Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
No to mamy Wielki
Post! I Pana Jezusa, który działa sprytnie i po swojemu.
Anetkę poznałem kilka
lat temu, koczowała w altance, w ogródkach działkowych, w centrum Lublina. Opiekował
się nią Mietek, starszy, ale poważny gość. Opiekował się nią, bo Anetka jest
upośledzona i nie wszystko rozumie, a Mietek, choć moczymorda, rozumie
wszystko. No, może prawie wszystko. Matka Anetki zabiera jej rentę, czasem bije
i każe wyp….. z domu. Dlatego przylgnęła do Mietka.
Mietek, który rozumie
prawie wszystko, nie rozumie, że czasem ktoś go złapie na kradzieży (zwykle
drobnej) i powiadomi policję, a sąd wyśle go do więzienia. I tak Mietek poszedł
za kraty. Anetka na kilka tygodni wróciła do matki, ale ta wiadomo, kazała jej
opuścić mieszkanie. No to opuściła.
Wczoraj zagadałem z
nią, jak sobie daje radę. Pominę wszystkie k…., bo te gęsto pojawiają się w
języku dziewczyny, ale ma to swój urok. Anetka nocuje w hostelu, ma tam łóżko,
prysznic, czajnik i szklankę. Ale skąd ma pieniądze? Matka dała jej rentę?
Gdzie tam! „Zarabiam na łapę!” – oznajmiła. „Kurczę, żebrzesz?” – spytałem. „No,
normalnie cię po …., ja???” – krzyknęła. „Przepraszam, to co to ta łapa?” –
drążyłem. „Ha, ha, uczony taki i nie wie” – zadrwiła – „Normalnie, na
automatach robię, tłukę w jednym lokalu 20 zł, w drugim 15, w trzecim 30 i mam
kasę!” Ponieważ w życiu nie grałem na żadnym automacie, spytałem jak długo już
tak pracuje. „Dwa tygodnie, tęsknię za Mietkiem”.
Panie Jezu, Ty się na
pewno znasz na automatach, bo znasz się na wszystkim. Dobrze, że czuwasz przy tych,
na których pracuje Anetka.
Zdjęcie: jeden z
wyjazdów Mobilnego Patrolu, tak poznałem Anetkę.
No i mamy Wielki
Post! Trochę z nazwy, bo ta szlachetna tradycja, sięgająca II wieku, starsza
nawet od świętowania Bożego Narodzenia, powoli obumiera w naszej cywilizacji zwanej
jeszcze chrześcijańską. Chleb, sól i woda, wystarczające dawnym chrześcijanom,
przegrywają dzisiaj z łakociami w supermarketach.
Polacy należą dzisiaj do tych narodów, które jeszcze się „nie najadły”. Stąd
wysyp kuchni tajskich, gruzińskich i wszelakich orientalnych, bo te
okcydentalne (zachodnie), z makdonaldami już nam zbrzydły. Jak już posmakujemy
wszystkiego ze Wschodu i Zachodu, może znajdziemy wszystko w chlebie, soli i
wodzie.
Codziennie modlę się
brewiarzem (taka gruba książka w
tomach), za wszystkich czytelników Itinerarium i w ogóle za „moich”
ludzi, których znam i poznam. Obecnie w Godzinie Czytań (która trwa może 20
minut), czytam Księgę Wyjścia. I jest tam wszystko o naszym pokoleniu, mimo, że
Księga powstała kilkaset lat przed Chrystusem. Jest tam opis niewoli Ludu
Wybranego w Egipcie, lęk przed wolnością, a wreszcie decyzja o ryzykownym wyjściu
(stąd nazwa Księgi). A potem są niewierności Ludu, jego głupota, drażnienie
Boga, zastępowanie Go złotymi cielcami, bałwochwalstwo, mamrotanie i szemranie,
a z drugiej strony nieustanna wiara w Bożą dobroć, przebaczenie i wierną
miłość.
No przecież to
opowieść o każdym z nas. Opowieść o naszym wyzwoleniu i naszej Ziemi Obiecanej.
No to mamy Wielki
Post! A my mieliśmy dzisiaj w naszym ośrodku dla bezdomnych Dzień Kobiet! I to
odjazdowy, czyli ciekawy i piękny. Najpierw wszystkie nasze podopieczne, żony,
matki, babcie, siostry, córki, panny, rozwódki, narzeczone, konkubiny, teściowe
i singielki otrzymały od męskiej części wolontariuszy
wspaniałe tulipany.
