DOPALACZE I INNA DROGA Piątek 10 lipca 2020

Prawdę mówiąc spodziewałem się tego,  z maleńką nadzieją, że się pomylę. Wczoraj wieczorem w jednej z zatok przystankowych w Lublinie policjanci z drogówki (znajomi), testowali kierowców autobusów na obecność narkotyków (może i alkoholu). To oczywiście pokłosie dwóch wypadków w Warszawie, sprawcami były osoby po użyciu narkotyków.

 Nie znalazłem nigdzie potwierdzenia, że to narkotyki były przyczyną wypadków. Podobnie nie zawsze alkohol jest bezpośrednią przyczyną wypadków popełnianych przez kierowców jadących pod jego wpływem.

Nie bronię w  żaden sposób narkotyzujących się czy nadużywających alkoholu kierowców. Nie ganię tez panów z drogówki, raczej współczuję, i bez testowania kierowców mają dużo pracy. Drogówka dostała zlecenie, nie można wykluczyć, że zmasowane testy wykryją większą liczbę smakoszy amfetaminy za kierownicą. Społeczeństwo uwierzy, że istnieje jakiś logiczny związek między kierowaniem autobusami miejskimi a sięganiem po amfę. I uwierzy, że sprawne działania służb wyeliminują biorących prochy i kierujących komunikacją miejską.

Żadne kontrole nie wyeliminują takich przypadków. Jeśli za jakiś czas dwóch taksówkarzy po narkotykach spowoduje wypadki, drogówka będzie miała nowe zadanie. I niech dojdzie do wypadku z udziałem maszynisty kolejowego po amfetaminie, powstanie jeszcze jeden nowy problem, tym razem nie dla drogówki ale dla kolejówki (czyli sokistów). Nie ma żadnego powodu, aby uważać, że procent spożywców narkotyków u kierowców autobusów miejskich jest wyższy niż u taksówkarzy czy maszynistów. Są jednak badania, które pokazują, że ten procent jest dużo wyższy u pracowników korporacji, ci na szczęście nie prowadzą pojazdów z większą liczbą pasażerów.

Na przestrzeni ostatnich blisko 40 lat obserwuję jak bezradnie kolejne władze podchodzą do kwestii narkomanii. Był czas, kiedy niemal wszystkie podmioty zajmowały się tym problemem, było wielkie larum, uliczne i medialne kampanie ostrzegawcze. To był czas  ś. p. Marka Kotańskiego, początki Monaru, z natężeniem tak wysokim, że pojawiały się sarkastyczne prośby o choćby jeden dzień w telewizji „bez Kotańskiego”.  Aż w końcu wykluło się rozwiązanie, które usunęło problem ze świadomości społecznej, ale problem pozostał i narasta. Narkomanię zaliczono do chorób, jak każda inna choroba, do tego liczne są oddziały Monaru, zatem jak ktoś chce, może się kurować.

W mojej ocenie liczba osób używających narkotyki rośnie i będzie rosła, tak jak rośnie liczba środków odurzających (przypomnę tylko sromotną porażkę władz wszelkich z dopalaczami). Nasilenie narkomanii jest efektem rosnącego poczucia pustki, samotności, bezsensu i oddalania się ludzi od siebie. Narkotyki, dopalacze, antydepresanty to wierzchołek góry lodowej. Żadne kontrole nie wyeliminują źródła ludzkich problemów. Skrzywienie cywilizacji przepełnionej kulturą posiadania („więcej mieć”) i egoizmu, będzie potęgowało chęć ucieczki z niej, z pozoru zrealizuje ją „odlot”, narkotykowy, alkoholowy, dopalaczowy. Pustka i samotność pozostaną, chwilowo zamglone amfetaminą i innymi środkami.

Jak w tej sytuacji mówić o prymacie „być” nad „mieć”, prymacie człowieka nad rzeczą, etyki nad techniką i miłosierdzia przed sprawiedliwością? Czyli o filarach Cywilizacji Miłości. Mówię, przypominam. Jest inna droga.

Itinerarium

URLOP Z FANTAZJĄ Czwartek 9 lipca 2020

Po raz pierwszy od wielu lat Polska (i pewnie prawie cała reszta świata) przeżywa problem z urlopem. Dotychczas oczywistym było, że kupuje się tydzień czy dwa, leżenia na plaży w ciepłym miejscu poza Polską. Pracownik kupował to leżenie za pieniądze pracodawcy.

Znajomi lekarze, przynajmniej dwóch, twierdzą, że urlopy w formie leżenia na plaży, powinny być zakazane i karalne. Potrafią podać kilkanaście czynników pogarszających stan zdrowia tak urlopujących. Wniosek jest taki, że pracodawca fundujący taki urlop pracownikowi, dopuszcza się pogorszenia zdrowia pracownika.

