętamy. Czuwamy. Młodzież z Lublina z Janem Pawłem II. Dziś 17.00 Plac Litewski. 19.00 Archikatedra. Weź świecę i żółtą chustkę. Przekaż dalej.” Takiego esemesa wysłałem do ponad 30 osób rano w sobotę 2 kwietnia 2005 roku, dokładnie o godzinie 9:21:22. Wieści z Watykanu były coraz gorsze, narastało przeczucie, że to ostatnie godziny Papieża. Po mniej więcej godzinie przyszedł do mnie esemes z identyczną treścią, jak tą którą sam wysłałem. „Podaj dalej” zadziałało. Byłem pewien, że o 17.00 na Placu będą ludzie, którzy o Janie Pawle II pamiętają i będą chcieli wyrazić solidarność z Nim. Rzeczywiście kilka tysięcy, nie tylko młodych ludzi, stawiło się ze świecami i w chustkach. A potem już przez cały tydzień, modlitwa, marsze do miejsc odwiedzanych przez Papieża, eksplozja Pokolenia JPII.
Czemu tamtego kwietnia było Boże Narodzenie? Przyznajmy, przez większość naszych dni żyjemy przymuleni, w jakiejś zaćmie, przesłonięci czymś w rodzaju hinduistycznej maji (rzeczywistość materialna zakrywająca głębię życia). Nie dotykamy życia, prześlizgujemy się po powierzchni, z ludźmi ledwo się stykamy, rzadko albo wcale jednoczymy, odbijamy się od kolejnych dni trochę jak piłeczka pingpongowa. Wtedy, w kwietniu, przed ponad siedmiu laty, mówiliśmy o rzeczach ważnych, przypominaliśmy pasterzy z Betlejem obudzonych do życia przez szalone wieści od aniołów.
Boże Narodzenie, nieważne kwietniowe, lipcowe czy grudniowe, wyzwala w nas prawdziwe życie, mocną i świeżą energię, pełnię serca i kipiącą radość. Święta, zamiast Bożego Narodzenia, przymulą nas jeszcze bardziej, karpiem, śledziami, opłatkiem, anielskimi włosami i
siankiem pod obrusem.

PS. Przypominam, że w Adwencie będę opowiadał w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , , ,

Z SZELIGI DO MWANGA

Wtorek 4 grudnia 2012
(albo kazanie na Barbórkę)

