MOJA SIOSTRA TERESKA Z SHENYANG

MOJA SIOSTRA TERESKA Z SHENYANG
Wtorek 18 grudnia 2012

O mały włos miałbym mszał w języku chińskim. Na szczęście roztropność jednego z moich młodych przyjaciół ustrzegła mnie przed tym prezentem. W języku chińskim biegły jeszcze nie jestem.
Priscilla, Chinka i buddystka, pojawiła się w Lublinie w ramach popularnych dziś wymian studenckich. Nadarzyła się jej też praca w szkole im. Św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Trafiła także w kręgi naszego wolontariatu. Spodobało się jej, ludzie, działania, świetna atmosfera, otwartość. Wsiąknęła w nasze środowisko, przy okazji mogła poznać bardziej historię swojego kraju, dzięki temu, że w Polsce nie ma blokowania niektórych stron internetowych.
Wróciła do rodzinnego Shenyang, w północno-wschodnich Chinach, niedużego jak na tamte warunki miasta, niespełna czteromilionowego. Chciała jakoś kontynuować lubelskie doświadczenie służenia ludziom. Całkowicie rozstała się z myślą o pracy w zawodzie nauczycielki. Spotkała w swoich stronach polskiego księdza, ten pomógł jej znaleźć pracę w jednej z instytucji diecezjalnych, zajmującej się opieką nad ludźmi chorymi na AIDS.
Przeniosła się potem do Pekinu i w Wielką Sobotę w tym roku przyjęła chrzest, bierzmowanie i pierwszą komunię świętą. Otrzymała wybrane przez siebie imię Teresa, na cześć pierwszej świętej katolickiej z jaką się spotkała. Do dziś ma przy sobie biogram świętej Tereski, wydrukowany z Internetu w Polsce przez kogoś z naszego wolontariatu. Zapytana dlaczego chciała zostać katoliczką odrzekła: „Ponieważ jest to jedyna dobra droga, jaką człowiek może obrać w życiu”. W Boże Narodzenie jej narzeczony przyjmie chrzest, a ślub planują za rok.
Zupełnie na to nie zasłużyłem, ale Teresa chciała mi przysłać jakiś dowód wdzięczności. Stąd pomysł, aby obdarować mnie mszałem w języku chińskim. Nasz wspólny znajomy zasugerował jednak, że może lepsza będzie stuła. Stułę wykonały wspólnie siostry zakonne z ośrodka dla chorych na AIDS oraz sami chorzy. Z jednej strony jest zielona, z drugiej biała, prosta i piękna. Nie kryję, że często jej używam i wspominam Priscillę, moją siostrę Tereskę.
Ludzie jeżdżą po świecie, spotykają się z innymi, słuchają i myślą, potem coś robią. Wiem, że zawsze warto służyć ludziom, otwierać się jak można najbardziej na innych. Naśladowanie Pana Boga? Myślę, że tak.

PS. W Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , , , ,

KACPER CO KLOCAMI RZUCAŁ

KACPER CO KLOCAMI RZUCAŁ
Poniedziałek 17 grudnia 2012

Na podwórku walały się różne sprzęty, jakieś deski, żelastwo, worki z cementem, jak to przy remoncie. Tuż przed wejściem do biura stał sporej wielkości kloc. Żeby przejść do któregokolwiek z budynków trzeba było robić lekki slalom, kloc stał (lub leżał) w najmniej odpowiednim miejscu.
Z biura wyszły dwie młode panie, sekretarka i pani prezes ważnej organizacji. Rozpoczęły naradę, jak usunąć zawalidrogę. A ja przypatrywałem i przysłuchiwałem się wszystkiemu z okna vis a vis.

– Wiesz, to jest naprawdę niebezpieczne, zaraz zaczną się schodzić dzieci. Wiesz jak one biegają, zawadzi któryś i rozbije sobie głowę.
– Tak, musimy coś z tym zrobić. Popatrz, kurczę, jaki kawał drzewa! Chyba z dębu, pewnie ciężkie jak cholera. Zadzwonię do paru chłopaków, myślisz, że dwóch wystarczy?
– Dla pewności wzięłabym ze czterech, zobacz jaki to kloc! Damy znać księdzu, może on ściągnie tu kogoś.
– No ale patrz, co za pomysł, kto mógł tu przytargać to paskudztwo. Dobra, wypijemy kawę i będziemy organizować brygadę.
– A może przydałaby się jakaś taczka czy coś takiego, no nie wiem, to się tak da gołymi rękami?

