CIEMNY TYP Z JASNYM PŁOMIENIEM W SERCU

Środa 4 lipca 2018  Dziewczyny kochały się w nim na umór, co nie było dziwne przy Jego charakterystycznej piemonckiej urodzie. On sam zakochał się w jednej, niekoniecznie ślicznej Laurze, której jednak nie wyznał uczucia, bo akurat Luciana, siostra, wychodziła za mąż i mogłoby to komplikować stosunki rodzinne. Nie zdążył wyznać swojej miłości. Nie zdążył też skończyć studiów inżynierskich. Nie zdążył zdobyć Mont Blanc, najwyższego szczytu w Alpach. Zdążył wziąć udział w kilku starciach z włoskimi faszystami i komunistami, nie stojąc przy tym z założonymi rękami. Zdążył wielokrotnie wspinać się w Alpy razem z przyjaciółmi, zwanymi „Ciemnymi typami”. Zdążył kilka razy wynieść z budynku ambasady kwiaty, które nosił na groby biedaków w Berlinie. Nie stronił od fajki.

W dzień przed śmiercią na wpół sparaliżowaną ręką napisał polecenie koledze: „To są zastrzyki dla Conversa, a kwit z lombardu jest Sappy, zapomniałem o nim, odnów go na mój rachunek”. Zarażony prawdopodobnie podczas odwiedzin u chorych umiera na wirusa Heine Medina, 4 lipca 1925 roku, mając zaledwie 24 lata. Na Jego pogrzebie pojawiło się pół Turynu.

Kiedy wczytacie się w życiorys Pier Giorgio Frassatiego, to znajdziecie w nim, może jako zaskakujące dopełnienie, jeszcze jedną ważną datę – 20 maja 1990 roku. Tego dnia Jan Paweł II ogłosił Go błogosławionym mówiąc m.in.: „Odszedł z tego świata młodo, ale pozostawił ślad na całym stuleciu, i nie tylko na naszym.”

Może jest coś prawdziwego i pięknego w koncepcji życia wyrażonej w krótkim powiedzonku: „Lepiej pięć minut płonąć jasnym płomieniem niż kopcić całe życie”. Na pewno lepiej jest przeżyć prawdziwie, głęboko i pięknie 24 lata, niźli całe sto byle jak, pusto i płytko. A ponieważ życie jest jedno, pomysł na nie trzeba mieć wcześnie, jak najwcześniej, aby nie okazało się, że jest już za późno. Żeby mieć z kolei dobry pomysł, niebanalny, twórczy i pełen miłości, warto spotykać postaci, które wygrały swoje życie i nadały swojemu człowieczeństwu pełny, full, format. Pier Giorgio wprowadził w swoje życie jeszcze coś – „bardzo umiłował” (Jan Paweł II). Umiłował Boga i człowieka, każdego, którego spotkał w swoim życiu. Nie stracił żadnego dnia swojego szalenie  krótkiego życia. Kolega Pier Giorgia, Vittorio Bussetti, napisał o nim: „Na politechnice, kiedy przyszedł Frassati, zrobił na mnie wrażenie lawiny życia, która mnie jak gdyby przerażała.” VALANGA DI VITA – lawina życia! Życie jak lawina! Full format! Nie zmarnować żadnej chwili życia. Każda chwila może być cudowna, jedyna, niepowtarzalna i głęboko dobra. Oczywiście wtedy, gdy jest wypełniona miłością!

  1. Do dziś nie mogę darować jednemu z mało lotnych duszpasterzy w KUL-owskim kościele, który nakazał (koniec lat 80-tych) zamalować fajkę na obrazie Pier Giorgio.

 

 

PIER GIORGIO FRASSATI – REWOLUCJA MIŁOŚCI

 

 

Urodził się 6 kwietnia, w Wielką Sobotę 1901 r. w Turynie, w zamożnej rodzinie piemonckiej. Wraz z młodszą siostrą Lucianą, która stała się najbliższą mu osobą, wychowywany był niezwykle surowo, po spartańsku. Jego matka Adelaide Ametis była dobra malarka, ojciec, Alfredo, agnostyk, był założycielem i redaktorem naczelnym liberalnego dziennika „La Stampa” – wywierał duży wpływ na włoskie życie polityczne.

