Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Z Bożym Narodzeniem wiążemy zawsze jakieś nadzieje i marzenia, w tym roku jesteśmy chyba zgodni, że najbardziej pragniemy pokoju w Ukrainie. Pokoju i bezpiecznych dni i nocy dla ukraińskich rodzin, żeby przestały spadać rakiety, żeby wrócił prąd, żeby woda płynęła z kranów, zwłaszcza ta ciepła.
Myślę, że przy dzieleniu się opłatkiem życzyć będziemy i sobie pokoju, może spokoju. Wojna zasiała w naszych sercach przeróżne niepokoje, o nasze rodziny, o przyszłość, przychodzą też częściej chwile napięć. Pomimo tego, że bomby spadają u naszych sąsiadów (z wyjątkiem przypadku w Przewodowie), to rezonują i w nas.
Atmosfera pokoju i spokoju zależy w dużym stopniu od nas. Możemy mniej mówić, a jak już trzeba to bardziej z sensem, krzyki zastąpić ściszonymi głosami, w upominanie wpleść łagodność. Dużo spokoju wprowadza słowo „przepraszam”, a „dziękuję” mnoży dobrą energię. Stać nas też na przebaczenie, przypomnę, że to głęboki gest naśladowania samego Pana Boga, „odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
Do pragnienia pokoju musimy koniecznie dodać czynienie pokoju. To jest też droga uczestniczenia w tajemnicy Bożego Narodzenia, przy tym historycznym słyszymy, że „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania”.
Dziś maryjne święto, wspominamy Niepokalane Poczęcie Maryi. Dwa lata temu decyzją papieża Franciszka w litanii Loretańskiej, jednej z najbardziej popularnych modlitw, pojawiły się trzy nowe wezwania: Matko miłosierdzia, Matko nadziei i Pociecho migrantów. Brawo! Oby jeszcze te prośby zmieniały odmawiających je w ludzi miłosierdzia, nadziei i niosących pociechę migrantom, w ten sposób najpiękniej czcimy Maryję.
Maria jest dla mnie człowiekiem Nadziei, jako nastolatka zdecydowała się na szaloną umowę z Aniołem, owocem było poczęcie i narodzenie Chrystusa. Bliżej pięćdziesiątki przeżywała śmierć swojego Syna, aby zaraz potem z apostołami głosić Jego naukę. Trzymała się nadziei bez względu na dziwne czy bolesne chwile w swoim życiorysie.
Uczę się od Niej postępowania według nadziei, wiem, może to zabrzmieć archaicznie. Patrzę też na świat i to, co wokół nas się dzieje i widzę jak nadzieję próbuje zastąpić się chłodnymi kalkulacjami i tzw. strategiami. Chodzi o to, żeby wszystko policzyć, zsumować, stworzyć możliwe warianty i zamknąć w jakichś algorytmach. Coraz mniej jest ludzi pokroju Kolumba czy Vasco da Gamy, którzy ruszyli w nieznane, w ryzykowne podróże. Uwaga, za nawigację służyły im gwiazdy, wiatry i kształt fal morskich!
Teraz popatrzmy na Ukrainę, w kategoriach kalkulacji w Kijowie powinna powiewać już rosyjska flaga, nadzieja tego bohaterskiego narodu pozwala jednak wierzyć w zwycięstwo naszych sąsiadów.
I na koniec popatrzmy na swoje życie. Są w nim sprawy trudne, bardzo złe i niemożliwe? Spróbujmy najpierw – „Matko nadziei, módl się za nami!” A potem obrócimy te wszystkie sprawy w zwycięstwo naszej nadziei.
PS. Wszystkie figurki Matki Bożej trzeba otaczać troską.
Podczas Pasterki jednemu z kaznodziei – nie mnie od razu wyjaśniam – przydarzyła się pouczająca konwersacja. W tłumie wiernych stała pani, była na świątecznej przepustce z pobytu w zakładzie psychiatrycznym, zdiagnozowano u niej zaburzenia. Przysłuchiwała się słowom z ambony uważnie. Kaznodzieja podnosił głos akcentując różne cuda, najpierw, że przyszli królowie i zaczęli się kłaniać Dzieciątku. Słuchaczka kiwnęła głową i potwierdziła – „No tak!” Potem, że pasterze śpiewali, pani głośno wyraziła aplauz – „No tak!” Wreszcie mówca w jeszcze bardziej patetycznym tonie oznajmił, że nawet bydlęta klękały! Na chwilę zawiesił głos, pewnie oczekiwał kolejnego „No tak!” Zawiesił głos nieopatrznie, bo pani z oburzeniem wykrzyknęła – „No to, to już pier ….sz!” Zaraz potem rodzina uważnej słuchaczki wyprowadziła ją z kościoła.
