ONI WYGRALI MUNDIAL!

Środa 11 lica 2018 Wiem, kto wygrał tegoroczny Mundial, bez konieczności oglądania niedzielnego finału. Ten Mundial wygrało dwóch Chorwatów, Ognjen Vukojevic i Domagoj Vida.

Obydwaj po meczu z Rosją zadedykowali zwycięstwo Ukrainie, którą jak wiadomo napadł Putin, odbierając najpierw Krym, a potem doprowadzając do wojny w Donbasie. Na Mundialu występuje w sumie 528 graczy (wliczam także naszych „uczestników”, którzy na miano piłkarzy zasługują w stopniu nieznacznym). Dwaj Chorwaci pokazali, że piłka piłką, ale warto być człowiekiem. Szacun! Jakże bym był rad, gdyby nasi „uczestnicy” Mundialu zamiast człapania po murawie, wymalowali sobie na koszulkach wołanie o uwolnienie Olega Sencowa, ukraińskiego reżysera skazanego przez Moskwę na 20 lat łagru, tylko dlatego, że krytykował aneksję Krymu. Na podobny gest stać było Władysława Kozakiewicza, który na olimpiadzie w Moskwie, w roku 1980 pokazał Sowietom „Takiego wała!” Ale to był rok 1980 i Solidarność, teraz bogiem jest mamona.

FIFA, półgangsterski organizator Mundialu – część poprzedniego zarządu już siedzi za kratkami, inni czekają na wyroki – ukarał Chorwatów finansowo. Uff, La Cosa Nostra (mafia w USA) karała niesubordynację strzałem w głowę! Karę nałożoną przez FIFA uiści za Chorwatów ukraiński związek piłki nożnej. Vida na fotce jest bez koszulki.

Nie chcę, abyście odczytali dzisiejszy wpis w kategoriach mieszania się do polityki, ja tylko o Mundialu i byciu człowiekiem. I żeby dowieść apolityczności, dodaję uwagę muzyczną. Polskie media dyskutują czy Mick Jagger na koncercie na Narodowym w Warszawie poparł Lecha Wałęsę (prosił o poparcie sprzeciwu wobec reformy sądów). Jedni uważają, że tak, inni przeciwnie. Na koncercie nie byłem, ale odsłuchałem, Mick odpowiedział tak:

Lechu! „I (Can’t Get No) Satisfaction!”

Itinerarium

OLEJ MYSI NA MUNDIALU

Wtorek 10 lipca 2018 W latach 70-tych ubiegłego wieku, kiedy w Związku Radzieckim (którego już nie ma) panował komunizm (którego u nas, w Polsce, już prawie nie ma), pojawił się na wycieczce bogaty amerykański miliarder. Pooglądał Moskwę, pomyślał i wrócił pewien entuzjazmu do swojego Houston.

Rozgłosił potem, że zamierza uruchomić w Ameryce produkcję mysiego oleju i eksportować go do Związku Radzieckiego, bo tam jest na ten produkt popyt maksymalny. Wszyscy pukali się w głowy. Ale biznesmen wyjaśnił, że widział na Placu Czerwonym ogromne kolejki, tysiące ludzi stojący po mysi olej. To były kolejki do Mauzoleum. W języku angielskim Mausoleum. Maus, to mysz, Oleum to olej.

Do Mauzoleum Lenina pielgrzymują dzisiaj kibice na Mundialu.  Przed finałem warto się uśmiechnąć.

Itinerarium

JAK ŻYĆ TRZMIELE I DŻDŻOWNICE

Poniedziałek 9 lipca 2018 Najtrudniej jest żyć. Łatwiej już się zapracować, nawet na śmierć. Albo zwiedzać kraj za krajem, aż się wszystkie zjedzie i opanuje cały świat. Albo leniuchować mając wszystko w nosie, o ile wszystko tam się zmieści.

Za kilka, może kilkanaście lat, w programach szkolnych znajdzie się przedmiot „Sztuka życia”, z tematami „Jak nie używać smartfonu?” albo „Istota spaceru wśród łąk” albo „Czemu warto patrzeć sobie w oczy w czasie rozmowy”.

Od życia uciekamy w pracę, w nieustanne podróżowanie, w zabawy w Internecie lub w smutną celebrację własnego nieszczęścia.

No to jak żyć? Jest lato, ładne dni. Trochę podpowiadają drzewa, kwiaty, wiatr, księżyc. Chrząszcze, dżdżownice, ślimaki, osy i trzmiele. Ale przecież wszystkiego tu nie zmieszczę, więc na koniec powiem, że ptaki także.

Itinerarium

MY POBOŻNY I NIEWIERZĄCY NARÓD POLSKI

Kazanie na 14 Niedzielę Zwykłą 8 lipca 2018 Pan Jezus nie mógł zdziałać żadnego cudu w swoim rodzinnym mieście, jedynie uzdrowił kilka osób. Dziwił się także niedowiarstwu rodaków. Pomyślimy może, my to byśmy takiego Gościa potraktowali inaczej, lepiej, zwłaszcza my Polacy, wyznający zasadę „Gość w dom, Bóg w dom!”

