KIEDY CAŁUJĘ KRZYŻ

 

 

Piątek 27 kwietnia 2013

 

 Często całuję krzyż, tak jak to robimy zwykle w Wielki Piątek. Całuję nie tylko wtedy ale i w inne dni. Lubię także patrzeć na krzyż. I żywo w pamięci mam scenę jak Jan Paweł II przytulał się do krzyża podczas Drogi Krzyżowej w Koloseum.

Bywa tak, że ubywa mi nadziei a opady zniechęcenia zdają się nie mieć końca. I wtedy potrzeba mi chwili z krzyżem, ucałować, przytulić się albo popatrzeć. Jestem w tej dobrej sytuacji, że patrzę na krzyż z tej strony, tzn. po zmartwychwstaniu. Nie wiem, gdzie byłbym wtedy, kiedy liczny tłum i apostołowie patrzyli na krzyż jako na beznadziejny koniec losu Jezusa i kres swoich marzeń.

Patrzę na krzyż jako na początek, trudny i bolesny, ale początek. I wiem, że dam radę. Bo wiem, co jest dalej po Dniu Krzyża.

Itinerarium , , , , , , ,

PRZYJDŹ DUCHU ŚWIĘTY

Czwartek 25 kwietnia 2013

 

W biblijnym nauczaniu o zmartwychwstaniu znajdziemy jedno zdanie, które zawsze mnie porusza: „Jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha.” (Rz 8,11). Sens tej frazy przesuwa sprawę naszego zmartwychwstania z odległej przyszłości na dzisiaj.

Jeżeli mieszka we mnie Duch, ten sam Duch, który wskrzesił Chrystusa z martwych, to ów Duch przywróci do życia moje śmiertelne ciało. Nie ma tu żadnego owijania w bawełnę, jakiegoś osłabiania siły śmierci, lekceważenia jej, sugerowania, że da się jakoś ją ominąć. Kiedyś pewna młoda dziewczyna zabawnie zastosowała tryb warunkowy: „Ja, jeżeli kiedykolwiek umrę …” Pewność śmierci, jak czytacie, nie musi być oczywista.

Dla mnie jest oczywista. A jeszcze bardziej oczywiste jest zmartwychwstanie, realne życie bez końca, w moim nowym ciele. Jasne, nie jest to temat na pogawędkę przy piwie na majówce. To temat na kwadrans w samotności, kiedy mamy odwagę odłożyć na bok telefon komórkowy i wszelki Internet.

Jeżeli mieszka we mnie Duch. To jest kluczowa kwestia. Nie musimy wymyślać dziwacznych zaklęć i ekwilibrystycznych praktyk. Możemy, wznosząc się ponad pozorną wszechmoc egoizmu, powiedzieć najprościej: „Przyjdź Duchu Święty!” Nie od nas zależy powstanie z martwych, z umarłych ciał, ale od Ducha o którego możemy poprosić. Przyjdź Duchu Święty!

Itinerarium , , , ,

POWTARZAM: RADUJCIE SIĘ!

 

Środa 24 kwietnia 2013

 

 

Cykliczne obchodzenie świąt i uroczystości może powodować mechaniczne programowanie stanów emocjonalnych i duchowych. Cicha radość oczekiwania na narodzenie Pana (adwent), smutny wór pokuty w Wielkim Poście i głośne Alleluja w Wielkanoc. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy w piątki zwracano uwagę dzieciom, aby nie śmiały się za głośno, bo to dzień śmierci Chrystusa, nie mówiąc już o Wielkim Poście, gdy o tańcu albo alkoholu grzech było nawet pomyśleć.

Pierwsze wspólnoty chrześcijańskie znały jeden dominujący nastrój ale i duchowy stan. Radość! „Radujcie się zawsze w Panu, jeszcze raz powtarzam: Radujcie się!” – apelował do wiernych w macedońskim Filippi św. Paweł. „Jeszcze raz powtarzam: Radujcie się!” Jakby raz było za mało, jakby trzeba było ponaglić, przypomnieć, wyrwać z odrętwienia. Podobnie do wierzących w Salonikach: „Zawsze się radujcie!”