Życie Pier Giorgia toczyło się głównie między mieszkaniem w Turynie a willą rodzinną w Pollone, 70 km od Turynu, u stóp Alp. Mały Dodo, jak nazywano Pier Giorgia w dzieciństwie, reagował natychmiast, gdy chodziło o kogoś słabego, potrzebującego pomocy. Potrafił błyskawicznie ściągnąć buciki i pończochy i oddać je ubogiej kobiecie z bosym dzieckiem na ręku, która zapukała do drzwi jego domu. Pewnego razu, gdy z dziadkiem Francesco odwiedził ochronkę w Pollone, od razu spostrzegł posadzone na uboczu, owrzodzone, smutne dziecko. Podszedł do niego i zaczął z nim jeść tą samą łyżką.

W życiu małego Pier Giorgio coraz większą rolę zaczynała odgrywać wiara i żarliwa praktyka religijna. Mając lat 11, nie chciał już położyć się do łóżka, jeśli przedtem długo się nie pomodlił. Równocześnie rosła w nim wrażliwość na potrzeby innych. Jego reakcja na odesłanie z niczym pukającego do drzwi żebraka:  „Mamo, a może go tu przysłał Jezus!”. Cicho wychodził z domu, aby zatrzymać zauważonego z balkonu biedaka.

Kochał chodzenie po górach, jazdę konną i na rowerze. Gdy pewnego dnia skradziono mu rower, którego zakup pochłonął lwią część jego mozolnie gromadzonych oszczędności, mruknął tylko: „może ten ktoś potrzebował go bardziej niż ja”. Wycieczki w góry były okazją do pomagania słabszym: brał na siebie najcięższe plecaki, przecierał szlak. Wchodził do wszystkich napotkanych kapliczek z pękami kwiatów zebranych po drodze.

W 1915 r. Włochy przystąpiły  do Wojny Światowej. Pier Giorgio był głęboko poruszony ogromem nieszczęść, które ona przyniosła. Zapytał kiedyś służącą: „Natalio, czy oddałabyś życie, aby wojna się skończyła? – Nie, na pewno nie, jestem młoda i życie jest mi tak samo drogie jak tym żołnierzom. – A ja tak, bez wahania, choćby dzisiaj”. Swoje dziecięce oszczędności wysyłał żołnierzom na front. Do kolegów posyłał kartki pocztowe, przedstawiające skutki wojny.

Z trudem uzyskał zgodę matki na codzienne przystępowanie do Komunii św.. Zapisał się do Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu i do Apostolatu Modlitwy. Ich legitymacje nosił zawsze przy sobie. Modlitwa stanowiła dla niego nieodłączną część dnia. Każdy, choćby najtrudniejszy, kończył się różańcem. Wstąpił do Sodalicji Mariańskiej i do Bractwa Różańcowego.

Jego nabożeństwo do Matki Bożej było trwałe i głębokie. Szczególnie czcił Matkę Bożą    Pocieszycielkę w Turynie i Czarną Madonnę w pięknym górskim sanktuarium Oropa (40 minut drogi od Pollone). Chodził tam niezależnie od pogody, zawsze z kwiatami w ręku. „Pier Giorgio, przyszedłeś  w taką okropną pogodę?” zapytał go o. Ferrarini. „Dobrze odmawia się różaniec, idąc po śniegu.”

Pozycja ojca zapewniała szybką karierę w dzienniku „La Stampa”. Po uzyskaniu matury u Jezuitów (Instituto Sociale w Turynie), Pier Giorgio wybrał jednak ciężkie studia inżynieryjne, gdyż chciał dzielić w przyszłości twarde życie górników. W 1919 roku zapisał się na Wydział Górniczy Królewskiej Politechniki w Turynie. Wyznawał: „Będę inżynierem górnikiem, aby jeszcze więcej służyć Chrystusowi.”