Niestety nie jesteśmy lepsi od mieszkańców Nazaretu. Statystyki są dobre, ponad 90% Polaków deklaruje się jako osoby wierzące. Czym jednak mierzyć wiarę? Na pewno nie deklaracjami („Nie każdy, który mi mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebieskiego”) ani praktykami religijnymi, co wiemy z przypowieści o faryzeuszu (silnie praktykującym) i celniku. Wagę mierzymy w kilogramach, wzrost w centymetrach, a wiarę?

Marą wiary, co wiemy z Ewangelii, jest kształt życia, czyli wcielenie w życie nauki Chrystusa, mówi o tym Chrystus w obrazie domów budowanych na skale bądź piasku, o słuchaniu i wypełnianiu Jego słów.

My, Polacy, co postaram się zaraz wyjaśnić, nie jesteśmy narodem ludzi wierzących, jesteśmy narodem ludzi pobożnych.

Argument pierwszy – rosnąca liczba Domów Starców i Pomocy Społecznej. Ludzie tam umieszczani mają dzieci, wnuki, bliższą i dalszą rodzinę, które z różnych przyczyn odrzuciły starszych czy chorych (pomijam przypadki konieczności instytucjonalnej opieki nad ekstremalnie chorymi). Wspomniane placówki są humanitarną formą złomowania ludzi. A jesteśmy narodem coraz bogatszym. I podobnym do tych ludzi z Nazaretu.

Argument drugi – rosnąca liczba Domów Dziecka (przy demograficznym niżu!). W latach 2005 – 2015 przybyło w Polsce 405 placówek opiekujących się dziećmi, obecnie przebywa tam ponad 100.000 dzieci, tyle , co mieszkańców Legnicy. Każde z tych dzieci ma jednak jakąś rodzinę, ciocie czy wujków, rodziców chrzestnych (deklarujących pomoc w chwili chrztu!). I jesteśmy narodem coraz bogatszym. I podobnym do tych ludzi z Nazaretu.

Argument trzeci – rosnąca liczba osób bezdomnych. Pracuję z tymi ludźmi od 17 lat w Lublinie i z roku na rok jest ich coraz więcej. Nie mają dachu nad głową, ale każdy ma rodzinę. W ubiegłym roku spotkałem w Lublinie 15 chłopaków i 2 dziewczyny, wszyscy poniżej 30 r. życia, którzy po wyjściu z więzienia nie mogli wrócić do swoich rodzin. Mogli pójść do noclegowni dla bezdomnych. Jesteśmy podobni do ludzi z Nazaretu.

Argument czwarty i ostatni – stosunek do uchodźców, nadal 60% Polaków przeciwna jest ich przyjmowaniu w kraju. „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie”, Chrystus nie pozostawia tu miejsca na dyskusję. Nie chcemy przyjąć ludzi uciekających przed bombami, wojną, głodem, bo nie wierzymy w Ewangelię (inną sprawą jest kwestia przyjmowania imigrantów zarobkowych). Przy czym, jestem pewien, że w konkretnych przypadkach, gdybyśmy stanęli oko w oko z uchodźcą, z tobołkiem w ręku, poranionego albo z urwaną dłonią, przyjęlibyśmy go pod dach. Mało kto z Polaków tak właśnie spotkał się  z uchodźcami. W tym przypadku zamieniliśmy wiarę w słowa Chrystusa na wiarę w słowa kłamliwych polityków.  Jesteśmy podobni do ludzi z Nazaretu.

No dobrze, pomyślicie, krytykujesz i krytykujesz, ale co z tobą, księżulku? Daj świadectwo! Staram się wierzyć ewangelicznie, czyli zamieniać słowa Chrystusa w kształt mojego życia. Nigdy nie myślę o sobie, jako o kimś „bardzo wierzącym” (nawet trochę mnie dziwią ludzie, którzy tak siebie określają), staram się wierzyć, nie wszystko mi wychodzi. Jeśli wklejam do tego wpisu dwa zdjęcia, z bezdomnym i uchodźcą (z Iraku), to na świadectwo mojej wiary, nie mam potrzeby ekshibicjonizmu.

I na koniec dwie uwagi. Pierwsza, wyrecytujemy dziś na Mszy Świętej „Wierzę …”, proszę wybaczyć, to niewiele znaczy, dobra papuga zrobi to samo (a nawet dużo szybciej!). Druga, zawsze możemy zacząć się nawracać. Byle nie od jutra, zgodnie z Ewangelią dziś jest czas właściwy. Amen.

 

LITURGIA SŁOWA

 

 

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.

A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony».

I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

(Mk 6,1- 6)

Itinerarium

WIARA DAJE WOLNOŚĆ – PRZYPADEK ŚWIDNIKA

Sobota 7 lipca 2018 Tak, wiara daje wolność, nie jest to frazes. Przed 38 laty zadziałało to w Świdniku.