Urlop ma niedługą historię w dziejach ludzkości, zaledwie ponad 100 lat (wymyślili go holenderscy szlifierze diamentów!), a w Polsce stulecie urlopu obchodzić będziemy za 2 lata dopiero. Za urlopem przemawia cały potężny mechanizm finansowy – biura turystyczne, hotele, przeloty, atrakcje, szaleństwa. Za to wszystko płaci pracodawca, bo przecież w czasie urlopu pracownik nie wykonuje żadnych zajęć, urlop jest płatny (przez pracodawcę).

Nie wolno pomylić urlopu z potrzebą odpoczynku. Wszyscy potrzebujemy odpoczynku, relaksu, wytchnienia, a to wszystko wcale nie jest tożsame z urlopami. Dobrze pamiętam czasy, kiedy robotnicy w czasie urlopu nie jechali na „urlop”, ale świetnie wypoczywali na swoich ogródkach działkowych. Albo jechali do rodziców na wsi, aby pomagać przy żniwach. W pewnym sensie dobry urlop jest tylko zmianą miejsca pracy. I znam takich, którzy w czasie urlopu czytali po dwie książki dziennie, na co brakowało im czasu w trakcie pracy.

I jeszcze Ewangelia. Jezus zachęcał swoich uczniów, aby „wypoczęli nieco”(MK 6,31). I nigdy ich nie wysyłał na urlopy.

I końcowy wniosek, siostry i bracia. Nie musicie jechać, lecieć, płynąć na urlopy. Ale odpocznijcie, nabierzcie sił, z fantazją i rozmachem!

Itinerarium

O DEBATACH I WOJNACH Środa 8 lipca 2020

Ewangelie zanotowały kilkadziesiąt rozmów Jezusa z ludźmi. Rozmawiał z chorymi, ubogimi, obcokrajowcami, prostytutkami, żołnierzami, pasterzami i zbieraczami winogron. Rozmawiał też z politykami, Herodem czy Piłatem. I z hierarchią religijną Izraela. Można powiedzieć, że Jezus był w nieustannej debacie przez przynajmniej trzy lata.

Wiele zdań z tych debat przeszło do historii i stanowi do dzisiaj inspirację życiową – „Idź, sprzedaj wszystko co masz …” , przebaczać masz 77 razy, czyli zawsze, etc.

Dopóki ludzie chcą ze sobą rozmawiać, wzajemnie się słuchać i rozumieć, może z tego wyniknąć jakieś dobro.

Przeciwieństwem debaty jest wojna, najpierw na słowa, a potem na wszystkie możliwe sposoby, przy czym każdy sposób jest dobry, o ile skutecznie niszczy przeciwnika. A z tego dobra nie będzie żadnego.

Itinerarium

KTO SIĘ DZIŚ UPOMNI O BIEDNĄ POLSKĘ? Wtorek 7 lipca 2020

Strajkujący 40 lat temu, w lipcu 1980 r.,  pracownicy w fabryce helikopterów w Świdniku, potem w fabryce „Żuków” (dobra marka, w swoim czasie niewiele ustępująca VV Transporterom i Ford Transitom) i kolejarze z lokomotywowni w lubelskiej PKP, domagali się m.in. możliwości zakupienia pół kilograma wędlin tygodniowo dla swoich rodzin.

Pisali w postulatach także o większą ilość wody przy stanowiskach pracy a lato 80’ było nieznośnie gorące. Wody i wędlin brakowało. Oprócz sklepów, w których po niższych cenach mogli kupować członkowie partii i ich rodziny. Reszta ludzi bez problemu mogła kupować ocet, musztardę i lekko przeterminowane suchary.

Wszyscy strajkujący robili to mądrze, nie wychodzili na ulice, bo już wiedzieli jak to się skończyło w r. 1970 w Gdańsku i Szczecinie oraz w 1976 r. w Radomiu i Ursusie. Zostali w swoich fabrykach i tam czekali na reakcję władz. Wtedy już coś osiągnęli, coś co potem nazwane zostało Solidarnością, a co w efekcie doprowadziło do nowej polskiej wolności po r. 1989.

No i teraz, 40 lat później, wraca pytanie o solidarność, o los ludzi bezdomnych, bardzo ubogich, o uchodźców, o niezadbane dzieci na ulicach, o pozostawionych sobie samym więźniów wychodzących z zakładów karnych, o samotnych starcach, których dzieci robią kariery daleko od nich, o ludziach pogrążających się coraz bardziej w depresjach. Wraca pytanie o Polskę, Polskę, która o to wszystko się upomni.

Itinerarium

VIVAT LUDZIE I KLESZCZE! Poniedziałek 6 lipca 2020

Jego własnością jest morze, które sam stworzył, i ziemia, którą ulepiły Jego ręce – prawie codziennie odmawiam te słowa z psalmu 95. Miłośnicy gór też znajdą w tym samym psalmie coś miłego – Szczyty gór do Niego należą. Zapamiętajcie, szczyty! O Krupówkach tu nie ma mowy.

Potrzebujemy szumu morza, widoków ze szczytów, ogrodów z kwiatami, alei lipowych i innych spotkań z naturą. Może i po to, abyśmy zrozumieli, że nie wszystko sami, my ludzie, stworzyliśmy. Owszem, dużo wymyśliliśmy i zrobiliśmy, te wszystkie Internety, komputery i autostrady. Ale żaden smartfon nie dorówna urodą nadbałtyckim mewom czy źlebom przy Zawracie. No więc szukajmy sprawcy tych pięknych istot.