Wieś Szeliga na głębokim Roztoczu znana jest tylko naprawdę wytrawnym szperaczom. Daleko stamtąd do szosy, szkoły, kościoła i świata. Heniek mieszkał na skraju tej zagubionej osady, z rodzicami i sześciorgiem rodzeństwa. Woda w studni (do dziś), małe kilkuhektarowe gospodarstwa, nieustanne i trudne wiązanie końca z końcem. Z Szeligi wszyscy wyjeżdżali i wyjeżdżają jak najszybciej, po naukę, za pracą, do cywilizacji.
Heniek wyjechał dwa lata po podstawówce, skończył właśnie siedemnaście lat. Pracę znalazł w kopalni na Bogdance. To już był inny, lepszy świat, bo choć robota ciężka, to było trochę pieniędzy i pokoik w robotniczym hotelu. Stanowisko najpodlejsze – rabunkarz, czyli górnik przodowy, ten, co rąbie ścianę z węglem. Pył, brud, czarno, duszno. Na tyle mógł liczyć robotnik niewykwalifikowany.
Do duszpasterstwa Heniek zaczął przychodzić z nudów ale i po to, żeby popatrzeć i posłuchać ludzi. Spodobało mu się. Nie za bardzo się odzywał, bo przychodziła młodzież z liceum, na studiach, wygadana, sprytna. Kiedyś wyznał, że chciałby pójść do szkoły, żeby zrobić zawodówkę, pytał, czy pomogę. Pomogłem i ja i inni z wygadanego duszpasterstwa. Heniek skończył zaoczną zawodówkę. I znowu przyszedł, z pytaniem czy pomogę, bo on chciałby zaliczyć technikum, zaoczne, bo cały czas fedrował pod ziemią. Pomogliśmy. Najzabawniej wyglądała matura, bo chyba z pięć osób podrzucało do toalety rozwiązania zadań z matmy i fragmenty wypracowania z języka polskiego. Matura poszła.
A jednego dnia Heniek przyszedł i oznajmił, że pójdzie na zakonnika, że marzy mu się franciszkańskie ubóstwo i służba Bogu. Przestrzegłem, że o ile przy zawodówce i technikum jakoś mogłem pomóc, to już przy studium filozofii i teologii, każdy musi sobie radzić sam. Dla niedawnego rabunkarza przyswajanie zawiłości Cinque Vias św. Tomasza z Akwinu i teorii transsubstancjacji było bardziej męczące niż urąbanie wagoniku węgla.
Po bodajże ośmiu latach z dumą uczestniczyłem w ślubach wieczystych ojca Henryka a potem w dniu święceń kapłańskich. Ojciec Henryk marzył dalej i wymarzył sobie Afrykę. Najpierw przez dwa lata uczył się włoskiego w Rzymie, przy okazji opanowując suahili. Suahili to język ludów zamieszkujących niemal całą wschodnią Afrykę. Opanował i włoski i suahili i angielski.
Od czasu do czasu spotykam ojca Henryka, kiedy wraca do Polski i swojej Szeligi. Od kilku lat w tanzańskiej Mwanga Henryk rozszerza kult Miłosierdzia Bożego. Kocha swoich murzyńskich braci i siostry, jest szczęśliwy. Mówi im o Panu Bogu, spowiada i odprawia radosne msze święte. Rabunkarz z Szeligi, ojciec Henryk, franciszkanin z Mwanga w Tanzanii.
Boże Narodzenie to Festiwal Rzeczy Niemożliwych, Panna rodzi Dziecko, Panna niepiśmienna i uboga. Jej Dziecko, z podłego Nazaretu, staje się Zbawicielem Świata. A Henio z zabitej dechami Szeligi głosi to w tanzańskiej Mwanga.

PS. Przypominam, że w Adwencie będę opowiadał w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , ,