Do tego słodziutkie
zagraniczne (białoruskie!) cukierki, ale w umiarkowanej ilości oraz czekoladki.
Jeden romantyczny brat bezdomny wręczył także wszystkim kobietom kolejne kwiatki,
a inny mało się nie oświadczył wolontariuszce. No to mieliśmy Dzień Kobiet!
Bezdomnych kobiet, a
także ludzi jeszcze bardzo młodych, zaraz po 20-tce, wciąż przybywa. Kiedyś
bezdomny to był starszy samotny pan. Dzisiaj nie brakuje nam nawet małżeństw
czy par. Mamy tę radość i przywilej, towarzyszyć im wszystkim.
No to mamy Wielki
Post! I bijemy się może częściej w piersi z powodu win. Ja biję się w moje z racji wpadki z wczorajszym wpisem.
Chciałem opowiedzieć o świetnej i
świętej dziewczynie, Klarze Szczęsnej, ponieważ jednak napisałem o niej
do aktualnego numeru Niedzieli (edycja lubelska), to postanowiłem odesłać Was
do wersji internetowej tego tygodnika. Może ktoś przedarł się przez meandry
zakupu gazety via Internet i za kilka złotych już cieszy się barwnym życiorysem
Klary. Powiem tylko, że jej życie było szaleństwem, nadaje się na film akcji.
Szkoda, że jest postacią mało znaną.
Podobnie boleję, że słabo
rozpoznawalna jest inna dziewczyna w sukni zakonnej, rodem z Lublina – tekst,
który jej poświęciłem ma charakter archiwalny (2018), więc śmiało go
udostępniam, za darmo! Plus gratis fotka związana z osobą tejże lubelskiej
świętej.
TEKST ARCHIWALNY
Niewielu lublinian, tym bardziej gości,
przechodząc Krakowskim Przedmieściem obok obecnej Krajowej Szkoły Sądownictwa i
Prokuratury, zdaje sobie sprawę, że mija dom, w którym urodziła się i wychowała
Kazimiera Wołowska. Jedyna lublinianka wśród błogosławionych i męczenniczek
Kościoła i jedyna, zapomniana niestety, mistyczka z Lublina.
TRZEBA TYLKO ZACZĄĆ
Kazimiera Wołowska
Błogosławiona
męczenniczka i mistyczka z Lublina
Wołowscy zajmowali
pod koniec XIX wieku okazały pałac przy Krakowskim Przedmieściu, zbudowany sto
lat wcześniej przez ród Morskich. Tam na świat przyszła 12 października 1879 r.
Kazimiera, jako najmłodsze spośród siedmiorga dzieci Marii i Józefa Wołowskich.
Ojciec administrował majątkami ziemskimi na Lubelszczyźnie, dom prowadziła matka.
Rodzice zadbali o wykształcenie i wychowanie dzieci, lekcji udzielali im znakomici
nauczyciele, przez długie lata posługę katechety i spowiednika dla całej
rodziny pełnił ks. Antoni Nojszewski, rektor lubelskiego seminarium
OD ZAKOCHANIA DO
KLASZTORU
Droga do odkrycia
powołania zakonnego zaczęła się w ósmym roku życia Kazimiery, podczas
rekolekcji u kapucynów w Zakroczymiu (odprawiała je z całą rodziną), jedna z
sióstr felicjanek stwierdziła, że widzi w niej zakonnicę. Cierpienie, jakiego
doświadczyła w wieku 13 lat przy śmierci matki, skierowało jej myśli ku sprawom
duchowym, choć żadnej decyzji jeszcze nie podjęła. Kilka lat później zakochuje
się, jak sama napisze, „bardzo silnie i to w człowieku wartościowym”. Uczucia
obojga młodych rozwijały się gorąco aż do wtorku 1 listopada r. 1898. Przyszła
błogosławiona zapamiętała w szczegółach zdarzenie, które zdecydowało o jej
dalszym życiu. Wraz z ojcem i siostrą Adą poszła na uroczystość Wszystkich
Świętych do pobliskiego kościoła kapucynów, jak zwykle stanęła przy
konfesjonale obok zakrystii, dwa metry od niej modlił się ukochany chłopak.
– W czasie tej
Mszy świętej zaszło
coś, czego do
dziś dnia wytłumaczyć
sobie nie mogę.