Morze, góry, skały, fale, bryzy i wiatry halne potrzebne są nam też po to, abyśmy odkryli, że i my, wspaniali ludzie, mamy Swojego Sprawcę, tajemniczego Stwórcę. I niech ten fakt wypełni nasze serca i głowy dziękczynieniem za istnienie nas samych i za istnienie biedronek, bocianów, szarotek, wiązów, żmii, komarów i nawet kleszczy.

Itinerarium

POKRZEPIENIE NIEDZIELNE Kazanie na 14 Niedzielę Zwykłą 5 lipca 2020

Kiedyś utrudzonych i umęczonych ciężką pracą widziano w ubrudzonych robotnikach przy maszynach i spoconych rolnikach  zbierających zboże. Dzisiaj ci najbardziej strudzeni i obciążeni, to ludzie ślęczący przed ekranami laptopów nad arkuszami ekseli, księgowe zliczające sterty faktur i kurierzy nie nadążający z dostarczaniem na czas przesyłek. I zapewne miliony Chińczyków, Hindusów czy Bengalczyków, za grosze produkujących reszcie świata wszystkie dobra powszednie i świąteczne.

Od spieczonych słońcem zbieraczy winogron w Judei, przez czarnoskórych pracowników przy bawełnie w Luizjanie i wytapiaczy stali w Nowej Hucie, po informatyków z Krzemowej Doliny i smutnych menedżerów niższego stopnia w korporacjach, wszędzie wre ludzka praca. A z niej rodziło się i rodzi zmęczenie, słabnięcie i bezsilność.

W to wszystko jednak wchodzi Chrystusowe wezwanie – „Przyjdźcie do Mnie, a Ja was pokrzepię”. Każda dobra praca, księgowej, programisty, logistyka, kierowcy, robotnika nakręcającego codziennie tysiące śrubek i gazownika doprowadzającego właściwe łącza, ma wielki sens. Jest uczestnictwem w wielkiej pracy samego Pana Boga, jest rozwijaniem i dokańczaniem Bożego dzieła stworzenia.

A niedziela jest dobrym dniem, kiedy możemy się ucieszyć współpracą z Panem Bogiem i z dumą powiedzieć, że z miłością służymy innym, klikając w klawiaturę i wciskając „enter” we właściwe miejsce. I niedziela jest dobrym czasem, aby przy Panu Bogu odpocząć i pozwolić, aby nas pokrzepił.

Ewangelia na dzisiaj:

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.

Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić.

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».

(Mt 11,25 – 30)

Itinerarium

CZŁOWIEK JAK LAWINA ŻYCIA Sobota 4 lipca 2020

Dokładnie 95 lat temu, też w sobotę 4 lipca, zmarł Pier Giorgio Frassati. Nie mogę się oprzeć chęci wspomnienia tego absolutnie nieprzeciętnego człowieka, dziś błogosławionego. Ale zacznijmy od początku.

    Dziewczyny kochały się w nim na umór, co nie było dziwne przy Jego charakterystycznej piemonckiej urodzie. On sam zakochał się w jednej, niekoniecznie ślicznej Laurze, której jednak nie wyznał uczucia, bo akurat Luciana, siostra, wychodziła za mąż i mogłoby to komplikować stosunki rodzinne. Nie zdążył wyznać swojej miłości. Nie zdążył też skończyć studiów inżynierskich. Nie zdążył zdobyć Mont Blanc, najwyższego szczytu w Alpach. Zdążył wziąć udział w kilku starciach z włoskimi faszystami i komunistami, nie stojąc przy tym z założonymi rękami. Zdążył wielokrotnie wspinać się w Alpy razem z przyjaciółmi, zwanymi „Ciemnymi typami”. Zdążył kilka razy wynieść z budynku ambasady kwiaty, które nosił na groby biedaków w Berlinie. Nie stronił od fajki.

     W dzień przed śmiercią na wpół sparaliżowaną ręką napisał polecenie koledze: „To są zastrzyki dla Conversa, a kwit z lombardu jest Sappy, zapomniałem o nim, odnów go na mój rachunek”. Zarażony prawdopodobnie podczas odwiedzin u chorych umiera na wirusa Heine Medina, 4 lipca 1925 roku, mając zaledwie 24 lata. Na Jego pogrzebie pojawiło się pół Turynu.

    Kiedy wczytacie się w życiorys Pier Giorgio Frassatiego, to znajdziecie w nim, może jako zaskakujące dopełnienie, jeszcze jedną ważną datę – 20 maja 1990 roku. Tego dnia Jan Paweł II ogłosił Go błogosławionym mówiąc m.in.: „Odszedł z tego świata młodo, ale pozostawił ślad na całym stuleciu, i nie tylko na naszym.”