Jutro, 8 lipca minie kolejna rocznica początku strajku w WSK (Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego) w Świdniku. Zanim jednak Mirosław Kaczan wyłączył swoją szlifierkę i krzyknął „Strajk!”, w mieście działała już wiara. Nie było z nią łatwo, bo Świdnik (podobnie jak Kraśnik Fabryczny i Poniatowa w naszym regionie) planowany był jako „miasto bezbożne”, bez kościoła, cmentarza czy choćby krzyży. Mieszkańcy miasta, w przeważającej większości pracownicy WSK i ich rodziny, na niedzielną Mszę Świętą musieli chodzić kilka kilometrów do Kazimierzówki albo Mełgwi. Przy ponad 30-tysięcznej populacji, tworzyły się swoiste pielgrzymki.

Wiara w Świdniku zadziałała żywiej dzięki charyzmatycznemu proboszczowi, „ojcu Świdnika”, ks. Janowi Hryniewiczowi. Od r. 1970 ks. Jan organizuje wspólnotę wiary i modlitwy i wbrew wysiłkom władz, krok po kroku wznosi pierwszy kościół w mieście. Świdniccy robotnicy kopią pod fundamenty świątyni, zalewają beton, skądś wynajdują deski, gwoździe, pręty i cegły. Biskup Pylak stawia budowniczym trzy oryginalne warunki: „Kościół ma być okrągły, z betonu i jasny”, zgodzili się, słowa dotrzymali, do dziś tak wygląda. Na Pasterkę w r. 1979 świdniczanie śpiewają już „Podnieś rękę Boże dziecię” w dolnym kościele. Modlą się gorąco, bo kilkaset osób uczestniczyło pół roku wcześniej we Mszy Świętej na ówczesnym Pl. Zwycięstwa w Warszawie razem z pierwszym polskim papieżem, Św. Janem Pawłem II.

Ks. Hryniewicz, niezwykle barwna postać, z Wileńszczyzny, uratowany w czasie II wojny przez Żyda, umacnia wspólnotę mądrymi kazaniami.

Kiedy Kaczan wyłącza szlifierkę i krzyczy „Strajk!”, świdnicka wspólnota podchwytuje wezwanie, trzy godziny później ustaje produkcja helikopterów i „wuesek” (starsi tłumaczą to pojęcie dziatwie!). Są postulaty, władza się ugina, ale ogień ogarnia inne zakłady w Świdniku, kilka dni później Czesław Niezgoda przyspawa lokomotywę do torów w Lublinie i buntuje się całe miasto. A w sierpniu walczy już Gdańsk, potem cała Polska, eksploduje Solidarność. Resztę znacie, niektórzy może z książek. Wszystko zaczęło się w Świdniku!

Reportaż z dziejów świdnickiego protestu zamieściłem w najnowszym wydaniu „Niedzieli”, edycja lubelska – http://niedziela.pl/artykul/137892/nd/Iskra-ze-Swidnika-odmienila-Polske . Tam też piszę więcej o ks. Janie.

Dodam tylko, że przed  Świdnikiem 26 czerwca skutecznie protestowali także robotnicy w Tomaszowie Lubelskim, filii świdnickiej WSK.

Do tego wpisu dołączam trochę zdjęć, udostępnionych przez świdniczan – bardzo dziękuję – przy nich są opisy. Dowiecie się z nich m.in. dlaczego Lech Wałęsa w r. 1981 nie chciał przylecieć helikopterem do Świdnika. Te zdjęcia są w FB  wersji, na moim profilu.

Na tym – Ks. Jan, miłośnik motoryzacji, przy słynnym Fiacie 125 P.

Itinerarium

WIERZYMY DLA INNYCH

Piątek 6 lipca 2018 To trzy zdania tylko, przeczytajcie – Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. A oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: «Ufaj, synu! Odpuszczone są ci twoje grzechy». (Mt 9,1 – 2).

Jezus uzdrawia paralityka, ze względu na wiarę jego znajomych, może przyjaciół. Może właśnie nasza wiara potrzebna jest chorym wokół nas, rozbitym i głęboko smutnym. Nie wierzymy tylko dla siebie samych.

Itinerarium

PIERWSZY CZWARTEK I INNE MIŁOŚCI

Czwartek 5 lipca 2018  Tradycja katolicka przechowała kult pierwszych dni miesiąca, poświęconych różnym tajemnicom naszej wiary. Pierwsze czwartki wiążą się ze świętowaniem Eucharystii, piątki odnoszą się do ofiary Chrystusa na krzyżu, soboty poświęcone są Matce Bożej, poniedziałki Duchowi Świętemu, wtorki zwykle św. Antoniemu a środy św. Józefowi (przynajmniej w polskiej tradycji). Podobnie w niektórych kościołach dedykuje się wspomniane tajemnice w ciągu tygodnia.

Oczywiście świadom jestem, że te tradycje powoli giną i zapewne niewielu z was – o  ile ktokolwiek – pójdzie dziś na adorację Najświętszego Sakramentu, może jeszcze ktoś klęknie przed konfesjonałem jutro, w pierwszy piątek miesiąca.