Muszę stanąć w obronie wspomnianej pani, choć nie podzielam formy jej protestu. Bronię pani, bo w Ewangelii ani słowa nie ma o tym, że jakiekolwiek bydlęta klękały w Betlejem. Znam sporo bydląt, żadne nie potrafi klękać. Kaznodziei pomyliła się Ewangelia z ładną polską kolędą. Dobrze, że nie przytoczył słów słynnej góralskiej pastorałki, „Oj, maluśki, maluśki, Pan Jezus nieduży, usiadł se na przypiecku i fajeczkę kurzy …”
W narodzeniu Pana Jezusa jest mało cudów. Narodził się jako dziecko, w skromnych warunkach, wokół Niego byli rodzice i pasterze. Może gdzieś przy pasterzach były bydlęta, czyli owce, co do wołów i osłów mam wątpliwości. Nawet jeśli były, nie klękały, one oddają cześć Panu Bogu zupełnie inaczej.
Piszę o tym, żebyśmy odkrywali obecność Pana Jezusa we wszystkich codziennych sprawach, bez żadnych cudów. Są rodziny, dzieci, wnuki, znajomi, przyjaciele. Mamy dookoła siebie domy, ulice. Wiemy, że są zwierzęta, które fruwają, pływają, pełzają, skaczą i nie klękają. Ta młoda klępa na zdjęciu, żona łosia potrafi pięknie brykać. Prawdziwe cuda! Najlepsza atmosfera dla Bożego Narodzenia!
Wczoraj, 5 grudnia, był Światowy Dzień Wolontariusza, w Lublinie uroczysta Gala odbędzie się w najbliższy piątek, można jeszcze zaopatrzyć się w zaproszenie w naszym Centrum Wolontariatu.
A jak ja zaczynałem wolontariat? Dawno temu, naprawdę dawno. Kapelan oddziałów dziecięcych przy Szpitalu Klinicznym numer 1 w Lublinie, ks. Janusz Rzeźnik, zaproponował mi zajęcia z dziećmi, w roli „kaowca” (w tamtych czasach był to ktoś od spraw kulturalno – oświatowych). Miałem w miarę możliwości organizować zabawy dla dzieci, a przy okazji – oficjalnie było to zakazane – pomodlić się z nimi i opowiadać o Panu Jezusie.
Bardzo szybko znalazłem się w zupełnie innej, niespodziewanej roli. Na oddziały dziecięce – jeszcze nie istniał osobny szpital dla dzieci – rodzice zaczęli przywozić dzieci, chorujące wskutek napromieniowania po katastrofie reaktora jądrowego w Czarnobylu. Próbowałem, jak umiałem, pocieszać te dzieci, ale one zadawały mi zasadnicze pytania. Pamiętam do dziś, jak może ośmioletni Krzysio, przeczuwający swoje odejście zapytał mnie czy po swojej śmierci będzie widział się z mamusią. Ja, dorosły, choć wtedy jeszcze student, nie mogłem odpowiedzieć „Nie wiem”. Dorośli przecież wiedzą wszystko. Odpowiedziałem, że tak, bo wierzyłem wtedy i dziś wierzę w bliską więź między kochającymi się osobami, pomimo granicy śmierci. Tamto doświadczenie nauczyło mnie, żeby być przy ludziach w ich dramatach, przede wszystkim być, nawet jeśli nie mogę kogoś uratować. Potem zapadła mi w pamięci myśl zapisana przez Jana Pawła II, że wobec chorych najważniejsza jest „pełna miłości obecność”.
Pojechałem na pogrzeb Krzysia, potem przez wiele lat miałem kontakt z jego rodzicami. Towarzyszyłem jeszcze kilku dzieciom dotkniętych skutkami Czarnobyla. A zasadę obecności, najlepiej pełnej miłości, staram się do dzisiaj realizować.
Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie Aleksander z Żytomierza, znamy się dopiero od początku wojny, udało się wysłać do niego (a on wysyłał dalej) wiele ton różnej pomocy. Sasza przyjechał, poznał naszych wolontariuszy. I założył w Żytomierzu wolontariacką fundację „Impuls”. Wyjaśnił, że daliśmy mu impuls do wolontariatu, już prężnie działają.
Myślę sobie, że w każdym wolontariacie jest piękny impuls, Boży impuls, aby stawać przy ludziach potrzebujących naszej obecności. Obecności pełnej miłości.