     Może jest coś prawdziwego i pięknego w koncepcji życia wyrażonej w krótkim powiedzonku: „Lepiej pięć minut płonąć jasnym płomieniem niż kopcić całe życie”. Na pewno lepiej jest przeżyć prawdziwie, głęboko i pięknie 24 lata, niźli całe sto byle jak, pusto i płytko. A ponieważ życie jest jedno, pomysł na nie trzeba mieć wcześnie, jak najwcześniej, aby nie okazało się, że jest już za późno. Żeby mieć z kolei dobry pomysł, niebanalny, twórczy i pełen miłości, warto spotykać postaci, które wygrały swoje życie i nadały swojemu człowieczeństwu pełny, full, format. Pier Giorgio wprowadził w swoje życie jeszcze coś – „bardzo umiłował” (Jan Paweł II). Umiłował Boga i człowieka, każdego, którego spotkał w swoim życiu. Nie stracił żadnego dnia swojego szalenie  krótkiego życia. Kolega Pier Giorgia, Vittorio Bussetti, napisał o nim: „Na politechnice, kiedy przyszedł Frassati, zrobił na mnie wrażenie lawiny życia, która mnie jak gdyby przerażała.” VALANGA DI VITA – lawina życia! Życie jak lawina! Full format! Nie zmarnować żadnej chwili życia. Każda chwila może być cudowna, jedyna, niepowtarzalna i głęboko dobra. Oczywiście wtedy, gdy jest wypełniona miłością!

PS. Do dziś nie mogę darować jednemu z mało lotnych duszpasterzy w KUL-owskim kościele, który nakazał (koniec lat 80-tych) zamalować fajkę na obrazie Pier Giorgio.

PIER GIORGIO FRASSATI – REWOLUCJA MIŁOŚCI

Urodził się 6 kwietnia, w Wielką Sobotę 1901 r. w Turynie, w zamożnej rodzinie piemonckiej. Wraz z młodszą siostrą Lucianą, która stała się najbliższą mu osobą, wychowywany był niezwykle surowo, po spartańsku. Jego matka Adelaide Ametis była dobra malarka, ojciec, Alfredo, agnostyk, był założycielem i redaktorem naczelnym liberalnego dziennika „La Stampa” – wywierał duży wpływ na włoskie życie polityczne.

Życie Pier Giorgia toczyło się głównie między mieszkaniem w Turynie a willą rodzinną w Pollone, 70 km od Turynu, u stóp Alp. Mały Dodo, jak nazywano Pier Giorgia w dzieciństwie, reagował natychmiast, gdy chodziło o kogoś słabego, potrzebującego pomocy. Potrafił błyskawicznie ściągnąć buciki i pończochy i oddać je ubogiej kobiecie z bosym dzieckiem na ręku, która zapukała do drzwi jego domu. Pewnego razu, gdy z dziadkiem Francesco odwiedził ochronkę w Pollone, od razu spostrzegł posadzone na uboczu, owrzodzone, smutne dziecko. Podszedł do niego i zaczął z nim jeść tą samą łyżką.

W życiu małego Pier Giorgio coraz większą rolę zaczynała odgrywać wiara i żarliwa praktyka religijna. Mając lat 11, nie chciał już położyć się do łóżka, jeśli przedtem długo się nie pomodlił. Równocześnie rosła w nim wrażliwość na potrzeby innych. Jego reakcja na odesłanie z niczym pukającego do drzwi żebraka:  „Mamo, a może go tu przysłał Jezus!”. Cicho wychodził z domu, aby zatrzymać zauważonego z balkonu biedaka.

Kochał chodzenie po górach, jazdę konną i na rowerze. Gdy pewnego dnia skradziono mu rower, którego zakup pochłonął lwią część jego mozolnie gromadzonych oszczędności, mruknął tylko: „może ten ktoś potrzebował go bardziej niż ja”. Wycieczki w góry były okazją do pomagania słabszym: brał na siebie najcięższe plecaki, przecierał szlak. Wchodził do wszystkich napotkanych kapliczek z pękami kwiatów zebranych po drodze.

W 1915 r. Włochy przystąpiły  do Wojny Światowej. Pier Giorgio był głęboko poruszony ogromem nieszczęść, które ona przyniosła. Zapytał kiedyś służącą: „Natalio, czy oddałabyś życie, aby wojna się skończyła? – Nie, na pewno nie, jestem młoda i życie jest mi tak samo drogie jak tym żołnierzom. – A ja tak, bez wahania, choćby dzisiaj”. Swoje dziecięce oszczędności wysyłał żołnierzom na front. Do kolegów posyłał kartki pocztowe, przedstawiające skutki wojny.

Z trudem uzyskał zgodę matki na codzienne przystępowanie do Komunii św.. Zapisał się do Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu i do Apostolatu Modlitwy. Ich legitymacje nosił zawsze przy sobie. Modlitwa stanowiła dla niego nieodłączną część dnia. Każdy, choćby najtrudniejszy, kończył się różańcem. Wstąpił do Sodalicji Mariańskiej i do Bractwa Różańcowego.

