Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
No to mamy Wielki
Post! Wielkiego wirusa też mamy, ale jeszcze większą solidarność! Dziękuję, że
za wirusa wzięły się aż 33 krawcowe z Lublina i okolic. Jesteście świetne! Maseczki
szyją się szybko! Już dziś – piątek 20 marca – pojadą do pierwszego szpitala. A
potem do następnych.
Jeszcze szukamy
chętnych mistrzów igły, bo mamy zamówienie na 200 fartuchów ze słynnej już flizeliny
albo flizoliny. Mamy jej trochę, wystarczy na chyba 50 000 maseczek dla
lekarzy, pielęgniarek i chorych w szpitalach.
Bardzo dziękuję
wolontariuszom dzisiaj za pracę, samochody, czas. I tym z Was, którzy
podzielili się swoim groszem. I tym, którzy się modlili albo chociaż dobrze
pomyśleli o naszym dziele i o ludziach, których wredny wirus na różne sposoby
się czepia.
Macie teraz do obejrzenia 7 minut filmu – dziękuję panu Tomkowi z Laser City Lublin za świetną robotę – proszę zobaczyć jak to robimy w Lublinie.
https://vimeo.com/398979138
Rodzinę przepraszam
za wygląd, do fryzjera pójdę po wirusie.
Oczywiście, proszę
udostępniajcie, dawajcie swoje pomysły.
No to mamy Wielki
Post. I flizelinę też mamy. Do dzisiaj myślałem, że zorganizowanie nielegalnej
fabryki w Polsce jest trudne. Ale gdzie tam, jest to łatwe.
Rano dzwoni do mnie
Basia, koleżanka pielęgniarka i alarmuje, że w szpitalach w Lublinie oraz w B.
i R. brakuje maseczek jednorazowych, dla personelu i dla chorych. Ja akurat
zacząłem odmawiać trzecią tajemnicę chwalebną różańca, Zesłanie Ducha Świętego,
z Duchem Świętym od lat się staram przyjaźnić. Czemu nie ma maseczek dla
lekarzy i pielęgniarek? Nie ma i tyle, a w szpitalach usłyszeli, że muszą sobie
sami radzić.
No to, mówię Basi,
zrobimy fabrykę maseczek. Basia dała mi telefon do Kasi i Ani, to oddziałowe w
szpitalach, powiedziały co i jak trzeba szyć. Zatem wziąłem się za organizowanie
fabryki maseczek. Nie wiem, jak to zrobi Pola w Dygowie, Leszek w Sączu, Julia
w Tbilisi czy Karolina w Puławach. My w Lublinie zrobiliśmy to tak.
Wujek G wskazał, że
jedna hurtownia w Lublinie ma flizelinę, to pojechałem, zakupiłem za pożyczone pieniądze
przeszło 30 bel tego materiału, trzy razy uczyłem się samej nazwy. W dogmatach
jestem biegły, w materiałach kompletny osioł.
Potem porozmawiałem z
moimi czterema koleżankami z Centrum Wolontariatu. Ta najbardziej rozmowna w
dwie godziny znalazła 12 krawcowych, niżej o nich coś napiszę, bo to kobiety, które
przejdą do historii, są wśród nich cztery uchodźczynie z Czeczenii. Ta mniej
rozmowna, ale za to bardzo szybko mówiąca, skłoniła męża, żeby pojechał z nią do pielęgniarek, które same szyją
maseczki (gdyby koleżanka jechała samodzielnie, to jeszcze byłaby na rogatkach
Lublina).
Pielęgniarki szyją wtedy, gdy akurat nie pracują
na oddziałach. Boją się o siebie i swoje rodziny, choć nie muszą, to szyją,
dzielne dziewczyny. Dały wzór szycia. Potem trzecia i czwarta koleżanka z
Wolontariatu kroiły na kawałki tę flizolinę, aby w czwartek rano ruszyła
nielegalna fabryka maseczek. W zaprzyjaźnionej szkole w Lublinie, dzięki Piotrek.
Jedna z koleżanek, ruszyła z robotą już dzisiaj, w środę, wykorzystała fakt, że
mąż wcześniej zasnął i chrapał. Spryciara!
