Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Prawdę mówiąc
spodziewałem się tego, z maleńką
nadzieją, że się pomylę. Wczoraj wieczorem w jednej z zatok przystankowych w
Lublinie policjanci z drogówki (znajomi), testowali kierowców autobusów na
obecność narkotyków (może i alkoholu). To oczywiście pokłosie dwóch wypadków w
Warszawie, sprawcami były osoby po użyciu narkotyków.
Nie znalazłem nigdzie potwierdzenia, że to
narkotyki były przyczyną wypadków. Podobnie nie zawsze alkohol jest
bezpośrednią przyczyną wypadków popełnianych przez kierowców jadących pod jego wpływem.
Nie bronię w żaden sposób narkotyzujących się czy nadużywających
alkoholu kierowców. Nie ganię tez panów z drogówki, raczej współczuję, i bez
testowania kierowców mają dużo pracy. Drogówka dostała zlecenie, nie można wykluczyć,
że zmasowane testy wykryją większą liczbę smakoszy amfetaminy za kierownicą.
Społeczeństwo uwierzy, że istnieje jakiś logiczny związek między kierowaniem
autobusami miejskimi a sięganiem po amfę. I uwierzy, że sprawne działania służb
wyeliminują biorących prochy i kierujących komunikacją miejską.
Żadne kontrole nie
wyeliminują takich przypadków. Jeśli za jakiś czas dwóch taksówkarzy po
narkotykach spowoduje wypadki, drogówka będzie miała nowe zadanie. I niech
dojdzie do wypadku z udziałem maszynisty kolejowego po amfetaminie, powstanie jeszcze
jeden nowy problem, tym razem nie dla drogówki ale dla kolejówki (czyli
sokistów). Nie ma żadnego powodu, aby uważać, że procent spożywców narkotyków u
kierowców autobusów miejskich jest wyższy niż u taksówkarzy czy maszynistów. Są
jednak badania, które pokazują, że ten procent jest dużo wyższy u pracowników
korporacji, ci na szczęście nie prowadzą pojazdów z większą liczbą pasażerów.
Na przestrzeni
ostatnich blisko 40 lat obserwuję jak bezradnie kolejne władze podchodzą do
kwestii narkomanii. Był czas, kiedy niemal wszystkie podmioty zajmowały się tym
problemem, było wielkie larum, uliczne i medialne kampanie ostrzegawcze. To był
czas ś. p. Marka Kotańskiego, początki Monaru,
z natężeniem tak wysokim, że pojawiały się sarkastyczne prośby o choćby jeden
dzień w telewizji „bez Kotańskiego”. Aż
w końcu wykluło się rozwiązanie, które usunęło problem ze świadomości społecznej,
ale problem pozostał i narasta. Narkomanię zaliczono do chorób, jak każda inna
choroba, do tego liczne są oddziały Monaru, zatem jak ktoś chce, może się
kurować.
W mojej ocenie liczba
osób używających narkotyki rośnie i będzie rosła, tak jak rośnie liczba środków
odurzających (przypomnę tylko sromotną porażkę władz wszelkich z dopalaczami).
Nasilenie narkomanii jest efektem rosnącego poczucia pustki, samotności,
bezsensu i oddalania się ludzi od siebie. Narkotyki, dopalacze, antydepresanty
to wierzchołek góry lodowej. Żadne kontrole nie wyeliminują źródła ludzkich
problemów. Skrzywienie cywilizacji przepełnionej kulturą posiadania („więcej
mieć”) i egoizmu, będzie potęgowało chęć ucieczki z niej, z pozoru zrealizuje
ją „odlot”, narkotykowy, alkoholowy, dopalaczowy. Pustka i samotność pozostaną,
chwilowo zamglone amfetaminą i innymi środkami.
Jak w tej sytuacji
mówić o prymacie „być” nad „mieć”, prymacie człowieka nad rzeczą, etyki nad
techniką i miłosierdzia przed sprawiedliwością? Czyli o filarach Cywilizacji
Miłości. Mówię, przypominam. Jest inna droga.
Po raz pierwszy od
wielu lat Polska (i pewnie prawie cała reszta świata) przeżywa problem z
urlopem. Dotychczas oczywistym było, że kupuje się tydzień czy dwa, leżenia na
plaży w ciepłym miejscu poza Polską. Pracownik kupował to leżenie za pieniądze
pracodawcy.
Znajomi lekarze,
przynajmniej dwóch, twierdzą, że urlopy w formie leżenia na plaży, powinny być
zakazane i karalne. Potrafią podać kilkanaście czynników pogarszających stan
zdrowia tak urlopujących. Wniosek jest taki, że pracodawca fundujący taki urlop
pracownikowi, dopuszcza się pogorszenia zdrowia pracownika.
Urlop ma niedługą historię
w dziejach ludzkości, zaledwie ponad 100 lat (wymyślili go holenderscy
szlifierze diamentów!), a w Polsce stulecie urlopu obchodzić będziemy za 2 lata
dopiero. Za urlopem przemawia cały potężny mechanizm finansowy – biura turystyczne,
hotele, przeloty, atrakcje, szaleństwa. Za to wszystko płaci pracodawca, bo
przecież w czasie urlopu pracownik nie wykonuje żadnych zajęć, urlop jest
płatny (przez pracodawcę).
