Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
To pół roku za nami.
I drugie pół przed nami. To minione to niespodziana inwazja wirusa, o którym
nadal niewiele wiemy i który wcale nie zamierza wynieść się.
I co robić?
Najważniejsze – nie odkładać. Diabeł, co powtarzam często, ma trzy ulubione
zwroty – „Jutro”, „Później” i „Kiedyś”. To wszystko razem znaczy – Nigdy.
Wszystko, co
odłożymy, i tak przepadnie, zszarzeje i zwiędnie. O to chodzi diabłu. Odkładamy
odchudzanie, spacery, ważne zmiany, szczere wyznania, przeprowadzki i rzucenie
palenia.
No to, co tam sobie
odłożyliśmy na diabelskie kiedyś zróbmy – lub przynajmniej zacznijmy robić –
dzisiaj. To są najbardziej Boże dzieła, siostry i bracia!
Gdyby ewangeliczny
poszukiwacz pereł, odłożył zakup najcenniej na później, byłby niegodnym wspomnienia
idiotą.
Lublin będzie dziś
świadkiem święceń biskupich, ostatnie odbywały się 16 lat temu, a przyjmował je
obecny sekretarz generalny polskiego Episkopatu, bp Artur Miziński. Teraz na
biskupa wyświęcony zostanie ks. Adam Bab, dobrze znany lubelskiej części
czytelników Itinerarium.
Podobnie jak nowy
biskup w Siedlcach, Grzegorz Suchodolski, ks. Adam należy do pokolenia JP2,
generacji, która wsłuchiwała się i żyła duchem papieskiego przesłania. To na
pewno jakiś znak nadziei dla naszego Kościoła.
Na pewno wiele rzeczy
w Kościele zależy od papieża, biskupów i kapłanów. Chociaż nic nie zastąpi
wiary i żywego świadectwa ludzi świeckich. Pamiętam, jak pod koniec ub. wieku w
okolicach Lyonu szukałem wraz z grupą młodzieży możliwości odprawienia Mszy
Świętej. Miejscowy kościół był od dawna zamknięty, klucze spoczywały w
merostwie. Na terenie parafii gromadziła się jednak grupa młodych małżeństw,
studiujących wspólnie Pismo Święte i modlących się raz w tygodniu. Oni poszli do
mera, wzięli klucze, pół dnia odkurzali świątynię i zabrali się za „organizowanie
liturgii”. Zdaje się, że odprawialiśmy tam Mszę Świętą po raz pierwszy od ponad
70 lat. Z perspektywy czasu widzę, że tam był Kościół, wspólnota wierzących,
brakowało tylko posługi kapłana.
Kilkanaście lat temu brałem
udział w dalekim kubańskim mieście Sancti Spiritus (środkowa Kuba) w
święceniach kapłańskich księdza, pierwszego po 67 latach. Kuba była przez wiele
lat państwem formalnie ogłoszonym jako ateistyczne, nie funkcjonowało żadne
seminarium, kościoły były pozamykane, za przyznanie się do wiary groziło
długoletnie więzienie. Przy okazji
święceń okazało się, że wierni doskonale pamiętali pieśni religijne,
modlili się po domach, ustnie przekazywali sobie wyznanie wiary. Pomimo
represji Kościół żył we wspólnotach rodzinnych, sąsiedzkich i przyjacielskich. Ten
Kościół miał też okazję wiele lat temu poznać ks. Adam.
Życząc jak najpiękniej
księdzu Adamowi, nowemu biskupowi w Lublinie, pamiętajmy, że to my jesteśmy
Ludem Bożym, od naszej wiary i przede wszystkim miłości zależy przyszłość
Kościoła.
Na zdjęciu – ks.
Adam, pierwszy z prawej strony, r. 1997, Światowe Dni Młodzieży we Francji.
Wiele razy spotkałem się z komentarzem typu: „Nie zgadzam się z tym
fragmentem w Ewangelii” lub „Nie przyjmuję tych słów”. To, co czytamy dzisiaj,
o przedłożeniu miłości do Boga nad inne miłości, należy właśnie do „niechcianych”
fraz z Ewangelii. Przy głębszym namyśle jest oczywiste, że Pana Boga należy słuchać
zawsze, a rodziców niekiedy lepiej nie słuchać.