Oczywiście cierpienie było także częścią doświadczenia chrześcijan, ale znali miarę i wiedzieli, że „cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić” (Rz 8,18). Proporcje przechylały się całkowicie na stronę radości.

Spotykam ludzi, rozmawiam z nimi, słucham i odnoszę wrażenie, że dziś trwa jakaś złowieszcza rywalizacja w tworzeniu Kolekcji Nieszczęść. Potrafimy licytować się kogo z nas spotkało większe nieszczęście, wyliczamy bez tchu porażki, smutki, przykrości, bóle, cierpienia, niedostatki, choroby, straty, niepowodzenia, doły i załamania. Tak, jakbyśmy grali w Nieszczęsnej Lidze Mistrzów, gdzie laur zwycięzcy przypadnie temu, kto wysypie z plecaka największą liczbę najsroższych nędz i bied.

Tak, to wszystko znali i nasi protoplaści w wierze. Przy całym złu, jakie na nich spadało, prześladowaniach, rzucaniu na areny ze zgłodniałymi lwami, krzyżowaniu i rozrywaniu przy pomocy koni, mieli jednak w głowie i sercu jeszcze coś. Wierzyli i wiedzieli, że Jezus żyje. I z żyjącym i  żywym Jezusem szli na krzyż, do lochów i na wygnania.

Jezus żyje. To jest niezmącone i nie wysychające źródło radości. Dlatego, siostry i bracia, uwierzcie i radujcie się. Jeszcze raz powtarzam: Radujcie się nieustannie!

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

HISTORIA MOJEGO POWOŁANIA

 

Wtorek 23 kwietnia 2013

 

 

Kątem oka lewego, i oka prawego też, śledzę dyskusje na temat kryzysu powołań do tzw. służby Bożej, czyli do kapłaństwa i życia zakonnego w Polsce. Argumenty wyjaśniające ten trend oraz pomysły na uzdrowienie sytuacji zadziwiają mnie.

Jeden z argumentów, a pojawił się w ustach osoby bardzo odpowiedzialnej za tę działkę w Kościele, sugeruje, że spadek powołań wywołany jest emigracją zarobkową młodych Polaków. Zamiast iść do seminariów i postulatów klasztornych, potencjalni kandydaci zasuwają na zmywakach w Londynie i Dublinie. Hipoteza chybiona raczej, bo w równym stopniu pracują tam kandydaci na adwokatów, informatyków i chirurgów, a z tego co wiem adeptów tych profesji nie brak w kraju.

Drugim argumentem jest hałaśliwy antyklerykalizm, zniechęcający rzekomo do kapłaństwa i życia zakonnego. Też lipa, bo w czasach ponurego komunizmu w Polsce, któremu towarzyszył nachalny i urzędowy antyklerykalizm a także ofensywna promocja ateizmu, powołań nie brakowało.

Innym argumentem za bessą w służbie kościelnej są ponoć skandale obyczajowe z życia duchowieństwa, nagłaśniane chętnie w mediach. I tu także wątpię głęboko w sens tej diagnozy. W początkach Kościoła zdarzały się karygodne skandale – pierwszy papież (Piotr) wyparł się wszelkiej znajomości z Chrystusem, inny apostoł sprzedał Mistrza za słynne srebrniki, a nadużycia finansowe były na porządku dziennym w doświadczeniu pierwszych parafii. Skandale na tyle nie szkodziły Kościołowi, że ich opisy wcielono w treść Ewangelii.