Zapisał się do studenckiej katolickiej organizacji FUCI (Federazione Universitaria Cattolica Italiana), do GCI (Gioventů Cattolica Italiana), stowarzyszenia włoskiej młodzieży katolickiej skupiającego głównie robotników. Odznakę tego stowarzyszenia nosił zawsze przypiętą do marynarki. Był aktywnym działaczem obu tych organizacji szczególnie zaangażowanym w dzieło miłosierdzia. „Ulubionym celem jego wypraw były przytułki Cotolengo. Przechodził między rzędami łóżek, pocieszając tych nieszczęśliwych ludzi, chętnie z nimi rozmawiał, nazywał ich braćmi i nie zapominał nigdy, nie odczuwając przy tym odrazy i nie bojąc się zarażenia, ucałować każdego z nich jak najlepszego przyjaciela.” (M.Ghemlera) „Naprawdę czymś nadzwyczajnym był widok tego młodzieńca, pochylającego się nad tą nędzą z matczyną czułością. Pamiętam, jak podawał coś do zjedzenia i ocierał ślinę, jakiemuś niewidomemu i głuchoniememu dziecku” (G.Perfetto) „Podczas odwiedzin w szpitalu spotkaliśmy chorą rodzinę  złożoną z ojca, matki i 20-letniego syna o twarzy zeszpeconej przez trąd. Pier Giorgia wzruszył widok tego nieszczęśliwego młodzieńca. <Teraz widzi Pani – powiedział – jak niezmiernie cenną rzeczą jest zdrowie, którym my się cieszymy.> I chwilę potem: <Jednak zniekształcenia twarzy tego młodzieńca znikną, kiedy wejdzie do nieba. Myślę, że nasze zdrowie powinniśmy oddać w służbę tym, którzy go nie mają, gdyż w przeciwnym razie zdradzilibyśmy ten wielki dar Boży i Jego dobrodziejstwo, którego obecnie doświadczamy.>” (J. Vigna)

Pier Giorgio zdawał sobie sprawę, że nie wystarczy zajmować się ludzką biedą i nędzą, lecz także na płaszczyźnie politycznej należy walczyć o większą sprawiedliwość społeczną, o prawa dla pokrzywdzonych. Zgodnie z liberalną tradycją swojej rodziny uważał, że zawsze trzeba bronić godności osoby  ludzkiej, wolności, jako warunku autentycznego życia społecznego i zdecydowanie zwalczać każdą formę gwałtu i przemocy. W 1920 r. został członkiem założonej w tym czasie przez ks. Luigi Sturzo Włoskiej Partii Ludowej, która opierała się na zasadach encykliki Rerum Novarum. Aktywnie uczestniczył w kampanii wyborczej i angażował się z całym młodzieńczym entuzjazmem  w działalność katolickich związków zawodowych. „Niesprawiedliwość budziła w nim oburzenie i nie było takiego zebrania czy spotkania, zwołanego w celu potwierdzenia i obrony naszych praw robotniczych, w czasie którego nie padłyby wypowiedziane z namiętnością apostoła, braterskie i pełne miłości słowa Pier Giorgia.” (Giacinto Zaccheo)

W 1920 r., gdy ojciec został mianowany ambasadorem w Berlinie, wyjechał tam także Pier Giorgio. Nawiązywał w stolicy Niemiec kontakty ze środowiskami studentów i robotników, poprzez przyjaźń z księdzem Karolem Sonnenscheinem, opiekunem biednych. Dzięki niemu zrozumiał, że aby móc prowadzić podobną działalność, trzeba pozostać człowiekiem świeckim, ale z duszą kapłana. Podobnie jak w Turynie chodził od jednej nędznej rudery do drugiej, wszystko, co zdołał zaoszczędzić czy ściągnąć z gościnnych stołów ambasady, dawał swoim podopiecznym, wynosił dla nich nawet kwiaty, szczególnie na groby biedaków. W 1922 roku był w Katowicach, aby zwiedzić kopalnie śląskie.

Entuzjastycznie zaangażował się w 1921 roku w Rawennie w organizację pierwszego zjazdu „Pax Romana” (stowarzyszenia, którego celem była współpraca katolickich środowisk uniwersyteckich z całej Europy na rzecz powszechnego pokoju). Bez sukcesu zgłosił wtedy nowatorską propozycję połączenia ruchu akademickiego z robotniczym.