Ewangelia nie należy do najbardziej ulubionych lektur polskich katolików,
zresztą do niedawna zniechęcanych przez duszpasterzy do takiego czytania. Bo przecież
można przez to zejść na manowce protestantyzmu. Nieco zabawne są tzw. Niedziele
Biblijne, podczas których usiłuje się przekonać wiernych do sięgania po Słowo
Boże. Zachowując proporcje, to tak jakby trzeba było zachęcać kogoś do jedzenia
i picia.
We wspólnotach „Eleusis”, na przełomie XIX i XX wieku, obowiązkowe było
przeczytanie całej Biblii w ciągu roku, doświadczył tego m.in. Andrzej
Małkowski, założyciel polskiego harcerstwa.
Czytanie Ewangelii – podkreślam czytanie, a nie tylko słuchanie – to pierwszy
krok ku czemuś, co nazwać można życiem według Bożego Słowa. Drugim jest
refleksja, namysł nad treścią tego Słowa. Tu jest jeszcze gorzej, bo nie ma
przycisku „enter”, natychmiast uruchamiającego myślenie. A jest jeszcze krok
trzeci, czyli „wcielenie” Słowa w życie, praktyczna aplikacja treści
ewangelicznych.
Od lat polecam pokochanie Ewangelii metodą sulpicjańską, moim zdaniem
owocną i prostą. Więcej o tym dla chętnych poniżej.
MEDYTACJA SULPICJAŃSKA
– METODA
Medytacja sulpicjańska ułatwi Ci zaprzyjaźnienie się z Chrystusem
poprzez Jego Słowo. Właściwie przeprowadzona medytacja pozwala na głębokie
wewnętrzne spotkania z Nim. Potrzebne jest jednak postępowanie według
odpowiedniej metody. Dokładnie zapoznaj się z przedstawionymi niżej
wskazówkami i za każdym razem stosuj je podczas medytacji, a zobaczysz, że
pozwoli Ci to na głębsze ukochanie Chrystusa i zmianę swojego życia.
Proponowana metoda wymaga poświęcenia przynajmniej 15 minut. Nazwa – medytacja
sulpicjańska – wywodzi się od miejsca,
gdzie się narodziła
UWAGI PRAKTYCZNE
Wybierz sobie miejsce, gdzie nikt nie będzie Ci przeszkadzał i gdzie będzie
możliwie cicho.
Usiądź wygodnie lub jeśli wolisz, spaceruj w miejscu, w którym mógłbyś się
skupić.
PRZYGOTOWANIE
Uświadom sobie OBECNOŚĆ CHRYSTUSA przy Tobie. Możesz to zrobić w prostych
słowach: „Panie Jezu, dziękuję Ci, że jesteś teraz przy mnie, że chcesz do
mnie mówić, że mnie kochasz i przychodzisz do mnie.”
AKT SKRUCHY – przeproś za swoje grzechy, niewierności. To pozwoli Ci na
oczyszczenie serca i głębszy kontakt z Chrystusem. Możesz to zrobić własnymi
słowami lub użyć którejś ze znanych formuł: „Spowiadam się Bogu
Wszechmogącemu…” (ze Mszy Św.) albo „Akt żalu” („Ach żałuję za me złości…”).
WEZWANIE DUCHA ŚWIĘTEGO. Proś Ducha Świętego o światło dla zrozumienia
słów, które będziesz poznawał. Uczyń to własnymi słowami albo przy pomocy np.
takiej modlitwy: Duchu Święty Boże, napełnij mnie swoim
światłem, abym mógł zrozumieć, pokochać i wypełnić wszystkie słowa, jakie
kierujesz do mnie. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
To wszystko zajmie Ci 3 do 5 minut.
Następnie przechodzisz do właściwej medytacji.
ETAP – JEZUS PRZED OCZYMA (adoracja)
Przeczytaj powoli wskazany tekst.
Odpowiedz na pytania: Co Jezus uczynił? Jak się zachował? Co powiedział? Co
uczynili i mówili inni bohaterowie tekstu?
Spróbuj sobie całą scenę wyobrazić – miejsce, czas, przedmioty, ludzi, ich
twarze i reakcje. Odkryj, co On zrobił, powiedział, czego dokonał. Skup się na
Jego działaniu i słowach, podziwiaj i adoruj Go, za wszystko, co w Nim
odkryłeś.
ETAP –
JEZUS W SERCU (komunia)
Rozpocznij teraz swoją wewnętrzną modlitwę. Zwracaj się bezpośrednio do
Jezusa – np. „Panie Jezu, który…”. Proś Go,
aby zaszczepił w Tobie to, co widziałeś w Nim – Jego słowa i zachowania.