Dziwią mnie także różne środki zaradcze podejmowane przez niektóre diecezje i zakony. Jedna z diecezji (może i więcej, ale o jednej wiem), wyprodukowała serię gigantycznych plakatów (bilbordów) z hasłami zachęcającymi do wyboru kapłaństwa, inne zrobiły spoty reklamowe emitowane w telewizji z tekstem np. „Mój szef to Jezus”. Jeszcze inny pomysł to kalendarz ze zdjęciami przystojnych i ciekawych księży oraz zakonników, jedna fota na jeden miesiąc. (Nie uwierzycie, ale fakt, oparłem się, bez trudu, propozycji wystąpienia w tej farsie). Bardzo cenię nowoczesne środki techniczne, jakoś z nich korzystam, ale niepokoi mnie tendencja czynienia z powołania rynkowego towaru, wciskanego zmęczonym oglądaczom jako oryginalny produkt. Trochę jak propozycja obozu survivalowego albo przysmaków z egzotycznego menu. Coś innego, ekscentrycznego, nowego i z „górnej półki”, dla koneserów. Bezsensowna droga, ponieważ – przynajmniej w Polsce – każdy mniej więcej wie kim jest ksiądz i zakonnik, każdy widział jakiś egzemplarz duchownego, a nawet zna osobiście takiego gościa.

Czemu powołanie kapłańskie było oczywiste w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, czemu nie brakowało zakonników i zakonnic w czasach prześladowań Kościoła, i to krwawych, nie tylko medialnych? Dlaczego wy, drogie siostry, w figlarnych czasem kornetach, zamknęłyście się w klauzurach? Dlaczego wreszcie poszliście do seminariów i klasztorów, wy bracia kapłani i bracia zakonnicy? Dlaczego ja zostałem księdzem?

Uwierzyłem miłości, miłości Boga do mnie i miłości, którą (pewnie, że koślawo) próbuję spełniać wobec ludzi. Św. Piotr definitywnie poczuł się powołany po trzykrotnym zapytaniu: „Piotrze, czy kochasz Mnie?” (J 21). Powołanie to sprawa miłości, tej, którą obdarza nas hojnie Pan Bóg i tej, którą myślą, słowem i czynem próbujemy zamieniać w fakty życia. Nie inaczej jest także z wami, drogie siostry i bracia, żony i mężowie. Uwierzyliście miłości, dlatego trwacie pięć, dziesięć, pięćdziesiąt lat w małżeństwach, mimo kłótni, tłuczonych ze złości (i miłości) talerzach i nocy przepłakanych z rozpaczy. Uwierzyliście miłości!

I jest we mnie taka troska i obawa. Miałem szczęście w życiu spotkać odważnych kapłanów i zakonników, którzy aż iskrzyli się miłością, doznawaną od Pana Boga i świadczoną przez nich samych ludziom. I boję się trochę, czy ci młodzi i ewentualni kandydaci do powołań, przedrą się przez rzekomo konieczne zaświadczenia od chrztu i innych sakramentów, przez obowiązkowe przyjmowanie po kolędach, przez wszystkie pierwsze piątki i soboty miesiąca, czy przedrą się przez to wszystko do Wielkiej Miłości Boga? Czy dadzą się uwieść Największej Miłości?

A może się nie przedrą i wyjadą na zmywaki do Londynu i Dublina? Modlę się, aby uwierzyli Miłości.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , ,

PORA NA NAS

 

Poniedziałek 22 kwietnia 2013

 

Starzy i mądrzy Rosjanie chętnie przytaczają zabawną przypowiastkę – „Pięćdziesiąt stopni nie mróz, sześćdziesiąt kilometrów nie spacer, siedemdziesiąt procent nie wódka!”. Wszystko to prawda.

Nic w życiu samo nie przychodzi, prócz kataru i demencji. Na wszystko inne trzeba zapracować ciężką pracą. To też prawda.

W życiu wszystko można osiągnąć, to także prawda. Można osiągnąć jeśli dziś zrobimy pierwszy krok. Wszystko się już przebudziło, kwiaty, drzewa, trawa, ptaki, bielinki kapustniki, makolągwy i żwawe mrówki z trutniami.

I pora na nas.

Itinerarium , , , ,

ANI KRÓW ANI OWIEC NIE PASALIŚCIE

 

Kazanie na 4 Niedzielę Wielkanocną

21 kwietnia 2013

 

Ani krów ani owiec prawdopodobnie nie pasaliście, zatem dzisiejsza Ewangelia słabo do was przemówi. Ja pasałem, więcej o tym mówię w kazaniu głosem (www.itinerarium.pl), więc klimat czuję.

