Jestem na nie.

Odwieczne pytanie o szklankę czy jest w połowie pusta czy może w połowie pełna, czasem przynosi zaskakującą odpowiedź, mianowicie że jest po postu większa niż potrzeba. Co oznacza tylko tyle, że coś do niej się jeszcze zmieści tym samym możemy dolać płynu który akurat nam odpowiada.

Czasem mówi się, że życie jest a to za złe, a to za dobre. Czasem nie wierzymy w zwycięstwa, sukcesy, czasem przeżywamy porażki i upadki. A wydaje się, że można osiągnąć więcej. Że można napełnić przysłowiową „szklankę” dodatkowo większą, bo taką zostaliśmy obdarowani. I to nie fikcja czy bajka, ale prawda.

„Jestem na nie” jest zapewne tylko jednym z kilku przyczyn powodujących niemożliwość dopełnienia „szklanki”. Mówienie o otaczającym świecie i postrzeganie go w negatywnych barwach (szklanka do połowy pusta, niedobór) blokuje i nie pozwala posunąć się o krok do przodu. Myślenie, że to już zapewne za dużo, więcej się nie da, też niczego nowego nie wnosi, a wręcz nakazuje nam „odlanie” bo wydaje się że teraz to co najwyżej można tylko „rozlać”. „Jestem na nie” można czasem spróbować zastąpić „jestem na tak” chociażby uśmiechem do drugiej osoby, przytuleniem, dobrym słowem (czasem „cześć” też już wystarczy), poklepaniem po plecach czy chociażby napisaniem kartki z kilkoma słowami przed wyjściem z domu do współdomowników.
Jestem na tak jednak dostępne jest tylko dla tych co chociaż chcą. Chęci w tym wypadku już wystarczą!

Pozdrawiam,
jakub

Pekińskie zapiski , , , , ,

I MIŁOŚĆ I LĘK

Poniedziałek 16 stycznia 2012

Przekonywałem znajomą, żeby zgłosiła do ośrodka pomocy rodzinie fakt przemocy, jakiej doznaje ona sama i jej dzieci. Mąż bije ją coraz częściej i coraz mocniej. Wiem, że kobieta mówi prawdę, bo znam gościa. Zaczął ją wyganiać z mieszkania, kilka dni temu całą noc spędziła na chodzeniu po lesie. Obrywają także dzieci, po pupie i po twarzy, za byle co a nawet i bez powodu.
Mąż się nie leczy, ale jak bierze leki funkcjonuje poprawnie. Nie bije i nie klnie, a nawet bierze się do pracy. I czasem coś zarobi. Ale jak nie bierze leków, staje się agresywny i zaczepny. Wtedy w domu gości strach, przekleństwa i bicie.
Pech kobiety polega na tym, że jest pod silnym wpływem pewnej grupy religijnej (katolickiej), której członkowie odradzają jej jakiekolwiek działania przeciw mężowi, argumentując, że powinna cierpieć i znosić dzielnie swój krzyż. Bo pewnie taka jest wola Boża. A jakiekolwiek odejście od męża (np. separacja fizyczna lub prawna) będzie ciężkim grzechem i nie spodoba się Panu Bogu. Mój argument, że Kościół akceptuje separację (np. w takiej sytuacji), nie przedziera się do jej serca i myśli. Chociaż obawia się o swoje życie i przyszłość dzieci. Wyobraża sobie najgorsze: „Zatłucze mnie, pójdzie do więzienia, a dzieci do domu dziecka”. Scenariusz, który wcale nie jest tak rzadki.
Kobieta kocha męża, kocha dzieci i kocha Pana Boga. Boi się męża, boi się Pana Boga i boi się o dzieci i o siebie. Nie jestem najmądrzejszy i nie jestem „bardzo wierzący”, do pobożnych grup religijnych nie należę. Będę nadal przekonywał znajomą, żeby zgłosiła się do punktu pomocy rodzinie i zdecydowała na separację.