Od pierwszych dni rodzącego się faszyzmu rozpoznał oblicze tego ruchu. Był silny fizycznie, pełen energii i odważny. Nienawidził przemocy, lecz nie czuł przed nią strachu, zawsze postępował śmiało i prosto, nigdy nie szukał krętych dróg wyjścia. Każdy udział w procesji oznaczał w tych latach narażenie się na zniewagi, a nawet pobicie; Pier Giorgio nigdy nie wahał się kroczyć po ulicach ze świętymi obrazami i brał udział w każdej manifestacji religijnej. Śpiewał i modlił się głośno, idąc z procesją pomiędzy dwoma szeregami wrogich twarzy. Nierzadko zdarzało mu się trafić do aresztu w wyniku starć z policją.

Często sam bronił gabloty uniwersyteckiej, w której jego klub wywieszał ogłoszenia nie podobające się antyklerykałom. „Pamiętam Pier Giorgia stojącego z laską w ręku przed gablotą  gotowego  do jej obrony; dookoła niego wrzaski i wycia tłumu studentów. Ani wyzwiska, ani pogróżki, ani uderzenia nie skłoniły go do odejścia.”

Naukę uważał za swój pierwszy obowiązek. Wkładał w nią dużo wysiłku, ale często zasiadał nad książką dopiero po odwiedzeniu swoich biednych, chorych w Cotollengo, starców w przytułku, lub po nocy spędzonej na adoracji.

W 1922 r. wstąpił do III-go zakonu św. Dominika przyjmując imię Girolamo (Hieronim) na cześć Girolamo Savonaroli – średniowiecznego mnicha dominikańskiego, który nieugięcie zwalczał zepsucie w społeczeństwie i wśród kleru, ponosząc śmierć męczeńską na stosie. Podobnie, jak wcześniej przeciwstawiał się gwałtom i przemocy ze strony komunistów, tak później walczył z szybko rosnącym w siłę  ruchem faszystowskim.                            

Bardzo lubił śpiewać, ale fałszował okropnie – miał iście barani głos i dębowe ucho. Gdy ktoś w kościele zwrócił mu uwagę, że fałszuje, odpowiadał: „ale ważne jest to, że się śpiewa”. „Śpiewał za czterech wydzierając się tak, że musieliśmy uszy zatykać.” (A. Montefia)

Jego wielką pasją były góry. Dobry alpinista i narciarz, każdą wolną chwilę spędzał na wspinaczkach i górskich wycieczkach. Wyprawy w góry, oprócz wielkiej przyjemności, dawały okazję do modlitwy i do apostolstwa. „Ileż to razy w górskich schroniskach uciszał nagle hałas, który sam przedtem rozpętał, intonując swoim potężnym, choć nie bardzo melodyjnym głosem różaniec, do którego przyłączali się także inni nie należący do jego towarzystwa.” (ks. R.Ruffini)   „Kiedyśmy się zatrzymywali na krótki odpoczynek, Pier Giorgio porównywał naszą trudną drogę do wznoszenia się w wierze: „Im wyżej dotrzemy, tym wyraźniej usłyszymy głos Chrystusa.” (A.Valetto)

Powaga i głęboka religijność łączyła się u Pier Giorgia z ogromną żywotnością, poczuciem humoru i hałaśliwymi wybuchami radości. Wraz z kolegami z FUCI założył w 1924r. żartobliwie nazwane Towarzystwo „Ciemnych Typów”, którego zadaniem były wspólne wycieczki w góry oraz wzajemna pomoc duchowa.

 

Statut Towarzystwa Ciemnych Typów

 

  1. Założone Towarzystwo „Ciemnych Typów” składa się ze wspólników i wspólniczek, podzielonych na dwie grupy: drabów i drabinek.
  2. Władzami Towarzystwa są: zgromadzenie ogólne, prezes, kierownik wycieczek itp., sekretarz i jeden „leć-przyleć”
  3. Aby zostać przyjętym jako drab(inka), trzeba złożyć podanie do drabów – założycieli i zostać zatwierdzonym przez zgromadzenie ogólne.
  4. Dewizą Towarzystwa jest: niewielu, ale dobrych jak makaron (włoski!)…

Jest absolutnie zakazane wszystkim drabom i drabinkom przynoszenie psów a szczególnie mongreńskiej rasy, zabronione jest także wprowadzanie pieprzu itp. owadów.