Prawdopodobnie zdołamy
uszyć jakieś 30 tysięcy maseczek, może więcej.
A teraz wielkie trzy prośby do Was.
Pierwsza – szukamy krawcowych i krawców (81 5342652), gotowych gratisowo szyć
maseczki. Flizolinę i nici dowozimy, bo mamy. Po drugie, proszę ten wpis
rozklejać, bo mistrzowie igły niech będą z Lublina i Świdnika, dalej nie
pojedziemy. Po trzecie, muszę jakoś oddać te pożyczone pieniądze, na razie
dwanaście (12) tysięcy złotych, może ktoś z Was pomoże. Już dziękuję. I nie ma
mowy, żeby tu pisać komentarze polityczne, w obliczu epidemii, politykę mamy w d…,
czyli w dalekim poważaniu.
Stowarzyszenie Centrum Wolontariatu
ul. Jezuicka 4
20-113 Lublin
64 1240 1503 1111 0000 1753 2101
Z dopiskiem: darowizna na cele statutowe –
maski.
Proszę też spojrzeć
na profil Centrum Wolontariatu, tam jest trochę więcej szczegółów.
I na koniec, pamiętam
jak w Ełku, 21 lat temu, św. Jan Paweł II uczył nas: „Wciąż jesteśmy wzywani.
Każdy na inny sposób. Na różnych miejscach bowiem cierpi człowiek i woła o
człowieka. Potrzebuje jego obecności, jego pomocy. Jakże ważna jest ta obecność
ludzkiego serca i ludzkiej solidarności”.
W naszej nielegalnej
fabryce pracują obecnie: Kasia – matka dwóch synów, Basia – pracuje w
księgowości, Lida-uchodźczyni z Czeczenii, matka wychowująca samotnie czterech
synów, Elina- uchodźczyni z Czeczenii , matka czwórki dzieci, Mata, Czeczenka –
14-letnia córka Eliny, Aiszat – uchodźczyni z Czeczenii, Aneta (ta od
chrapiącego męża)-pracownik Centrum Wolontariatu, wolontariuszka Gorącego
Patrolu, matka dwójki dzieci, Maria – matka, babcia, Danuta- pracownik biurowy,
matka dwójki dzieci, Anna i Nadia – nie potrafię nic o nich powiedzieć, bo to
znajome znajomych i Joanna – matka dwóch córek.
Na zdjęciach – bela z
flizoliną, cięcie na kawałki i pierwsze stanowisko w fabryce.
Soren
Kierkegaard, błyskotliwy duński filozof już jakieś 180 lat temu opowiedział nam
historię o naszej epidemii wirusa z koroną. Brzmiała tak:
Oto
do pewnej duńskiej wioski przyjeżdża wędrowny cyrk. Artyści rozbijają namiot na
skraju wioski i przygotowują się do występu. Nagle w obozowisku wybucha pożar.
Dyrektor wysyła klowna, już uszminkowanego i ubranego w swój charakterystyczny
strój, do wsi po pomoc, tym bardziej, że grozi niebezpieczeństwo
rozprzestrzenienia się ognia po ścierniskach, które pozostały po niedawnych
żniwach. Klown biegnie i prosi mieszkańców, aby pospieszyli z pomocą. Wieśniacy
jednak nie wierzą mu, uznając jego nawoływania za świetny trik reklamowy, który
ma ściągnąć jak największą liczbę widzów na przedstawienie. Klaszczą więc i
zaśmiewają się do łez, ale nie ruszają się z miejsca. Daremnie błazen biega od
jednego do drugiego, tłumaczy, że nie udaje, że mówi o czymś rzeczywistym i
poważnym. Jego wysiłki wywołują nowe reakcje śmiechu, ludzie uważają, że
świetnie gra swoją rolę. W końcu jest za późno – ogień trawi nie tylko cyrk,
ale i wieś.