ŹLEB KULCZYŃSKIEGO

Poniedziałek 3 grudnia 2012

Orla Perć była dla mnie i kilku moich przyjaciół doświadczeniem Bożego Narodzenia, które przydarzyło się nam na początku września. Pojechaliśmy ekipą, jedni bardziej już zaprawieni w wędrówkach, inni mniej, inni po raz pierwszy. Trzeciego czy czwartego dnia, po rozgrzewce na łatwiejszych trasach, postanowiliśmy zrobić Orlą Perć, bodaj najtrudniejszą w naszych Tatrach.
Szliśmy od Kasprowego Wierchu, przez Świnicę, Zawrat i Kozi Wierch. Niedaleko Buczynowej Strażnicy założyliśmy piknik, na pół godziny, mieliśmy jeszcze dość czasu, żeby po odpoczynku dojść do Granatów a może nawet do Krzyżnego i spokojnie zdążyć na noc do schroniska w Murowańcu. Kanapki, herbata i czekolada dawały nowe porcje energii. Zrywamy się po sjeście, ale nie wszyscy. Bożena mówi wprost, że dalej nie pójdzie, nie skutkują żadne namowy, przekonywania i prośby. Odwraca oczy od Doliny Pięciu Stawów i oświadcza, że boi się śmiertelnie, nie wie co się stało, ale ma totalną blokadę. Zaczyna drżeć, kasłać i kulić się w kłębek. Rozumiemy, że to wszystko jest na serio, żadna zgrywa. Później dowiedziałem się, że takie przypadki zdarzają się, zarówno w górach jak i na morzu, a także jeziorze, nagły, paraliżujący strach.
Co robić? Dodam, że był to początek lat osiemdziesiątych, kiedy nie było jeszcze telefonów komórkowych, a GOPR nie dysponował na stałe śmigłowcem. Pierwsza myśl to wysłanie dwóch osób, które zejdą do Murowańca, stamtąd zadzwonią do GOPRu w Zakopanym i wezwą ekipę, która sobie już poradzi. Policzyliśmy, że zajmie to najmniej 8-9 godzin, zanim dotrą pod Buczynową Strażnicę, będzie noc. Potem jeszcze trzeba będzie zejść z Bożeną do Murowańca. Zaczynamy pertraktacje z dziewczyną, że może pójdzie, że będziemy ją eskortować pod ramię. Nic z tego. Ktoś wpada na pomysł – „A jak Cię zniesiemy?”. Przez płacz słyszymy – „Wszystko mi jedno, tylko zawiążcie mi oczy …” Jest nas czterech chłopaków, jak oceniamy, bardzo silnych i zdrowych. Pierwsza część operacji to bajka, prosta sprawa, prawie biegniemy przez Przełączkę nad Buczynową Dolinką. To, co najgorsze, przed nami, musimy jak najszybciej zejść do Doliny Czarnego Stawu, do schroniska. A najkrótsza droga to Źleb Kulczyńskiego. Może niektórzy z was wiedzą o czym mówię. Pierwsza część tej trasy (czarnej) to łańcuchy, klamry, jeśli już chodziłem tamtędy to w górę, ale nigdy w dół. We wrześniu jest tam już (albo jeszcze) śnieg, ślisko, schodzi się po pół kroku, trzeba namacać uchwyty, trzymać się łańcuchów albo klamr, czasem stąpać po dwa razy, nim stopy oprą się z jakąś pewnością.
Szczęście, że Bożena, wówczas studentka Akademii Rolniczej, była osóbką drobną i niemasywną. Schodziliśmy niosąc dziewczynę, a właściwie podając ją sobie z rąk do rąk. Do schroniska dotarliśmy już po zmroku. Wszystko skończyło się dobrze. Już późno w nocy, przy kolejnej herbacie, gadamy, że to szaleństwo było.
A Boże Narodzenie? Człowieka trzeba ratować, nawet jeśli to szaleństwo i ryzyko. Tak Pan Bóg postąpił w chwili Wcielenia. Zaryzykował szaleństwo, stał się człowiekiem, On uczynił to z miłości. Ktokolwiek i gdziekolwiek ratuje drugiego człowieka, ociera się o Tajemnicę Bożego Narodzenia.

PS. Przypominam, że w Adwencie będę opowiadał w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , , , , ,

DWIEŚCIE RÓŻ

Kazanie na Pierwszą Niedzielę Adwentu
2 grudnia 2012

W Adwencie będę opowiadał w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.
Stanisław jest dziś szefem poważnej organizacji, obywatelem cieszącym się „uznaniem i poważaniem”, i słusznie. Ma w swojej historii Boże Narodzenie, które przydarzyło mu się w czerwcu. Zakochanie, banalna historia. Niebanalna dlatego, że Alicja nijak i niczym nie dawała się przekonać do wzajemności. Mieszkała z koleżanką na stancji, na drugim piętrze w bloku, gdzie wszyscy bardzo interesowali się wszystkimi, poza samymi sobą.
Stanisław deklarował swoje najgorętsze uczucia przez wiele miesięcy, zapraszał do kina i teatru, pisał i wysyłał listy, podrzucał upominki wprost i przez znajomych, wyciągał dziewczynę na spacery, zwierzał się z najskrytszych marzeń, tworzył wiersze i poeme en prose. I nic. I nic!
Jednego wieczoru, po kolejnym odrzuceniu, Stanisław wracał do domu, w nastroju zbitego psa. Po drodze mijał wielki miejski klomb z różami. Poszedł do kumpla, pożyczył duży stołowy nóż, skosił na klombie wszystkie kwiaty, na pewno ponad dwieście. Wracał na klatkę schodową kilka razy, aby przetransportować róże. Pięć zatknął za klamką, a resztę ułożył na schodach od drzwi Alicji aż po parter, długi łańcuch czerwonych, pełnokrwistych róż. Skończył swoją ciężką pracę około pierwszej w nocy. Nacisnął trzy razy dzwonek do mieszkania i poszedł sobie.
Alicja z koleżanką przez dwie godziny zbierały kwiaty. Do wazonów, misek, słoików, w końcu umieściły je też w dwóch wiadrach, zlewozmywaku i wannie. Sąsiadki z piętra obudzone hałasem miały temat do gawędzenia aż do listopada.
Ciekawi was na pewno jak się skończyła historia Stanisława i Alicji. Nie o to jednak chodzi. Chodzi o to, że Boże Narodzenie jest zrywem miłości, szalonym zrywem miłości Boga do ludzi. Bóg postawił wszystko na jedną kartę, stał się człowiekiem. Z miłości.
Ktokolwiek chciałby posmakować Bożego Narodzenia musi doświadczyć zrywu miłości, nawet w z pozoru banalnej miłości. Bez tego, wszystkie bombki, choinki, karpie i kolędy, to jedna wielka ściema.

