CO LEPSZEGO NAD SŁUŻBĘ

Kazanie na XXV Niedzielę Zwykłą 23.09.2018

(z Archiwum Itinerarium 20.09.2015)

Są takie wersety z Ewangelii, które chętnie i natychmiast stosujemy w życiu. Na przykład wezwanie Pana Jezusa: „Idźcie i odpocznijcie nieco”.

I są takie, które będziemy realizować od jutra, jak ten z dzisiejszej Ewangelii: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich”. Od jutra, z nadzieją, że to jutro nie będzie jeszcze jutro.

Ponieważ jednak Ewangelia mówi prawdę o naszym życiu, wcześniej czy później odkryjemy, że żyjemy po to, aby służyć ludziom i nic lepszego nie może nas spotkać.

Liturgia słowa:

Jezus i Jego uczniowie podróżowali przez Galileę, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie”. Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać.

Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: „O czym to rozmawialiście w drodze?” Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy.

On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich”.

Potem wziął dziecko; postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał”. (Mk 9, 30-37)

 

Itinerarium

TRZEBA TYLKO ZACZĄĆ

Sobota 22 września 2018 Boimy się wielkich rzeczy, dzieł, wolimy poczekać, żeby zaczął ktoś inny. W Lublinie urodziła się prawie 140 lat temu kobieta, która wyznawała prawdę, że „trzeba tylko zacząć”. Trzeba zacząć, resztę Pan Bóg da. Trochę tak jak przy rozmnożeniu chleba, kiedy apostołowie – zachęceni przez Pana Jezusa – zaczęli rozdawać chleb, okazało się, że wystarczyło go dla wielu tysięcy. Zaczęli a Pan Bóg dokończył.

Trzeba tylko zacząć – to była dewiza zapomnianej męczenniczki i mistyczki z Lublina (jedynej jak dotąd), Kazimiery Wołowskiej, dziś błogosławionej. Piszę o niej w najnowszym wydaniu „Niedzieli” na 23 września 2018 – http://niedziela.pl/artykul/139138/nd/Trzeba-tylko-zaczac

I życzę, abyście wreszcie zaczęli, te sprawy najważniejsze, na pewno wszystko się uda. Trzeba tylko zacząć.

Itinerarium

WSTAŁ I POSZEDŁ A MY SIEDZIMY I GDYBAMY

Słowo na wspomnienie św. Mateusza piątek 21 września 2018 Powołanie św. Mateusza urzeka mnie najbardziej w tym, że na wezwanie Chrystusa nie dyskutował, nie gdybał, nie wyliczał „za” i „przeciw”. Wstał i poszedł za Nim.

Gdzie my, a gdzie Mateusz?

Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną». On wstał i poszedł za Nim. 

Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. 

Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: «Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?» 

On, usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».

(Mt 9, 9 – 13)

Itinerarium

PERŁA DLA SZCZĘŚLIWYCH NA ZAWSZE

Czwartek 20 września 2018 My, Polacy, ale także inne narody, chcemy być wśród najlepszych, a upatrujemy ich na Zachodzie i w Ameryce. Dlatego jadamy w makdonaldach (choć jakość serwowanych tam potraw bywa bardziej niż obrzydliwa) i chodzimy w podziurawionych dżinsach – chociaż to kompletna wiocha, gorsza od pegeerowskiej (starsi tłumaczą młodszym ostatnie słowo).

To, co modne i powszechne z konieczności musi być płytkie, byle jakie, łatwe do skopiowania, bez jakiejkolwiek wyobraźni i polotu.

Mniejsza o stare kotlety i dziurawe gacie, gorzej jest z zachowaniami i myśleniem, czuciem i działaniem. Tu także wdarła się małostkowość, bylejakość i płycizna. Akceptujemy brzydotę (w imię rzekomego równouprawnienia gustów), dajemy przystęp kłamstwu (o ile można dzięki niemu skutecznie osiągać takie czy inne cele), chamstwo jest jedynie alternatywną wersją kultury i savoir vivru, pytania o sens życia równane są do opinii na temat kosmitów pod Opolem (Lubelskim).