Nie wolno pomylić
urlopu z potrzebą odpoczynku. Wszyscy potrzebujemy odpoczynku, relaksu, wytchnienia,
a to wszystko wcale nie jest tożsame z urlopami. Dobrze pamiętam czasy, kiedy robotnicy
w czasie urlopu nie jechali na „urlop”, ale świetnie wypoczywali na swoich ogródkach
działkowych. Albo jechali do rodziców na wsi, aby pomagać przy żniwach. W pewnym
sensie dobry urlop jest tylko zmianą miejsca pracy. I znam takich, którzy w
czasie urlopu czytali po dwie książki dziennie, na co brakowało im czasu w
trakcie pracy.
I jeszcze Ewangelia.
Jezus zachęcał swoich uczniów, aby „wypoczęli nieco”(MK 6,31). I nigdy ich nie
wysyłał na urlopy.
I końcowy wniosek,
siostry i bracia. Nie musicie jechać, lecieć, płynąć na urlopy. Ale
odpocznijcie, nabierzcie sił, z fantazją i rozmachem!
Ewangelie zanotowały kilkadziesiąt
rozmów Jezusa z ludźmi. Rozmawiał z chorymi, ubogimi, obcokrajowcami,
prostytutkami, żołnierzami, pasterzami i zbieraczami winogron. Rozmawiał też z
politykami, Herodem czy Piłatem. I z hierarchią religijną Izraela. Można
powiedzieć, że Jezus był w nieustannej debacie przez przynajmniej trzy lata.
Wiele zdań z tych debat
przeszło do historii i stanowi do dzisiaj inspirację życiową – „Idź, sprzedaj
wszystko co masz …” , przebaczać masz 77 razy, czyli zawsze, etc.
Dopóki ludzie chcą ze
sobą rozmawiać, wzajemnie się słuchać i rozumieć, może z tego wyniknąć jakieś
dobro.
Przeciwieństwem
debaty jest wojna, najpierw na słowa, a potem na wszystkie możliwe sposoby,
przy czym każdy sposób jest dobry, o ile skutecznie niszczy przeciwnika. A z
tego dobra nie będzie żadnego.
Strajkujący 40 lat
temu, w lipcu 1980 r., pracownicy w
fabryce helikopterów w Świdniku, potem w fabryce „Żuków” (dobra marka, w swoim
czasie niewiele ustępująca VV Transporterom i Ford Transitom) i kolejarze z
lokomotywowni w lubelskiej PKP, domagali się m.in. możliwości zakupienia pół
kilograma wędlin tygodniowo dla swoich rodzin.
Pisali w postulatach
także o większą ilość wody przy stanowiskach pracy a lato 80’ było nieznośnie
gorące. Wody i wędlin brakowało. Oprócz sklepów, w których po niższych cenach
mogli kupować członkowie partii i ich rodziny. Reszta ludzi bez problemu mogła
kupować ocet, musztardę i lekko przeterminowane suchary.
Wszyscy strajkujący
robili to mądrze, nie wychodzili na ulice, bo już wiedzieli jak to się skończyło
w r. 1970 w Gdańsku i Szczecinie oraz w 1976 r. w Radomiu i Ursusie. Zostali w swoich
fabrykach i tam czekali na reakcję władz. Wtedy już coś osiągnęli, coś co potem
nazwane zostało Solidarnością, a co w efekcie doprowadziło do nowej polskiej
wolności po r. 1989.
No i teraz, 40 lat
później, wraca pytanie o solidarność, o los ludzi bezdomnych, bardzo ubogich, o
uchodźców, o niezadbane dzieci na ulicach, o pozostawionych sobie samym
więźniów wychodzących z zakładów karnych, o samotnych starcach, których dzieci robią
kariery daleko od nich, o ludziach pogrążających się coraz bardziej w
depresjach. Wraca pytanie o Polskę, Polskę, która o to wszystko się upomni.
Jego własnością jest
morze, które sam stworzył, i ziemia, którą ulepiły Jego ręce – prawie codziennie
odmawiam te słowa z psalmu 95. Miłośnicy gór też znajdą w tym samym psalmie coś
miłego – Szczyty gór do Niego należą. Zapamiętajcie, szczyty! O Krupówkach tu
nie ma mowy.
Potrzebujemy szumu
morza, widoków ze szczytów, ogrodów z kwiatami, alei lipowych i innych spotkań
z naturą. Może i po to, abyśmy zrozumieli, że nie wszystko sami, my ludzie,
stworzyliśmy. Owszem, dużo wymyśliliśmy i zrobiliśmy, te wszystkie Internety,
komputery i autostrady. Ale żaden smartfon nie dorówna urodą nadbałtyckim mewom
czy źlebom przy Zawracie. No więc szukajmy sprawcy tych pięknych istot.