Przy każdej epidemii
szuka się kozła ofiarnego, czyli winnego. Dawniej padało na Żydów, włóczęgów,
handlarzy lub na chybił trafił. Przy okazji dżumy na pocz. XVIII w. Lublinie oskarżono w r. 1711 roku trzech
grabarzy o przeniesienie zarazy z Warszawy do grodu nad Bystrzycą. Mieli oni
smarować klamki miejskich domów maścią przygotowaną z mózgów zarażonych
nieboszczyków. Na torturach oskarżeni przyznali, że postąpili w ten sposób, aby
zapewnić sobie dodatkową pracę. Oczywiście zeznania owe wymuszono na nieszczęśnikach.
Widzę, że tym razem –
przynajmniej w Polsce – padło na biskupów. Nie żeby roznosili wirusa, bo
biskupi są raczej dobrze izolowani od społeczeństwa. Zobaczymy, co będzie
dalej, we Francji jedna trzecia episkopatu jest na kwarantannie, a to wskutek
wizyty w Watykanie.
Biskupi są winni
rozprzestrzeniania się epidemii ponieważ nie zamknęli na głucho kościołów przed
wiernymi a tylko przymknęli drzwi świątyń, huczą niektóre media. Dowodów na
zarażanie w kościołach na razie brak, ale winnego warto wskazać.
Będę bronił biskupów.
W znakomitej autobiografii Karola Modzelewskiego „Zajeździmy kobyłę historii.
Wyznania poobijanego jeźdźca” (mam z autografem!), znalazłem ciekawą opowieść z
czasów stanu wojennego (lat 80-te ub. wieku). Autor wraz z innymi czołowymi
działaczami Komitetu Obrony Robotników i Solidarności został internowany pod fałszywym
zarzutem próby siłowego obalenia ówczesnego systemu. Wiosną 1984 r.
przetrzymywanie więźniów politycznych było już bardzo nie na rękę komunistom,
bo Zachód żądał ich uwolnienia w zamian za tak potrzebne rozpadającej się
gospodarce kredyty. Więzionym zaproponowano, że zostaną uwolnieni jeżeli wyjadą
zagranicę. Honor nie pozwolił im na taką dezercję. Komuniści poprosili więc o
pomoc Prymasa kard. Glempa i episkopat (czyli ogół polskich biskupów). Nowa
propozycja popierana przez Prymasa i episkopat mówiła o tym, że działacze wyjdą
na wolność o ile przez dwa i pół roku powstrzymają się od aktywności społecznej
i politycznej. Tak sformułowany apel też był nie do przyjęcia dla luminarzy
podziemia. Jan Rulewski, gorliwy katolik skomentował od razu „To sojusz pałki i
pastorału!” Trzeba było jednak odpisać Prymasowi i biskupom i przekazać
odpowiedź przez wysłannika duchownych, Andrzeja Wielowieyskiego, bliskiego doradcy
Prymasa. Zredagowanie tekstu powierzono Modzelewskiemu, choć deklarował się
jako niewierzący, ale był w gronie jedenastu „najmądrzejszy”, czyli po
studiach. Modzelewski wspomina: „… spłodziłem
tekst bardzo osobliwy – odmowę pisaną wazeliną. Wszyscy to podpisali. Kiedy
jednak przeczytałem na głos nasz wspólny już tekst, Wielowieyski aż jęknął: Kochani,
co wyście tu napisali? To takie zawiłe. A przecież czytać to będą prości ludzie
– biskupi”.
„W sierpniu 1984 r.,
gdy znalazłem się na wolności – pisze dalej Modzelewski – arcybiskup Gulbinowicz
wyznał mi, że <prości ludzie> byli początkowo urażeni, ale im przeszło”.
Przypomnę, kto – między
innymi – był wówczas w składzie Episkopatu. Najpierw więc sam Prymas, kard.
Glemp, dalej wspomniany już kard. Henryk Gulbinowicz, kard. Franciszek
Macharski, abp Ignacy Tokarczuk czy bp Bronisław Dąbrowski. Same sławy!