Itinerarium , , , , , , , , , ,

DO KOŃCA ŻYCIA PROBLEMY

Kazanie na 2 niedzielę zwykłą
15 stycznia 2012

Ponieważ problematyzujemy sobie życie coraz bardziej, o szczęściu jedynie czytamy i ewentualnie podglądamy je w filmach. Natomiast rzadko o nim marzymy, a jeszcze rzadziej, o ile w ogóle, doświadczamy.
Wszystko przez problemy. Mamy problemy finansowe. Problemy rodzinne. Problemy zdrowotne. Problemy demograficzne. Problemy z utrzymaniem dobrej nawierzchni dróg wskutek – jak zwykle nagłych – opadów śniegu i oblodzenia jezdni. Mamy problemy z dziećmi. I z rodzicami. I z rodzeństwem. I z małżeństwem. Problemy w pracy. I notoryczne problemy z samochodem. Oraz z wredną spłuczką. Same problemy. I z dnia na dzień przybywa ich. Dopiero byłby problem, jakby nam problemów zabrakło.a
Zachwycam się Ewangelią, między innymi, za jej prostotę. Jan (Chrzciciel) pokazuje Andrzejowi Chrystusa. Ten idzie za Nim, namawia jeszcze brata, Piotra. I tak się zaczyna przygoda ich (ale i naszego zbawienia). Od prostej ufności w słowo i wykonania przesłania tegoż słowa.
Myślę, że trzeba nam powracać ze zwariowanego świata problemów i intryg, do szczerej ufności we wszystko, co mówi do nas Bóg. I ludziom także trzeba uwierzyć, że nie kłamią i nie zwodzą. Inaczej do końca życia będziemy mieli problemy.

Kazanie dźwiękowe na www.itinerarium.pl

LITURGIA SŁOWA

(1 Sm 3,3b-10.19)
Samuel spał w przybytku Pańskim, gdzie znajdowała się Arka Przymierza. Wtedy Pan zawołał Samuela, a ten odpowiedział: Oto jestem. Potem pobiegł do Helego mówiąc mu: Oto jestem: przecież mię wołałeś. Heli odrzekł: Nie wołałem cię, wróć i połóż się spać. Położył się zatem spać. Lecz Pan powtórzył wołanie: Samuelu! Wstał Samuel i poszedł do Helego mówiąc: Oto jestem: przecież mię wołałeś. Odrzekł mu: Nie wołałem cię, synu. Wróć i połóż się spać. Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana, a słowo Pańskie nie było mu jeszcze objawione. I znów Pan powtórzył po raz trzeci swe wołanie: Samuelu! Wstał więc i poszedł do Helego, mówiąc: Oto jestem: przecież mię wołałeś. Heli spostrzegł się, że to Pan woła chłopca. Rzekł więc Heli do Samuela: Idź spać! Gdyby jednak kto cię wołał, odpowiedz: Mów, Panie, bo sługa Twój słucha. Odszedł Samuel, położył się spać na swoim miejscu. Przybył Pan i stanąwszy zawołał jak poprzednim razem: Samuelu, Samuelu! Samuel odpowiedział: Mów, bo sługa Twój słucha. Samuel dorastał, a Pan był z nim. Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemię.
(Ps 40, 2.4.7-10)
REFREN: Przychodzę, Boże, pełnić Twoją wolę
Z nadzieją czekałem na Pana,
a On się pochylił nade mną
i wysłuchał mego wołania.
Włożył mi w usta pieśń nową,
śpiew dla naszego Boga.
Nie chciałeś ofiary krwawej ani z płodów ziemi,
ale otworzyłeś mi uszy.
Nie żądałeś całopalenia i ofiary za grzechy.
Wtedy powiedziałem: „Oto przychodzę.
W zwoju księgi jest o mnie napisane:
Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, mój Boże,
a Twoje prawo mieszka w moim sercu”.
Głosiłem Twą sprawiedliwość w wielkim zgromadzeniu
i nie powściągałem warg moich, o czym Ty wiesz, Panie.
(1 Kor 6,13c-15a.17-20)
Ciało nie jest dla rozpusty, lecz dla Pana, a Pan dla ciała. Bóg zaś i Pana wskrzesił i nas również swą mocą wskrzesi z martwych. Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa? Czyż wziąwszy członki Chrystusa będę je czynił członkami nierządnicy? Przenigdy! Ten zaś, kto się łączy z Panem, jest z Nim jednym duchem. Strzeżcie się rozpusty; wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy. Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za /wielką/ bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele!
(J 1,41.17b)
Znaleźliśmy Mesjasza, to znaczy Chrystusa, łaska i prawda przyszły przez Niego.
(J 1,35-42)
Jan stał z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie? Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz? Odpowiedział im: Chodźcie, a zobaczycie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: Znaleźliśmy Mesjasza – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas – to znaczy: Piotr.