Jego nabożeństwo do Matki Bożej było trwałe i głębokie. Szczególnie czcił Matkę Bożą    Pocieszycielkę w Turynie i Czarną Madonnę w pięknym górskim sanktuarium Oropa (40 minut drogi od Pollone). Chodził tam niezależnie od pogody, zawsze z kwiatami w ręku. „Pier Giorgio, przyszedłeś  w taką okropną pogodę?” zapytał go o. Ferrarini. „Dobrze odmawia się różaniec, idąc po śniegu.”

Pozycja ojca zapewniała szybką karierę w dzienniku „La Stampa”. Po uzyskaniu matury u Jezuitów (Instituto Sociale w Turynie), Pier Giorgio wybrał jednak ciężkie studia inżynieryjne, gdyż chciał dzielić w przyszłości twarde życie górników. W 1919 roku zapisał się na Wydział Górniczy Królewskiej Politechniki w Turynie. Wyznawał: „Będę inżynierem górnikiem, aby jeszcze więcej służyć Chrystusowi.”

Zapisał się do studenckiej katolickiej organizacji FUCI (Federazione Universitaria Cattolica Italiana), do GCI (Gioventů Cattolica Italiana), stowarzyszenia włoskiej młodzieży katolickiej skupiającego głównie robotników. Odznakę tego stowarzyszenia nosił zawsze przypiętą do marynarki. Był aktywnym działaczem obu tych organizacji szczególnie zaangażowanym w dzieło miłosierdzia. „Ulubionym celem jego wypraw były przytułki Cotolengo. Przechodził między rzędami łóżek, pocieszając tych nieszczęśliwych ludzi, chętnie z nimi rozmawiał, nazywał ich braćmi i nie zapominał nigdy, nie odczuwając przy tym odrazy i nie bojąc się zarażenia, ucałować każdego z nich jak najlepszego przyjaciela.” (M.Ghemlera) „Naprawdę czymś nadzwyczajnym był widok tego młodzieńca, pochylającego się nad tą nędzą z matczyną czułością. Pamiętam, jak podawał coś do zjedzenia i ocierał ślinę, jakiemuś niewidomemu i głuchoniememu dziecku” (G.Perfetto) „Podczas odwiedzin w szpitalu spotkaliśmy chorą rodzinę  złożoną z ojca, matki i 20-letniego syna o twarzy zeszpeconej przez trąd. Pier Giorgia wzruszył widok tego nieszczęśliwego młodzieńca. <Teraz widzi Pani – powiedział – jak niezmiernie cenną rzeczą jest zdrowie, którym my się cieszymy.> I chwilę potem: <Jednak zniekształcenia twarzy tego młodzieńca znikną, kiedy wejdzie do nieba. Myślę, że nasze zdrowie powinniśmy oddać w służbę tym, którzy go nie mają, gdyż w przeciwnym razie zdradzilibyśmy ten wielki dar Boży i Jego dobrodziejstwo, którego obecnie doświadczamy.>” (J. Vigna)

Pier Giorgio zdawał sobie sprawę, że nie wystarczy zajmować się ludzką biedą i nędzą, lecz także na płaszczyźnie politycznej należy walczyć o większą sprawiedliwość społeczną, o prawa dla pokrzywdzonych. Zgodnie z liberalną tradycją swojej rodziny uważał, że zawsze trzeba bronić godności osoby  ludzkiej, wolności, jako warunku autentycznego życia społecznego i zdecydowanie zwalczać każdą formę gwałtu i przemocy. W 1920 r. został członkiem założonej w tym czasie przez ks. Luigi Sturzo Włoskiej Partii Ludowej, która opierała się na zasadach encykliki Rerum Novarum. Aktywnie uczestniczył w kampanii wyborczej i angażował się z całym młodzieńczym entuzjazmem  w działalność katolickich związków zawodowych. „Niesprawiedliwość budziła w nim oburzenie i nie było takiego zebrania czy spotkania, zwołanego w celu potwierdzenia i obrony naszych praw robotniczych, w czasie którego nie padłyby wypowiedziane z namiętnością apostoła, braterskie i pełne miłości słowa Pier Giorgia.” (Giacinto Zaccheo)

W 1920 r., gdy ojciec został mianowany ambasadorem w Berlinie, wyjechał tam także Pier Giorgio. Nawiązywał w stolicy Niemiec kontakty ze środowiskami studentów i robotników, poprzez przyjaźń z księdzem Karolem Sonnenscheinem, opiekunem biednych. Dzięki niemu zrozumiał, że aby móc prowadzić podobną działalność, trzeba pozostać człowiekiem świeckim, ale z duszą kapłana. Podobnie jak w Turynie chodził od jednej nędznej rudery do drugiej, wszystko, co zdołał zaoszczędzić czy ściągnąć z gościnnych stołów ambasady, dawał swoim podopiecznym, wynosił dla nich nawet kwiaty, szczególnie na groby biedaków. W 1922 roku był w Katowicach, aby zwiedzić kopalnie śląskie.