W tym momencie otwiera się furtka na podwórze i wbiega, jasne, że jak huragan, dziesięcioletni wówczas Kacper, wychowanek ze świetlicy funkcjonującej przy biurze. Wbiega, rzuca tornister (och, co za ulga!) i natychmiast leci w kierunku kloca.

– Kacper, zostaw, co robisz? Zostaw to!

Niezdeprymowany chłopak podbiegł do kloca i zabawił się w dźwig. „Wrr, brr, mmm …” – usiłował naśladować ciężki sprzęt. Przechylił kloc i poturlał najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Zawarczał, jakby zaboksował, włączył wsteczny, dźwignia w górę, w dół. Podniósł suchy i spróchniały pień i rzucił na jakieś dwa metry. Panie z biura nie zemdlały, ale zaniemówiły. A Kacper przemieścił kloca po ścianę, otrzepał ręce i zapytał:

– Proszę pani, a będą drożdżówki dzisiaj?

Chodziło o podwieczorek, który dostawały dzieci ze świetlicy.

Cały czas diabeł zasiewa w nas niemoc i niewiarę. Myślimy, że jesteśmy za słabi, za głupi, za młodzi (za starzy), za biedni, zbyt grzeszni i za mało doświadczeni, żeby zrobić w życiu piękne i wspaniałe rzeczy. Wszystko wydaje nam się za ciężkie i za trudne. Tyle wielgachnych i żmudnych kloców podrzuca nam życie na naszych drogach szczęścia. Nie damy rady! Nie ma co próbować!

Może ktoś uwierzy, że Bóg się narodził, a moc struchlała.

PS. W Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , , , ,

CO BÓG ROBI W WIGILIĘ ?

CO BÓG ROBI W WIGILIĘ?
Kazanie na 3 Niedzielę Adwentu
16 grudnia 2012

Już trzecia niedziela Adwentu, za osiem dni Święta. Wszystkie nasze bajery, choinki, stroiki, bombki, bombeczki, świecidełka, będzie kolorowo, bajecznie nawet, bo mamy takie cuda i cudeńka, prześwietne.
Może z dziesięć lat temu, jestem na obozie z dziewczynami na co dzień mieszkającymi w ośrodku wychowawczym. Same trudne przypadki, w rodzinach alkoholizm, mamusie przyprowadzające co tydzień nowych tatusiów, nie rzadko zboczonych. Na porządku dziennym kradzieże, przekleństwa, bieda, ordynarne teksty. Uciekały z domu, omijały szkołę, sięgały po wino i dragi, w końcu trafiły do ośrodka.
Jak zwykle mówię o Wielkiej Miłości Boga, bezgranicznej i przepięknej miłości Pana Jezusa do ludzi. Jedna z dziewczyn nie wytrzymuje i przy wszystkich, głośno krzyczy, jakby za każdą z nich:

– Jaki Bóg, kurdę? Jakby był Bóg, to by mnie ojciec w Wigilię nie walnął … Ja miałam cztery lata, była choinka, może pięć bombek i jakieś poszarpane łańcuchy. Przyszedł nawalony, najpierw zwyzywał matkę, ja się zaczęłam drzeć i płakać. To mnie wziął i rzucił na ścianę. Krew mi poszła z nosa i uszu. Byłam tylko w koszulce i majtkach. Matka krzyknęła: „Uciekaj do Gawrysiaków!”, do sąsiadów. Wyleciałam w tej koszulce i majtkach, biegłam po śniegu. To niedaleko, drugi dom od naszego. Telepało mną, myślałam, że umrę. Kapało mi krwią, z nosa i buzi, na śnieg. I co? Bóg? Jakby był Bóg, to by mnie obronił. Ja się tak bałam! Bolała mnie głowa, nos i plecy. Gdzie był Bóg? Jaka miłość Boga? Niech ksiądz nie chrzani takich bajek! Doleciałam do sąsiadów, zawinęli mnie w koc, poocierali z krwi, dali jakąś tabletkę, zasnęłam. Nie było opłatka, kolędy, nic! Ja się z tydzień jeszcze trzęsłam, a musiałam tam wrócić, do domu.

