Strajkujący 40 lat temu, w lipcu 1980 r., pracownicy w fabryce helikopterów w Świdniku, potem w fabryce „Żuków” (dobra marka, w swoim czasie niewiele ustępująca VV Transporterom i Ford Transitom) i kolejarze z lokomotywowni w lubelskiej PKP, domagali się m.in. możliwości zakupienia pół kilograma wędlin tygodniowo dla swoich rodzin.
Pisali w postulatach także o większą ilość wody przy stanowiskach pracy a lato 80’ było nieznośnie gorące. Wody i wędlin brakowało. Oprócz sklepów, w których po niższych cenach mogli kupować członkowie partii i ich rodziny. Reszta ludzi bez problemu mogła kupować ocet, musztardę i lekko przeterminowane suchary.
Wszyscy strajkujący robili to mądrze, nie wychodzili na ulice, bo już wiedzieli jak to się skończyło w r. 1970 w Gdańsku i Szczecinie oraz w 1976 r. w Radomiu i Ursusie. Zostali w swoich fabrykach i tam czekali na reakcję władz. Wtedy już coś osiągnęli, coś co potem nazwane zostało Solidarnością, a co w efekcie doprowadziło do nowej polskiej wolności po r. 1989.
No i teraz, 40 lat później, wraca pytanie o solidarność, o los ludzi bezdomnych, bardzo ubogich, o uchodźców, o niezadbane dzieci na ulicach, o pozostawionych sobie samym więźniów wychodzących z zakładów karnych, o samotnych starcach, których dzieci robią kariery daleko od nich, o ludziach pogrążających się coraz bardziej w depresjach. Wraca pytanie o Polskę, Polskę, która o to wszystko się upomni.