Entuzjastycznie zaangażował się w 1921 roku w Rawennie w organizację pierwszego zjazdu „Pax Romana” (stowarzyszenia, którego celem była współpraca katolickich środowisk uniwersyteckich z całej Europy na rzecz powszechnego pokoju). Bez sukcesu zgłosił wtedy nowatorską propozycję połączenia ruchu akademickiego z robotniczym.

Od pierwszych dni rodzącego się faszyzmu rozpoznał oblicze tego ruchu. Był silny fizycznie, pełen energii i odważny. Nienawidził przemocy, lecz nie czuł przed nią strachu, zawsze postępował śmiało i prosto, nigdy nie szukał krętych dróg wyjścia. Każdy udział w procesji oznaczał w tych latach narażenie się na zniewagi, a nawet pobicie; Pier Giorgio nigdy nie wahał się kroczyć po ulicach ze świętymi obrazami i brał udział w każdej manifestacji religijnej. Śpiewał i modlił się głośno, idąc z procesją pomiędzy dwoma szeregami wrogich twarzy. Nierzadko zdarzało mu się trafić do aresztu w wyniku starć z policją.

Często sam bronił gabloty uniwersyteckiej, w której jego klub wywieszał ogłoszenia nie podobające się antyklerykałom. „Pamiętam Pier Giorgia stojącego z laską w ręku przed gablotą  gotowego  do jej obrony; dookoła niego wrzaski i wycia tłumu studentów. Ani wyzwiska, ani pogróżki, ani uderzenia nie skłoniły go do odejścia.”

Naukę uważał za swój pierwszy obowiązek. Wkładał w nią dużo wysiłku, ale często zasiadał nad książką dopiero po odwiedzeniu swoich biednych, chorych w Cotollengo, starców w przytułku, lub po nocy spędzonej na adoracji.

W 1922 r. wstąpił do III-go zakonu św. Dominika przyjmując imię Girolamo (Hieronim) na cześć Girolamo Savonaroli – średniowiecznego mnicha dominikańskiego, który nieugięcie zwalczał zepsucie w społeczeństwie i wśród kleru, ponosząc śmierć męczeńską na stosie. Podobnie, jak wcześniej przeciwstawiał się gwałtom i przemocy ze strony komunistów, tak później walczył z szybko rosnącym w siłę  ruchem faszystowskim.                            

Bardzo lubił śpiewać, ale fałszował okropnie – miał iście barani głos i dębowe ucho. Gdy ktoś w kościele zwrócił mu uwagę, że fałszuje, odpowiadał: „ale ważne jest to, że się śpiewa”. „Śpiewał za czterech wydzierając się tak, że musieliśmy uszy zatykać.” (A. Montefia)

Jego wielką pasją były góry. Dobry alpinista i narciarz, każdą wolną chwilę spędzał na wspinaczkach i górskich wycieczkach. Wyprawy w góry, oprócz wielkiej przyjemności, dawały okazję do modlitwy i do apostolstwa. „Ileż to razy w górskich schroniskach uciszał nagle hałas, który sam przedtem rozpętał, intonując swoim potężnym, choć nie bardzo melodyjnym głosem różaniec, do którego przyłączali się także inni nie należący do jego towarzystwa.” (ks. R.Ruffini)   „Kiedyśmy się zatrzymywali na krótki odpoczynek, Pier Giorgio porównywał naszą trudną drogę do wznoszenia się w wierze: „Im wyżej dotrzemy, tym wyraźniej usłyszymy głos Chrystusa.” (A.Valetto)

Powaga i głęboka religijność łączyła się u Pier Giorgia z ogromną żywotnością, poczuciem humoru i hałaśliwymi wybuchami radości. Wraz z kolegami z FUCI założył w 1924r. żartobliwie nazwane Towarzystwo „Ciemnych Typów”, którego zadaniem były wspólne wycieczki w góry oraz wzajemna pomoc duchowa.

Statut Towarzystwa Ciemnych Typów

  1. Założone Towarzystwo „Ciemnych Typów” składa się ze wspólników i wspólniczek, podzielonych na dwie grupy: drabów i drabinek.
  2. Władzami Towarzystwa są: zgromadzenie ogólne, prezes, kierownik wycieczek itp., sekretarz i jeden „leć-przyleć”
  3. Aby zostać przyjętym jako drab(inka), trzeba złożyć podanie do drabów – założycieli i zostać zatwierdzonym przez zgromadzenie ogólne.
  4. Dewizą Towarzystwa jest: niewielu, ale dobrych jak makaron (włoski!)…

Jest absolutnie zakazane wszystkim drabom i drabinkom przynoszenie psów a szczególnie mongreńskiej rasy, zabronione jest także wprowadzanie pieprzu itp. owadów.