Morze, góry, skały,
fale, bryzy i wiatry halne potrzebne są nam też po to, abyśmy odkryli, że i my,
wspaniali ludzie, mamy Swojego Sprawcę, tajemniczego Stwórcę. I niech ten fakt
wypełni nasze serca i głowy dziękczynieniem za istnienie nas samych i za
istnienie biedronek, bocianów, szarotek, wiązów, żmii, komarów i nawet
kleszczy.
Kiedyś utrudzonych i umęczonych ciężką pracą widziano w ubrudzonych robotnikach
przy maszynach i spoconych rolnikach
zbierających zboże. Dzisiaj ci najbardziej strudzeni i obciążeni, to
ludzie ślęczący przed ekranami laptopów nad arkuszami ekseli, księgowe
zliczające sterty faktur i kurierzy nie nadążający z dostarczaniem na czas
przesyłek. I zapewne miliony Chińczyków, Hindusów czy Bengalczyków, za grosze produkujących
reszcie świata wszystkie dobra powszednie i świąteczne.
Od spieczonych słońcem zbieraczy winogron w Judei, przez czarnoskórych pracowników
przy bawełnie w Luizjanie i wytapiaczy stali w Nowej Hucie, po informatyków z
Krzemowej Doliny i smutnych menedżerów niższego stopnia w korporacjach,
wszędzie wre ludzka praca. A z niej rodziło się i rodzi zmęczenie, słabnięcie i
bezsilność.
W to wszystko jednak wchodzi Chrystusowe wezwanie – „Przyjdźcie do Mnie, a
Ja was pokrzepię”. Każda dobra praca, księgowej, programisty, logistyka,
kierowcy, robotnika nakręcającego codziennie tysiące śrubek i gazownika
doprowadzającego właściwe łącza, ma wielki sens. Jest uczestnictwem w wielkiej
pracy samego Pana Boga, jest rozwijaniem i dokańczaniem Bożego dzieła
stworzenia.
A niedziela jest dobrym dniem, kiedy możemy się ucieszyć współpracą z Panem
Bogiem i z dumą powiedzieć, że z miłością służymy innym, klikając w klawiaturę
i wciskając „enter” we właściwe miejsce. I niedziela jest dobrym czasem, aby
przy Panu Bogu odpocząć i pozwolić, aby nas pokrzepił.
Ewangelia na dzisiaj:
W owym czasie Jezus
przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś
te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze,
gdyż takie było Twoje upodobanie.
Wszystko przekazał Mi
Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko
Syn i ten, komu Syn zechce objawić.
Przyjdźcie do Mnie
wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na
siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a
znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a
moje brzemię lekkie».
Dokładnie 95 lat temu, też w
sobotę 4 lipca, zmarł Pier Giorgio Frassati. Nie mogę się oprzeć chęci
wspomnienia tego absolutnie nieprzeciętnego człowieka, dziś błogosławionego.
Ale zacznijmy od początku.
Dziewczyny
kochały się w nim na umór, co nie było dziwne przy Jego charakterystycznej
piemonckiej urodzie. On sam zakochał się w jednej, niekoniecznie ślicznej
Laurze, której jednak nie wyznał uczucia, bo akurat Luciana, siostra,
wychodziła za mąż i mogłoby to komplikować stosunki rodzinne. Nie zdążył wyznać
swojej miłości. Nie zdążył też skończyć studiów inżynierskich. Nie zdążył
zdobyć Mont Blanc, najwyższego szczytu w Alpach. Zdążył wziąć udział w kilku
starciach z włoskimi faszystami i komunistami, nie stojąc przy tym z założonymi
rękami. Zdążył wielokrotnie wspinać się w Alpy razem z przyjaciółmi, zwanymi
„Ciemnymi typami”. Zdążył kilka razy wynieść z budynku ambasady kwiaty, które
nosił na groby biedaków w Berlinie. Nie stronił od fajki.
W dzień
przed śmiercią na wpół sparaliżowaną ręką napisał polecenie koledze: „To są
zastrzyki dla Conversa, a kwit z lombardu jest Sappy, zapomniałem o nim, odnów
go na mój rachunek”. Zarażony prawdopodobnie podczas odwiedzin u chorych umiera
na wirusa Heine Medina, 4 lipca 1925 roku, mając zaledwie 24 lata. Na Jego
pogrzebie pojawiło się pół Turynu.
Kiedy
wczytacie się w życiorys Pier Giorgio Frassatiego, to znajdziecie w nim, może
jako zaskakujące dopełnienie, jeszcze jedną ważną datę – 20 maja 1990 roku.
Tego dnia Jan Paweł II ogłosił Go błogosławionym mówiąc m.in.: „Odszedł z tego
świata młodo, ale pozostawił ślad na całym stuleciu, i nie tylko na naszym.”