Słuchałem tego oskarżenia wraz z innymi, w kaplicy było cicho. A potem inna dziewczyna wypaliła:

– Żaneta, co ty się łamiesz! Myślisz, że ja nie wiem co to znaczy uciekać z własnej chaty? My to wszystkie wiemy! Ty jesteś mocna babka, jeszcze się wyliżesz!

Z Żanetą mogłem długo porozmawiać. Choć nie jestem rzecznikiem Pana Boga, mówiłem, że Bóg wraz z nią dostał w nos w Wigilię i że On razem z nią krwawił na świątecznym śniegu. Była też jej spowiedź. Z obozu wyjeżdżała pogodna. Nie żebym cokolwiek miał zrobić mądrego. Może byłem potrzebny tylko po to, aby mogła w końcu wykrzyczeć swoją historię Wigilijną.

PS. W Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Kazanie w wersji dźwiękowej na www.itinerarium.pl

Itinerarium , , , , ,

ŻONA BITA CODZIENNIE

ŻONA BITA CODZIENNIE
Sobota 15 grudnia 2012

Ludzie dobierają się w pary, zawierają związki małżeńskie, pełni ufności w szczęśliwą przyszłość. I tak bywa. Życie pisze jednak różne scenariusze, nie pomijając dramatów i tragedii. I tak bywa, bardzo często.
Małżeństwo Anny i Tadeusza zaczęło się kolorowo i radośnie. Wspaniała podróż poślubna, własne mieszkanie zdobyte szybko, pierwszy syn, druga córka, nawet na samochód nie czekali długo.
Alkohol towarzyszył Tadeuszowi zawsze, ale jako podstawowy motyw zachowań doszedł do głosu w siódmym roku małżeństwa. To już był problem. Problem zamienił się w tragedię, kiedy Tadeusz pod wpływem wódki zaczął bić swoją żonę. Dostawała w twarz, pięściami po głowie, mąż ciągnął ją za włosy, popychał, przewracał, kopał. Przy tym rzucał siarczyste przekleństwa i wyzywał. Z roku na rok było coraz gorzej.
Słuchałem tego wszystkiego i nie wiedziałem, co powiedzieć. Pytała o radę, co ma zrobić. Bardzo kocha Boga i Kościół, odrzucała myśl o rozwodzie. Podpowiedziałem, że wyjściem jest separacja, że nie może być tak katowana, że ma jedno życie, że nie może zgodzić się na poniżanie i maltretowanie, że ma prawo do szczęścia. Powiedziała, że przemodli i przemyśli wszystko.
Przyszła znów po tygodniu. „Nie rozwiodę się i nie wystąpię o separację. To mój mąż. Kocham go i chcę pozostać z nim do śmierci, nawet jak mnie zabije.” Wtedy zrozumiałem, że jestem jeszcze głupim księdzem, który ma proste rozwiązania na każdą tragedię.
Piszę te słowa modląc się za dzieci zabite wczoraj w Newtown w USA, dwadzieścioro niewinnych dzieci. I modląc się za Annę, która trwa w małżeństwie z Tadeuszem. Tadeuszem, który bije ją dalej.
Boże Narodzenie jest wielką nadzieją, że kiedyś zrozumiemy sens miłości. Jest nadzieją, że miłość Anny przerasta pijackie napady Tadeusza. Jest nadzieją, że dzieci z Newtown nie żyły na darmo. Nadzieją, że jeszcze sam zmądrzeję. Nadzieją, że choć niewiele rozumiemy z życia, to ma ono sens.

W Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , , , , , , ,

NA ŚWIECIE SĄ TYLKO DOMY DZIECKA

NA ŚWIECIE SĄ TYLKO DOMY DZIECKA
Piątek 14 grudnia 2012

Wszyscy chcemy, żeby było lepiej i nam i innym ludziom. Rozmawiamy o tym, mamy świetne pomysły, nawet się o to modlimy czasami. I najczęściej nic albo niewiele robimy, żeby tak było. No, niekiedy może pomaszerujemy sobie i pokrzyczymy.
Bardziej dociekliwi z was odnotowali być może, że tytuł Wolontariusza Roku na Lubelszczyźnie otrzymała kilkanaście dni temu pani Bogusia z Włodawy. Wychowała się w domu dziecka, nie znała swoich rodziców. Dom dziecka była dla niej wzorem domu w ogóle. Kiedy była w drugiej klasie podstawówki, koleżanka ze szkoły zaprosiła ją do swojego domu. Bogusia odkryła wtedy ze zdumieniem, że koleżanka ma swój pokój, że wszyscy w rodzinie siadają razem do posiłków. Do tej pory myślała, że wszystkie dzieci wracają ze szkoły do takich małych domów dziecka, trochę mniejszych niż ten, w którym „od zawsze” sama żyła. To była pierwsza podpowiedź, że istnieje inne życie niż to w domu dziecka. Resztę o innym życiu Bogusia wyczytała z książek i wymarzyła sobie.
Od wielu lat, zupełnie bezinteresownie, organizuje wraz z młodzieżą, którą uczy, kilkaset paczek świątecznych, roznoszonych do najuboższych rodzin w swoim mieście. I na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Na Wigilię u teściów ledwo zdąża, bo po drodze rozwozi paczki do tych, których wcześniej nie zastała w domach. To nie są jakieś nadzwyczajne fajerwerki, ale to jest Sto Procent, jakie ta kobieta daje z siebie. Nie czeka na innych, na pomoc społeczną, granty i dotacje. Widzi ludzi, którzy mają źle i oferuje im konkretne dobro. Taka prosta, ale przejmująca solidarność. Bez gadania, maszerowania i krzyczenia. Po prostu ona tę solidarność dzień po dniu robi.
W noc Bożego Narodzenia Bóg stanął po naszej stronie, po stronie człowieka. I kiedykolwiek stajemy stronie człowieka, ze swoim czasem, energią, pieniędzmi czy rzeczami, mamy Boże Narodzenie. Takie prawdziwe, nie tylko Święta.

W Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , , ,

DWIE MIŁOŚCI I DWIE ŚMIERCI

DWIE MIŁOŚCI I DWIE ŚMIERCI
Czwartek 13 grudnia 2012

Każdy z nas kiedyś odejdzie z tego świata. Rzadko odczuwamy realność tego „kiedyś” i jest ono jakąś daleką i niewyobrażalną przyszłością.
Na weselu Antoniego i Lucyny piłem dwudziestopięcioletnie wino. Ojciec Lucyny nastawił je zaraz po narodzinach córki i zdecydował, że będzie wypite na jej ślubie. Wino było wspaniałe, niemal gęste, z kategorii „niebo w buzi”. Antek był góralem, postawnym i barczystym, prawdziwy dąb, chłop z gór, pochodził z bardzo zamożnej rodziny, prowadzącej intratny biznes. Lucyna artystka, znakomita skrzypaczka, zresztą do dzisiaj. Tworzyli niezwykłą i piękną parę.
Trzy miesiące po ślubie Antek wylądował w szpitalu. Badania przeciągały się a lekarze unikali jednoznacznych opinii. Wreszcie przekazali hiobową wieść rodzinie oraz Lucynie, że stan jest beznadziejny i choremu pozostały tygodnie, najwyżej miesiące życia. Nie zapadła decyzja czy i kto ma powiadomić Antka.
Kiedy go odwiedziłem, odbyliśmy dość długą rozmowę. „Czuję, że umieram” – powiedział dość spokojnie – „Krótko to wszystko trwało. Na najbliższe lata Lucyna ma życie zabezpieczone, myślę, że potem też sobie poradzi. Kurczę, nie wiedziałem, że od miłości do śmierci jest tak blisko.” Odszedł na niespełna pół roku po ślubie. Już wtedy umiałem na pamięć jeden z piękniejszych wierszy jakie znam. Wiersz jakby napisany – przez Jana Lechonia – dla Antka i Lucyny:

Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną,
Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej – modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia –
I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.

(przypisane Wacławowi Zyndram – Kościałkowskiemu)

Czemu Boże Narodzenie? Bo od tego Zdarzenia, nie ma miłości zbyt krótkich, nie ma miłości głupich, nie ma miłości tragicznych. Każda miłość jest święta i Boża. Nawet ta, o której mówimy, że jest niespełniona i nieodwzajemniona. W każdej jest cud bliskości Boga.