Biskupi jak mogą tak
włączają się w akcje opanowania wirusa. Raz jedni powiedzą coś lepiej a raz inni
nieco gorzej. Generalnie na pewno stoją po dobrej stronie. Są ludźmi bardzo podobnymi
do nas, miewają katary i kichają, czasem zasypiają, niektórzy jeżdżą na
rowerach, inni grają nieźle w ping ponga, część z nich pisze dobre książki,
znam jednego (nie z Polski) co pali cygara i drugiego (nie z Polski), który
krzyż biskupi nosi na T-shircie, bo ma u siebie bardzo gorąco. Wszyscy oni
muszą podejmować decyzje, których skutki dotyczą nas wiernych, owiec.
Trzeba się za nich modlić,
ja robię to codziennie.
A na zdjęciu jest
oczywiście ś. p. Abp Józef Życiński, przydałby nam się Jego głos na czas tego
wrednego wirusa.
Dawno nie było tak,
że księża chwaliliby się niską frekwencją wiernych na Mszy Świętej. Jeden z
moich młodszych kolegów w Lublinie wrzucił post z sześcioma wiernymi. Miałem
lepszy rezultat, na odprawianej wczoraj liturgii uczestniczyło dwoje ludzie,
małżeństwo.
Na początku Mszy
Świętej upewniłem się, czy oboje słyszą i rozumieją język polski, dzięki Bogu
tak było. Uczyniłem tak pouczony doświadczeniem ś. p. kard. Miroslava Vlka, o
czym jest na końcu wpisu.
W sprawie wirusa nie
znamy odpowiedzi na kilka istotnych pytań. Pierwsze – Czy, kiedy i jak się to
skończy? Z tego, co czytam, w Polsce raczej przed majem nie ma szans. A jak się
skończy? Pewnie, wzorem innych krajów, wyprzedzających nas w zmaganiach z
epidemią, z ofiarami śmiertelnymi. Drugie – czy wirus może trafić na mnie?
Może. Trafia w wielkie szychy i maluczkich. Oczywiście, stąd do śmierci jeszcze
daleko, większość zarażonych udaje się wyleczyć. No to mamy coś w rodzaju totolotka.
Kilka dni temu
apelowałem, żeby przełożyć świętowanie Wielkanocy na lepszy termin, kiedy już
bezpiecznie będziemy mogli zbierać się we wspólnoty większe niż 50 osób (nie
wiem tylko, czy wirus uwzględni tę pięćdziesiątkę …) Czasy są wyjątkowe,
potrzeba wyjątkowych rozwiązań. No ale co ze spowiedzią wielkanocną? Te kolejki
wiernych do konfesjonałów są w obecnej sytuacji nie do wyobrażenia. Jest i na
to sposób. Kodeks Prawa Kanonicznego przewidział takie sytuacje. Jeśli dobrze
rozumiem tekst kanonów 961 i 962, to możemy uzyskać rozgrzeszenie bez
konieczności przystępowania do konfesjonałów.
Co to oznacza w
praktyce? Ano to, że po decyzji biskupa, wierni z danej diecezji mogą wypełnić
podstawowe warunki dobrej spowiedzi, a więc rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne
postanowienie poprawy, wyznanie grzechów i zadośćuczynienie Panu Bogu i
bliźniemu. Z tym, że wyznanie grzechów nastąpi nie do ucha spowiednika, ale w
sercu. Rewolucja? Trochę tak, ale przecież czasy są wyjątkowe i wymagają
wyjątkowych rozwiązań. Dobrze, jestem tylko szeregowym księdzem, ale podpowiadam
jak strzec się rozprzestrzenianiu się wirusa i godnie z Panem Jezusem, odpuszczającym
grzechy spotkać się.
Tymczasem nie
ustajemy w Lublinie w trosce o bezdomnych, wydajemy im obecnie wieczorami
pakiety z żywnością i napojami. Ale i oni sami mają dobre pomysły. Jurek, na
przykład – zdjęcie – odział się w maskę. Po co? „No, żeby tego wirusa dopaść …”
Jurek, dopadnij roszę!
I jeszcze ta historia z kardynałem Vlkiem, z
początku wpisu.