Może jest
coś prawdziwego i pięknego w koncepcji życia wyrażonej w krótkim powiedzonku:
„Lepiej pięć minut płonąć jasnym płomieniem niż kopcić całe życie”. Na pewno
lepiej jest przeżyć prawdziwie, głęboko i pięknie 24 lata, niźli całe sto byle
jak, pusto i płytko. A ponieważ życie jest jedno, pomysł na nie trzeba mieć
wcześnie, jak najwcześniej, aby nie okazało się, że jest już za późno. Żeby
mieć z kolei dobry pomysł, niebanalny, twórczy i pełen miłości, warto spotykać
postaci, które wygrały swoje życie i nadały swojemu człowieczeństwu pełny,
full, format. Pier Giorgio wprowadził w swoje życie jeszcze coś – „bardzo
umiłował” (Jan Paweł II). Umiłował Boga i człowieka, każdego, którego spotkał w
swoim życiu. Nie stracił żadnego dnia swojego szalenie krótkiego życia. Kolega Pier Giorgia, Vittorio
Bussetti, napisał o nim: „Na politechnice, kiedy przyszedł Frassati, zrobił na
mnie wrażenie lawiny życia, która mnie jak gdyby przerażała.” VALANGA DI VITA –
lawina życia! Życie jak lawina! Full format! Nie zmarnować żadnej chwili życia.
Każda chwila może być cudowna, jedyna, niepowtarzalna i głęboko dobra.
Oczywiście wtedy, gdy jest wypełniona miłością!
PS. Do dziś nie mogę darować jednemu z mało lotnych
duszpasterzy w KUL-owskim kościele, który nakazał (koniec lat 80-tych) zamalować
fajkę na obrazie Pier Giorgio.
PIER GIORGIO FRASSATI – REWOLUCJA MIŁOŚCI
Urodził się 6 kwietnia, w Wielką Sobotę 1901 r. w
Turynie, w zamożnej rodzinie piemonckiej. Wraz z młodszą siostrą Lucianą, która
stała się najbliższą mu osobą, wychowywany był niezwykle surowo, po spartańsku.
Jego matka Adelaide Ametis była dobra malarka, ojciec, Alfredo, agnostyk, był
założycielem i redaktorem naczelnym liberalnego dziennika „La Stampa” –
wywierał duży wpływ na włoskie życie polityczne.
Życie Pier Giorgia toczyło się głównie między
mieszkaniem w Turynie a willą rodzinną w Pollone, 70 km od Turynu, u stóp Alp.
Mały Dodo, jak nazywano Pier Giorgia w dzieciństwie, reagował natychmiast, gdy
chodziło o kogoś słabego, potrzebującego pomocy. Potrafił błyskawicznie
ściągnąć buciki i pończochy i oddać je ubogiej kobiecie z bosym dzieckiem na
ręku, która zapukała do drzwi jego domu. Pewnego razu, gdy z dziadkiem
Francesco odwiedził ochronkę w Pollone, od razu spostrzegł posadzone na uboczu,
owrzodzone, smutne dziecko. Podszedł do niego i zaczął z nim jeść tą samą
łyżką.
W życiu małego Pier Giorgio coraz większą rolę
zaczynała odgrywać wiara i żarliwa praktyka religijna. Mając lat 11, nie chciał
już położyć się do łóżka, jeśli przedtem długo się nie pomodlił. Równocześnie
rosła w nim wrażliwość na potrzeby innych. Jego reakcja na odesłanie z niczym
pukającego do drzwi żebraka: „Mamo, a
może go tu przysłał Jezus!”. Cicho wychodził z domu, aby zatrzymać zauważonego
z balkonu biedaka.
Kochał chodzenie po górach,
jazdę konną i na rowerze. Gdy pewnego dnia skradziono mu rower, którego zakup
pochłonął lwią część jego mozolnie gromadzonych oszczędności, mruknął tylko:
„może ten ktoś potrzebował go bardziej niż ja”. Wycieczki w góry były okazją do
pomagania słabszym: brał na siebie najcięższe plecaki, przecierał szlak.
Wchodził do wszystkich napotkanych kapliczek z pękami kwiatów zebranych po
drodze.
W 1915 r. Włochy
przystąpiły do Wojny Światowej. Pier
Giorgio był głęboko poruszony ogromem nieszczęść, które ona przyniosła. Zapytał
kiedyś służącą: „Natalio, czy oddałabyś życie, aby wojna się skończyła? – Nie,
na pewno nie, jestem młoda i życie jest mi tak samo drogie jak tym żołnierzom.
– A ja tak, bez wahania, choćby dzisiaj”.
Swoje dziecięce oszczędności wysyłał żołnierzom na front. Do kolegów posyłał
kartki pocztowe, przedstawiające skutki wojny.
Z trudem uzyskał zgodę matki na
codzienne przystępowanie do Komunii św.. Zapisał się do Stowarzyszenia
Najświętszego Sakramentu i do Apostolatu Modlitwy. Ich legitymacje nosił zawsze
przy sobie. Modlitwa stanowiła dla niego nieodłączną część dnia. Każdy, choćby
najtrudniejszy, kończył się różańcem. Wstąpił do Sodalicji Mariańskiej i do
Bractwa Różańcowego.