PS. W Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , , , , , ,

ŚWIĘTA NA CMENTARZU

ŚWIĘTA NA CMENTARZU Środa 12 grudnia 2012 Szalona miłość pani Leokadii trwała ponad 40 lat. Kochała męża obłędnie, dbała i troszczyła się, nadskakiwała i darzyła szacunkiem. Jej uczucia doszły do szczytu w czasie choroby męża, przesiadywała przy nim dniami i nocami, do samego końca. W dowód miłości wystawiła nieboszczykowi piękny pomnik, prawie sarkofag, któremu nic nie dorównywało na cmentarzu. Miłość poza grób. W rok po śmierci męża porządkowała jego ostatnie ziemskie manatki. Pech chciał, albo diabeł, że wpadły jej w ręce listy, jakie mąż otrzymywał od kochanki. Koszmaru dopełniał fakt, że kochanką była jej własna siostra. To był najbardziej tragiczny dzień w życiu Leokadii. Życie straciło sens, a wielka miłość przerodziła się w jeszcze większą nienawiść. Siostra dostała po gębie, nie chciała jej znać. Mężowi odwdzięczyć się nie było jak, ale jednej nocy w furii poszła na cmentarz i młotkiem rozpirzyła sarkofag, na tyle ile umiała. „Tłukłam trzy godziny, wszystko, anioły, krzyż, tablicę.” Poczucie zranienia, krzywdy i oszukania, zżerało kobietę także fizycznie. Zgarbiła się, na twarzy wręcz wyblakła, jadała mało i rzadko. Rozmawialiśmy wielokrotnie, ale wątpię czy jakiekolwiek mądre rady mogły mieć jakieś znaczenie. Namawiałem panią Leokadię, prawie dwa lata, aby przebaczyła i mężowi i siostrze. To jedyna metoda, aby wyleczyć wrzód, jaki nosiła w sobie. Kilka razy wspólnie modliliśmy się o moc do przebaczenia, bo po ludzku nie mamy tyle siły. Bóg ma nieprzebrane zasoby przebaczenia. I dzieli się nim z nami. Wiele razy mówiłem to, w co sam wierzę i praktykuję: „Ten, kto przebacza może poczuć się jak sam Bóg. Nic tak nas nie upodabnia do Niego jak przebaczenie ludziom.” Przed pierwszym listopada poprosiła, abyśmy wspólnie poszli na cmentarz. Byłem świadkiem, jak wypowiadała słowa przebaczenia przy zniszczonym grobie męża. Przebaczenie krztusiło się we łzach, szlochu i jęku. Z siostrą poradziła sobie już sama, choć bliskość między nimi już nie wróciła; nie ma potrzeby zresztą. Pani Leokadia odwiedza męża na cmentarzu, grobowiec jest odnowiony i zadbany, choć bez fajerwerków, nie ma potrzeby zresztą. Kobieta cieszy się resztą swojego życia, ma wspaniałe dzieci i wnuki. Boże Narodzenie spotkało panią Leokadię tuż przed Wszystkimi Świętymi. I przydarza się w ten dzień, kiedy mam dość mocy, aby przebaczyć. A święta to tylko święta. PS. Przypominam niezmiennie, że w Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , , , ,

WSZYSTKIE DROGI DO PANA BOGA PO KTÓRYCH NIGDY NIE CHODZIMY

WSZYSTKIE DROGI DO PANA BOGA
po których nigdy nie chodzimy

REKOLEKCJE LAST MINUTE

Adwent 2012

Rekolekcje dla wierzących
Dla niewierzących
Dla tych, którym wydaje się, że wierzą
Dla tych, którym wydaje się, że nie wierzą

Dom Spotkania w Dąbrowicy

20 – 22 grudnia 2012
Czwartek – Piątek – Sobota
Początek o 19.30

Czwartek 20 grudnia – Dzień przed Końcem Świata – Rekolekcje adwentowe – czwartek
Piątek 21 grudnia – Dzień Końca Świata – Rekolekcje adwentowe – piątek
Sobota 22 grudnia – Dzień po Końcu Świata – Rekolekcje adwentowe – sobota