Powiedz Mu o swoich myślach i odczuciach, jakie w Tobie powstały. Powiedz
Mu, jak oceniasz swoje życie i postępowanie, co chcesz zmienić w sobie, w stosunku
do innych ludzi, wobec Niego. Nie zatrzymuj się jednak na swoich odczuciach,
nie rozdrapuj przeszłości, ale staraj się ciągle rozmawiać z Jezusem.
Rozmawiaj z Chrystusem powoli, nie spiesząc się. Możesz wracać do
niektórych zdań z tekstu, powtarzając je, aby zakorzeniły się w Twoim sercu.
ETAP – JEZUS W RĘKACH (współpraca)
Wobec Chrystusa podejmij PRAKTYCZNE POSTANOWIENIE. To, co widziałeś w modlitwie
wewnętrznej, spróbuj wprowadzić od tej chwili w swoje życie. Swoje
postanowienie zapisz (dyskretnie, aby nikt do tego nie miał dostępu) i wracaj
do niego w ciągu dnia. Pamiętaj, aby postanowienie było jak najbardziej
konkretne i dotyczyło określonych zmian w Twoim życiu.
DZIĘKCZYNIENIE. Swoimi słowami podziękuj za obecność Chrystusa, za to, co
poznałeś w czasie medytacji.
Modlitwa do Matki Bożej (własnymi słowami lub np. „Pod Twoją obronę…”) – aby Ona
chroniła i ogarniała swoim wstawiennictwem owoc naszej modlitwy.
Podczas Rachunku Sumienia (wieczorem) zadaj sobie pytanie jak zrealizowałeś
w ciągu dnia swoje postanowienie.
Propozycje tekstów do
medytacji: Ewangelia wg św. Mateusza:
Kuszenie Jezusa 4, 1 11
Setnik z Kafarnaum 8, 5 – 13
Uciszenie burzy 8, 23 – 27
Powołanie Lewiego 8, 9 – 13
Córka Jaira 9, 18 – 26
Posłanie Apostołów 10, 1 – 16
Przypowieść o siewcy 13, 1 – 23
Odrzucenie w Nazarecie 13, 53 – 58
Rozmnożenie chleba 14, 13 – 21
Jezus chodzi po jeziorze 14, 22 – 33
O naśladowaniu Jezusa 16, 24 – 28
Przemienienie Jezusa 17, 1 – 8
Spotkanie z bogatym młodzieńcem 19, 16 – 22
Niewidomi pod Jerychem 20, 29 – 34
Uczta 22, 1 – 14
O pannach głupich i mądrzejszych 25, 1 – 13
Z czego będziemy sądzeni? 25, 31 – 46
Eucharystia 26, 26 – 30
Ogrójec 26, 36 – 46
Zmartwychwstał 28, 1 – 20
Ewangelia na dzisiaj:
Jezus powiedział do swoich apostołów:
«Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż
Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie
jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie
godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego
powodu, znajdzie je.
Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto
Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał.
Kto przyjmuje proroka jako proroka,
nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego,
nagrodę sprawiedliwego otrzyma.
Kto poda kubek świeżej wody do picia
jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę, powiadam wam,
nie utraci swojej nagrody».
Martwił mnie zawsze
exodus Polaków zagranicę, słynne i złowrogie „Yes! Yes! Yes!” premiera
Marcinkiewicza sprzed 15 lat jeszcze brzmi mi w uszach. Po nim może dwa miliony
bardzo zdolnych, pracowitych i zaradnych Polaków pojechało na zmywaki do
Dublina, Londynu i Glasgow.
Mieszkam na
Lubelszczyźnie, która wraz z Podlasiem i Podkarpaciem należy do tzw. regionów
depopulacyjnych, czyli takich, z których się wyjeżdża i gdzie mieszka coraz
mniej ludzi.
O ile smuci mnie fakt
gigantycznej emigracji Polaków, wskutek krótkowzrocznych polityk kolejnych władz,
o tyle nie martwi mnie napływ obywateli Ukrainy (często z polskimi korzeniami)
czy Białorusi. Przed 451 laty w Lublinie podpisana została Unia, zwana polsko –
litewską, sam akt dokonał się 1 lipca 1569 r. Zanim jednak dogadały się stany
Korony Polskiej i Księstwa Litewskiego, w Lublinie chęć zjednoczenia z
Rzeczpospolitą wykazały tzw. ziemie ruskie, od Łucka, przez Bracław aż po
Kijów. Stosowne podpisy składano właśnie pod koniec czerwca 1569 r. Duży wpływ
na alians z Polską miała agresywna polityka moskiewskich carów i zagrożenie ze
strony Turków.