Te tradycje powoli zamierają, nie to jest jednak najważniejsze. Jak możemy teraz okazać miłość do Pana Jezusa, Matki Bożej, wspaniałych świętych naszej wiary i jej tajemnic? Może rozdając chleb głodnym, może przebaczając wrogom i modląc się za nich, może kontemplując cud stworzenia w rozzuchwalonych feeriach kwiatów? Na pewno najważniejsza jest miłość, do Pana Boga, bliźnich i siebie samego.

 

Itinerarium

CIEMNY TYP Z JASNYM PŁOMIENIEM W SERCU

Środa 4 lipca 2018  Dziewczyny kochały się w nim na umór, co nie było dziwne przy Jego charakterystycznej piemonckiej urodzie. On sam zakochał się w jednej, niekoniecznie ślicznej Laurze, której jednak nie wyznał uczucia, bo akurat Luciana, siostra, wychodziła za mąż i mogłoby to komplikować stosunki rodzinne. Nie zdążył wyznać swojej miłości. Nie zdążył też skończyć studiów inżynierskich. Nie zdążył zdobyć Mont Blanc, najwyższego szczytu w Alpach. Zdążył wziąć udział w kilku starciach z włoskimi faszystami i komunistami, nie stojąc przy tym z założonymi rękami. Zdążył wielokrotnie wspinać się w Alpy razem z przyjaciółmi, zwanymi „Ciemnymi typami”. Zdążył kilka razy wynieść z budynku ambasady kwiaty, które nosił na groby biedaków w Berlinie. Nie stronił od fajki.

W dzień przed śmiercią na wpół sparaliżowaną ręką napisał polecenie koledze: „To są zastrzyki dla Conversa, a kwit z lombardu jest Sappy, zapomniałem o nim, odnów go na mój rachunek”. Zarażony prawdopodobnie podczas odwiedzin u chorych umiera na wirusa Heine Medina, 4 lipca 1925 roku, mając zaledwie 24 lata. Na Jego pogrzebie pojawiło się pół Turynu.

Kiedy wczytacie się w życiorys Pier Giorgio Frassatiego, to znajdziecie w nim, może jako zaskakujące dopełnienie, jeszcze jedną ważną datę – 20 maja 1990 roku. Tego dnia Jan Paweł II ogłosił Go błogosławionym mówiąc m.in.: „Odszedł z tego świata młodo, ale pozostawił ślad na całym stuleciu, i nie tylko na naszym.”

Może jest coś prawdziwego i pięknego w koncepcji życia wyrażonej w krótkim powiedzonku: „Lepiej pięć minut płonąć jasnym płomieniem niż kopcić całe życie”. Na pewno lepiej jest przeżyć prawdziwie, głęboko i pięknie 24 lata, niźli całe sto byle jak, pusto i płytko. A ponieważ życie jest jedno, pomysł na nie trzeba mieć wcześnie, jak najwcześniej, aby nie okazało się, że jest już za późno. Żeby mieć z kolei dobry pomysł, niebanalny, twórczy i pełen miłości, warto spotykać postaci, które wygrały swoje życie i nadały swojemu człowieczeństwu pełny, full, format. Pier Giorgio wprowadził w swoje życie jeszcze coś – „bardzo umiłował” (Jan Paweł II). Umiłował Boga i człowieka, każdego, którego spotkał w swoim życiu. Nie stracił żadnego dnia swojego szalenie  krótkiego życia. Kolega Pier Giorgia, Vittorio Bussetti, napisał o nim: „Na politechnice, kiedy przyszedł Frassati, zrobił na mnie wrażenie lawiny życia, która mnie jak gdyby przerażała.” VALANGA DI VITA – lawina życia! Życie jak lawina! Full format! Nie zmarnować żadnej chwili życia. Każda chwila może być cudowna, jedyna, niepowtarzalna i głęboko dobra. Oczywiście wtedy, gdy jest wypełniona miłością!

  1. Do dziś nie mogę darować jednemu z mało lotnych duszpasterzy w KUL-owskim kościele, który nakazał (koniec lat 80-tych) zamalować fajkę na obrazie Pier Giorgio.

 

 

PIER GIORGIO FRASSATI – REWOLUCJA MIŁOŚCI

 

 

Urodził się 6 kwietnia, w Wielką Sobotę 1901 r. w Turynie, w zamożnej rodzinie piemonckiej. Wraz z młodszą siostrą Lucianą, która stała się najbliższą mu osobą, wychowywany był niezwykle surowo, po spartańsku. Jego matka Adelaide Ametis była dobra malarka, ojciec, Alfredo, agnostyk, był założycielem i redaktorem naczelnym liberalnego dziennika „La Stampa” – wywierał duży wpływ na włoskie życie polityczne.