W atmosferze górskich wycieczek zrodziła się pierwsza (i jedyna) miłość Pier Giorgia do dziewczyny. Całą siłą swej młodości zakochał się w Laurze Hidalgo, sekretarce Towarzystwa „Ciemnych Typów”. Po wewnętrznych zmaganiach zdecydował jednak ukryć przed nią swoje uczucie i przekształcić je w coś innego. Na parę miesięcy przed śmiercią pisał do kolegi: „…Wiele razy chodziłem z Nią w góry, chodziłem też z innymi; ale teraz nabrałem już przekonania, że jeśli nie można osiągnąć celu, to trzeba zdławić w zarodku uczucie, które pielęgnowane należycie, mogłoby przynieść ogrom szczęścia, w przeciwnym wypadku tylko udrękę(…)  A więc mój program polega na przetworzeniu w świetle Miłości tej wyjątkowej sympatii, jaką czułem do Niej, sympatii, która nie miała się dopełnić, na pełną szacunku przyjaźń, pojętą w znaczeniu chrześcijańskim… Może powiesz mi, że szaleństwem jest spodziewać się tego, ale wierzę, że jeżeli będziecie choć trochę modlić się za mnie, w krótkim czasie osiągnę przez modlitwę ten stan. Oto mój program, który, z pomocą Boską, mam nadzieję urzeczywistnić i nawet gdyby to miało mnie kosztować życie, mniejsza o to.” (list do J.Bonini)

W lutym 1925 r. Luciana, ukochana siostra Pier Giorgia i towarzyszka całego jego dzieciństwa, wyszła za mąż za Polaka, Jana Gawrońskiego i wyjechała z Włoch. Jej wyjazd był dla niego „prawdziwym ciosem w samo serce” jak pisał do przyjaciela Marco Beltramo. Pozostał sam ze swoimi problemami i narastającym od pewnego czasu konfliktem pomiędzy rodzicami. Ale jednocześnie był to kolejny etap jego wewnętrznego dojrzewania.

29 czerwca 1925r., w okresie przygotowań do egzaminów inżynierskich, wystąpiły u Pier Giorgia pierwsze objawy choroby dziecięcej Heinego-Medina. Rozpoczął się ostatni tydzień jego życia. Nie wiedzieli o tym niemal do końca nawet jego najbliżsi, zajęci w tym czasie chorobą i śmiercią jego babki. On sam milczał na temat swojej choroby, nie chcąc powiększać panującego w domu zamieszania. „To wprost nie do wiary, że brakuje ciebie, kiedy jesteś najbardziej potrzebny” – zwróciła się do niego z wyrzutem matka. Nie wiedziała, że w nocy z największym trudem, upadając kilka razy, dowlókł się do pokoju babki, żeby pomodlić się przy jej trumnie. Nawet nazajutrz, kiedy był już częściowo sparaliżowany, nikt nie domyślał się powagi sytuacji. Był to piątek, dzień jego systematycznych odwiedzin u biednych. Pamiętał o nich i tym razem: „To są zastrzyki dla Sappy i pokwitowania z lombardu dla C., odnów je na mój rachunek.” – napisał z trudem na kartce i wręczył siostrze z prośbą, by przekazała je koledze.

W sobotę, 4 lipca, Pier Giorgio, mając 24 lata, zakończył życie.

W 1932 roku rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Ostatnim etapem procesu apostolskiego było otwarcie w 1981 roku trumny Pier Giorgia. Świadków wydarzenia zaskoczył niezmieniony wygląd i uśmiech na twarzy. Jan Paweł II w 1989 roku odwiedził grób Pier Giorga w jego rodzinnym Pollone. Beatyfikacja odbyła się 20 maja 1990. Jan Paweł II beatyfikował „Człowieka Ośmiu Błogosławieństw”, jak nazwał go, otwierając w 1977 roku poświęconą mu wystawę w Krakowie u Dominikanów. Obecnie grób błogosławionego Pier Giorga znajduje się w katedrze turyńskiej.

Itinerarium

CZYM ZWALCZYĆ CUD? Piątek 3 lipca 2020

Niedziela 3 lipca 1949 r. nie była dobrym dniem dla Ludowej Polski, proklamowanej najpierw w Chełmie a potem w Lublinie. Łzy na obrazie Matki Bożej w Katedrze były chyba ostatnią rzeczą jakiej spodziewaliby się komuniści.

Po sfałszowanych dwa lata wcześniej wyborach już rozbłysnął zamysł zbudowania Nowej Huty, w Lublinie przygotowywano plan powstania Fabryki samochodów (FSC). A tu płacząca Matka Boża!

Niecałe pół roku wcześniej prezydentem Polski został ogłoszony Bolesław Bierut, rodem z Lublina. A tu taki obciach, jakiś cud! I tłumy w katedrze i przed nią.

Dwa tygodnie po cudzie władza organizuje wiec na Pl. Litewskim w celu przekonania ludności, że cudu nie było. I organizuje wszelkie służby do zwalczania cudu, mniemając, że cud został zorganizowany przez wrogie siły. Ochrzan dostają komórki partyjne, które na czas nie wykryły klerykalnego spisku, padają postulaty, aby na przyszłość powołać specjalną komisję zapobiegającą ewentualnym nowym cudom. Na razie kilkaset osób wsadzono do więzień, aby postraszyć wyznawców objawienia się Matki Bożej. Ludzie tym chętniej wierzyli i pielgrzymowali do katedry.