Ziemie, o których
piszę, to tereny dzisiejszej Ukrainy i Białorusi. Koegzystencja narodów
ruskiego (nie mylić z rosyjskim!), litewskiego i polskiego, przetrwała aż do rozbiorów i w pewnym zakresie
została odtworzona po r. 1918.
Pisząc to, chcę powiedzieć,
że nasze siostry i bracia ze Wschodu, dziś głosujący nogami za zbliżeniem z
Zachodem (którego pierwszym objawieniem jest Polska, a w niej Lubelszczyzna)
nie są nam obcy. Przeciwnie, to nasi dobrze znani od wieków siostry i bracia. I
więcej wspólnego, od języka zaczynając a na słowiańskiej duszy kończąc, mamy z
nimi niźli z mieszkańcami Dublina czy Liverpoolu.
Choć lekcję pokochania
Wschodu mamy jeszcze przed sobą, lekcję, którą Jana Paweł II nazwał Europą
dwóch płuc, Wschodu i Zachodu. W tej lekcji potrzebny jest szacunek dla ludzi i
ducha Wschodu (bez mitycznego podejścia do Kresów).
To, co dokonali nasi
przodkowie w Lublinie w r. 1569, czyli unii trzech narodów cnych (godnych czci),
ruskiego, litewskiego i polskiego, dziś możemy kontynuować w dobrych,
serdecznych relacjach z siostrami i braćmi ze Wschodu.
Na zdjęciu: Sergiusz,
pochodzi z Ukrainy, a znakomicie rezerwuje stoliki w dobrych lubelskich
restauracjach – otostolik.pl
Ewangelia jest
bukietem marzeń. Marzeń spełnionych. Najpierw marzenia o bliskości Boga, który
ma ciało, jest blisko, który je i pije, czasem nawet przysypia, jak to się
przydarzało Pan Jezusowi.
Jest marzeniem o
ludzkim szczęściu, które może być ocalone na wieki, co udowadnia
zmartwychwstanie Pana Jezusa.
Jest też spełnionym
marzeniem o braterstwie, przecież bratem Pana Jezusa był i celnik Mateusz i
Dobry Łotr, a siostrą Maria Magdalena.
Nie porzucajmy
marzeń, o miłości, braterstwie, życiu wiecznym.
No dobrze, pandemia,
wirus, maseczki, odległości od innych w sklepach, tąpnięcie gospodarki, do tego
jeszcze w Polsce wybory (prawdopodobnie). No i reklamy jakby wszystko było po
staremu a może i bardziej. Nie wiemy co się zmieni i jak i kiedy.
Trzeba się jednak
czegoś trzymać. Czytam co się pisze o pandemii, o tym co wokół wyborów i co w
gospodarce.
Mimowolnie przypomniała
mi się dawna piosenka T Love, 28 lat temu się pojawiła. Poczytajcie,
posłuchajcie.
Trzeba się czegoś
trzymać. Miłości. Piosenka w tym linku:
Coraz
bliżej końca wieku chory świat dogorywa
Wszystko runie już niedługo ale jeszcze trochę czasu
Tak brakuje nam miłości tej szalonej, tej okrutnej
Moje serce pełne bólu moja dusza industrialna
Jestem chory dziki wariat
Tak jak świat gnam do przodu
Nie zatrzymuj mnie kochanie, nie
Coś prowadzi mnie za rękę
Może Pan, może szatan
Sam już nie wiem co to jest
Dzisiaj niebo takie smutne ponad nami, ponad nami
Przytulamy się do siebie całujemy, tak samotni
Tak się trudno porozumieć udajemy, gra się toczy
Zapalamy papierosa ponad nami smutne niebo
Jestem chory dziki wariat
Tak jak świat gnam do przodu
Nie zatrzymuj mnie kochanie, nie
Coś prowadzi mnie za rękę
Może Pan, może szatan
Sam już nie wiem co to jest
Dzień zasypia, mrok się budzi płynę gdzieś autostradą
Mijam światła samochodów tak donikąd, sensu brak
Przecież życie takie krótkie tak tragicznie bezcelowe
Jestem chory dziki wariat
Tak jak świat gnam do przodu
Nie zatrzymuj mnie kochanie, nie
Coś prowadzi mnie za rękę
Może Pan, może szatan
Sam już nie wiem co to jest
Brakuje nam dzisiaj
proroka na miarę – choćby przybliżoną – św. Jana Chrzciciela. My o Ewangelii
mówimy ładnie, grzecznie, wzniośle. A jak robił to Jan?