Modliłam się …
Oddawałam się Panu
Jezusowi na wszystko…
– wspomina autorka w późniejszej notatce przekazanej swojemu
zgromadzeniu – Pokazał mi
Pan Jezus całe
moje życie, jakbym
je całe wtedy
przeżyła. Pokazał mi
Pan Jezus bliską
śmierć mego ukochanego
ojca i parę
zewnętrznych zdarzeń, które
się co do
joty sprawdziły. Stanęło mi
Zgromadzenie nasze jako
wolą Bożą mi
przeznaczone i jednocześnie
główne zasady i
cechy Zgromadzenia. Jasnym mi
było że wewnętrzne
przerobienie do gruntu
i „śmierć sobie” tam
jest dla mnie i że tylko od aktu silnego z mej strony
zależy pójście drogą absolutnego wyrzeczenia się siebie. Od tej
Mszy św. znam
Mateczkę i znam
ducha Zgromadzenia.
Takie nagłe i silne
wtargnięcia świata łaski w ludzkie serca towarzyszyły wielu chrześcijanom,
czasem prowadząc do wyboru życia poświęconego Bogu w zakonie, kiedy indziej
owocując głębokim nawróceniem – żeby przypomnieć choćby historię Andre
Frossarda, który wszedł do paryskiej kaplicy jako agnostyk, by po kilku
minutach wyjść jako człowiek zachwycony tajemnicą Boga.
Po rozstaniu z
wybrankiem serca, Kazimiera odwiedza Jazłowiec (dziś Ukraina), gniazdo
Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, czyli
niepokalanek. Waha się jeszcze, zwłaszcza, że usilnie od wstąpienia do tego
zakonu odżegnują ją znajomi jezuici. Wkrótce przychodzi mocny cios, na atak
serca w r. 1899 umiera ojciec. Pół roku później Wołowska spotyka się z
założycielką zgromadzenia bł. Marceliną Darowską, a jesienią r. 1900 rozpoczyna
u sióstr postulat. Przyjmuje imię s. Marty od Jezusa. – „Ciężki miałam postulat – notuje nowa zakonnica – wszystkie
diabły rozrywały mą
duszę. Zostałam jedynie na
słowo Matki, które
dotąd słyszę: „możesz
jechać – furta
otwarta”. A ja
Mateczce na to,
że jej najcałkowiciej ufam
i polegam na
jej zdaniu”.
OD SIEROCIŃCA DO
MĘCZEŃSTWA
Realizacja powołania
zakonnego s. Marty od Jezusa związana
będzie z pracą na Wschodzie Rzeczpospolitej, z wyjątkiem krótkich pobytów w
Nowym Sączu i Szymanowie. Pierwszą placówką, którą kierowała już jako
przełożona (1919 – 1928), był Maciejów (dziś Łukiw) na Wołyniu, miasteczko w
pobliżu Kowla. Zgodnie z najważniejszą misją zgromadzenia, wychowywania w
wierze i miłości do Ojczyzny, siostra podjęła niezwykle skuteczne dzieło wśród
tamtejszej młodzieży i dzieci. Najpilniejszą wówczas potrzebą, zaraz po wojnie,
było stworzenie miejsc opieki nad sierotami wojennymi, w Maciejowie
niepokalanki zbierają ich prawie sto.
„Były to dzieci pozbierane z lasów i dróg – napisała s. Marta– które prócz okropności wojennych niczego w
życiu nie widziały.” Do maciejowskiego sierocińca trafiały dzieci
ukraińskie, żydowskie i polskie, oprócz dachu nad głową trzeba było zapewnić im
wyżywienie, co wiązało się z ogromnymi problemami. S. Wołowska patrzy jednak
dalej, wie, że bez umiejętności choćby czytania i pisania, przyszłość dzieci
będzie ciężka. W ciągu kilku tygodni uruchamia szkołę podstawową, która działa
niecały rok. Na Wołyń nadciągają hordy wojsk sowieckich, udaje się ewakuować
dzieci i siostry do Szymanowa. Po przepędzeniu bolszewików, już jesienią 1920
r. s. Marta wraca do Maciejowa, na nowo otwiera szkołę i sierociniec, odnawia
klasztorną kaplicę. Podejmuje ideę założenia seminarium pedagogicznego, kształcącego
przyszłe wychowawczynie i nauczycielki do pracy na Wołyniu. Siostry prowadzą
również pracę duszpasterską, przygotowują dzieci, młodzież i dorosłych do
sakramentów, dbają o głodnych i bezdomnych, których tysiące trafiają do
klasztoru. Wszystkim dziełom przyświeca dewiza założycielki niepokalanek, bł. s.