Jego nabożeństwo do Matki Bożej
było trwałe i głębokie. Szczególnie czcił Matkę Bożą Pocieszycielkę w Turynie i Czarną Madonnę w
pięknym górskim sanktuarium Oropa (40 minut drogi od Pollone). Chodził tam
niezależnie od pogody, zawsze z kwiatami w ręku. „Pier Giorgio,
przyszedłeś w taką okropną pogodę?”
zapytał go o. Ferrarini. „Dobrze odmawia się różaniec, idąc po śniegu.”
Pozycja ojca zapewniała szybką
karierę w dzienniku „La Stampa”. Po uzyskaniu matury u Jezuitów (Instituto
Sociale w Turynie), Pier Giorgio wybrał jednak ciężkie studia inżynieryjne,
gdyż chciał dzielić w przyszłości twarde życie górników. W 1919 roku zapisał
się na Wydział Górniczy Królewskiej Politechniki w Turynie. Wyznawał: „Będę
inżynierem górnikiem, aby jeszcze więcej służyć Chrystusowi.”
Zapisał się do studenckiej
katolickiej organizacji FUCI (Federazione Universitaria Cattolica Italiana), do
GCI (Gioventů Cattolica Italiana), stowarzyszenia włoskiej młodzieży
katolickiej skupiającego głównie robotników. Odznakę tego stowarzyszenia nosił
zawsze przypiętą do marynarki. Był aktywnym działaczem obu tych organizacji
szczególnie zaangażowanym w dzieło miłosierdzia. „Ulubionym celem jego wypraw
były przytułki Cotolengo. Przechodził między rzędami łóżek, pocieszając tych
nieszczęśliwych ludzi, chętnie z nimi rozmawiał, nazywał ich braćmi i nie
zapominał nigdy, nie odczuwając przy tym odrazy i nie bojąc się zarażenia,
ucałować każdego z nich jak najlepszego przyjaciela.” (M.Ghemlera) „Naprawdę
czymś nadzwyczajnym był widok tego młodzieńca, pochylającego się nad tą nędzą z
matczyną czułością. Pamiętam, jak podawał coś do zjedzenia i ocierał ślinę,
jakiemuś niewidomemu i głuchoniememu dziecku” (G.Perfetto) „Podczas odwiedzin w
szpitalu spotkaliśmy chorą rodzinę
złożoną z ojca, matki i 20-letniego syna o twarzy zeszpeconej przez
trąd. Pier Giorgia wzruszył widok tego nieszczęśliwego młodzieńca. <Teraz
widzi Pani – powiedział – jak niezmiernie cenną rzeczą jest zdrowie, którym my
się cieszymy.> I chwilę potem: <Jednak zniekształcenia twarzy tego
młodzieńca znikną, kiedy wejdzie do nieba. Myślę, że nasze zdrowie powinniśmy
oddać w służbę tym, którzy go nie mają, gdyż w przeciwnym razie zdradzilibyśmy
ten wielki dar Boży i Jego dobrodziejstwo, którego obecnie doświadczamy.>”
(J. Vigna)
Pier Giorgio zdawał sobie
sprawę, że nie wystarczy zajmować się ludzką biedą i nędzą, lecz także na
płaszczyźnie politycznej należy walczyć o większą sprawiedliwość społeczną, o
prawa dla pokrzywdzonych. Zgodnie z liberalną tradycją swojej rodziny uważał,
że zawsze trzeba bronić godności osoby
ludzkiej, wolności, jako warunku autentycznego życia społecznego i
zdecydowanie zwalczać każdą formę gwałtu i przemocy. W 1920 r. został członkiem
założonej w tym czasie przez ks. Luigi Sturzo Włoskiej Partii Ludowej, która
opierała się na zasadach encykliki Rerum
Novarum. Aktywnie uczestniczył w kampanii wyborczej i angażował się z całym
młodzieńczym entuzjazmem w działalność
katolickich związków zawodowych. „Niesprawiedliwość budziła w nim oburzenie i
nie było takiego zebrania czy spotkania, zwołanego w celu potwierdzenia i
obrony naszych praw robotniczych, w czasie którego nie padłyby wypowiedziane z
namiętnością apostoła, braterskie i pełne miłości słowa Pier Giorgia.”
(Giacinto Zaccheo)
W 1920 r., gdy ojciec został
mianowany ambasadorem w Berlinie, wyjechał tam także Pier Giorgio. Nawiązywał w
stolicy Niemiec kontakty ze środowiskami studentów i robotników, poprzez
przyjaźń z księdzem Karolem Sonnenscheinem, opiekunem biednych. Dzięki niemu
zrozumiał, że aby móc prowadzić podobną działalność, trzeba pozostać człowiekiem
świeckim, ale z duszą kapłana. Podobnie jak w Turynie chodził od jednej nędznej
rudery do drugiej, wszystko, co zdołał zaoszczędzić czy ściągnąć z gościnnych
stołów ambasady, dawał swoim podopiecznym, wynosił dla nich nawet kwiaty,
szczególnie na groby biedaków. W 1922 roku był w Katowicach, aby zwiedzić
kopalnie śląskie.