„Plemię żmijowe, kto
wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Już siekiera do korzenia
drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu,
będzie wycięte i w ogień wrzucone!” (Mt 3).
O siekierach i żmijach
w kazaniach nie słyszymy. Chcielibyśmy? Pod warunkiem, że to nie byłoby
adresowane do nas. Jeszcze jakoś przełkniemy, gdy dowiemy się, że jesteśmy zagubionymi
owcami lub marnotrawnymi dziećmi. Żmijami już nie chcemy być.
Św. Jan traktował
życie, Pana Boga i ludzi na serio, przez to stracił głowę pod toporem sług
Heroda. Zapłacił za te żmije i siekiery.
I nauka dla nas, od
św. Jana. Wszystko brać na serio.
Temperatura sporu
politycznego w Polsce rośnie i pewnie dopiero najbliższe dni przyniosą jej
wzrost.
Z perspektywy Lublina
chcę przypomnieć, że to miasto miało swojego prezydenta, Bolesława Bieruta.
Urodził się w tzw. Rurach Pobrygidkowskich, czyli gdzieś na terenie
dzisiejszego, szeroko rozumianego LSM-u. Miał być księdzem, nie wyszło, został
socjalistą, potem komunistą, wreszcie marionetkowym prezydentem przez 5 lat
(1947 – 52). Jego pomnik – zlokalizowany zresztą na placu Bieruta – postał tylko
10 lat, od 1979 do 1989, teraz można go oglądać w Kozłówce. Ponoć autorowi
projektu (lub wykonawcy) oberwało się za płaszcz na pomniku, zapinany na modłę
damską. Znałem górnika z Łęcznej, który podawał w 1979 r. nożyce Edwardowi Gierkowi
przy przecięciu wstęgi odsłaniającej monument. W rok potem był już działaczem
Solidarności. Następnym prezydentem Polski był kto? Wojciech Jaruzelski, także
z ziemi lubelskiej, z Kurowa, ale to już prawie najnowsza historia (1989 – 90).
Na tym na razie historia polskich prezydentów z Lublina i okolic się kończy, choć
na liście obecnych kandydatów jest jeden związany z Lublinem, z nikłymi
szansami na elekcję w sondażach.
Szaleństwo demokracji
polega, między innymi, na tym, że co 5
lat (lub co 4 w przypadku parlamentu) z tych czy innych powodów wybieramy
nowych władców. Naiwne byłoby oceniać ich rolę z obecnej perspektywy, choć konkurencje
wyborcze budzą wielkie emocje. O polskich władcach wiemy na pewno, że Mieszko I
doprowadził do chrztu Polski, Jagiełło rozbił w puch hordy krzyżackie, Zygmunt
August podpisał Unię (w Lublinie!), a Piłsudski przywrócił niepodległość narodowi
i pogonił 100 lat temu bolszewików, z Bierutem już też wiemy.
Radziłbym wszystkim
kandydatom do władzy (jakiejkolwiek) czytać dobrze historie poprzedników. Nie
zazdroszczę, trzeba mądrze myśleć i wybierać, żeby potem pomnik władcy nie
wylądował w jakiejś Kozłówce, nie mówiąc już o prawidłowym kroju płaszcza. I
jeszcze te bolesne dla potomków zmienianie nazw ulic i placów, ten dawny
Bieruta w Lublinie obecnie jest imienia Izaaka Singera, żydowskiego noblisty, który
bliższy związek miał jedynie z Biłgorajem, 80 km od Lublina.
I na koniec my,
szeregowi wyborcy, którzy pójdziemy w maseczkach w najbliższą niedzielę do urn
(oby w efekcie nasze ciała nie spoczęły w innych urnach, patrzmy uważnie na
statystyki zakażeń i zgonów) albo wyślemy listy z głosem. Co my mamy robić?
Czytajmy historie władców, cieszmy się z Mieszka, Jagiełły, Zygmunta Augusta i
Piłsudskiego, za jakieś 100 lat nasi potomkowie ocenią dzisiejszych
pretendentów. Ale nie pocieszajmy się, że Pan Bóg czuwa i nic nam nie grozi. W
przypadku Augusta Sasa i Stanisława Poniatowskiego, przed i w czasie zagłady Rzeczpospolitej,
może i Pan Bóg czuwał, zawiedli jednak nasi przodkowie. Dobrych wyborów,
siostry i bracia!