Życie Pier Giorgia toczyło się głównie między mieszkaniem w Turynie a willą rodzinną w Pollone, 70 km od Turynu, u stóp Alp. Mały Dodo, jak nazywano Pier Giorgia w dzieciństwie, reagował natychmiast, gdy chodziło o kogoś słabego, potrzebującego pomocy. Potrafił błyskawicznie ściągnąć buciki i pończochy i oddać je ubogiej kobiecie z bosym dzieckiem na ręku, która zapukała do drzwi jego domu. Pewnego razu, gdy z dziadkiem Francesco odwiedził ochronkę w Pollone, od razu spostrzegł posadzone na uboczu, owrzodzone, smutne dziecko. Podszedł do niego i zaczął z nim jeść tą samą łyżką.

W życiu małego Pier Giorgio coraz większą rolę zaczynała odgrywać wiara i żarliwa praktyka religijna. Mając lat 11, nie chciał już położyć się do łóżka, jeśli przedtem długo się nie pomodlił. Równocześnie rosła w nim wrażliwość na potrzeby innych. Jego reakcja na odesłanie z niczym pukającego do drzwi żebraka:  „Mamo, a może go tu przysłał Jezus!”. Cicho wychodził z domu, aby zatrzymać zauważonego z balkonu biedaka.

Kochał chodzenie po górach, jazdę konną i na rowerze. Gdy pewnego dnia skradziono mu rower, którego zakup pochłonął lwią część jego mozolnie gromadzonych oszczędności, mruknął tylko: „może ten ktoś potrzebował go bardziej niż ja”. Wycieczki w góry były okazją do pomagania słabszym: brał na siebie najcięższe plecaki, przecierał szlak. Wchodził do wszystkich napotkanych kapliczek z pękami kwiatów zebranych po drodze.

W 1915 r. Włochy przystąpiły  do Wojny Światowej. Pier Giorgio był głęboko poruszony ogromem nieszczęść, które ona przyniosła. Zapytał kiedyś służącą: „Natalio, czy oddałabyś życie, aby wojna się skończyła? – Nie, na pewno nie, jestem młoda i życie jest mi tak samo drogie jak tym żołnierzom. – A ja tak, bez wahania, choćby dzisiaj”. Swoje dziecięce oszczędności wysyłał żołnierzom na front. Do kolegów posyłał kartki pocztowe, przedstawiające skutki wojny.

Z trudem uzyskał zgodę matki na codzienne przystępowanie do Komunii św.. Zapisał się do Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu i do Apostolatu Modlitwy. Ich legitymacje nosił zawsze przy sobie. Modlitwa stanowiła dla niego nieodłączną część dnia. Każdy, choćby najtrudniejszy, kończył się różańcem. Wstąpił do Sodalicji Mariańskiej i do Bractwa Różańcowego.

Jego nabożeństwo do Matki Bożej było trwałe i głębokie. Szczególnie czcił Matkę Bożą    Pocieszycielkę w Turynie i Czarną Madonnę w pięknym górskim sanktuarium Oropa (40 minut drogi od Pollone). Chodził tam niezależnie od pogody, zawsze z kwiatami w ręku. „Pier Giorgio, przyszedłeś  w taką okropną pogodę?” zapytał go o. Ferrarini. „Dobrze odmawia się różaniec, idąc po śniegu.”

Pozycja ojca zapewniała szybką karierę w dzienniku „La Stampa”. Po uzyskaniu matury u Jezuitów (Instituto Sociale w Turynie), Pier Giorgio wybrał jednak ciężkie studia inżynieryjne, gdyż chciał dzielić w przyszłości twarde życie górników. W 1919 roku zapisał się na Wydział Górniczy Królewskiej Politechniki w Turynie. Wyznawał: „Będę inżynierem górnikiem, aby jeszcze więcej służyć Chrystusowi.”

Zapisał się do studenckiej katolickiej organizacji FUCI (Federazione Universitaria Cattolica Italiana), do GCI (Gioventů Cattolica Italiana), stowarzyszenia włoskiej młodzieży katolickiej skupiającego głównie robotników. Odznakę tego stowarzyszenia nosił zawsze przypiętą do marynarki. Był aktywnym działaczem obu tych organizacji szczególnie zaangażowanym w dzieło miłosierdzia. „Ulubionym celem jego wypraw były przytułki Cotolengo. Przechodził między rzędami łóżek, pocieszając tych nieszczęśliwych ludzi, chętnie z nimi rozmawiał, nazywał ich braćmi i nie zapominał nigdy, nie odczuwając przy tym odrazy i nie bojąc się zarażenia, ucałować każdego z nich jak najlepszego przyjaciela.” (M.Ghemlera) „Naprawdę czymś nadzwyczajnym był widok tego młodzieńca, pochylającego się nad tą nędzą z matczyną czułością. Pamiętam, jak podawał coś do zjedzenia i ocierał ślinę, jakiemuś niewidomemu i głuchoniememu dziecku” (G.Perfetto) „Podczas odwiedzin w szpitalu spotkaliśmy chorą rodzinę  złożoną z ojca, matki i 20-letniego syna o twarzy zeszpeconej przez trąd. Pier Giorgia wzruszył widok tego nieszczęśliwego młodzieńca. <Teraz widzi Pani – powiedział – jak niezmiernie cenną rzeczą jest zdrowie, którym my się cieszymy.> I chwilę potem: <Jednak zniekształcenia twarzy tego młodzieńca znikną, kiedy wejdzie do nieba. Myślę, że nasze zdrowie powinniśmy oddać w służbę tym, którzy go nie mają, gdyż w przeciwnym razie zdradzilibyśmy ten wielki dar Boży i Jego dobrodziejstwo, którego obecnie doświadczamy.>” (J. Vigna)