Itinerarium , , ,

WIERNOŚĆ KLASYCE

Sobota 14 stycznia 2012

Zdarzyło mi się próbować zakupić pralkę, taką trochę większą niż domowa. Nie zakupiłem z powodu Internetu. Ostatnia, bardzo uprzejma pani od producenta poinformowała mnie, że ich pralki są najlepsze na świecie, co i tak wiedziałem. Wiedziałem od innych uprzejmych pań, na które natrafiłem u innych producentów.
W ogóle wszędzie u producentów pralek są bardzo uprzejme panie, które oferują najlepsze pralki na świecie. Wiem to bo z paniami rozmawiałem. Panie te odbierają telefony od nabywców, deklamują zalety swoich pralek, ja oczywiście muszę się zastanowić. One proszą mnie o adres mailowy, na który podsyłają najpierw ich „szeroki asortyment produktów”. A potem jest utrapienie, bo przy okazji świąt otrzymuję okolicznościowe życzenia. I w tym roku, statystycznie rzecz biorąc, na ostatnie święta, najwięcej życzeń otrzymałem z Resortu Najlepszych Pralek na Świecie. Ponieważ w najbliższym czasie muszę rozejrzeć się za piecem gazowym, wiem już jaki Resort będzie mnie prześladował na Wielkanoc.
Wracajmy do pralki. Ta ostatnia pani z działu sprzedaży przebiła wcześniejsze propozycje niebotycznie. Zaproponowała mi pralkę z komputerem i modułem Internetowym. Moje związki z pralką zasadniczo są sporadyczne, w przeciwieństwie do Internetu z którego korzystam przynajmniej raz dziennie. Nie dziw więc, żem się zaciekawił. Pralka, oprócz tego, że miała prać, wirować i podsuszać, mogła także doprowadzać do czystości rzeczy „kolorowe i białe” . Swoją drogą, zawsze mnie dziwi ten podział w dziedzinie pralniczej – na rzeczy białe i kolorowe, tak jakby biały nie był kolorem. Uważam, że podział ten powinien być bardziej sprawiedliwy i uwzględniać rzeczy czarne, niebieskie i szare. Nie miałbym kłopotu jakie mam wrzucić do bębna. I – z mojego punktu widzenia – mogłoby w mojej pralce nie być koloru żółtego, bo, na ile się orientuję, zbiór rzeczy żółtych do prania w mojej garderobie, jest pusty.
Pralka, jaką mi oferowała ostatnia z uprzejmych pań, miała jednak Internet! I to jaki! Otóż miała specjalne oprogramowanie. A oferentka tak je zachwalała:

– Może pan, na przykład, spokojnie wyjechać. Jest pan na lotnisku, łączy się pan przez Internet z pralką, wybiera pan jeden z programów do prania, jedno kliknięcie i pralka wykonuje pańskie polecenie.