Kardynał
Miloslav Vlk, nieżyjący już arcybiskup Pragi, opowiadał kiedyś historię z wizytacji
w jednej z parafii w Sudetach. Wioska zagubiona w górach, parafia mała,
dodatkowo jeszcze w czasach komunizmu rzadko kto do kościoła chodził. Przed
wieczorną mszą kardynał przeglądał notatki do kazania. Proboszcz wizytowanej
placówki co chwila nerwowo popatrywał na kościół i wreszcie widząc skromną
liczbę wiernych, zaczął przekonywać hierarchę: – Na kościele są tylko dwie
panie, nikt więcej nie przyjdzie ekscelencjo, chyba nie warto głosić kazania …
– Proszę księdza, mam taką zasadę, że zawsze mówię! – Ale ekscelencjo … –
Skończmy temat, zasad nie zmieniam – uciął kardynał. Po mszy, w trakcie której
Vlk wygłosił piętnastominutową homilię, proboszcz lekko się uśmiechał i kręcił
głową. – A nie mówiłem, a nie mówiłem … – Co takiego, proszę księdza? – Ksiądz
arcybiskup wybaczy, ale ta pani z lewej strony, to jest niestety całkiem
głucha. A ta z prawej jest Niemką i nic nie rozumie po czesku … Kardynał
popatrzył ze zdziwieniem na poczciwego księdza i odrzekł: – I co? Czy myślisz,
że ja z tego powodu mam zmienić swoje zasady?
Znam to z książek, słynną
prowokację Orsona Wellsa, audycję
radiową z 1938 r., opowieść o rzekomym ataku Marsjan na Ziemię. Wielu słuchaczy
uwierzyło w radiową opowieść i zaczęło w popłochu uciekać z New Jersey. Podobną
rolę, jak audycja Wellsa spełnia dziś większość mediów relacjonujących sytuację
z koronawirusem. Liczba zakażonych wzrasta, tak samo jak zmarłych.
Ale można i tak,
najpierw, że 13 osób w Polsce wyzdrowiało z wirusa, w Chinach już jest prawie po
epidemii, za kilka dni Amerykanie ogłosić mają wyniki testów szczepionki
przeciw zarazie. I że dzisiaj, w niedzielę, o 17:00, wielu Polaków zaklaszcze lekarzom
i pielęgniarkom w uznaniu za ich piękną służbę. A potem o liczbach chorych i
zmarłych.
Jak ktoś dzisiaj
pójdzie do kościoła, zgrzeszy, no może nie ciężko. Na pewno zaintryguje księdza
odprawiającego Mszę Świętą, bo będzie się zastanawiał, która to wierna/wierny może
wirusa przywlec. A przecież Pan Jezus stoi u drzwi serca i puka, chcąc wejść: „Oto
stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do
niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20). Dużo łatwiej jest pójść
do kościoła niż zejść do swojego serca i tam Pana Jezusa spotkać. Pan Jezus
spotkał Samarytankę przy studni, nie w kościele, tak czytam w dzisiejszej
Ewangelii. W ogóle większość „akcji” Pana Jezusa dzieje się poza świątynią, tak
czytamy w Ewangelii.
Proszę się dobrze
wyspać w ten wolny niedzielny dzień, zjeść dobre śniadanie, podziękować Panu
Bogu za piękno stworzenia, pogadać z Panem Jezusem w swoim sercu. Porozmawiać z
dziadkami, a z dziećmi pobawić się.
A jak już ktoś pójdzie
do kościoła i będzie 51, to niech sobie przypomni, że oficjalna dopuszczalna liczba
uczestników to 50. Ale! Ale! Boże Miłosierdzie jest z kategorii NO LIMITS! Bez
ograniczeń!
Ewangelia na dzisiaj
Jezus przybył do miasta samarytańskiego
zwanego Sychar, w pobliżu pola, które dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było
tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy źródle. Było to
około szóstej godziny.
Wówczas nadeszła kobieta z Samarii, aby
zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: «Daj Mi pić!» Jego uczniowie bowiem udali
się przedtem do miasta, by zakupić żywności.
Na to rzekła do Niego Samarytanka: «Jakżeż
Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić?» Żydzi
bowiem i Samarytanie unikają się nawzajem.