Królestwo Boże Jezus przyrównuje do perły, znalezionej przez wytrwałego poszukiwacza. Perły od ponad 8 000 lat stanowią przedmiot zachwytu. Nie dlatego, żeby miały jakieś wyjątkowe właściwości lecznicze czy smakowe. Są bardzo rzadkie (z wyjątkiem tych hodowanych w akwariach), niezwykłe, oryginalne, niepowtarzalne, jedyne.

I każdy, kto pójdzie za głosem Pana Jezusa będzie taką perłą, zdobędzie pełnię życia, nawet więcej, wieczne życie.

Ilustracja – Dziewczyna ważąca perły, Jan Vermeer (1662).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Perły są jak wiadomo rzadkim towarem

Itinerarium

CO PONAD MIŁOŚĆ?

Środa 19 września 2018 Kto chodzi codziennie do kościoła – a znam takie i takich – usłyszy dziś hymn o miłości autorstwa św. Pawła. W czasie liturgii czyta się go raz na dwa lata, za rzadko. Zachęcam nie tylko do przeczytania tekstu, dobrze znanego, ale do jego wysłuchania. Jeśli macie przy sobie bliskie osoby, poproście, aby przeczytały wam go na głos, jest duża różnica między przeczytaniem, a usłyszeniem, zwłaszcza w przypadku tego tekstu. Kiedy słyszymy czyjeś wyznanie miłości, ma ono o wiele większą moc niźli to odczytane z papieru czy ekranu smartfonu (a już emotikon z serduszkiem to kompletna lipa, nie obrażając tego dostojnego drzewa).

Kiedy słyszymy hymn o miłości, poznajemy to, co Pan Bóg myśli o nas i co dla nas czyni. Jednocześnie słyszymy wezwanie do wcielenia w nasze miłości jej Bożego wymiaru, że nie zazdrości, nie unosi się pychą, nie szuka swego, że wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję i wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje.

Tak nas pokochał Bóg, tak bądźcie kochani i tak kochajcie.

Bracia:

Starajcie się o większe dary, a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał – byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś ujrzymy twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jednak jest miłość.

(1 Kor 13,1 – 3)

Itinerarium

ŻYCIE NA DWÓCH PETARDACH

Kazanie na święto Stanisława Kostki Wtorek 18 września 2018 Wielu z nas przegrywa życie z powodu dość prostego, choć trudnego do wykrycia błędu w myśleniu. Pewnie prawie wszyscy, uznający się za wierzących, przyjmują, że będą żyć wiecznie, czyli w jakiejś tam odległej przyszłości. Racja, o ile przeżyjemy TO życie w miłości.

Błąd zaś polega na tym, że wielu z nas myśli, że TO życie (ziemskie) będzie trwało bez końca albo wystarczająco długo, żeby zrealizować przynajmniej kilka scenariuszy, na przykład świętego mnicha a potem jeszcze beztroskiego wagabundy albo dobrej żony a potem jeszcze powabnej modelki. Nic z tego.

Życie jest jedno. Ksiądz Jan Kaczkowski nazwał pełnię sensu „Życiem na pełnej petardzie”, czyli na całego, mocno, siarczyście i w wielkiej miłości. Tak przeżył lat prawie 40. Patron dzisiejszego dnia, św. Stanisław Kostka, zaledwie 18, ale też na pełnej petardzie, może nawet na dwóch. Tak żyjcie, niczego nie odkładając. Jedno jest życie. A po nim ciąg dalszy, o ile TO w miłości przeżyliśmy.

 

