Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Może wyda się co niektórym z was, że dziwaczę, chcę jednak podzielić się z wami jednym z doświadczeń adwentowych i odkrywaniem bliskości Boga.
Obecnie jednym z moich sąsiadów za oknem jest wielki, rozłożysty, stary, blisko stuletni klon, to prawie połowa jego życia, jak dobrze mu pójdzie. Na klonowych gałęziach albo na murach pobliskiego budynku zasiadają cały rok skrzydlate mieszczuchy, gołębie. Czasem przyfruwają jeszcze sroki, sikory i drozdy.
Te codzienne obrazki drzew i ptaków, wystarczają mi do wyczuwania obecności Boga, wcielonego przez Swoje narodzenie i zjednoczonego ze Swoim stworzeniem. Może to jest i dziwactwo, ale w takim razie dziwakiem był też autor psalmów. Napisał (psalm 96), że „weselą się pola i wszystko, co na nich rośnie, radują się także drzewa leśne przed obliczem Pana, który nadchodzi”.
Dla mnie stary klon i inne zaprzyjaźnione dęby czy brzozy, gromadka miejskich gołębi i zazdrosne sroki, całkowicie wystarczają, żeby mocno czuć prawdziwość Bożego Narodzenia. Może trochę pomaga mi w tym chłodny stosunek do smartfonu.
Dla dzieci Pan Jezus narodzi się w żłóbku, później będą Go szukać już w głębszych wymiarach swojego życia. My, dorośli, wiemy, że w żłóbkach są jedynie laleczki, nie jesteśmy jednak bez szans.
Dla mnie tegoroczny Adwent zaczął się zaraz po 24 lutego, kiedy pierwsze rosyjskie bomby spadły na Ukrainę i kiedy tysiące zalęknionych ludzi przekroczyły nasze granice w poszukiwaniu bezpieczeństwa dla siebie i swoich rodzin. Adwent jest przychodzeniem Pana Boga do nas. Tak jak do Marii, Józefa i pasterzy przyszedł jako dziecko, tak do nas przychodzi w osobach uchodźców.
Spotykam się czasem z pytaniem, gdzie jest Pan Bóg w tej wojnie i co robi. Pan Bóg cierpi w każdym rannym i zabitym Ukraińcu, w zrozpaczonych wdowach, w ginących dzieciach. Pan Bóg przekroczył nasze polskie granice w osobach tych, którzy szukają tu schronienia.
Przychodzenie Pana Boga nie jest baśnią rozgrywającą się poza naszym doświadczeniem. Może wolelibyśmy, aby On zasiadł przy naszych świątecznych stołach podczas „Wśród nocnej ciszy…” To Pan Bóg jednak wybiera sposoby przychodzenia do nas. I przychodzi nieustannie od 24 lutego. I tak jak w Betlejem, odnajdują Go ci, którzy przyjmują innych ludzi.
Kazanie na pierwszą niedzielę Adwentu 27 listopada 2022
Bardzo czekałem na ten Adwent, zawsze wspomnienie przyjścia Boga na ziemię i jego chęć zamieszkania w nas i pośród nas odnawia moje siły i nadzieje. Co tak naprawdę może nas odnowić i stanowić impuls do zmiany w życiu? Nie czekajmy na jakiś mocny znak z zewnątrz. Istotny jest świat naszych decyzji.
Przypominam dzisiaj historię Grzegorza, kiedyś już o nim pisałem, wszystko wydarzyło się pięć lat temu a zaczęło w pewną jesienną środę.
Właśnie w tamtą środę rozmawiałem chyba po raz setny z Grzegorzem, że szkoda życia, że F-16 zeżre mu wątrobę i trzustkę. Grzegorz to inteligentny gość ale kilka lat temu wódka zaczęła rządzić jego życiem, stracił pracę, potem przyszedł rozwód i wreszcie eksmisja z mieszkania.
Często mówił, że chce się wyrwać, że ma dość nocy na melinach czy w pustych ruderach, gdzie nie ma prądu i wody, że chciałby zacząć na nowo. Na tym się jednak kończyło. W tamtą środę był tylko na małym rauszu, zachęcałem, żeby poszedł na odwyk, że jak tam pójdzie dostanie nowe ubranie, kosmetyki, buty i inne wsparcie.
W piątek, dwa dni po tamtej rozmowie zadzwonił telefon:
– Tu Grzesiek, jestem na odwyku.
Odwiedziłem go następnego dnia, przywiozłem to, co obiecałem. Co go przekonało wreszcie do decyzji, pytam.
– No przecież ksiądz mówił, żebym zaczął od nowa.
Owszem, mówiłem wiele razy. Ale w nocy ze środy na czwartek Grzegorz stoczył szaloną walkę. Po kolei trzech bezdomnych jak on kumpli ciągnęło go na meliny, obronił się przed każdym z nich. Wiedział, że w czwartkowy ranek musi stawić się na odwyku z 0,00 promila na alkomacie, co jest warunkiem rozpoczęcia leczenia. Poszedł pod kościół „Ave”, znalazł kawałek suchego miejsca pod murem, nałamał kupkę gałęzi, żeby nie leżeć na betonie i nie przeziębić nerek. Rozdygotany przespał jakoś noc pod gołym niebem, przyjęto go na odwyk. To była najważniejsza noc w jego życiu, jak powiedział. Noc walki i zwycięstwa, tak myślę.