Pier Giorgio zdawał sobie sprawę, że nie wystarczy zajmować się ludzką biedą i nędzą, lecz także na płaszczyźnie politycznej należy walczyć o większą sprawiedliwość społeczną, o prawa dla pokrzywdzonych. Zgodnie z liberalną tradycją swojej rodziny uważał, że zawsze trzeba bronić godności osoby  ludzkiej, wolności, jako warunku autentycznego życia społecznego i zdecydowanie zwalczać każdą formę gwałtu i przemocy. W 1920 r. został członkiem założonej w tym czasie przez ks. Luigi Sturzo Włoskiej Partii Ludowej, która opierała się na zasadach encykliki Rerum Novarum. Aktywnie uczestniczył w kampanii wyborczej i angażował się z całym młodzieńczym entuzjazmem  w działalność katolickich związków zawodowych. „Niesprawiedliwość budziła w nim oburzenie i nie było takiego zebrania czy spotkania, zwołanego w celu potwierdzenia i obrony naszych praw robotniczych, w czasie którego nie padłyby wypowiedziane z namiętnością apostoła, braterskie i pełne miłości słowa Pier Giorgia.” (Giacinto Zaccheo)

W 1920 r., gdy ojciec został mianowany ambasadorem w Berlinie, wyjechał tam także Pier Giorgio. Nawiązywał w stolicy Niemiec kontakty ze środowiskami studentów i robotników, poprzez przyjaźń z księdzem Karolem Sonnenscheinem, opiekunem biednych. Dzięki niemu zrozumiał, że aby móc prowadzić podobną działalność, trzeba pozostać człowiekiem świeckim, ale z duszą kapłana. Podobnie jak w Turynie chodził od jednej nędznej rudery do drugiej, wszystko, co zdołał zaoszczędzić czy ściągnąć z gościnnych stołów ambasady, dawał swoim podopiecznym, wynosił dla nich nawet kwiaty, szczególnie na groby biedaków. W 1922 roku był w Katowicach, aby zwiedzić kopalnie śląskie.

Entuzjastycznie zaangażował się w 1921 roku w Rawennie w organizację pierwszego zjazdu „Pax Romana” (stowarzyszenia, którego celem była współpraca katolickich środowisk uniwersyteckich z całej Europy na rzecz powszechnego pokoju). Bez sukcesu zgłosił wtedy nowatorską propozycję połączenia ruchu akademickiego z robotniczym.

Od pierwszych dni rodzącego się faszyzmu rozpoznał oblicze tego ruchu. Był silny fizycznie, pełen energii i odważny. Nienawidził przemocy, lecz nie czuł przed nią strachu, zawsze postępował śmiało i prosto, nigdy nie szukał krętych dróg wyjścia. Każdy udział w procesji oznaczał w tych latach narażenie się na zniewagi, a nawet pobicie; Pier Giorgio nigdy nie wahał się kroczyć po ulicach ze świętymi obrazami i brał udział w każdej manifestacji religijnej. Śpiewał i modlił się głośno, idąc z procesją pomiędzy dwoma szeregami wrogich twarzy. Nierzadko zdarzało mu się trafić do aresztu w wyniku starć z policją.

Często sam bronił gabloty uniwersyteckiej, w której jego klub wywieszał ogłoszenia nie podobające się antyklerykałom. „Pamiętam Pier Giorgia stojącego z laską w ręku przed gablotą  gotowego  do jej obrony; dookoła niego wrzaski i wycia tłumu studentów. Ani wyzwiska, ani pogróżki, ani uderzenia nie skłoniły go do odejścia.”

Naukę uważał za swój pierwszy obowiązek. Wkładał w nią dużo wysiłku, ale często zasiadał nad książką dopiero po odwiedzeniu swoich biednych, chorych w Cotollengo, starców w przytułku, lub po nocy spędzonej na adoracji.

W 1922 r. wstąpił do III-go zakonu św. Dominika przyjmując imię Girolamo (Hieronim) na cześć Girolamo Savonaroli – średniowiecznego mnicha dominikańskiego, który nieugięcie zwalczał zepsucie w społeczeństwie i wśród kleru, ponosząc śmierć męczeńską na stosie. Podobnie, jak wcześniej przeciwstawiał się gwałtom i przemocy ze strony komunistów, tak później walczył z szybko rosnącym w siłę  ruchem faszystowskim.                            