Zapraszam – ks. Mietek Puzewicz

Itinerarium , ,

SPODNIE PĘKAJĄ I MASZ BOŻE NARODZENIE

Wtorek 11 grudnia 2012

Historię tę opowiadałem już wiele razy, ale od razu przyszła mi na myśl w kontekście Bożego Narodzenia. Wydarzyła się wiosną 1980 roku, w Sandomierzu.
Do Sandomierza pojechaliśmy licznie, studenci z Lublina, pod wodzą ojca Ludwika Wiśniewskiego. Chodziło o Janka Kozłowskiego (zmarł w 1996 r.), jednego z pierwszych działaczy Solidarności Rolniczej, wówczas jeszcze Tymczasowego Komitetu Niezależnego Związku Zawodowego Rolników i redaktora niezależnego pisma chłopskiego „Placówka”. Za komuny „niezależny” oznaczało nie wymyślony i nie kierowany przez „przewodnią siłę narodu”, czyli przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą (PZPR). Niezależny oznaczało także zwalczany przez milicję obywatelską (MO) i służbę bezpieczeństwa (SB). Janka oskarżono o pobicie sąsiada, w gruncie rzeczy był to pretekst do uwięzienia człowieka, który działał przeciwko systemowi.
W Sandomierzu poszliśmy na proces, aby pokazać Jankowi, że nie jest sam, że są ludzie, którzy go wspierają. Nic wielkiego, solidarność wyrażona przez obecność w trudnej chwili. Proces był farsą, oskarżyciel nieudolnie próbował dowieść, że Janek pod wpływem alkoholu ciężko poranił sąsiada. Padł nawet argument, że obwiniony pił wódkę w „pięćdziesiątkach”, małych kieliszkach po 50 gram, co wywołało salwę śmiechu na sali. Wszyscy wiedzieliśmy, że klasa robotniczo – chłopska (ale i studencka) piła tylko w musztardówkach, bo na kieliszki nikogo nie było stać, nie mówiąc już o tym, że nigdzie ich nie dało się kupić. Musztardówka, przypomnę, była genialnym wynalazkiem socjalizmu, szklaneczka, nagwintowana od dołu. Pakowano w nią musztardę sarepską lub inną. Musztardy (i octu) raczej nie brakowało. Po starannym wyparzeniu szklaneczka idealnie spełniała rolę uniwersalnego naczynia do serwowania trunków. I miała pojemność 0,2 litra, czyli dwieście gram. Gruchnęliśmy śmiechem po wzmiance o piciu w pięćdziesiątkach, przecież wszyscy pili w musztardówkach, dwusetkach!
Proces został bodajże odroczony, wyszliśmy przed budynek sądu, ponad 40 studentów, z ojcem Ludwikiem na czele. I wtedy ze wszystkich stron pojawili się „szarzy panowie”, czyli służba bezpieczeństwa albo tajniacy, jak chcieć. Otoczyli nas i pojedynczo wyrywali do suk (milicyjna nyska, czyli taki dawny bus, kilkuosobowy). Pamiętam, że chwyciliśmy się za ręce, zdążyliśmy zaśpiewać „Boże coś Polskę” i „Jeszcze Polska nie zginęła”. Później szarpanina z ubekami, dostaliśmy pałkami i pięściami. Nie pamiętam jak straciłem przytomność, pamiętam za to, że pękły mi spodnie, co wprawiło mnie w duży dyskomfort.
Wylądowaliśmy w podziemiach komendy milicji. Ciemno, jakieś szepty, kroki i przekleństwa milicjantów. Obok mnie Andrzej Karasiński, kolega z roku, przytomny (zmarł tragicznie w kilka lat potem). Zaczynamy gdybać czy przetrzymają nas klasycznie 48 godzin czy może będzie grzywna. Najpierw ja, potem Andrzej, dostajemy przykładnie po mordzie, władza nie pozwala rozmawiać, mamy siedzieć cicho. Napięcie rośnie, bo co chwilę biorą kogoś na przesłuchanie.
Andrzej wyjmuje egzemplarz Biblii, małe kieszonkowe wydanie. I zaczyna po cichu czytać: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego … Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną …” (Psalm 23). Andrzej czyta, a ja nie wiem czy to on czyta czy to Bóg mówi. Choćbym szedł ciemną doliną… A siedzimy w piwnicy komendy, ciemna dolina. Zła się nie ulęknę … Zło chodzi, bije nas w pysk. Zła się nie ulęknę! Nie ulęknę! Za chwilę milicjant wydziera Biblię z rąk Andrzeja i wali go ręką po głowie. A w mojej głowie dźwięczą słowa: „Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę …”
Biorą mnie na przesłuchanie, padają groźby, że wylecimy ze studiów, że będzie areszt, że nie wolno sprzeciwiać się władzy. Co mam do powiedzenia? „Poproszę o igłę i nici, bo rozerwaliście mi spodnie w kroczu!” Milicjant baranieje, macha paluchem, żebym sobie żartów nie stroił. A ja mam piękny, głęboki spokój, zła się nie ulęknę, bo On jest ze mną!
Dostałem igłę i nici, spodnie zszyłem jak umiałem. Wszystko kończy się po 48 godzinach i grzywnie. Zła się nie uląkłem.
Czemu Boże Narodzenie? Pierwsze słowa, jakie słyszą pasterze od anioła, po Narodzeniu Chrystusa brzmią: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką!” Każde doświadczenie, jak to moje w piwnicy sandomierskiej komendy, może nas wyzwolić z lęku i strachu. Przed przyszłością, przed ludźmi, przed bólem, przed wszystkim.
Boże Narodzenie przydarza się w chwili, gdy wyzwalamy się ze strachu. Mnie przydarzyło się wiosną. Niczego się nie bójcie, żadnych ciemnych dolin życia, On jest z Wami.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , ,