Na zdjęciu Aleksander po mojej lewej ręce, obok Justyna Orłowska, jedna z kluczowych osób w lubelskim Centrum.
Staram się swoje życie układać według Ewangelii, często mi nie wychodzi. Z wiarą bywa także różnie. Grzechy przytrafiają mi się codziennie, choć walczę. Przypuszczam, że – jeśli nie jesteście aniołami – macie podobne doświadczenia.
Taki stan wcale mnie nie zniechęca i nie zamierzam się poddawać. Jak ktoś z was budował dom, wie, że trzeba pokonać wiele trudności i nie rezygnować. Życie jest jednym wielkim placem budowy, nie można się zniechęcać, jeśli nie wszystko idzie idealnie. To nic, że nie wszystko wychodzi, ważne, że budujemy.
Rozpoczynam nowy dzień, nowy tydzień, w perspektywie mamy bliskość świętowania Bożego Narodzenia. Muszę się żwawiej uwijać na moim placu budowy, czego i każdemu z was życzę.
Jeszcze bardziej tę zachętę kieruję do moich sióstr i braci z Ukrainy, teraz ich życie jest narażone na nieustanne straty i zaburzenia, niekiedy przypomina chwiejący się w posadach dom. Przyjdzie, oby wkrótce, dobry czas odbudowy.
Za trzy tygodnie będziemy świętować przyjście Boga na ziemię i pośród nas. Tak jest co roku i raczej nie poruszy nas ta uroczystość, przejdziemy nad nią szybko do porządku dziennego. Święta nas nie zmienią.
Jan Chrzciciel wzywał do nawrócenia i jak czytamy „ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem”. Nie przypuszczam, żeby Jan miał szczególnie mocny głos lub jakieś wybitne talenty kaznodziejskie. Myślę, że słuchacze jego prostych wezwań sami podejmowali decyzję o zmianie życia.
Może przed Świętami pójdziemy do spowiedzi, wysłuchamy rekolekcji, nie spodziewajmy się jednak, że z ambony czy w konfesjonale usłyszymy coś, co zmieni nasze życie. Może nawet nie widzimy potrzeby zmiany.
A jeśli czujemy, że powinniśmy się nawrócić, naprawić i zmienić, to pójdźmy za tym pragnieniem, bo jest Bożym głosem w nas.
Jedynym impulsem z zewnątrz, jaki do nas dociera, jest wojna w Ukrainie. To jest wojna, giną ludzie, dzieci, są ogromne zniszczenia. Dla mnie jest to impuls mobilizujący, mocny. Nie jest to strach, tylko wezwanie do prowadzenia swojego życia jeszcze bardziej w pokoju, sprawiedliwości, przebaczeniu i miłości. W ten sposób realnie przeciwstawiam się temu, co niesie wojna. Przeżywam wojnę jako wezwanie ale nie przymus. W całkowitej wolności możecie rozważyć jakie wezwanie płynie z niej dla was.
Na zdjęciu – uchodźcy wojenni z Ukrainy przyjęci w lubelskim Centrum Wolontariatu.
Ewangelia
W owym czasie pojawił się Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: «Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie». Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: «Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki!»
Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem były szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordanie, wyznając swoje grzechy.
A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im:
«Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera jest przyłożona do korzenia drzew. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, zostaje wycięte i wrzucone w ogień.
Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».
Przeżyjemy te nadchodzące Święta z rozdartymi sercami. Z jednej strony mamy prawo do radosnego obwieszczania, że Bóg zamieszkał między nami. Będziemy mieli choinki, Wigilię, opłatek, Pasterkę, kolędy i prezenty. To wszystko jednak nie przesłoni ukraińskich smutków, łez i żałoby, które docierają i do nas.
Im bliżej Świąt tym bardziej ten dysonans emocjonalny będzie się powiększał, aż wreszcie osiągnie apogeum w samą Wigilię. My w ciepłych domach, przy zastawionych stołach, z prezentami i radosnymi kolędami. A oni … Zderzą się w naszych sercach dwa światy, ten nasz spokojny i tamten z bombami i nagłymi śmierciami.
Sam szukam jakiejś drogi do pogodzenia w sobie tych dwóch światów. Dobrze, bardzo dobrze będzie jeśli przy naszych wigilijnych stołach zasiądą uchodźcy z Ukrainy, może i przy tych w pierwszy czy drugi dzień Bożego Narodzenia. Ja tak zrobię, ale nikomu nie narzucam swojej rady. Mam niepokój, że zagraża nam duchowa schizofrenia.