Jezus odpowiedział jej na to: «O, gdybyś
znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: „Daj Mi się napić”, to
prosiłabyś Go, a dałby ci wody żywej».
Powiedziała do Niego kobieta: «Panie, nie
masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty
jesteś większy od ojca naszego, Jakuba, który dał nam tę studnię, i on sam z
niej pił, i jego synowie, i jego bydło?»
W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus:
«Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą
Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się
w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu».
Rzekła do Niego kobieta: «Panie, daj mi
tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać».
A On jej odpowiedział: «Idź, zawołaj swego
męża i wróć tutaj!»
A kobieta odrzekła Mu na to: «Nie mam
męża». Rzekł do niej Jezus: «Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem
pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś
zgodnie z prawdą».
Rzekła do Niego kobieta: «Panie, widzę, że
jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie,
że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga».
Odpowiedział jej Jezus: «Wierz Mi,
kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie
będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy,
ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, nawet
już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i
prawdzie, a takich to czcicieli szuka Ojciec. Bóg jest duchem; trzeba więc, by
czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie».
Rzekła do Niego kobieta: «Wiem, że przyjdzie
Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko».
Powiedział do niej Jezus: «Jestem nim Ja,
który z tobą mówię».
Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili
się, że rozmawiał z kobietą. Żaden jednak nie powiedział: «Czego od niej
chcesz? – lub: Czemu z nią rozmawiasz?» Kobieta zaś zostawiła swój dzban i
odeszła do miasta. I mówiła ludziom: «Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi
powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?» Wyszli z miasta
i szli do Niego.
Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc:
«Rabbi, jedz!» On im rzekł: «Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie
wiecie». Mówili więc uczniowie między sobą: «Czyż Mu kto przyniósł coś do
zjedzenia?»
Powiedział im Jezus: «Moim pokarmem jest
wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie:
„Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa?” Oto powiadam wam: Podnieście oczy i
popatrzcie na pola, jak się bielą na żniwo. Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i
zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu
bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was
wysłałem, abyście żęli to, nad czym wy się nie natrudziliście. Inni się
natrudzili, a wy w ich trud weszliście».
Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w
Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: «Powiedział mi wszystko, co
uczyniłam».
Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego,
prosili Go, aby u nich został. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich
uwierzyło dzięki Jego słowu, a do tej kobiety mówili: «Wierzymy już nie dzięki
twemu opowiadaniu, usłyszeliśmy bowiem na własne uszy i wiemy, że On prawdziwie
jest Zbawicielem świata».
Kilka
dni temu jedna z pacjentek zarażona koronawirusem przez ponad 2 dni nie mogła
uzyskać wsparcia od psychologa, ponieważ szpital nie dysponował taką możliwością.
Taka informacja trafiła do mnie, a
ponieważ znam bardzo znakomitych i zacnych psychologów i psychoterapeutów w Lublinie,
następnego dnia kobieta mogła już spokojnie porozmawiać ze specjalistą.
I
tak się zrodziła idea JESTEM ROZUMIEM WSPIERAM. Przeczytajcie i udostępniajcie ten
tekst! Mamy czas walki i troski, naprawdę wiele możemy zrobić. Dziękuję
W odpowiedzi na
trudną sytuację, z jaką przyszło nam się zmierzyć w związku z epidemią wywołaną
koronawirusem SARS-CoV2 wolontariusze Centrum Wolontariatu podejmą szereg
działań mających na celu wsparcie osób w potrzebie.
TELEFONICZNE WSPARCIE PSYCHOLOGICZNE
Skrzyknęliśmy grupę
psychologów i terapeutów, aby zaoferować do osobom zarażonym Covid-19, osób
objętym kwarantanną i nadzorem epidemiologicznym, ich rodzin oraz wszystkich,
którzy żyją w obawie przez zarażeniem. Pomoc świadczona będzie od 14.03.2020 r. (sobota) od godziny 18:00, w
kolejne dni w godzinach 8:00 – 20:00. Pod numerem telefonu 663 551 680 dyżurować będą
doświadczeni psychologowie. Zachęcamy do kontaktu osoby, które w związku z
zaistniałą sytuacją czują się osamotnione, odczuwają lęk i niepokój. Istnieje
także możliwość konsultacji w języku ukraińskim i rosyjskim.