Ponieważ samolotu używam równie sporadycznie jak pralki, rozwiązanie to prawie że przypadło mi do gustu. Już sobie wyobraziłem, że oto lecę do Watykanu (nie po paliusz, nie, nie!), jestem na Okęciu, piję kawę przed odlotem i otwieram komputer, wybieram sobie program „białe syntetyki”, klikam, a moja pralka natychmiast czyni te moje „białe syntetyki” jeszcze bielszymi i pachnącymi. Marzenie!
Z marzeń wyrwał mnie jeden z odruchów mojego chłopskiego rozumu. I zapytałem uprzejmą panią:

– Ale, ale! A kto włoży koszule do pralki?
– No nie wiem, żona … Może pracownik w pana firmie…
– Aha! A kto wyjmie pranie?
– No tak samo, albo żona albo ktoś inny!

No to na nic! Owszem, lubię kliknąć i coś wysłać, ale nie przepadam za wkładaniem koszul do bębna i potem wyjmowaniem ich stamtąd (nie mówiąc już o prasowaniu!). Zrezygnowałem z zakupu pralki z Internetem, ale uprzejma pani życzenia wysyła mi nadal. Namiar na firmę mam jeszcze w poczcie, proszę bardzo, służę uprzejmie.
Po tym doświadczeniu doszedłem do wniosku, że jednak pozostanę przy klasyce. Co mi się przez tydzień uzbiera, wrzucam, nie segregując oczywiście na białe, niebieskie i czarne. Pralka robi swoje, ja w brudnych koszulach nie chodzę. Z Internetu korzystam przy okazji wysyłania Itinerarium. Mam nadzieję, że doszło? Bielutkie, pachnące i odwirowane!

Itinerarium , , , ,

OPÓŹNIENI

Piątek 13 stycznia 2012

Odbierałem niedawno kogoś z pociągu. Może nie uwierzycie, ale pociąg przyjechał pięć minut wcześniej niż przewidywał rozkład. Aż żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu fotograficznego.
Następnego dnia zadzwoniłem do dosyć Ważnego (i znajomego) Kolejarza z sugestią, że PKP powinna informować podróżnych o takich niespodziankach. Pan odrzekł, że owszem komputery kolejowe mają szablon „Opóźniony ….” (i tu wklepuje się odpowiednią liczbę minut – 10, 30, etc.), a potem ową wieść o spóźnieniu wyświetla się na peronach. Natomiast nie ma szablonu z napisem „Przyjedzie wcześniej” i nikt nie pomyślał, żeby takowy wykonać i mieć pod ręką. Ponadto, przekonywał Kolejarz, szybsze przybycie pociągu to duża niedogodność dla podróżnych i oczekujących na nich. Bo taki podróżny przybywszy 10 minut wcześniej, stać będzie na dworcu i czekać na żonę, która punktualnie przyjedzie po jego odbiór. Poza tym Kolejarz zapewniał, że wcześniej przyjeżdżający pociąg to niezwykle rzadki eksces i nie ma co komputerom dysku zawracać.
I my chyba prawie wszyscy mamy taki szablon pod ręką – Opóźniony. Opóźniony z obiecanymi wizytami. Opóźniony z deklarowanymi wyznaniami. I z pracą co z przedwczoraj zalega. Opóźnieni z miłością, świętością i życiem. PKP syndrom.

Itinerarium , , , , , ,

I PIERWSZE I OSTATNIE SŁOWA

Czwartek 12 stycznia 2012

Ostatnie słowa jakie znajdziemy w Piśmie Świętym są przepięknym wołaniem „Przyjdź Panie Jezu!” (Apokalipsa). A pierwsze frazy, jakie znajdziemy w Biblii to marzenie Boga wypowiedziane jakby od niechcenia „Niechaj się stanie światłość!” (Księga Rodzaju) To był naprawdę świetny pomysł! Bardzo Ci Dobry Panie Boże dziękuję! Ogromnie lubię światło!
Gdyby nie było Twojego Pomysłu na Światło, nie byłoby potem Światłości Świata i Słońca Wschodzącego z Wysoka, Jezusa Chrystusa. O Którego przyjście upominał się w ostatnich słowach Pisma Świętego Jan Apostoł.
Przyjdź Panie Jezu, Światłości świata, światłości serca.