Stanisław urodził się 28 grudnia 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu (obecnie powiat przasnyski). Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich (z Drobina). Krewni rodziny zajmowali eksponowane stanowiska w ówczesnej Polsce. Miał trzech braci: Pawła (+ 1607), Wojciecha (+ 1576) i Mikołaja, oraz dwie siostry, z których znamy imię tylko jednej, Anny. Historia nie przekazała nam bliższych szczegółów z lat dziecięcych Stanisława. Wiemy tylko z akt procesu beatyfikacyjnego, że był bardzo wrażliwy. Dlatego ojciec w czasie przyjęć, na których niekiedy musiał bywać także Stanisław, nakazywał gościom umiar w żartach, gdyż inaczej chłopiec może omdleć.
Pierwsze nauki Stanisław pobierał w domu rodzinnym. W wieku 14 lat razem ze swoim bratem, Pawłem, został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Kostkowie przybyli do Wiednia w dzień po śmierci cesarza Ferdynanda, to znaczy 24 lipca 1564 r. Wiedeńska szkoła jezuitów cieszyła się wówczas zasłużoną sławą. Codziennie odprawiano Mszę świętą. Przynajmniej raz w miesiącu studenci przystępowali do sakramentu pokuty i do Komunii. Modlono się przed lekcjami i po nich. Na pierwszym roku wykładano gramatykę, na drugim „nauki wyzwolone”, na trzecim – retorykę.
Początkowo Stanisławowi nauka nie szła zbyt dobrze. Nie otrzymał bowiem dostatecznego przygotowania w Rostkowie. Pod koniec trzeciego roku studiów należał już jednak do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem łacińskim i niemieckim, rozumiał również język grecki. Zachowały się zeszyty Stanisława z błędami poprawianymi ręką nauczyciela. Pozostały również notatki dotyczące problemów religijnych, jakie poruszano, aby chłopców przygotować także pod tym względem i umocnić ich w wierze katolickiej. Wolny czas Stanisław spędzał na lekturze i modlitwie. Ponieważ w ciągu dnia nie mógł poświęcić kontemplacji wiele czasu, oddawał się jej w nocy. Zadawał sobie także pokuty i biczował się. Taki tryb życia nie mógł się podobać kolegom, wychowawcy i bratu. Uważali to za rzecz niemoralną, a Stanisława za „dziwaka”. Usiłowali go przekonywać złośliwymi przycinkami „jezuity” i „mnicha”, a potem nawet biciem i znęcaniem skierować na drogę „normalnego” postępowania. Stanisław usiłował im dogodzić, dlatego nawet brał lekcje tańca. Nie potrafił się jednak w tym odnaleźć.
W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Według własnej relacji, był pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Komunii świętej, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić kapłana katolickiego. Wówczas sama św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu Wiatyk. W tej samej chorobie zjawiła mu się Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem, które złożyła mu na ręce. Od Niej też doznał cudu uzdrowienia i usłyszał polecenie, aby wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

Jezuici jednak nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to Stanisław nie mógł liczyć. Zdobył się więc na heroiczny czyn: zorganizował ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to 10 sierpnia 1567 r. Legenda osnuła ucieczkę szeregiem niezwykłych wydarzeń. O jej prawdziwym przebiegu dowiadujemy się z listu samego Stanisława. Za poradą swojego spowiednika, o. Franciszka Antonio, który był wtajemniczony w jego plany, Stanisław udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo pochwycony w drodze, ale do Augsburga, gdzie przebywał św. Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał on również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. W Augsburgu nie zastał Piotra Kanizjusza, dlatego podążył dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze jezuici mieli swoje kolegium. Tam Stanisław został przyjęty na próbę.
Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Stanisław boleśnie przecierpiał tę decyzję. Ufając jednak Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Po powrocie do Dylingi św. Piotr Kanizjusz bał się przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na jezuitach w Wiedniu. Mając jednak od miejscowych przełożonych bardzo dobre rekomendacje, skierował go wraz z dwoma młodymi zakonnikami do Rzymu z listem polecającym do generała. Droga była długa i uciążliwa. Stanisław z towarzyszami odbywał ją przeważnie pieszo. Dotarli tam 28 października 1567 r.

Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Ojciec jednak postanowił za wszelką cenę go stamtąd wydostać. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych Stanisław odpisał ojcu, że ten powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 r. Stanisław przeniósł się z kolegium jezuitów, gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, w którym pozostał do śmierci.
Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem budował całe otoczenie. W pierwszych miesiącach 1568 r. Stanisław złożył śluby zakonne. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 sierpnia) napisał list do Matki Bożej i schował go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosił św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tego samego dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrosła. Przeniesiono go do infirmerii. 14 sierpnia męczyły Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: „To jest własność Najświętszej Matki”.
Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł, że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał naoczny świadek, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś zbliżył się do niego, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 r. przeszedł do wieczności. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował na to uśmiechem, przekonano się, że cieszy się już oglądaniem Najświętszej Maryi Panny w niebie.