Więcej informacji
jest na profilu Centrum Wolontariatu w Lublinie.
Prawie piętnaście lat
temu odszedł św. Jan Paweł II, a urodził się prawie sto lat temu. Kiedy
odchodził, zrozumiałem, że Pora Na Nas, On swoje zrobił, ale my teraz musimy przejąć
pałeczkę.
Szczerze mówiąc dość
już mam tej defensywnej postawy wszelkich naszych władz wobec wirusa, zawierającej
się w stwierdzeniach typu: „Musimy się bronić!”, tzn. zabezpieczać, ochraniać,
oddzielać, unikać, i tak dalej.
Dobrze, to też jest
potrzebne. Życie moje, już dość długie, nauczyło mnie, że w obliczu zagrożenia,
warto walczyć. Nie tylko uciekać, chronić siebie, ale stanąć do walki, co zresztą
jest zaleceniem biblijnym – „Stańcie
więc do walki przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest
sprawiedliwość, a obuwszy nogi w
gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju. W
każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić
wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm
zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże – wśród wszelakiej modlitwy i błagania” – List do
Efezjan, rozdział 6.
Dobra, powiecie, jak
możemy walczyć? Nie złapiemy wirusa za gardło i nie udusimy go, jasne. Ale
możemy pomóc tym wszystkim ludziom, których opanował strach i panika. Nie
potrzebują najbardziej tabletek na uspokojenie, najbardziej potrzebują naszego
głosu, humoru, pokrzepienia. I zatem mam kilka próśb:
– dzwońmy do siebie nawzajem, zwłaszcza do naszych
starszych rodziców, dziadków, cioci i wujków, słuchajmy ich
– częściej się uśmiechajmy do ludzi, nawet
nieznajomych, nic to, że wezmą nas za mało zrównoważonych
– opowiadajmy sobie radosne historie, pamiętam
wspomnienia jednego z żołnierzy Andersa, szturmujących Monte Cassino (1944),
Niemcy byli zaskoczeni świetnym humorem atakujących Polaków. A oni, przed walką, opowiadali sobie
dykteryjki i dowcipy!
– wysyłajmy do siebie piękne i mądre esemesy oraz
inne cuda internetowe
– módlmy się mocniej, wedle zasady: „Life is
short, so pray hard!”, tzn., „Życie jest krótkie, módl się mocniej!”.
– szybko sobie przebaczmy i przebaczajmy, nie
ma czasu na durne kłótnie i dąsy
– więcej patrzmy na rozradowane wiosną ptaki,
naładują nas prostą energią życia
– ufajmy najszczerzej Panu Bogu, On ufających
strzeże i umacnia
I jeszcze. Znajoma
pani z księgarni: „Wie ksiądz, wszystkie modlitewniki wykupili u mnie …” Super!
No i jeszcze z
historii. W 1410, pod Grunwaldem pokonali nasi przodkowie Krzyżaków, potem 1673
zmietli nasi przodkowie Turków pod Chocimiem, a sto lat temu przegnali Sowietów
nad Wisłą. To, co, teraz nie damy rady małemu konusowi z Chin? Siostry i
bracia, do boju, zwyciężymy!
Zdjęcie – 2 kwietnia
2005, Lublin, kościół św. Ducha, początek marszów PORA NA NAS.
No to mamy Wielki
Post! I nie mamy rekolekcji. Wcale mnie to nie martwi. W tym roku rekolekcjonistą
i to bardzo skutecznym jest Koronawirus. Nic ten wirus nie mówi, nie prawi
długich nauk, a ludzie słysząc o nim więcej się modlą, częściej myślą o Panu
Bogu, o śmierci i życiu wiecznym. Pozazdrościć skuteczności!