Obecnie, po pięciu latach Grzegorz powrócił do rodziny, pracuje na budowie, od czasu do czasu dzwoni i pozdrawia.
PS. F-16 to techniczny spirytus z Ukrainy przemycany do Polski. Można go kupić po 10 zł za pół litra. To najbardziej popularny trunek bezdomnych. Niestety, zżera wątrobę, nerki, trzustkę, pustoszy żołądek i jelita, wywołuje także omamy.
Grzegorzowi się udało, nie mam wątpliwości, że jego decyzję wspomogła łaska, to ciche ale mocne działanie Boże wewnątrz serca. Cokolwiek widzicie w swoim życiu, do zmiany, do naprawy, podejmijcie decyzję, Pan Bóg da siły. A jak trzeba znajdźcie swoją kupkę gałęzi, gdzie stoczycie zwycięską walkę!
Staram się śledzić zarówno przebieg wojny w Ukrainie jak i reakcje w Polsce, w tej drugiej kwestii napotykam wciąż przedziwne „opinie ekspertów”. W ogóle fraza „w opinii ekspertów” robi obecnie niezwykłą karierę. Przy czym zauważam, co mnie trochę śmieszy a jeszcze bardziej irytuje, że aktualni eksperci od spraw Ukrainy, do niedawna byli ekspertami od spraw Unii Europejskiej, zawirowań w klimacie i pandemii. W medycynie, Bogu dzięki, stomatologowie raczej nie dokonują cesarskich cięć, w sporcie szachiści też raczej nie stają na ringu. W publicystyce można być ekspertem od wszystkiego.
Otóż w opinii „wielu ekspertów” (polskich) pojawia się coraz częściej zdanie, że zaangażowanie Polski po stronie Ukrainy nie opłaca się i dlatego należy je przynajmniej ograniczyć. Z pierwszym wnioskiem można się pozornie zgodzić, pomaganie Ukrainie rzeczywiście się nie opłaca. Jeśli spojrzymy na życie w kategoriach opłacalności, pomaganie Ukrainie prowadzi do strat finansowych i gospodarczych. Z tym, że – uwaga! – każde pomaganie przynosi straty. Pomaganie własnym rodzicom kosztuje, tak samo jak wspomaganie dzieci. Dalej, pomaganie osobom niepełnosprawnym, uzależnionym, bezdomnym czy nieodwracalnie chorym, niesie ze sobą koszty. Z jakiegoś jednak powodu – nieuchwytnego dla „ekspertów” – budujemy hospicja, domy pomocy starszym i samotnym, noclegownie i schroniska dla bezdomnych czy ośrodki terapeutyczne. Z tego samego powodu chcemy pomagać Ukrainie.
Jeśli zaś – idąc za „opiniami ekspertów” – ograniczymy pomoc dla Ukrainy lub ją zawiesimy, odbierzemy sobie prawo do nazywania się przyzwoitymi ludźmi. I chyba trudno będzie nam spokojnie spojrzeć na siebie w lustrze.
Zatem, na koniec, „eksperci” mówią swoje, a my pomagamy i bez obaw patrzymy na swoje odbicia w zwierciadłach.
Popatrzcie na to zdjęcie. Za chwilę ten ptak rozpocznie nowy etap życia, porzuci przeszłość i z radością wzniesie się ku przyszłości. Nadzieja podpowiada, że każdego dnia mogę zacząć na nowo. Porzucić smutki, rozczarowania, ciężary przeszłości i zacząć budować od nowa.
To czeka z pewnością Ukrainę, oby jak najszybciej mogła zerwać się do nowego życia. Jest to także prawda o moim życiu. O mojej miłości, dobru i wolności. Nadzieja podpowiada, że to dziś, nie jutro i kiedyś tam, dziś zacznę od nowa.
W polskich mediach trwa walka o pierwszeństwo, rywalizuje Mundial, Black Friday (a raczej Week) oraz wieści z Ukrainy. Te ostatnie budzą chyba coraz mniej emocji. Rozmawiałem wczoraj z kilkoma osobami z różnych miast w Ukrainie. Zostali, nie mają zamiaru wyjeżdżać, przeważnie służą tam innym. Do braku prądu już się przyzwyczaili, dobrze jak pojawia się na kilka godzin dziennie. Wody można nałapać na zapas, mrozy jeszcze nie tak straszne. Nie usłyszałem żadnej skargi ani głosów rozpaczy.