Jego kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Wieść o śmierci świętego Polaka rozeszła się szybko po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia św. Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Warszewicki ułożył dłuższą biografię Stanisława. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto grób, znaleziono ciało nienaruszone.
Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na kult. 18 lutego 1605 r. Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego. Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 r. Wraz z naszym Rodakiem chwały świętych dostąpił tego dnia również św. Alojzy Gonzaga (+ 1591). Jan XXIII uznał św. Stanisława szczególnym patronem młodzieży polskiej.
Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 r.) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej oraz diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy; oręduje także za studentami i nowicjuszami jezuickimi, a także za polską młodzieżą.

Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).

Itinerarium

MAŁY PORADNIK CZYNIENIA WIELKICH CUDÓW

Poniedziałek 17 września 2018 Historia rzymskiego setnika starającego się o zdrowie swojego żydowskiego służącego jest pasjonująca. Najpierw dlatego, że okupant prosi o ratunek dla mieszkańca podbitego kraju. Już samo słowo „prosi” jest tutaj niezwykłe, bo okupant zwykle żąda, wymaga i rozkazuje. I co więcej prosi o to innego przedstawiciela podbitego narodu, czyli Jezusa. Proszę sobie wyobrazić, że w czasie II wojny światowej jakiś Niemiec prosi Polaka o ratunek dla bliskiego sobie innego Polaka.

Z jakichś powodów rzymski setnik zbudował nawet synagogę Żydom oraz okazywał im sympatię – „miłuje nasz naród”, jak czytamy.

Połączyłem wszystkie opisane w Ewangelii fakty i sądzę, że mówią dużo o źródle wiary. Patrząc z polskiej perspektywy, mamy u nas dobre klimaty do pobożności i słabe dla wiary. Klimat pobożności tworzą obrazy i krzyże w naszych domach, liczne kościoły, dzwony w niedziele brzmiące w miastach co kwadrans prawie, habity i sutanny w szkołach i na ulicach, jeszcze częste „Szczęść Boże!” i dobrą znajomość pacierza czy kolęd. To wszystko sprzyja pobożności. Dlatego myślę, że jesteśmy narodem bardzo pobożnym. Bardzo pobożnym, ale słabo i coraz słabiej wierzącym. To jest ważne, bo zbawiają się nie ludzie pobożni, ale wierzący.

Wiara setnika wynikała z jego pięknej ludzkiej miłości, nawet do podbitych Żydów. I ta wiara przywróciła zdrowie jego słudze. Klimat niewiary w Polsce tworzy wyjątkowa duża wzajemna nieufność (jesteśmy pod względem zaufania społecznego na szarym końcu w Europie), głęboko zakorzeniony brak szacunku wobec najbliższych (którymi należy zarządzać i wykorzystywać a nie zgodnie z nimi współpracować) i paniczna niechęć do innych – spróbujcie sobie wymienić wspaniałych Żydów, Niemców, Cyganów, Rosjan i Czechów, których warto przynajmniej lubić. Zaręczam, że mamy ich w naszej historii bardzo wielu.

Wiara i cuda, uzdrowienia i wyzwolenia, rodzą się z miłości. Im bardziej kochamy, tym mocniej wierzymy. I wszystko jest możliwe!

 

 

Gdy Jezus dokończył wszystkich swoich mów do słuchającego Go ludu, wszedł do Kafarnaum. Sługa pewnego setnika, szczególnie przez niego ceniony, chorował i bliski był śmierci. Skoro setnik posłyszał o Jezusie, wysłał do Niego starszyznę żydowską z prośbą, żeby przyszedł i uzdrowił mu sługę. 

Ci zjawili się u Jezusa i prosili Go usilnie: «Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył – mówili – miłuje bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę». Jezus przeto zdążał z nimi. 