ŚWINIE ZAWSZE ZDĄŻĄ PODROSNĄĆ

Poniedziałek 10 grudnia 2012

Ania była piękną – i myślę, że nadal jest – dziewczyną. Kończyła dobry kierunek studiów, radziła sobie świetnie. I przygotowywała się do ślubu.
Frajdę sprawiało jej wyszukiwanie welonu, dobór bucików (tak mówiła, bucików, nie butów) i opracowanie scenariusza wesela. Do ślubu pozostały dwa tygodnie, miał być na początku czerwca.
Majowy spacer Ania przeznaczyła na sprecyzowanie kalendarza spotkań z koleżankami i ustalenie przebiegu bajecznego wieczoru panieńskiego. Szła alejką w parku rozszczebiotanym plotkami dorosłych i dzieci. Maj, bzy, słowiki, ławeczki, ach, och!
Szlag trafił Anię nagle. Albo łaska Boża. Jak zwał, tak zwał. Efekt taki, że zrozumiała, iż ślubu nie będzie.
Rozmawialiśmy dość długo. Ania raz się śmiała, raz beczała rozpłakana. Ślubu i wesela nie było łatwo odwołać, za mało czasu. Musiała sama wziąć na siebie kwestię obdzwonienia swojej rodziny i rodziny niedoszłego męża. Najgorzej było z babcią. „Aniu, same straty, dom weselny wynajęty, orkiestra zapłacona, świnie pobite, ciasta upieczone, wódka się mrozi …”
A Ania – „Babciu, ale ja go nie kocham!” Babcia wiedziała swoje – „Miłość przyjdzie później, teraz trzeba iść do ołtarza!”
Ania nie poszła. „To co się stało?” – pytam. „Wiesz, jak poszłam na spacer, nagle mnie olśniło, że ja go nie kocham! Wcześniej byłam na ślubie moich koleżanek, przyjaciółek. Ekstra było, suknie, welony, Ave Maria na skrzypcach, Mendelsohn … To mnie nakręciło, chciałam jak wszystkie moje koleżanki … Chodziłam z nim dwa lata, wiesz, koniec studiów, wszystkie nawijają o małżeństwie, ślubie, dzieciach. Wzięło mnie to, nakręciło. I jak poszłam na spacer, walnęło mi prosto w łeb, że ja go nie kocham! To szopka, nadmuchane jaja, bez sensu!”
Niedoszły mąż Ani jest już mężem i ojcem. Ania zakochana po uszy, myśli o małżeństwie, z zupełnie innym człowiekiem. Babcia modli się o szczęście dla wnuczki. Wódka pewnie się rozmroziła, świnie nowe podrosły.
Boże Narodzenie wyzwala nas z pozorów, gier i innych pierdół. Dokonuje się tam, gdzie naprawdę kochamy. A świnie zawsze zdążą podrosnąć.

PS. Przypominam niezmiennie, że w Adwencie opowiadam w Itinerarium historie, w których otarłem się jakoś o Boże Narodzenie. To sytuacje, które nazwałbym nawet Bożym Narodzeniem, choć chyba żadna z nich nie wydarzyła się w czasie Świąt. Wszystkie historie są prawdziwe, albo w nich uczestniczyłem albo znam je ze słyszenia, ale z pewnego źródła. Czasem napiszę dlaczego konkretna historia dawała mi przedsmak Bożego Narodzenia. Bożego Narodzenia, Tajemnicy, którą niestety chyba zatracamy w coraz bardziej bezsensownym świętowaniu.

Itinerarium , , , , ,