 

W atmosferze górskich wycieczek zrodziła się pierwsza (i jedyna) miłość Pier Giorgia do dziewczyny. Całą siłą swej młodości zakochał się w Laurze Hidalgo, sekretarce Towarzystwa „Ciemnych Typów”. Po wewnętrznych zmaganiach zdecydował jednak ukryć przed nią swoje uczucie i przekształcić je w coś innego. Na parę miesięcy przed śmiercią pisał do kolegi: „…Wiele razy chodziłem z Nią w góry, chodziłem też z innymi; ale teraz nabrałem już przekonania, że jeśli nie można osiągnąć celu, to trzeba zdławić w zarodku uczucie, które pielęgnowane należycie, mogłoby przynieść ogrom szczęścia, w przeciwnym wypadku tylko udrękę(…)  A więc mój program polega na przetworzeniu w świetle Miłości tej wyjątkowej sympatii, jaką czułem do Niej, sympatii, która nie miała się dopełnić, na pełną szacunku przyjaźń, pojętą w znaczeniu chrześcijańskim… Może powiesz mi, że szaleństwem jest spodziewać się tego, ale wierzę, że jeżeli będziecie choć trochę modlić się za mnie, w krótkim czasie osiągnę przez modlitwę ten stan. Oto mój program, który, z pomocą Boską, mam nadzieję urzeczywistnić i nawet gdyby to miało mnie kosztować życie, mniejsza o to.” (list do J.Bonini)

W lutym 1925 r. Luciana, ukochana siostra Pier Giorgia i towarzyszka całego jego dzieciństwa, wyszła za mąż za Polaka, Jana Gawrońskiego i wyjechała z Włoch. Jej wyjazd był dla niego „prawdziwym ciosem w samo serce” jak pisał do przyjaciela Marco Beltramo. Pozostał sam ze swoimi problemami i narastającym od pewnego czasu konfliktem pomiędzy rodzicami. Ale jednocześnie był to kolejny etap jego wewnętrznego dojrzewania.

29 czerwca 1925r., w okresie przygotowań do egzaminów inżynierskich, wystąpiły u Pier Giorgia pierwsze objawy choroby dziecięcej Heinego-Medina. Rozpoczął się ostatni tydzień jego życia. Nie wiedzieli o tym niemal do końca nawet jego najbliżsi, zajęci w tym czasie chorobą i śmiercią jego babki. On sam milczał na temat swojej choroby, nie chcąc powiększać panującego w domu zamieszania. „To wprost nie do wiary, że brakuje ciebie, kiedy jesteś najbardziej potrzebny” – zwróciła się do niego z wyrzutem matka. Nie wiedziała, że w nocy z największym trudem, upadając kilka razy, dowlókł się do pokoju babki, żeby pomodlić się przy jej trumnie. Nawet nazajutrz, kiedy był już częściowo sparaliżowany, nikt nie domyślał się powagi sytuacji. Był to piątek, dzień jego systematycznych odwiedzin u biednych. Pamiętał o nich i tym razem: „To są zastrzyki dla Sappy i pokwitowania z lombardu dla C., odnów je na mój rachunek.” – napisał z trudem na kartce i wręczył siostrze z prośbą, by przekazała je koledze.

W sobotę, 4 lipca, Pier Giorgio, mając 24 lata, zakończył życie.

W 1932 roku rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Ostatnim etapem procesu apostolskiego było otwarcie w 1981 roku trumny Pier Giorgia. Świadków wydarzenia zaskoczył niezmieniony wygląd i uśmiech na twarzy. Jan Paweł II w 1989 roku odwiedził grób Pier Giorga w jego rodzinnym Pollone. Beatyfikacja odbyła się 20 maja 1990. Jan Paweł II beatyfikował „Człowieka Ośmiu Błogosławieństw”, jak nazwał go, otwierając w 1977 roku poświęconą mu wystawę w Krakowie u Dominikanów. Obecnie grób błogosławionego Pier Giorga znajduje się w katedrze turyńskiej.

 

Oprac. AB

 

Itinerarium

Dodaj komentarz