Jakie pożytki odnieśliście
z pandemii i kwarantanny? Kryzysy należy dobrze wykorzystywać. Mój znajomy
odbywa bardzo długi wyrok, zasądzony niesłusznie zdaniem adwokatów i innych
przedstawicieli sprawiedliwości. Lat spędzanych w więzieniu nie zmarnował,
prawo zna na poziomie profesorskim, zagina mnie w filozofach i ich poglądach,
literaturę klasyczną może cytować.
Nie wiem ile potrwa
pandemia, raczej długo. Znajoma źle wykorzystała kwarantannę, codziennie udowadnia
jej to ta wredna waga. Moja waga za to jest mi serdeczną przyjaciółką, w czasie
kryzysu bardzo serdeczną. Innej znajomej z kolei poszło lepiej, bo przeczytała
książkę. Jedną ale zawsze to coś. Inna też źle wykorzystała wirusa, dostała
zapalenia ucha od nadmiernego używania komórki, przy czym zawsze dużo mówiła
ale teraz miała usprawiedliwienie.
Możemy się buntować,
że jest inaczej niż było i inaczej niż chcielibyśmy. Z tego buntu dostaniemy wrzodów
na żołądku.
Radzę, aby mądrze,
dobrze, wykorzystać czas pandemicznego kryzysu. Dał nam Pan Bóg ten czas jako
wielką szansę.
Nie bójcie się ludzi! Te słowa z dzisiejszej Ewangelii brzmią mocno zachęcająco.
Bo przecież to ludzie – na przykład ze Śląska jak dziś wielu mniema – mogą nam
przywlec wirusa. To oczywiście bzdura i kłamstwo, ale wierzymy w takie rzeczy,
bo się boimy.
Wszędzie tam, gdzie boimy się ludzi okazujemy naszą słabą wiarę w Pana
Boga. A boimy się naszych przełożonych, szefów, prezesów, dyrektorów i nawet
zwykłych kierowniczek. Boimy się czasem żon i mężów, dzieci, rodziców, złych
sąsiadów. Jeśli wierzymy w Boga i Jego miłość, nie boimy się nikogo i niczego.
Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?
A ludzie? Nikt, tak jak oni, nie prowadzą nas do Pana Boga. Odwołam się tutaj
do doświadczenia Tomasza Mertona:
Mijamy setki ludzi codziennie. Na ulicach, portalach
internetowych, w sklepach. Nic o nich nie wiemy albo tylko kojarzymy mało
konkretnie.
Jest jednak jakaś ściana między nami ludźmi, żyjącymi właśnie
teraz i tu. Zwykle są nam obojętni i obcy. Może jednak czasem przydarzy się wam
coś, co nagle spadło na Tomasza Mertona, 19 marca 1958 roku, kiedy jako mnich
szedł ludnym deptakiem w Louisville (skrzyżowanie ulicy „Czwartej” i
„Walnut”). Ludzie! Ja
was wszystkich kocham! Nikt z was nie jest mi obcy!
Zadajcie
sobie trud translacji zapisku z jego dziennika (wklejam dalej).
Tak
naprawdę jesteśmy siostrami i braćmi i łączy nas o wiele więcej niż myślimy.
Cudowna kraina Wspólnoty Ludzkiej! Proste gesty miłości objawiają natychmiast
tę szczęśliwą prawdę.
Fragment
dziennika Thomasa Mertona:
Yesterday,
in Louisville, at the corner of 4th and Walnut, suddenly realized that I
loved all the people and that none of them were, or, could be totally alien to
me. As if waking from a dream — the dream of separateness, of the “special”
vocation to be different. My vocation does not really make me different from
the rest of men or put me is a special category except artificially,
juridically. I am still a member of the human race — and what more glorious
destiny is there for man, since the Word was made flesh and became, too, a
member of the Human Race!
Thank
God! Thank God! I am only another member of the human race, like all the rest
of them. I have the immense joy of being a man! As if the sorrows of our
condition could really matter, once we begin to realize who and what we are —
as if we could ever begin to realize it on earth.
Jezus powiedział do swoich apostołów:
«Nie bójcie się ludzi! Nie ma bowiem nic
skrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie
miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co
słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach.
Nie bójcie się tych, którzy zabijają
ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało
może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez
woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet
wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż
wiele wróbli.
Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie
przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto
się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest
w niebie».