Entuzjastycznie zaangażował się
w 1921 roku w Rawennie w organizację pierwszego zjazdu „Pax Romana”
(stowarzyszenia, którego celem była współpraca katolickich środowisk
uniwersyteckich z całej Europy na rzecz powszechnego pokoju). Bez sukcesu
zgłosił wtedy nowatorską propozycję połączenia ruchu akademickiego z
robotniczym.
Od pierwszych dni rodzącego się
faszyzmu rozpoznał oblicze tego ruchu. Był silny fizycznie, pełen energii i
odważny. Nienawidził przemocy, lecz nie czuł przed nią strachu, zawsze
postępował śmiało i prosto, nigdy nie szukał krętych dróg wyjścia. Każdy udział
w procesji oznaczał w tych latach narażenie się na zniewagi, a nawet pobicie;
Pier Giorgio nigdy nie wahał się kroczyć po ulicach ze świętymi obrazami i brał
udział w każdej manifestacji religijnej. Śpiewał i modlił się głośno, idąc z
procesją pomiędzy dwoma szeregami wrogich twarzy. Nierzadko zdarzało mu się
trafić do aresztu w wyniku starć z policją.
Często sam bronił gabloty
uniwersyteckiej, w której jego klub wywieszał ogłoszenia nie podobające się
antyklerykałom. „Pamiętam Pier Giorgia stojącego z laską w ręku przed
gablotą gotowego do jej obrony; dookoła niego wrzaski i wycia
tłumu studentów. Ani wyzwiska, ani pogróżki, ani uderzenia nie skłoniły go do
odejścia.”
Naukę uważał za swój pierwszy
obowiązek. Wkładał w nią dużo wysiłku, ale często zasiadał nad książką dopiero
po odwiedzeniu swoich biednych, chorych w Cotollengo, starców w przytułku, lub
po nocy spędzonej na adoracji.
W 1922 r. wstąpił do III-go
zakonu św. Dominika przyjmując imię Girolamo (Hieronim) na cześć Girolamo
Savonaroli – średniowiecznego mnicha dominikańskiego, który nieugięcie zwalczał
zepsucie w społeczeństwie i wśród kleru, ponosząc śmierć męczeńską na stosie.
Podobnie, jak wcześniej przeciwstawiał się gwałtom i przemocy ze strony
komunistów, tak później walczył z szybko rosnącym w siłę ruchem faszystowskim.
Bardzo lubił śpiewać, ale
fałszował okropnie – miał iście barani głos i dębowe ucho. Gdy ktoś w kościele
zwrócił mu uwagę, że fałszuje, odpowiadał: „ale ważne jest to, że się śpiewa”.
„Śpiewał za czterech wydzierając się tak, że musieliśmy uszy zatykać.” (A.
Montefia)
Jego wielką pasją były góry.
Dobry alpinista i narciarz, każdą wolną chwilę spędzał na wspinaczkach i
górskich wycieczkach. Wyprawy w góry, oprócz wielkiej przyjemności, dawały
okazję do modlitwy i do apostolstwa. „Ileż to razy w górskich schroniskach
uciszał nagle hałas, który sam przedtem rozpętał, intonując swoim potężnym,
choć nie bardzo melodyjnym głosem różaniec, do którego przyłączali się także
inni nie należący do jego towarzystwa.” (ks. R.Ruffini) „Kiedyśmy się zatrzymywali na krótki
odpoczynek, Pier Giorgio porównywał naszą trudną drogę do wznoszenia się w
wierze: „Im wyżej dotrzemy, tym wyraźniej usłyszymy głos Chrystusa.”
(A.Valetto)
Powaga i głęboka religijność
łączyła się u Pier Giorgia z ogromną żywotnością, poczuciem humoru i
hałaśliwymi wybuchami radości. Wraz z kolegami z FUCI założył w 1924r.
żartobliwie nazwane Towarzystwo „Ciemnych Typów”, którego zadaniem były wspólne
wycieczki w góry oraz wzajemna pomoc duchowa.
Statut Towarzystwa
Ciemnych Typów
Założone Towarzystwo „Ciemnych Typów” składa się ze
wspólników i wspólniczek, podzielonych na dwie grupy: drabów i drabinek.
Władzami Towarzystwa są: zgromadzenie ogólne, prezes,
kierownik wycieczek itp., sekretarz i jeden „leć-przyleć”
Aby zostać przyjętym jako drab(inka), trzeba złożyć
podanie do drabów – założycieli i zostać zatwierdzonym przez zgromadzenie
ogólne.
Dewizą Towarzystwa jest: niewielu, ale dobrych jak
makaron (włoski!)…
Jest absolutnie zakazane
wszystkim drabom i drabinkom przynoszenie psów a szczególnie mongreńskiej rasy,
zabronione jest także wprowadzanie pieprzu itp. owadów.