Trochę przydatnej teologii na początek. W Ewangelii św. Jana Jezus siedmiokrotnie samodefiniuje się, mówiąc; „Ja jestem” – chlebem  życia, światłością świata, bramą, krzewem winnym, zmartwychwstaniem i życiem, drogą, prawdą i życiem oraz dobrym pasterzem, o czym czytamy dziś. Piękne metafory, które tchną niezwykłym zaproszeniem. Kiedy Jezus mówi „Ja jestem Chlebem Życia”, zaraz zaprasza – „Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. Za deklaracją „Ja jestem Światłością Świata” idzie obietnica „Kto idzie za Mną nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia”. Dalej, „Ja jestem Bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony”. Tak samo, za definicją „Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem” natychmiast pojawia się zapewnienie „Kto wierzy we Mnie, choćby i umarł, żyć będzie”. Następna metafora „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem”, kończy się także życzliwym stwierdzeniem: „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”. Szósty obraz, soczysty „Ja jestem Krzewem Winnym”, Jezus puentuje zaproszeniem: „Kto trwa we Mnie, a Ja w Nim, przynosi owoc obfity”. I wreszcie dzisiejsze przesłanie „Ja jestem Dobrym Pasterzem”, wiąże się z przepiękną zapowiedzią dla „owiec” – „Ja daję im życie wieczne”.

Te dygresje teologiczne przywołuję po to, abyśmy usłyszeli, zobaczyli, poczuli i doświadczyli, że Chrystus odwołuje się zawsze do naszej wolności. Niczego nie musisz, do niczego nie jesteś zobligowany i w żaden sposób zaszachowany. Jeżeli chcesz ! I to jest ta cudowna miłość Chrystusa, bezbronna i nieśmiała, zapraszająca i cierpliwa, czekająca.

Dziś jest także Dzień Modlitw o Powołania (kapłańskie, zakonne) i za pasterzy. Jeśli serio potraktujecie to wezwanie, pomodlicie się za waszych księży, może i za mnie, o co proszę. Pomódlcie się, abym nigdy nie mówił komukolwiek z was: „Musisz”, „Nakazuję Ci”, „Zabraniam”. I żeby nigdy nie wymsknęło mi się: „Przynieś najpierw zaświadczenie”, „Gdzie masz podpis?”, „Ile razy przyjąłeś po kolędzie?” i tym podobne niesmaczne żarty. Jak mi się wymsknie coś takiego, przepraszam z góry, to tylko z roztargnienia. Cokolwiek w naszej wierze dokonuje się w atmosferze przymusu czy zabronienia, kłóci się z wizją Dobrego Pasterza. Dlatego módlcie się za mnie i za wszystkich waszych pasterzy.

 

Kazanie głosem na www.itinerarium.pl

 

Liturgia słowa:

 

(J 10,27-30)
Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

A DOLINY NAWET ŚPIEWAJĄ

Sobota 20 kwietnia 2013

 

Pola się weselą, razem ze wszystkim, co na nich jest. Wszystkie drzewa leśne radują się! Ziemia i niebo, podobnie, cieszą się i radują. Góry skaczą jak barany a pagórki fikuśnie jak jagnięta. Przesadzam i fantazjuję? Możecie tak myśleć, ponieważ nie chodzicie po polach, lasach i pagórkach.

Autorzy biblijnych psalmów, których wyżej i niżej cytuję, nie byli pod wpływem nadmiaru wina, kiedy w ten sposób pisali o naturze. Mieli jednak żywe, bliskie i głębokie doświadczenie piękna przyrody, doświadczenie, którego coraz bardziej nam brakuje.

Łąki stroją się trzodami, doliny okrywają się zbożem, wznoszą okrzyki radości, a nawet śpiewają. Stepowe pastwiska są pełne rosy, a wzgórza przepasują się weselem. Łąki, pola, doliny, drzewa, pastwiska, nie istnieją tak sobie, to wszystko intensywnie chwali Stwórcę. Kolorami, zapachami, kształtem, strzelistością, gibkością, falowaniem na wietrze, spokojnym wzrostem, kwitnieniem i opadaniem liści.