Marceliny – „Trzeba tylko zacząć”.
Dalej już Pan Bóg znajdzie środki i ludzi. Podobne dzieło, równie owocne –
szkoła i seminarium nauczycielskie – s. Marta tworzy w nadbużańskim Wirowie,
niedaleko Sokołowa Podlaskiego.
Na dwa miesiące przed
wybuchem drugiej wojny światowej władze zakonne delegują s. Wołowską do opieki
nad wszystkim dziełami niepokalanek na Kresach i osadzają w roli przełożonej w
Słonimiu (dziś Białoruś). Najpierw inwazja sowietów zmusza siostry do
opuszczenia szkoły i klasztoru, a po niespełna dwóch latach nadchodzi żywioł
niemiecki. Zaczyna się eksterminacja Żydów, w getcie w Słonimiu i w pobliskich
lasach Niemcy dokonują egzekucji ponad 35 000 kobiet, mężczyzn i dzieci.
Wielu szuka i znajduje schronienie w klasztorze niepokalanek. S. Marta pomimo
świadomości grożącej jej śmierci, ukrywa i ocala życie kilkudziesięciu
Żydom. Razem ze współsiostrą Ewą
Noiszewską i jezuitą o. Adamem Sztarkiem zostaje rozstrzelana 19 grudnia 1942
r. w lesie zwanym Górą Pietralewicką, dwa kilometry od Słonimia. W r. 1999 Jan
Paweł II beatyfikuje siostry, rok później o. Adam pośmiertnie otrzymuje medal
„Sprawiedliwy wśród narodów świata”.
Na ścianie domu obok
dawnego pałacu Wołowskich w czerwcu 2003 r. zawisła okolicznościowa tablica,
dedykowana bł. Marcie. Od tego czasu obraz błogosławionej znajduje się także w
lubelskiej archikatedrze.
No to mamy Wielki Post! Potrzeba nam trochę szaleństwa. Na poznanie historii szalonej Klary wydacie – szukajcie w Niedzieli , edycja lubelska – – niecałe 3 złote. Zapraszam.
No to mamy Wielki
Post! Schodźmy na psy, siostry i bracia! Niedawno pod Lublinem jakiś szaleniec
powiesił na drzewie psa. Nie potępiajcie go od razu, inny szaleniec, Adolf
Hitler zgładził dziesiątki milionów ludzi.
Za to Marcin,
początkujący dyplomata uratował osieroconego psa z Kaukazu, przewiózł do Polski
i pies jest szczęśliwy. Ja zaprzyjaźniłem się kilak tygodni temu z Ulką. To
suka, labrador, ma dopiero pół roku (na zdjęciu). Jest drogocenna, bo
kosztowała prawie 20 tysięcy złotych. Ulka jest genialna, bo ratuje życie Arturowi,
a Artur jest dzieckiem autystycznym. Ataki tej choroby powodują, że chłopak
wykonuje nieprzewidziane ruchy, grożące wypadkiem lub śmiercią. Kiedy tylko
Artur dostaje drgawek lub padaczki, Ulka wciska jedną łapą przycisk w
urządzeniu przymocowanym do drugiej łapy. Robi się alarm i ludzie przybiegają z
pomocą Arturowi, a Ulka dostaje plasterek polędwicy.
W ewangelicznej opowieści
Łazarz leżał pod bramą pałacu bogacza. Ludzie mijali go i mieli go w nosie, o
ile nie gdzie indziej. No ale były psy, przychodziły i lizały owrzodzone rany.
Łatwiej mu się umierało przy tych kundlach. Co było dalej, jak ktoś zapomniał,
to cytuję dalej za św. Łukaszem.
Boże, daj mi tę
łaskę, żebym zszedł na psy, żebym miał dar taki jak Ulka albo kundle spod
pałacu.
Żył pewien człowiek bogaty,
który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami
ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł
także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani,
pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego
łonie. I zawołał: “Ojcze
Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca
umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym
płomieniu”. Lecz Abraham odrzekł: “Wspomnij,
synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz
on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego
między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do
was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”. Tamten rzekł: “Proszę cię więc, ojcze, poślij go
do domu mojego ojca! Mam bowiem pięciu braci: niech ich
przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. Lecz Abraham odparł: “Mają Mojżesza i Proroków,
niechże ich słuchają!” “Nie,
ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich,
to się nawrócą”. Odpowiedział
mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych
powstał, nie uwierzą”». (Łk 16,19 – 31)
No to mamy Wielki
Post! Jedna z moich znajomych, pani już nie całkiem młoda, zdecydowanie
bardziej ceni srebro niźli złoto, ale tylko w odniesieniu do znanego przysłowia
– „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”.