Komunistom i Matce Bożej nie było po drodze. Do tego stopnia zalazła im za skórę, że aresztowali Jej obraz na 7 lat w roku 1966, samej Maryi nie dopadli.

Tak, z perspektywy ponad 70 lat wygląda to zabawnie i absurdalnie. Nowym ideologom polecam lekcję płynącą z lubelskiego cudu.

Itinerarium

CO ROBI DIABEŁ W CZASIE WIRUSA Czwartek 2 lipca 2020

Jeszcze raz o wirusie. Przy jego okazji sporo dowiaduję się o wierze ludzi, Polaków także.

Najpierw kategoria Niewierzących w wirusa. Ciekawym, choć wcale nie dziwnym, jest fakt, że jakiś procent ludzi, również Polaków, nie wierzy w wirusa. Nie wiem jaki to procent, być może tożsamy z procentem wierzących, że ziemia jest płaska. Ponieważ żyjemy w epoce szybkiego odwrotu od racjonalności, szerzą się dziwne teorie, łącznie z tą, że wirusa – który jest – nie ma.

Dalej mamy kategorię Agnostyków, czyli tych, którzy zawieszają sąd o istnieniu wirusa, być może jest, być może go nie ma, poczekajmy. Można i tak. Wbrew statystykom o zakażeniach i zgonach.

Są też Wierzący w wirusa. W tej kategorii jest grupa tych, co wierzą, ale nie praktykują. To znaczy czują się bezpieczni, nie noszą maseczek, nic złego ich i bliskich nie spotka. Znów wbrew statystykom o zakażeniach i zgonach.

Wreszcie jest grupa Wierzących i praktykujących, tych, co zachowują dystans, unikają tłumów, myją ręce, słowem robią wszystko, co możliwe, aby z wirusem się nie spotkać.

Nie dociekam w której grupie się odnajdujecie. W Chinach wczoraj odizolowano kolejną prowincję, ze względu na masowy przyrost zakażeń. W Polsce z wtorku na  środę liczba zakażeń wzrosła o 60%.

Zakończę ten wpis odniesieniem do z pozoru innej sfery. Wiecie, kiedy diabeł triumfuje? Wcale nie wtedy, kiedy się o nim mówi źle. I nie wtedy, kiedy się go ośmiesza. I nie wtedy, kiedy się go boimy. Najbardziej cieszy się wtedy, kiedy w niego nie wierzymy. Wtedy już może zrobić, cokolwiek zechce.

Itinerarium

SERDECZNIE WITAMY PACJENTA! Środa 1 lipca 2020

Wyobraźcie sobie taką sytuację, przybywacie do pewnej instytucji jako petent, macie do załatwienia bardzo ważną sprawą. I co się dzieje? Kiedy tylko zbliżacie się do drzwi, cała załoga instytucji wychodzi wam naprzeciw, łącznie z dyrektorem, serdecznie wita, okazuje radość z Waszego przybycia i szybko przedstawia wszystko czym może Wam służyć.

Absurd! – pomyślicie. Dodam tylko, że spróbujcie sobie wyobrazić, że tak właśnie przyjmowani jesteście w … szpitalu! Mietek, odbiło ci, już słyszę Wasze komentarze.

Nie odbiło. Pierwsze szpitale prowadzone były przez benedyktynów przy ich klasztorach (uczniowie św. Benedykta to pierwsze zgromadzenie zakonne w chrześcijaństwie zachodnim, rówieśnik wschodnich bazylianów). Już w VI w. powstał ceremoniał przyjmowania chorych, ubogich, szaleńców i bezdomnych do benedyktyńskich infirmerii, ceremoniał znany pod nazwą consuetudines. Wedle tegoż przybywającego do szpitala chorego witała cała wspólnota z opatem na czele, wszyscy padali na kolana przed chorym i … całowali mu stopy. No, przełóżcie sobie to realia współczesne, przychodzicie do szpitala, a tu lekarze, ordynatorzy, pielęgniarki i salowe oraz sam dyrektor wychodzą wam na spotkanie i … Dość fantazji.

Co więcej, w każdym opactwie istniało stanowisko, nazwijmy go „poszukiwaczem chorych”, mnicha, którego zadaniem było zorientowanie się kto w okolicy monastyru potrzebuje opieki lekarskiej i ewentualnie umieszczenia w klasztornej infirmerii. To coś na kształt dzisiejszej karetki pogotowia, tyle, że samorzutnie zwiedzającej okolice i wyszukującej chorych. Tak było jeszcze 15 wieków temu.

Dodam, że teraz w modzie są tzw. retroinnowacje, czyli nowe rozwiązania, które są powrotem do czegoś co kiedyś już było, a zostało porzucone, choć było dobre.

Drogie siostry i bracia, przypomnijcie sobie ten wpis, jak kiedyś, oby jak najpóźniej, przyjdziecie na Izbę Przyjęć i usłyszycie: „Proszę czekać! Może dziś panią/pana przyjmiemy. I nie kichać mi tam w rogu, bo się wirus rozpełznie …”

Itinerarium