Od każdej brzózki, leniwego ruczaju, kosmatego obłoczka, od jaśniutkiej stokrotki i od naburmuszonej kępy mchu, od wszystkiego możemy się uczyć radosnej pochwały życia i jego Stwórcy.  

Itinerarium , , , , , ,

MIARA DRĘTWIEJĄCYCH RĄK

 

Piątek 19 kwietnia 2013

 

To, co się dzieje w Polsce, z punktu widzenia moralności a nawet przyzwoitości, niepokoi wiele osób. Zła sytuacja rodzin, kolejne afery i korupcje, nie malejący problem aborcji, rosnąca liczba przestępstw, podziały na wierzących w Smoleńsk i wątpiących. O tych sprawach się dyskutuje, przetaczają się ostre walki, idą marsze, czasem płoną opony i lecą kamienie.

Mojżesz bardzo kochał swój krnąbrny lud. Kiedy zagrażali mu Amalekici pod Refidim (por. Wj 17,8-16) wyciągnął ręce ku niebu i dopóki trzymał wzniesione Izrael zwyciężał, jak opuszczał,  górę brali wrogowie. Ręce Mojżesza drętwiały, więc Aaron i Chur podpierali je z lewej i prawej strony i w ten sposób lud izraelski zwyciężył.

Inny ojciec naszej wiary, Abraham, widząc co grozi jego ziomkom w Sodomie i Gomorze wdał się w ostry targ z Bogiem i z początkowych 50 sprawiedliwych uzyskał obietnicę, że 10 wystarczy, aby miasta ocalały (por. Rdz 18,22-33).

Myślę, że miarą miłości do Polski nie jest liczba i wielkość zorganizowanych marszy, ilość spalonych opon i rzuconych petard, liczba inwektyw rzucona w stronę przeciwników. Miarą miłości do polskiego ludu są nasze ręce drętwiejące od modlitwy za naród i długie targi przed obliczem Boga. Choć, oczywiście łatwiej jest i prościej coś tam pokrzyczeć i odpalić racę

Itinerarium , , , , , , , , , ,

RÓŻNICA W TEMPIE AKCJI

I

Czwartek 18 kwietnia 2013

 

 

 

Spojrzenie na pierwsze lata Kościoła jest bardzo pouczające i jednocześnie zmusza do głębokiej krytyki i samokrytyki. Podstawowa różnica między tamtym czasem a obecnym zawiera się  – powiedziałbym – w tempie akcji. O ile w tamtym czasie Kościół był w nieustannym ruchu i niemal biegu, o tyle dzisiaj zwykle siedzi lub stoi.

Paweł, Piotr, Barnaba, Filip i inni uczniowie, byli wciąż w drodze. Antiochia, Seleucja, Cypr, Salamina, Pafos, Perge, Ikonium, Listra, Derbe a potem kolejne miasta z Salonikami, Atenami i Rzymem. W apostołach i uczniach kipiała jakaś niezwykła energia i pragnienie dzielenia się nowym dobrem, uskrzydlającym pięknem i ogromną nadzieją. Musieli iść, niosła ich radość dzielenia się swoją wiarą i miłością.

Dzisiaj nasze parafie spokojnie egzystują, czekając na przychodzących wiernych, co najwyżej  zapraszają na to czy tamto. Działa to trochę na zasadzie – „Mamy cenne skarby, przyjdźcie to zobaczycie i dostaniecie”.  Jedyny wyraźny ruch, w wykonaniu polskich parafii to tzw. „wizyta kolędowa”, kiedy to my duszpasterze idziemy do wiernych. W nawias biorę sytuacje, gdy idziemy do obłożnie chorych lub po ciało zmarłego. Mamy duszpasterstwo siedzące i oczekujące.