W atmosferze górskich wycieczek
zrodziła się pierwsza (i jedyna) miłość Pier Giorgia do dziewczyny. Całą siłą
swej młodości zakochał się w Laurze Hidalgo, sekretarce Towarzystwa „Ciemnych
Typów”. Po wewnętrznych zmaganiach zdecydował jednak ukryć przed nią swoje
uczucie i przekształcić je w coś innego. Na parę miesięcy przed śmiercią pisał
do kolegi: „…Wiele razy chodziłem z Nią w
góry, chodziłem też z innymi; ale teraz nabrałem już przekonania, że jeśli nie
można osiągnąć celu, to trzeba zdławić w zarodku uczucie, które pielęgnowane
należycie, mogłoby przynieść ogrom szczęścia, w przeciwnym wypadku tylko
udrękę(…) A więc mój program polega na
przetworzeniu w świetle Miłości tej wyjątkowej sympatii, jaką czułem do Niej,
sympatii, która nie miała się dopełnić, na pełną szacunku przyjaźń, pojętą w
znaczeniu chrześcijańskim… Może powiesz mi, że szaleństwem jest spodziewać się
tego, ale wierzę, że jeżeli będziecie choć trochę modlić się za mnie, w krótkim
czasie osiągnę przez modlitwę ten stan. Oto mój program, który, z pomocą Boską,
mam nadzieję urzeczywistnić i nawet gdyby to miało mnie kosztować życie,
mniejsza o to.” (list do J.Bonini)
W lutym 1925 r. Luciana,
ukochana siostra Pier Giorgia i towarzyszka całego jego dzieciństwa, wyszła za
mąż za Polaka, Jana Gawrońskiego i wyjechała z Włoch. Jej wyjazd był dla niego
„prawdziwym ciosem w samo serce” jak pisał do przyjaciela Marco Beltramo.
Pozostał sam ze swoimi problemami i narastającym od pewnego czasu konfliktem
pomiędzy rodzicami. Ale jednocześnie był to kolejny etap jego wewnętrznego
dojrzewania.
29 czerwca 1925r., w okresie
przygotowań do egzaminów inżynierskich, wystąpiły u Pier Giorgia pierwsze
objawy choroby dziecięcej Heinego-Medina. Rozpoczął się ostatni tydzień jego
życia. Nie wiedzieli o tym niemal do końca nawet jego najbliżsi, zajęci w tym
czasie chorobą i śmiercią jego babki. On sam milczał na temat swojej choroby,
nie chcąc powiększać panującego w domu zamieszania. „To wprost nie do wiary, że
brakuje ciebie, kiedy jesteś najbardziej potrzebny” – zwróciła się do niego z
wyrzutem matka. Nie wiedziała, że w nocy z największym trudem, upadając kilka
razy, dowlókł się do pokoju babki, żeby pomodlić się przy jej trumnie. Nawet
nazajutrz, kiedy był już częściowo sparaliżowany, nikt nie domyślał się powagi
sytuacji. Był to piątek, dzień jego systematycznych odwiedzin u biednych.
Pamiętał o nich i tym razem: „To są zastrzyki dla Sappy i pokwitowania z
lombardu dla C., odnów je na mój rachunek.” – napisał z trudem na kartce i
wręczył siostrze z prośbą, by przekazała je koledze.
W sobotę, 4 lipca, Pier
Giorgio, mając 24 lata, zakończył życie.
W 1932 roku rozpoczęto proces
beatyfikacyjny. Ostatnim etapem procesu apostolskiego było otwarcie w 1981 roku
trumny Pier Giorgia. Świadków wydarzenia zaskoczył niezmieniony wygląd i
uśmiech na twarzy. Jan Paweł II w 1989 roku odwiedził grób Pier Giorga w jego
rodzinnym Pollone. Beatyfikacja odbyła się 20 maja 1990. Jan Paweł II
beatyfikował „Człowieka Ośmiu Błogosławieństw”, jak nazwał go, otwierając w 1977
roku poświęconą mu wystawę w Krakowie u Dominikanów. Obecnie grób
błogosławionego Pier Giorga znajduje się w katedrze turyńskiej.
Niedziela 3 lipca
1949 r. nie była dobrym dniem dla Ludowej Polski, proklamowanej najpierw w
Chełmie a potem w Lublinie. Łzy na obrazie Matki Bożej w Katedrze były chyba
ostatnią rzeczą jakiej spodziewaliby się komuniści.
Po sfałszowanych dwa
lata wcześniej wyborach już rozbłysnął zamysł zbudowania Nowej Huty, w Lublinie
przygotowywano plan powstania Fabryki samochodów (FSC). A tu płacząca Matka
Boża!
Niecałe pół roku
wcześniej prezydentem Polski został ogłoszony Bolesław Bierut, rodem z Lublina.
A tu taki obciach, jakiś cud! I tłumy w katedrze i przed nią.
Dwa tygodnie po
cudzie władza organizuje wiec na Pl. Litewskim w celu przekonania ludności, że
cudu nie było. I organizuje wszelkie służby do zwalczania cudu, mniemając, że
cud został zorganizowany przez wrogie siły. Ochrzan dostają komórki partyjne,
które na czas nie wykryły klerykalnego spisku, padają postulaty, aby na
przyszłość powołać specjalną komisję zapobiegającą ewentualnym nowym cudom. Na
razie kilkaset osób wsadzono do więzień, aby postraszyć wyznawców objawienia
się Matki Bożej. Ludzie tym chętniej wierzyli i pielgrzymowali do katedry.