Poszła do spowiedzi –
i jak sama opowiadała – za pokutę otrzymała ograniczenie w gadaniu. Co drugi dzień miała nie mówić,
tylko milczeć.
– Kurde, ja mogę nie
jeść cukierków, tych waniliowych wafelków i batoników. Ja tam przecież dużo nie
gadam, jak już mówię, to mówię, co mam na myśli. I prosto z mostu. Mogę nie
jeść ciasteczek, tych anyżowych też, choć lubię, nie powiem. Ja jestem gadatliwa?
No, powiem czasem co myślę. Ale mogę nie wcinać śliwek w czekoladzie, zresztą teraz
są już gorsze. W ogóle ci księża są dziwni. Ja mu mówię, co mam na sumieniu, a
on, żebym mówiła co drugi dzień. No, dziwne, normalnie, dziwne. Lubię pościć,
nawet makowca nie ruszę. Cholera, co drugi dzień słuchać… – wartko referowała spotkanie
w konfesjonale.
No to mamy Wielki
Post! A może by tak, co drugi dzień tylko słuchać?
Może jedną z najlepszych rzeczy jaką możemy zrobić w Wielkim Poście, to pośmiać się z siebie samego. I to tak mocno, żeby usłyszał to Pan Bóg i pogratulował nam. I pomyślał – „No, w końcu proch zrozumiał kim jest naprawdę.”.
No to mamy Wielki
Post! Pan Jezus, po swoim poście na pustyni miał przed sobą tylko trzy lata życia.
Wykorzystał je genialnie, w trzy lata spotkał się z wieloma ludźmi, wodę w wino
przemienił, ślepym wzrok przywracał, ogłosił prymat miłości nad wszystkim
innym. Wreszcie zginął na krzyżu, ale przecież powstał z martwych.
Patrzę na ostatnie
trzy lata mojego życia, nie wiem jak u Was, ja niewiele dni straciłem. To było
aż 1095 dni, a w tym roku to mamy nawet 366 dni do wykorzystania.
Staram się słuchać
ludzi. Przeważnie recytują litanie do Św. Narzekania, że zimy i śniegu już nie
ma, że ceny rosną, że rząd słaby, że zdrowie już nie takie, że żona znów
przytyła a mąż coraz częściej chodzi na ryby, że dzieci nieposłuszne, a wnuki
przyklejone do smartfonów. Normalnie dramat, tragedia, koniec świata.
I jestem wredny, bo
się pytam: Masz co jeść? Bo uchodźcy z syryjskiego Idlibu jedzą cały czas mąkę
kukurydzianą albo i nic. Bomby lecą ci na głowę? Bo na Syryjczyków spadają
codziennie. Kaloryfery grzeją? Bo u pana Czesia w kanale ciepłowniczym przy Nadbystrzyckiej
w Lublinie, to tylko ciepłe odchody pełnią rolę CO. Byłeś w kościele, pomodliłeś się? Bo w Burkina
Faso, to wizyta w kościele często kończy się strzelaniną i śmiercią chrześcijan
z rąk ekstremistów. I słyszę: „Mietek, a Burkina Faso to jakaś nowa knajpa?”
Błogosławmy Boga za
każdy nowy dzień, za chleb i herbatę, za żurawie na niebie zamiast bombowców,
za jeszcze ciepłe kaloryfery.
Jeszcze mamy prawie
cały marzec i pozostałe 10 miesięcy tego
roku. Albo szemrać będziemy do Św. Narzekania, albo tak jak Pan Jezus. Albo tak
jak Pan Jezus, na całego, na sto procent rozradujemy się miłością Boga Ojca i
każdego człowieka pokochamy.
No to mamy Wielki Post! I mamy diabła. Diabła, który nie jest głupi, choć
woli byśmy tak o nim myśleli, bo wtedy ma łatwiejszą robotę. Jego robota polega
na tym, abyśmy czynili zło w przekonaniu, że jest dobrze, bo jest przyjemnie,
wesoło i sympatycznie.
Diabeł potrafi też bawić nas i rozśmieszać. Wymyśla wciąż nowe kawały o
piekle, tak, żebyśmy się uśmiali i w końcu uwierzyli, że to całkiem wesołe i
radosne miejsce, gdzie może i warto byłoby pójść.