Ponieważ jednak wiemy, że Kościół to także „my”, czyli nie tylko duchowieństwo, przejrzyjmy swoje konta. Gdzie, z czym i do kogo idziemy? Komu niesiemy naszą nadzieję, z kim dzielimy skarb wiary, komu ofiarowujemy miłość w darze czasu i energii? Bez większego problemu moglibyśmy zanieść mnóstwo dobrych rzeczy (które zwykle mamy w sobie) do więzień, gdzie z rzadka spotykam chrześcijan przybywających tam dobrowolnie. Moglibyśmy zanieść wiele przepięknych rzeczy do szpitali, ośrodków dla uchodźców, do klubów seniorów czy domów dziecka. To może jednak za trudne. A co niesiemy na spotkania w naszych rodzinach, przy niedzielnych familijnych obiadach i imieninowych popijawach?

Rzetelne uderzenie się we własne piersi może objawić, że Kościół współczesny raczej stoi i siedzi, ponieważ to my niczego i nikomu nie nosimy. I my jesteśmy Kościołem, który stoi i siedzi. A przecież moglibyśmy szybko iść a nawet biec, tyle w nas wszak nadziei, wiary i miłości.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , ,

PUŁAPKA SZCZEGÓŁÓW

 

Środa 17 kwietnia 2013

 

 

Ewangelia broni mnie czasem przed tak zwaną pułapką szczegółów. Nieistotne szczegóły, błahe detale, bzdety i drobiazgi mogą decydować o nieodwracalnych stratach bądź zniweczeniu największych szans.

Któregoś razu zgłodniali uczniowie Chrystusa zrywali kłosy zboża, aby coś przekąsić. „Oto twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat!” – wystrzelili z grubej rury faryzeusze. Te kilka kłosów zboża to drobiazg, nic, a jednak stały się zaporą dla zbawienia pobożnych znawców Prawa. Zaślepieni przyczepili się kurczowo do frędzla argumentu, aby nic się w ich życiu nie zmieniło, nawet na dobre (por. Mt 12,1-8)

Inna historia przydarzyła się mieszkańcom kraju Gerazeńczyków, gdzie Chrystus wyzwolił z obłędu człowieka opętanego przez ducha nieczystego (por. Mk 5,1-20). Wyzwolił kosztem dwóch tysięcy świń, w które wstąpiły szatany i „pędem po urwistym zboczu wpadły do jeziora”. Czy przy cierpieniu nieszczęśnika, który mieszkał w grobach, wiązany był łańcuchami i pętami, dniem i nocą wył ze zgryzot i tłukł się kamieniami po górach, mają znaczenie jakieś świnie? Świnie, hodowane nota bene na eksport, bo Żydzi wieprzowiny nie tykali i nie tykają.

Nieistotne detale niestety nadal rozstrzygają o losach ludzi. Przypalone lub niedosolone zupy zamieniają się w bicie po twarzy i długie rozprawy rozwodowe. Podobnie jak nie wyniesione na czas śmieci i nie wyprowadzone na spacer w porę domowe psy. Kwadrans dłużej na dyskotece niejednokrotnie działa jak dynamit w relacjach rodziców z dziećmi. Przypadkowy grymas na twarzy rozdzielił na zawsze niejedną parę zakochanych. Bzdety i pierdoły, a rozstania bezpowrotne.

Znam z opowieści takie historie, że ktoś odszedł od Kościoła, bo nie był w stanie znieść rzężenia organisty w parafii albo drętwych kazań proboszcza. Błahe detale, a strata wielka.

Szczęśliwi ludzie w ogóle nie czują soli w zupach, zza pleców nudnego proboszcza zawsze widzą Rozbawionego Chrystusa, a w grymasach ukochanych dostrzegają niespodziewane ikony miłości.

Szczegóły są pułapką, groźną i przepastną. Musimy je omijać i wznosić się ponad nie. Diabeł tkwi … w szczegółach. A zbawiamy się w rozrzutnej wspaniałomyślności i zapatrzeniu w to, co Wieczne.

Itinerarium , , , , , , , , , ,