Itinerarium , , , ,

SAM NA SAM

Sobota 1 grudnia 2012

Dawno temu zmorą Polski był pomysł kołchozów. W skrócie chodziło o to, żeby ziemia, maszyny, zwierzęta i budynki (chlewy, obory, stajnie i stodoły) były wspólne, żeby nikt nie miał nic swojego. Utopia komunizmu w Polsce się nie udała, ale długo święciła triumfy w Związku Radzieckim, NRD (proszę sobie poszukać w necie o czym mowa) czy Czechosłowacji. Nadal podejmowane są próby (marne) ziszczenia tej idei choćby na Kubie.
Kołchozy się nie udały, ale mają swój renesans choćby w postaci portali społecznościowych, gdzie dominuje poczucie jakiejś wspólnoty. Podobnie złudne więzy tworzą przeróżne kluby, do których nijak się nie daję wciągnąć. Kuszą mnie tymi kołchozami stacje benzynowe, sklepy i sieci telefonii komórkowych.
Mam głębokie przekonanie, że sens mają tylko spotkania sam na sam. Sam na sam z Bogiem. Sam na sam z tobą. Sam na sam ze sobą. Ciche słuchanie ciszy Boga. Rozmowa w cztery oczy z tobą. Kwadrans na pustej ławce, ze sobą samym. Najlepsze co może się przydarzyć.

Itinerarium , , , , , , , , ,

W OGÓLE ŻYCIE JEST BARDZO PRZEPIĘKNE

Piątek 30 listopada 2012

Biegniemy, biegniemy. Szybciej nawet. W sumie, czemu nie, życie to wielki bieg. Biegniemy. Pytanie „Dokąd?”, jest niewygodne i może zająć trochę cennego czasu, w którym przecież można lecieć, gnać i pędzić. Drugie pytanie „Po co biec?”, może osłabić wolę ścigania.
I tak dolecieliśmy do ostatniego dnia przedostatniego miesiąca w roku, pozostanie tylko grudniowa dogrywka. Ale jaka dogrywka! To będzie przedświąteczny sprint, wielka gonitwa, zakończona umordowaniem i klasycznym świątecznym padem na pysk, ze zmęczenia, oszołomienia i utraty sił.
Świat jest akurat w dniach przeobrażania. Zmrok się zakrada cichaczem już po trzeciej, poranki czekają na szrony, a noce weszły w epokę królowania. W ogóle życie jest bardzo przepiękne. Można teraz grać w szeleszczenie z każdym liściem albo naczytać się grubych książek, na które latem smaku nie ma. Można jeszcze nawet śliczne opieńki zdybać w bukowinie. A można raptem usłyszeć krótki koncert kawek na dachu.
Można zobaczyć. Usłyszeć. Poszeleścić lub poczytać. Ale się nie da w biegu.
Taki ostry bieg i jaki rozległy zawał! Jest się czym zdziwić, mhm! Ambulans dojechałby na czas, ale serce już zbiegło, przyzwyczajone do komendy „Szybciej!”
Mądrzejsza jest ziemia i mądrzejsze niebo. „Niebiosa słuchajcie”, czytam w mojej Biblii. I one słuchają. „Ziemio, nadstaw uszu”, czytam dalej. I ziemia nadstawia wszystkie ucha.
Biegniemy, biegniemy. Już dolecieliśmy do końca listopada.

Itinerarium , , , , , ,