Nie zdziwię się, jeśli
w tym roku przełożone będzie świętowanie Wielkanocy. Tylko świętowanie, bo
samej Wielkiej Nocy przełożyć się nie da, zdarzyła się w Jerozolimie 1987 lat
temu. Zresztą tajemnicę Wielkiej Nocy świętujemy w każdą niedzielę, w najbardziej
popularnej i najkrótszej modlitwie eucharystycznej mdlimy się co tydzień: „uroczyście
obchodzimy pierwszy dzień tygodnia, w którym Jezus Chrystus zmartwychwstał”
Ba! Wielkanoc świętujemy w każdej Mszy Świętej! Odprawianie Mszy Świętych do
kamer telewizyjnych 12 kwietnia, jakoś mi nie pasuje. Lepiej poczekać na spokojniejszy
czas i razem z ludźmi poświętować, zresztą, jak uczy Pismo Święte: „Jeden dzień u
Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień” (1 List św. Piotra 3,10).
Na
początku pomyślałem sobie, że problem może być tylko z ofiarami na tacę, ale
przecież mamy XXI wiek i te mogą być zastąpione przelewami na konto parafii
(znam nawet taką jedną, gdzie widnieją ogłoszenia duszpasterskie sprzed 3 lat,
ale i tak na stronie głównej widnieje aktualny numer konta). Jeden z moich
przyjaciół to umie nawet zegarkiem płacić!
Na
koniec muszę się przyznać, że wobec zaistniałej sytuacji mam przekichane
kompletnie. Otóż natura obdarzyła mnie sezonowym katarem siennym, co oznacza,
że już teraz seryjnie kicham na wskutek bardziej świeżych woni ziemi i powietrza. Serie mam
nawet po 10 razy, i od razu zaręczam, że przez Internet nikogo raczej nie
skropelkuję. Uważam na siebie, ale spodziewam się, że ktoś wkrótce naśle na mnie
sanepid.
I
jeszcze jedno dobro z tego wirusa w koronie, ludzie stają się jacyś milsi. Jak
dzwonią do mnie, to się zaraz pytają: „Jak się czujesz?” „Zdrowy jesteś?”
Normalnie wcześniej to od razu walili: „Wiesz, mam taką sprawę …” A teraz taka
troska, czułość, zainteresowanie. Bardziej bliscy – znając mój katar sienny –
radzą: „Ty jesteś ostatnio taki zmęczony, może zostaniesz w domu? Odpoczniesz …”
Wcześniej było: „Przyjedź wcześniej, tyle spraw do załatwienia!” Taka troska o
ludzi, to bardzo wielkanocny objaw, dziękuję.
Siostry
i bracia, dbajmy o siebie, kichajmy cichutko, więcej się módlmy, goręcej
kochajmy, w górę wznieśmy serca, Pan Jezus z martwych powstał, całe życie mamy
Wielkanoc, Alleluja!
Aha,
rozklejajcie ten wpis, może odpowiednie władze przełożą świętowanie na lepszy
czas.
No to mamy Wielki
Post! O wirusie piszą wszyscy, więc ja sobie odpuszczam. Mamy Wielki Post i
lepszą drogę! W tę lepszą drogę ruszył wczoraj (środa 11 marca) Daniel w towarzystwie
Szymona. Daniel do tej pory chadzał tymi gorszymi drogami, zaprowadziły go,
pomimo młodego wieku, kilka razy do więzienia. Życie go nie pieściło, rozwalona
rodzina, morze alkoholu, wszystko na granicy prawa albo poza nim.
Lepsza droga Daniela
wiedzie przez Kazimierz, Sandomierz, Wiślicę, do Krakowa. Czternaście dni, po
20-20 km dziennie. W słońcu lub deszczu (jak wczoraj na starcie), przy wietrze
czy we mgle. Daniel musi wykuć sobie nową, lepszą przyszłość. Nocować będą na
plebaniach, w klasztorach, schroniskach. Zjedzą to, co im dobrzy ludzie
ofiarują. Wspierać ich będą Piotr, Karolina, Ewa i ja trochę.
No, a my, siostry
bracia, módlmy się lub siłą myśli wspierajmy naszych braci. Żeby ich wirus w
koronie omijał, żeby szczęśliwie doszli, a Daniel, żeby na zawsze chadzał tylko
dobrymi drogami!