Diabeł dawno porzucił widły, smołę i rogi. Ma dzisiaj nowe zabawki. Znakomicie
czuje się w galeriach handlowych, ma tam ciepło, jest kolorowo, gra muzyczka,
ludzie na luzie, wydają pieniążki. Tu jego taktyka polega na cichej zamianie celów
naszych dążeń, chodzi mu o to, żeby celem była ta czy inna rzecz, najlepiej
obydwie naraz, żebyśmy gorąco jej pragnęli, marzyli, pożądali. A te rzeczy są
takie piękne, kolorowe, smaczne. I tak w słodkiej atmosferce zdradzamy Pana
Boga, bo nie On już jest celem naszych najgłębszych pragnień, tylko te takie
fajne rzeczy. Dlatego, powtarzam, odprawiajcie egzorcyzmy przed zakupami,
najprostszy to Ojcze Nasz.
Diabeł zna się dobrze na Internecie,
jest księciem Instagramów, Facebooków i Twitterów. Tu ma dwa modele działania.
Jeden, najbardziej z pozoru niewinny, to selfie. Jak my je kochamy! Wstawiamy
je obficie, byliśmy tu i tam, robiliśmy to i tamto, trach, bach i już
podziwiamy swoje buzie i zliczamy lajki. I tak podziwiamy siebie, że już nie
widzimy ani Pana Boga ani innych ludzi. Jaka to pycha? No, gdzie pycha? My
tylko siebie pokazujemy! I tak siebie pokazujemy, że już nic innego i nikogo nie
widzimy. Udało się to diabłu, nie powiem, sztuczka przednia! Prawie, że chciałem
mu pogratulować. Selfie może być też narzędziem aniołów, o ile widać na nich
innych ludzi albo gdy śmiejemy się z
siebie samych.
A drugi model działania szatana w Internecie to memy i komentarze. Och, to
jego żywioł! Przecież można komuś przyłożyć albo nawet i przyp……! Z
przekonaniem, że tylko komentujemy, wyrażamy stanowisko. Jak się skaleczysz w
palec, po dwóch tygodniach jest już dobrze, jak komuś przywalisz w komentarzu,
będzie mu ropieć nawet latami. Diabeł nie jest głupi, podsuwa nam klawiatury, z
wideł to byśmy się uśmiali.
No to mamy Wielki Post! I mamy diabła. Nie tylko tego uniwersalnego. Są też
diabły polskie, szczególnie miłujące tę ziemię od Bałtyku po Tatry i od Bugu po
Odrę. Czterdzieści lat temu Anioł przyniósł nam Solidarność, żebyśmy byli blisko
siebie, jedno i w braterstwie, wiem to, przeżyłem to anielskie nawiedzenie Polski.
A potem zjawił się diabeł, poszukał w słownikach i za pomocą pozornie czystych haseł
– wolność słowa, demokracja, impuls do bogacenia się za wszelką cenę, pluralizm
partyjny, etc. – sprawił, że rzuciliśmy się sobie do gardeł, i jesteśmy jak
wściekłe psy szczepione w zażartej zajadliwości. Kto mocniej wpije kły w brata,
ten – parafrazując nieco Kaczmarskiego – ten chwat, gieroj i the best. No tak –
uśmiechamy się i mówimy – ot, uroki demokracji.
A diabeł na boku podkręca wąsa i myśli; „O to chodzi, o to właśnie chodzi!”
Ewangelia na dzisiaj
Duch
wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy pościł już
czterdzieści dni i czterdzieści nocy, poczuł w końcu głód.
Wtedy
przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby
te kamienie stały się chlebem».
Lecz On mu
odparł: «Napisane jest: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem,
które pochodzi z ust Bożych”».
Wtedy wziął Go
diabeł do Miasta Świętego, postawił na szczycie narożnika świątyni i rzekł Mu:
«Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisane jest bowiem: „Aniołom swoim
da rozkaz co do ciebie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził
swej nogi o kamień”».
Odrzekł mu
Jezus: «Ale napisane jest także: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga
swego”».
Jeszcze raz
wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata
oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i
oddasz mi pokłon».
Na to odrzekł
mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: „Panu, Bogu swemu,
będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”».
Wtedy opuścił
Go diabeł, a oto przystąpili aniołowie i usługiwali Mu. (Mt 4,1 – 11)