Komunistom i Matce
Bożej nie było po drodze. Do tego stopnia zalazła im za skórę, że aresztowali Jej
obraz na 7 lat w roku 1966, samej Maryi nie dopadli.
Tak, z perspektywy
ponad 70 lat wygląda to zabawnie i absurdalnie. Nowym ideologom polecam lekcję
płynącą z lubelskiego cudu.
Jeszcze raz o
wirusie. Przy jego okazji sporo dowiaduję się o wierze ludzi, Polaków także.
Najpierw kategoria Niewierzących
w wirusa. Ciekawym, choć wcale nie dziwnym, jest fakt, że jakiś procent ludzi,
również Polaków, nie wierzy w wirusa. Nie wiem jaki to procent, być może
tożsamy z procentem wierzących, że ziemia jest płaska. Ponieważ żyjemy w epoce
szybkiego odwrotu od racjonalności, szerzą się dziwne teorie, łącznie z tą, że
wirusa – który jest – nie ma.
Dalej mamy kategorię
Agnostyków, czyli tych, którzy zawieszają sąd o istnieniu wirusa, być może
jest, być może go nie ma, poczekajmy. Można i tak. Wbrew statystykom o
zakażeniach i zgonach.
Są też Wierzący w
wirusa. W tej kategorii jest grupa tych, co wierzą, ale nie praktykują. To
znaczy czują się bezpieczni, nie noszą maseczek, nic złego ich i bliskich nie
spotka. Znów wbrew statystykom o zakażeniach i zgonach.
Wreszcie jest grupa
Wierzących i praktykujących, tych, co zachowują dystans, unikają tłumów, myją
ręce, słowem robią wszystko, co możliwe, aby z wirusem się nie spotkać.
Nie dociekam w której
grupie się odnajdujecie. W Chinach wczoraj odizolowano kolejną prowincję, ze względu
na masowy przyrost zakażeń. W Polsce z wtorku na środę liczba zakażeń wzrosła o 60%.
Zakończę ten wpis odniesieniem
do z pozoru innej sfery. Wiecie, kiedy diabeł triumfuje? Wcale nie wtedy, kiedy
się o nim mówi źle. I nie wtedy, kiedy się go ośmiesza. I nie wtedy, kiedy się go
boimy. Najbardziej cieszy się wtedy, kiedy w niego nie wierzymy. Wtedy już może
zrobić, cokolwiek zechce.
Wyobraźcie sobie taką
sytuację, przybywacie do pewnej instytucji jako petent, macie do załatwienia
bardzo ważną sprawą. I co się dzieje? Kiedy tylko zbliżacie się do drzwi, cała
załoga instytucji wychodzi wam naprzeciw, łącznie z dyrektorem, serdecznie
wita, okazuje radość z Waszego przybycia i szybko przedstawia wszystko czym
może Wam służyć.
Absurd! – pomyślicie.
Dodam tylko, że spróbujcie sobie wyobrazić, że tak właśnie przyjmowani
jesteście w … szpitalu! Mietek, odbiło ci, już słyszę Wasze komentarze.
Nie odbiło. Pierwsze
szpitale prowadzone były przez benedyktynów przy ich klasztorach (uczniowie św.
Benedykta to pierwsze zgromadzenie zakonne w chrześcijaństwie zachodnim,
rówieśnik wschodnich bazylianów). Już w VI w. powstał ceremoniał przyjmowania
chorych, ubogich, szaleńców i bezdomnych do benedyktyńskich infirmerii, ceremoniał
znany pod nazwą consuetudines. Wedle tegoż przybywającego do szpitala chorego
witała cała wspólnota z opatem na czele, wszyscy padali na kolana przed chorym
i … całowali mu stopy. No, przełóżcie sobie to realia współczesne,
przychodzicie do szpitala, a tu lekarze, ordynatorzy, pielęgniarki i salowe
oraz sam dyrektor wychodzą wam na spotkanie i … Dość fantazji.
Co więcej, w każdym opactwie
istniało stanowisko, nazwijmy go „poszukiwaczem chorych”, mnicha, którego
zadaniem było zorientowanie się kto w okolicy monastyru potrzebuje opieki
lekarskiej i ewentualnie umieszczenia w klasztornej infirmerii. To coś na
kształt dzisiejszej karetki pogotowia, tyle, że samorzutnie zwiedzającej
okolice i wyszukującej chorych. Tak było jeszcze 15 wieków temu.
Dodam, że teraz w
modzie są tzw. retroinnowacje, czyli nowe rozwiązania, które są powrotem do
czegoś co kiedyś już było, a zostało porzucone, choć było dobre.
Drogie siostry i
bracia, przypomnijcie sobie ten wpis, jak kiedyś, oby jak najpóźniej,
przyjdziecie na Izbę Przyjęć i usłyszycie: „Proszę czekać! Może dziś panią/pana
przyjmiemy. I nie kichać mi tam w rogu, bo się wirus rozpełznie …”