Szukajmy, każdy dla siebie i swoich rodzin jakiegoś gestu, hojnego, gorącego, aby te Święta, polskie i ukraińskie połączyć. Modlitwa, wzruszenia, współczucie i dobre życzenia dla Ukrainy są potrzebne. Coś jeszcze jednak musimy dodać.
Siedem lat temu spotkałem tę panią w pobliżu małej wioski rybackiej Cojimar na Kubie, chwilę po zrobieniu zdjęcia rozmawialiśmy. Następnego dnia rozpoczynaliśmy forum wolontariatu, polsko – kubańskie.
Zupełnie nie przeszkadza mi to, że Elena pali cygaro. Jest kobietą zatroskaną o swoją rodzinę, utrzymuje ją z obnośnego handlu pamiątkami, trochę jej w tym pomogłem.
Dwa tysiące lat temu, Betlejem, młoda Żydówka rodzi Syna Bożego. Patrzy razem z Józefem i widzą noworodka, chłopczyka. Pasterze dostali informację, że mają iść i powitać Mesjasza, podobnie Trzej Mędrcy. Przychodzą i widzą małe dziecko. Znaleźli dziecko. Odkryli Pana Boga.
Nic się nie zmienia po dwóch tysiącach lat. Spotykamy dzieci, kobiety, mężczyzn, ludzi. I w nich tkwi tajemnica Bożego Narodzenia, obecność Żywego Boga.
Elena pali cygaro, potem rozmawiamy. Pewnie podobnie było w Betlejem. Tak przyszedł i przychodzi do nas Pan Bóg.
Na zdjęciu stoję obok Dawida, Gruzina z polskimi korzeniami, naprzeciwko mamy Dalię. Ona pochodzi z małego narodu Kistów, zamieszkującego północne tereny Kachetii w Gruzji. Kistowie mają gruzińskie paszporty, choć etnicznie najbliżej im do Czeczenów.
Próbowałem policzyć, z przedstawicielami ilu narodów udało mi się spotkać, wyszło, że z większością żyjących na kuli ziemskiej. Jestem za to bardzo Panu Bogu wdzięczny, w tej mnogości narodów, ludów, języków i kolorów jest piękno Bożego Narodzenia.
Jan Paweł II napisał, że we Wcieleniu, czyli Bożym Narodzeniu, Syn Boży zjednoczył się z każdym człowiekiem. Z każdym! Dzięki Bożemu Narodzeniu zyskałem miliardy sióstr i braci. I zawsze ilekroć spotykam, poznaję i tworzę jakąś więź z kimkolwiek z nich, błogosławię Boga za Jego Narodzenie i za włączenie mnie do tak cudownej Rodziny.
A mam w niej, oprócz Kistów, na przykład Ujgurów, Dagestańczyków, Osetyjczyków, jezydzkich Kurdów, Tatarów krymskich, Masajów, Pigmejów, Haitańczyków czy Czarnogórców. Cudowna rodzina!
Weszliśmy w czas kiedy mamy najmniej światła, dni są coraz krótsze, noce dłuższe, promienie słoneczne rzadko przebijają się ku ziemi. Właśnie jednak ta pora jest dobra do odkrywania obecności Pana Boga.
W biblijnych zapowiedziach przyjścia Boga do ludzi często pojawia się motyw ciemności i światła. „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką, nad mieszkańcami kraju mroków światło rozbłysło”, to Izajasz. Zachariasz w swoim hymnie ogłasza przyjście Chrystusa jako „z wysoka wschodzące Słońce”, Mędrców do Betlejem prowadzi światło gwiazdy.
Mam na wyposażeniu znakomitą latarkę (znawcy twierdzą, że klasy światowej), podarowaną mi przez przyjaciół, służy do wieczornych i nocnych wizyt na działkach i pustostanach, kiedy odwiedzam z wolontariuszami osoby bezdomne. Moment rozbłysku jej światła wydobywa nagle kontury zmurszałych ścian, byle jak zbitych desek, a potem sylwetki ludzi. Od razu robi się cieplej i bardziej przyjaźnie.
Światło jest tajemnicą, zawsze niesie nadzieję i radość. Tuż przed świętowaniem Bożego Narodzenia dnia i światła zacznie przybywać. To, co rozgrywa się na zewnątrz nas jest tylko podpowiedzią do odkrycia światła w swojej głębi, w duszy. Grzech i zło nazywane są w Ewangelii ciemnością i mrokiem, prawda blaskiem, a miłość wielką jasnością. I jeśli zaczniemy iść za wewnętrznymi światłami odkryjemy, że prowadzą nas do Pana Boga, Chrystusa, „Światłości ze światłości”, jak wyznajemy co niedzielę w Credo.