Dbajcie o swoje pierwsze i ostatnie słowa. I w ogóle o każde słowo. Fajne rzeczy z tego wychodzą!

Itinerarium , , , , ,

UWAGA NA SMUTNY PONIEDZIAŁEK

Środa 11 stycznia 2012

Uczeni amerykańscy zbadali i podali do wiadomości, że niedługo dopadnie nas „smutny poniedziałek”, w tym roku chyba 23 stycznia. Na te badania wydano kilkadziesiąt milionów dolarów. Smutny poniedziałek to najbardziej parszywy dzień w roku, który okropnie ponoć dołuje całe społeczeństwo w USA. To społeczeństwo o tym wie, bo wszak owych milionów dolarów nie wydano na darmo.
Podobnie, nie tak dawno wyczytałem, iż uczeni amerykańscy po latach żmudnych badań dowiedli, że powietrze w lesie jest zdrowsze od tego w mieście. To też parę milionów dolarów kosztowało. Ja za skromne pół miliona wyraziłbym publicznie taką samą opinię. Nikt by mi nie uwierzył, bo to przecież byłaby opinia nie poparta mozolnymi i kosztownymi badaniami.
Wbrew różnym „odkryciom” czuję się każdego dnia bardzo zachwycony życiem i pozwalam sobie nie wierzyć w smutne poniedziałki, w przeciwieństwie do wesołych, zwanych u nas Lanymi. I pozwalam sobie od dawna wyznawać opinię o zdrowszym charakterze powietrza leśnego w porównaniu z miejskim, nie czekając na odkrycia badaczy.
Dziwię się takim ludziom, co to mówią – Nuda, nic się nie dzieje, w ogóle brak akcji jest („Rejs” chyba). Dni układają mi się w pasjonujące dwudziestoczterogodzinne seriale, z wieloma pięknymi ludźmi na planie i wciąż zmieniającą się choreografią. Tygodnie to pełnometrażowe, siedmiodniowe opowieści o geniuszu człowieka i jego sile zdolnej nieść szczęście garściami i workami dla innych. I nawet burzliwe zakłócenia w postaci zderzenia z gburem czy chamem, nie psują mi smaku życia. Z kolei lata mają aż trzysta sześćdziesiąt pięć odcinków niesamowitych spotkań, rozmów i widoków. I tyleż samo okazji do uwielbienia Boga za przeczysty dar istnienia.
W tym roku mój zachwyt jest o wiele większy! Bo mam w nim trzysta sześćdziesiąt sześć odcinków cudownego życia! I żadnego smutnego poniedziałku. Chyba sobie zrobię dwa Lane i wesołe!