Bardzo lubił śpiewać, ale fałszował okropnie – miał iście barani głos i dębowe ucho. Gdy ktoś w kościele zwrócił mu uwagę, że fałszuje, odpowiadał: „ale ważne jest to, że się śpiewa”. „Śpiewał za czterech wydzierając się tak, że musieliśmy uszy zatykać.” (A. Montefia)

Jego wielką pasją były góry. Dobry alpinista i narciarz, każdą wolną chwilę spędzał na wspinaczkach i górskich wycieczkach. Wyprawy w góry, oprócz wielkiej przyjemności, dawały okazję do modlitwy i do apostolstwa. „Ileż to razy w górskich schroniskach uciszał nagle hałas, który sam przedtem rozpętał, intonując swoim potężnym, choć nie bardzo melodyjnym głosem różaniec, do którego przyłączali się także inni nie należący do jego towarzystwa.” (ks. R.Ruffini)   „Kiedyśmy się zatrzymywali na krótki odpoczynek, Pier Giorgio porównywał naszą trudną drogę do wznoszenia się w wierze: „Im wyżej dotrzemy, tym wyraźniej usłyszymy głos Chrystusa.” (A.Valetto)

Powaga i głęboka religijność łączyła się u Pier Giorgia z ogromną żywotnością, poczuciem humoru i hałaśliwymi wybuchami radości. Wraz z kolegami z FUCI założył w 1924r. żartobliwie nazwane Towarzystwo „Ciemnych Typów”, którego zadaniem były wspólne wycieczki w góry oraz wzajemna pomoc duchowa.

 

Statut Towarzystwa Ciemnych Typów

 

  1. Założone Towarzystwo „Ciemnych Typów” składa się ze wspólników i wspólniczek, podzielonych na dwie grupy: drabów i drabinek.
  2. Władzami Towarzystwa są: zgromadzenie ogólne, prezes, kierownik wycieczek itp., sekretarz i jeden „leć-przyleć”
  3. Aby zostać przyjętym jako drab(inka), trzeba złożyć podanie do drabów – założycieli i zostać zatwierdzonym przez zgromadzenie ogólne.
  4. Dewizą Towarzystwa jest: niewielu, ale dobrych jak makaron (włoski!)…

Jest absolutnie zakazane wszystkim drabom i drabinkom przynoszenie psów a szczególnie mongreńskiej rasy, zabronione jest także wprowadzanie pieprzu itp. owadów.

 

W atmosferze górskich wycieczek zrodziła się pierwsza (i jedyna) miłość Pier Giorgia do dziewczyny. Całą siłą swej młodości zakochał się w Laurze Hidalgo, sekretarce Towarzystwa „Ciemnych Typów”. Po wewnętrznych zmaganiach zdecydował jednak ukryć przed nią swoje uczucie i przekształcić je w coś innego. Na parę miesięcy przed śmiercią pisał do kolegi: „…Wiele razy chodziłem z Nią w góry, chodziłem też z innymi; ale teraz nabrałem już przekonania, że jeśli nie można osiągnąć celu, to trzeba zdławić w zarodku uczucie, które pielęgnowane należycie, mogłoby przynieść ogrom szczęścia, w przeciwnym wypadku tylko udrękę(…)  A więc mój program polega na przetworzeniu w świetle Miłości tej wyjątkowej sympatii, jaką czułem do Niej, sympatii, która nie miała się dopełnić, na pełną szacunku przyjaźń, pojętą w znaczeniu chrześcijańskim… Może powiesz mi, że szaleństwem jest spodziewać się tego, ale wierzę, że jeżeli będziecie choć trochę modlić się za mnie, w krótkim czasie osiągnę przez modlitwę ten stan. Oto mój program, który, z pomocą Boską, mam nadzieję urzeczywistnić i nawet gdyby to miało mnie kosztować życie, mniejsza o to.” (list do J.Bonini)

W lutym 1925 r. Luciana, ukochana siostra Pier Giorgia i towarzyszka całego jego dzieciństwa, wyszła za mąż za Polaka, Jana Gawrońskiego i wyjechała z Włoch. Jej wyjazd był dla niego „prawdziwym ciosem w samo serce” jak pisał do przyjaciela Marco Beltramo. Pozostał sam ze swoimi problemami i narastającym od pewnego czasu konfliktem pomiędzy rodzicami. Ale jednocześnie był to kolejny etap jego wewnętrznego dojrzewania.

29 czerwca 1925r., w okresie przygotowań do egzaminów inżynierskich, wystąpiły u Pier Giorgia pierwsze objawy choroby dziecięcej Heinego-Medina. Rozpoczął się ostatni tydzień jego życia. Nie wiedzieli o tym niemal do końca nawet jego najbliżsi, zajęci w tym czasie chorobą i śmiercią jego babki. On sam milczał na temat swojej choroby, nie chcąc powiększać panującego w domu zamieszania. „To wprost nie do wiary, że brakuje ciebie, kiedy jesteś najbardziej potrzebny” – zwróciła się do niego z wyrzutem matka. Nie wiedziała, że w nocy z największym trudem, upadając kilka razy, dowlókł się do pokoju babki, żeby pomodlić się przy jej trumnie. Nawet nazajutrz, kiedy był już częściowo sparaliżowany, nikt nie domyślał się powagi sytuacji. Był to piątek, dzień jego systematycznych odwiedzin u biednych. Pamiętał o nich i tym razem: „To są zastrzyki dla Sappy i pokwitowania z lombardu dla C., odnów je na mój rachunek.” – napisał z trudem na kartce i wręczył siostrze z prośbą, by przekazała je koledze.