A gdy był już niedaleko domu, setnik wysłał do Niego przyjaciół ze słowami: «Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: „Idź!” – a idzie; drugiemu: „Przyjdź!” – a przychodzi; a mojemu słudze: „Zrób to!” – a robi». 

Gdy Jezus to usłyszał, zadziwił się nad nim, i zwróciwszy się do tłumu, który szedł za Nim, rzekł: «Powiadam wam: Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu». A gdy wysłańcy wrócili do domu, zastali sługę zdrowego. (Łk 7, 1 – 10)

 

Itinerarium

ODWAŻNIEJ Z MIŁOŚCIĄ

Kazanie na 24 Niedzielę Zwykłą 16 września 2018 Proszę mi wybaczyć, patrzę bardzo krytycznie na oferty „last minute” i tych co się obławiają na wyprzedażach. Niby są to dobre okazje, ale – szczerze przyznajmy – w takich sytuacjach bierze się to, co zostało, jakieś resztki, choćby tanie i ładne.

Czytam Ewangelię i widzę, że Chrystus był mistrzem pierwszych okazji, nie zwlekał i nie czekał, przechodził od razu do sedna.  Wiedział, że nie ma sytuacji, które się powtórzą, że każde spotkanie jest jedyne a pierwsze mogą być rozstrzygające, że każdy człowiek ważny jest tu i teraz, a „gdzieś” i „kiedyś” będzie tylko stratą.

W dzisiejszej Ewangelii od niewinnego pytania o ludzkie opinie Chrystus od razu przechodzi do sprawy swojej śmierci i powstania z martwych i wskazania, że szczęściem jest niesienie krzyża. Nie „owija w bawełnę”, nie słodzi, mówi rzeczy ważne, trudne i decydujące.

My raczej bywamy mistrzami odkładania, przekładania, zwlekania, może się trafi jakieś „last minute” albo gratka z wyprzedaży. I tak często zawierane są małżeństwa, tak też często nicujemy miłość czy solidarność. Wierzymy w diabelskie „co się odwlecze, to nie uciecze”, choć jest to refren dla nieudaczników, marnie pocieszających się po przegapionych okazjach. Jak się odwlekło, to uciekło, to jest święta prawda.

Żeby zachować życie – jak dziś stoi w Ewangelii – trzeba zaufać życiu i ludziom, trzeba mieć odwagę miłości, od teraz.

 

LITURGIA SŁOWA

 

Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: «Za kogo uważają Mnie ludzie?» 

Oni Mu odpowiedzieli: «Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków». 

On ich zapytał: «A wy za kogo Mnie uważacie?» 

Odpowiedział Mu Piotr: «Ty jesteś Mesjasz». Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. 

I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy wiele musi wycierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że zostanie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. 

Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: «Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku». 

Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je». (Mk 8,27 – 35)

 

Itinerarium

NA CZAS CIERPIENIA

Słowo na wspomnienie Najświętszej Marii Panny Bolesnej Sobota 15 września 2018 Kiedy cierpimy, a cierpimy często, z własnej głupoty i z powodu złości innych, a nawet bez wyraźnej przyczyny, kiedy cierpimy najbardziej potrzebujemy wcale nie ulgi czy pomniejszenia bólu. Kiedy cierpimy najbardziej potrzebujemy, żeby ktoś nas zrozumiał i razem z nami odczuł treść naszego serca i duszy.

Może dlatego tak bardzo bliska jest nam – mnie także – Matka Boża Bolesna, z dzisiejszego święta. Pod krzyżem Maria nic nie mówi. Słucha. Jest obecna. Rozumie. Odczuwa z cierpiącymi.

Za to Jej dziękujemy. I do naśladowania wezwani jesteśmy.

Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. 

Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». 

I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

(J 19,25 – 27)

Itinerarium

ŚWIĘTO KRZYŻA

Podwyższenie Krzyża Świętego Piątek 14 września 2018 Dziś święto Krzyża. Wszystko co najlepsze, to z krzyżem, przy krzyżu i przez krzyż. Krzyż to wiara, w rzeczy możliwe i cudowne. To nadzieja, że życie się nie kończy. I miłość, która była na Tamtym Krzyżu. I nasza miłość, która bez krzyża nic nie warta.

Itinerarium