Itinerarium , , , , , , , , ,

ZACHĘTA DO SKOKU

Wtorek 10 stycznia 2011

Na wschodnim krańcu Unii Europejskiej (krainy dobrobytu i pomyślności), w Lublinie, gdzie mieszkam i pracuję, kilkanaście dni temu właściciele firmy produkującej całkiem niezłe buty, zwolnili wszystkich ponad 140 pracowników. W większości były to kobiety, niektóre pracujące tam od 30 i więcej lat. Pracowały dobrze, buty kupowali na przykład górnicy z Bogdanki czy żołnierze.
Parę lat temu firma weszła na giełdę i zamieniła się w akcje, co od czasu rozpanoszenia się u nas Wolnego Rynku, bywa przyjmowane za znak postępu i rozwoju. Akcje kupował ten, kto miał pieniądze i tak – pomijając długi łańcuszek, kto i za ile kupował i sprzedawał kolejne pakiety akcji – znalazły się w rękach majętnych ludzi, ale niekoniecznie biegłych w kwestii butów. Z tego, co wiem, rozeznanie owych zarządców w przedmiotowej materii oscyluje na poziomie odróżniania buta od butiku. Nietrafione działania zaczęły prowadzić do coraz większych strat, a w efekcie pod koniec 2011 roku zaowocowały pomysłem likwidacji firmy i sprzedaży jej mienia. Ludzie stracili pracę, chociaż pracowali dobrze. Na mój prosty chłopski rozum, pracę powinni stracić ci, którzy źle pracowali (zarządzali), czyli zarząd firmy. No, ale Wolny Rynek nie podziela zasad Chłopskiego Rozumu.
Budynki firmy stoją w bardzo atrakcyjnym miejscu, likwidator sprzeda je po dobrej cenie. Z tego zysku da po parę złotych zwolnionym pracownikom (którzy pracowali dobrze). Część pracowników zaprotestowała, wdarła się na teren Ich Firmy (w której dobrze pracowali przez wiele lat) i okupowała firmę, domagając się trochę większej sprawiedliwości. W czasie protestu wypadła Uroczystość Trzech Króli i jeszcze niedziela. Zostałem poproszony – z jeszcze innym księdzem – o odprawienie mszy świętej, bo naród pracujący, wiadomo, jest pobożny. Zarząd firmy odmówił dwukrotnie, proponując dwa wyjścia. Mogli podstawić autokary i przewieźć strajkujących (na koszt firmy) do najbliższego kościoła, w tę i z powrotem. Choć, z powrotem oznaczałoby pod bramę firmy, bo wiadomo, iż głównym celem zarządu (źle pracującego, bo źle zarządzającego) było i jest nadal, wykurzenie kłopotliwych protestujących z pomieszczeń firmy. Kto by chciał kupić atrakcyjnie położone budynki z mało atrakcyjnymi strajkującymi? Drugi wariant, zaproponowany przez zarząd był taki, żeby biskup dał dyspensę od obowiązku uczestnictwa w dni święte we mszy świętej, „z uzasadnionego powodu”. Wariant, najprostszy, ten z odprawieniem mszy świętej na terenie firmy, dla protestujących, był nie do przyjęcia dla zarządu (źle pracującego, bo źle zarządzającego).
Teren firmy otoczony jest metalowymi i średnio wysokimi barierkami, nikt normalnie tam nie przejdzie. Obliczyłem, że wysokość tej zapory jest o połowę niższa od Muru Stoczni w Gdańsku, który w roku 1980 przeskoczył Lech Wałęsa. Ale Lech już w latach posunięty i może mniej skoczny. I nie ma komu skoczyć.
A trzeba, żeby ktoś przeskoczył barierki w lubelskiej firmie, i po Bożemu, dał w mordę Wolnemu Rynkowi. Bo przecież, że nie Zarządowi Firmy, który źle pracował, bo źle zarządzał

Itinerarium , , , , , , , , , ,

DERBY NAJWAŻNIEJSZE

Poniedziałek 9 stycznia 2012

Część czytelników zapewne wie, co to są derby, przynajmniej w piłce nożnej. Chodzi o mecz między drużynami z tego samego miasta. Najsłynniejsze derby piłkarskie to pojedynki Celticu z Rangers (derby Glasgow), Interu z Milanem (Mediolan), Lazio z Roma (Rzym), Manchesteru City z Manchesterem United, Evertonu z FC Liverpool, Atletico z Realem (Madryt), Barcelony z Espanyol, Valencii z Villareal, Sportingu z Benficą (Lizbona) czy choćby zażarte derby północnego Londynu, mecze między Arsenalem i Tottenhamem. W polskiej wersji mamy słynne zmagania Cracovii z Wisłą, czy niegdyś bitwę Motoru z Lublinianką.
Mecze derbowe są najważniejsze dla kibiców, tzn. jeśli taki City pokona United w Manchesterze, jest absolutnym królem na cały rok. To nic, że MU może zdobyć puchar Europy i puchar Świata i tak jest gorszy bo poległ w derbach. Podobnie jakby Lublinianka wygrała puchar Polski, a przegrała na Wieniawie z Motorem i tak byłaby przegraną (tu już mnie fantazja ponosi, zwłaszcza z tym pucharem dla Lublinianki).
Mecze derbowe są najważniejsze. I choćbyś był mistrzem świata, a przegrał swoje małżeństwo, nic nie wygrałeś. Derby są najważniejsze! Nawet jakbyś zdobyła Nobla a przegrała więź z własnym dzieckiem, nic nie zdobyłaś. Derby są najważniejsze! I choćbyś zdobyła koronę najśliczniejszej dziewczyny świata, a utraciła miłość Władka, nic nie wygrałaś. Najważniejsze są derby! I choćbyś milion w co drugą środę trafiał w lotka, jesteś biedakiem, bo utraciłeś Krysię. Derby są najważniejsze!
Kochaj wytrwale tych, którzy są twoim domem i szczęściem, najbliższych i najtrudniejszych do ogarnięcia. Reszta to chore złudzenia. Derby są najważniejsze.