Po wczorajszych, kolejnych bombardowaniach wielu ukraińskich miast zadaję sobie pytanie czy jest jakaś granica dla rosyjskich ataków, wymierzonych w ludność cywilną. Czy będziemy nadal patrzeć, jak rosyjskie rakiety i bomby obracają w ruinę domy i całe ulice, całe miasta, szkoły, szpitale, elektrownie? Liczymy nowe śmiertelne ofiary codziennie, będziemy jeszcze długo tak liczyć? Wiem, że ani wy ani ja nie znamy odpowiedzi na te pytania. Są jednak na świecie osoby i siły, które mogłyby zahamować niszczenie Ukrainy. Na razie dominują oświadczenia, rezolucje i wyrazy oburzenia.
Za miesiąc zasiądziemy do Wigilii. Przypominam, że mamy dość czasu, aby nasze tradycyjne puste miejsca zajęły siostry i bracia z Ukrainy. W tym przypadku akurat wiemy, jak mamy się zachować, od nas zależy czy stworzymy świąteczną wspólnotę z przybyszami. Na to, co dzieje się w Ukrainie wpływu wielkiego nie mamy, Wigilia jest w naszych rękach.
Zdjęcie – na wielkanocnym śniadaniu z uchodźcami w lubelskim wolontariacie.
Myślę, że pewnie pół świata, a może i więcej, dawno już na miejscu Ukrainy poddałoby się. No dobrze, wolność, niepodległość. Z drugiej strony brak prądu, wody, ogrzewania, ciągłe naloty i informacje o zabitych. Wystarczy się poddać, a kaloryfery zaczną wkrótce grzać i lodówki ochłodzą piwo.
Przechodzimy właśnie test wartości. Wolność, niepodległość, solidarność. Obyśmy byli po tej stronie.
Od prawie dziewięciu miesięcy jesteśmy w drodze. W drodze są miliony Ukraińców, tych przekraczających granice swojego państwa i tych, którzy opuszczają wschodnią część kraju i obecnie żyją na zachodzie swojej ojczyzny.
W drodze jesteśmy jednak i my, Polacy, może i inni, którzy przyjmują uchodźców. Na razie nie wiemy dokąd nas ta droga zaprowadzi. Wezwanie do drogi przyszło niespodziewanie, dla jednych z nas były to konkretnie przejechane kilometry pod granicę, z pomocą i wsparciem. Jeszcze ważniejsza jest droga, jaka przebywają nasze serca i uczucia. Bo ruch właśnie tutaj nadaje dynamikę rękom, nogom i czynom.
Od stania w miejscu niejeden już zginął, pisał Stachura. Wielkie wydarzenia zapisane w Piśmie Świętym rozpoczynały się od odwagi ruszenia w drogę, wspomnę tylko Abrahama i Mojżesza. Ufajmy temu wezwaniu do Drogi, zamysł Pana Boga wkrótce rozpoznamy.
Ze wzruszeniem posłuchałem po raz nie wiem który Roda Stewarta, „Rythm Of My Heart”, starego antywojennego songu, obecnie artysta dedykuje go Ukrainie i Ukraińcom. Wcześniej dał dach nad głową przynajmniej jednej rodzinie ukraińskiej. Na koncercie w Nottingham, kilka dni temu występował w marynarkach w kolorach żółtym i niebieskim, ze zdjęciem Żełenskiego w tle. Możecie tego posłuchać na Youtube:
Ktoś powie, że to tylko gest. Jasne, ale gest bardzo szlachetny. I dziś apeluję, abyśmy pozostali przy szlachetnych gestach wobec Ukraińców, a nawet je mnożyli. I chcę przestrzec przed pokusą szemrania. Szemranie przeciwko Bogu przydarzyło się Izraelitom idącym w trudnym marszu z Egiptu ku Ziemi Obiecanej. Może i nam się przydarzyć, już tak dużo tych Ukraińców, jeszcze nowi się dobijają, tyle już im daliśmy, sami też mamy nielekko.
Mamy w duszach wielki pokłady szlachetności, oczywiście diabeł będzie chciał je zdusić pragmatycznymi sugestiami o zmęczeniu i konieczności zajmowania się swoimi sprawami. Szlachetność ma swoją cenę, jest radosnym hymnem w głębi serca i pięknem naszego życia.
W różnych wersjach pieśni „Hej sokoły!”, przewija się motyw zielonej Ukrainy:
Żal, żal za dziewczyną, Za zieloną Ukrainą,
Wina, wina, wina dajcie, A jak umrę pochowajcie Na zielonej Ukrainie.
Kiedy patrzę na walczącą nieugięcie ukraińską armię, na wysiłek całego narodu naszych sąsiadów, ta liryczna zieleń nabiera jeszcze bardziej symbolicznego charakteru. Po stronie Ukrainy jest zieleń nadziei. Pewnie to ona dodaje sił żołnierzom, ich rodzinom ale i wszystkim, dziś często bez prądu, wody czy Internetu.
O ile nie mam problemu, aby przypisać Ukrainie zielonej nadziei, o tyle nie wiem jakie kolory pasują dziś do Rosji. A przy nas, Polakach, niech pozostaną wstęgi biało – czerwone, te z narodowej flagi i te z czasów Solidarności. Biel szlachetności i romantyzmu oraz czerwień odwagi i braterstwa.