W sobotę, 4 lipca, Pier Giorgio, mając 24 lata, zakończył życie.

W 1932 roku rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Ostatnim etapem procesu apostolskiego było otwarcie w 1981 roku trumny Pier Giorgia. Świadków wydarzenia zaskoczył niezmieniony wygląd i uśmiech na twarzy. Jan Paweł II w 1989 roku odwiedził grób Pier Giorga w jego rodzinnym Pollone. Beatyfikacja odbyła się 20 maja 1990. Jan Paweł II beatyfikował „Człowieka Ośmiu Błogosławieństw”, jak nazwał go, otwierając w 1977 roku poświęconą mu wystawę w Krakowie u Dominikanów. Obecnie grób błogosławionego Pier Giorga znajduje się w katedrze turyńskiej.

 

Oprac. AB

 

Itinerarium

MARIA PŁACZE W LUBLINIE

Wtorek 3 lipca 2018 Najsłynniejszą Matkę Bożą Płaczącą spotkamy we francuskim La Salette, dobrze znana jest również ta z Syrakuz, na brzegu Golfo di Augusto. Tam łzy na obrazie Madonny skłoniły pobożnych sycylijczyków do wybudowania monumentalnej bazyliki o niezwykłym kształcie. W Polsce bodaj najstarszym sanktuarium maryjnym z motywem łez z XVI w. jest Dzierzgów pod Włoszczową. Myślę, że dla wielu czytelników Itinerarium najbliższa jest Matka Boża Płacząca z lubelskiej archikatedry. Dzisiaj obchodzimy Jej Święto – w takiej formule liturgicznej już po raz piąty.

Święto odsyła do wydarzeń z 3 lipca roku 1949 i łez na obrazie MB Częstochowskiej. Historyczne okoliczności, czyli czas obskurnej komuny, sprawiły, że łzy te interpretowane są zwykle jako smutne. Ponieważ jednak cudowi lubelskiemu nie towarzyszyły objawienia werbalne, wyjaśniające sens łez, możliwe są i inne tłumaczenia. Najbardziej zabawne jest to, które podaje, że Maria roniła łzy po odejściu ówczesnego biskupa lubelskiego a późniejszego Prymasa Tysiąclecia, kardynała Stefana Wyszyńskiego (odszedł z Lublina w listopadzie 1948 r.) lub też, że witała nowego biskupa, Piotra Kałwę, który cztery dni wcześniej został konsekrowany i właśnie obejmował diecezję. Są także łzy wzruszenia czy radości.

Jakikolwiek byłby powód łez Marii w Lublinie, najbardziej istotne jest to, że doprowadziły one i nadal prowadzą do cudów największych. Świadectwa mówią o głębokich nawróceniach, pokonaniu alkoholizmu, naprawienia więzi małżeńskich, uzdrowieniach z chorób fizycznych, psychicznych i duchowych, porzuceniu zła, oświeceniu przy wyborze drogi życiowej. Maria nigdy nie płacze – lub objawia się w innej formie – na pokaz, dla cudu, podziwu dla Niej. Matka dba o nasze dobro tu na ziemi i o to najwyższe, zbawienie i wieczne życie. Jej powierzam Was wszystkich.

  1. Ilustracje pokazują bazylikę w Syrakuzach i obraz MB Płaczącej w Lublinie.

 

Itinerarium

SKLEROZA PANA BOGA NIE DOTYCZY

Poniedziałek 2 lipca 2018  Czasami rzeczywiście zapominamy o czymś, z nadmiaru zajęć, pośpiechu, obżarstwa, które blokuje aktywność pamięci, może i z innych powodów.

Fraza „Zapomniałem” najczęściej jednak jest wymówką albo kłamstewkiem kryjącym lenistwo, gnuśność lub głupotę. Czy można zapomnieć o Panu Bogu? Można. Z własnej winy.

W dzisiejszym psalmie – jak ktoś pójdzie na Mszę Świętą, to pewnie usłyszy jak organista zmaga się z refrenem – usłyszymy: „Zrozumcie prawdę, wy niepomni Boga”. Niepomni Boga.

Jesteśmy pokoleniem niepomnym Boga. Bo jest urlop. Bo są wyjazdy. Bo w końcu trzeba odpocząć. Bo trzeba się zrelaksować (a przykazania mają walor niezmienny). Bo nie można stale się modlić – można, bo to sprawa serca a nie gadaniny ust.

Na szczęście, Pan Bóg nie ma sklerozy. „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o Tobie” (Iz 49, 15).

Itinerarium