Itinerarium , , , , ,

Dlaczego nie warto wierzyć gazetom?

Trochę z mieszanymi uczuciami zapoznawałem się z zawartością paczki z Polskim która dotarła do mnie dwa dni temu. Oprócz pasztetu, chleba (białego), ogórków kiszonych, paru listów i butelki Żubrówki również dostałem ulubiony zestaw tygodników z Polski. Konsumpcja żywności przeszła na drugi plan, a rozpocząłem od zapoznania się z tym “co w Polskich gazetach piszczy”. Ogarnęło mnie lekkie przerażenie i delikatna złość na samego siebie, że do tej pory żyłem w tak wielkiej nieświadomości. Otóż wszystkie gazety które otrzymałem na swojej głównej stronie opisują co to się z nami stanie w 2012 roku, a raczej jak wszyscy skończymy swoje dotychczasowe życie, bo wedle wszelkich znaków na ziemi i niebie, przepowiedzianych jeszcze przez Majów wszystko się skończy w 2012 roku i potem już “niczego nie będzie” jak podaje znane powiedzenie.

Może i trochę na przekór, ale uważam, że zapewne 2012 będzie przełomowy pod wieloma względami, z tych przyjemniejszych wymienić można olimpiadę w Londynie i Euro w Polsce/Ukrainie (z czym mamy do czynienia po raz pierwszy), wizytę Benedykta XVI na Kubie (ostatni raz papież – Jan Paweł II – był tam w 1998r.), premierę iPada 3 (pierwszego sprzętu spod znaczku “jabłuszka” po śmierci twórcy tej firmy – Steve Jobs’a). Rok 2012 będzie też rokiem w którym zapewne nie będzie nam dane uniknąć smutnych wydarzeń i tragedii. Ale zastanawia mnie takie katastroficzne myślenie, sianie paniki i okłamywanie czytelników wszystkich gazet (jakby wydawcy się zmówili, albo nie mieli żadnego ciekawszego pomysłu na temat okładki, obie opcje są dość smutne).
Osobiście, ze względu na obecne miejsce zamieszkania, jeszcze mam stary rok, nowy przyjdzie pod koniec stycznia i będzie Rokiem Smoka. Wedle przepowiedni, tym razem Chińczyków nie Majów, będzie to rok obfity w dobre wydarzenia, pełnym harmonii i siły jako że smok jest najpotężniejszym ze wszystkich dwunastu zwierząt – patronów kolejnych lat w kalendarzu chińskim, oznacza dobry rok. Widać więc, że nie ma się czego obawiać, a zamiast zakładać, że przyszłość skończy się już w tym roku, warto po prostu zacząć działać i nie dać się wplątać w grę której na imię “Koniec świata”. On tak czy inaczej przyjdzie, a zdziwi się wiele osób jeśli nie nastąpi to w 2012 r.

Powodzenia w działaniu. Nie wierzcie gazetom, ewentualnie nie tym z Polski, azjatyckie przewidują dobry rok!

Pozdrawiam,
jakub

PS. Po takich katastroficznych przepowiedniach niesamowicie smakują ogórki z pasztetem i chlebem, wszystko z Polski i od razu pojawia się uśmiech.

Pekińskie zapiski , , , , , , , , , , , , ,