Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Jestem zaprzyjaźniony z Duchem Świętym od młodości. I to, gdzie teraz jestem, to, o co się troszczę, czym żyję, z kim jestem, to skutek tej przyjaźni.
Staram się słuchać Ducha Świętego i ulegać Jego natchnieniom, nie wygląda to aż tak ekstrawagancko jak w Dziejach Apostolskich, gdzie czytamy, że Duch zakazał gdzieś iść św. Pawłowi albo nakazał płynąć w określone miejsce. Wiem jednak, że to Duch prowadził mnie i nadal prowadzi do ludzi, w których odkrywam obecność Chrystusa. Najmocniej tego doświadczam w spotkaniach z osobami jakoś odrzuconymi, skrzywdzonymi, pozbawionymi domu – jak Stanisław, już świętej pamięci, na zdjęciu.
I wiem, że teraz to On prowadzi mnie do sióstr i braci z Ukrainy, jak choćby do Rosy i Daniły, na drugim zdjęciu. Jestem pewien, że tak właśnie działa Duch Święty, prowadzi do bliskości z ludźmi, do wspólnoty pomimo wielu różnic, do prawdziwego Kościoła.
Po stu dniach wojna w Ukrainie już znormalniała, w tym sensie, że nie ma codziennie większych wstrząsów. Scenariusz powtarza się – Rosjanie atakują, dokonują kolejnych zniszczeń a Ukraińcy bronią się, czasem kontratakują. Bomby i rakiety lecą, ludzie giną codziennie, przywódcy europejscy dzwonią do Moskwy, latają do Kijowa, wszystko przechodzi w statystykę (interesującą tylko analityków).
Wszystko to przypomina grę, gdzie role są podzielone, nam grozi zobojętnienie i nuda obserwatorów, zwłaszcza, że tzw. wolny świat już się wybiera na wakacje.
Apeluję o czujność, sam staram się stale nadstawiać czujki, radary rejestrujące nadchodzące zmiany, nic się nie znormalizowało, to czego teraz doświadczamy to początek większych tąpnięć. Czujność to wewnętrzny stan pilnej, trzeźwej i wytężonej uwagi, przeciwnej ospałości i nudzie. Jakąś bronią jest codzienna modlitwa za Ukrainę i o pokój. Czujność budzą też spotkania z przybyszami z Ukrainy, ich twarze i głosy są świadectwem wielkiego zła, jakie dokonuje się na ich ziemi.
Dzielę się na koniec kilkoma radościami z naszego lubelskiego, wolontariackiego środowiska. Przyjęliśmy dzisiaj do jednego z Domów Nadziei kolejną rodzinę ukraińską, z Kijowa (na zdjęciu), a jutro ugościmy następną, matkę z dwiema córkami. Wystartowały dwie nowe klasy w naszej Szkole Języka i Kultury Polskiej (zdjęcia). Kończymy też przystosowywać nowe pokoje do przyjęcia innych osób. Tak jak umiemy służymy i czuwamy.
Czego nas ta wojna w Ukrainie nauczyła? Zabrzmi banalnie, ale stawia pytanie o miłość do Ojczyzny. Porzuciliśmy to pytanie w Polsce już dawno, służba Ojczyźnie powędrowała do lamusa, a „Kocham Polskę” przeszło do haseł kibiców czy promocji narodowych produktów. Nie ma obiektywnych miar patriotyzmu, jak jednak głęboka musi być miłość Ukraińców do swojej młodej Ojczyzny, skoro ani myślą poddać jej Rosji ale giną za nią, płacą cenę ruin i zniszczeń. Aby tego uniknąć wystarczyło przecież wywiesić białą flagę, jak to uczyniło wobec Hitlera w trakcie ostatniej wojny światowej wiele państw europejskich.
Wątpię, aby ktokolwiek chciał umierać za Unię Europejską, ONZ czy NATO, to tylko pewne abstrakcje, co innego Ukraina, Polska. Choć jest i pytanie, ilu z nas Polaków widzi w Ojczyźnie wartość dla której chcemy poświęcić wiele, a może nawet i życie.
Te banalne pytania zamieniły się dla Ukraińców w dramatyczne i heroiczne decyzje, Rosja próbuje odebrać im coś, czego oddać nie chcą, co jest tak mocno częścią ich samych, że warto o to się bić i nawet umierać. W przededniu 4 czerwca (różnie ocenianego po latach), dnia narodzin znowu Niepodległej Polski w r. 1989, pytanie o miłość do Polski powinno powrócić. Nie chodzi mi jednak o publiczne dysputy, które obecnie stały się raczej przykrymi jatkami, ale o wewnętrzną, osobistą refleksję. Nie chcielibyśmy dzisiaj w Polsce widzieć obrazków podobnych do tych z Buczy czy Mariupola, co jednak gotowi jesteśmy dziś poświęcić dla Polski? I czy lekcja ukraińskiego patriotyzmu jest przykładem dla nas?
To nadal z pozoru banalne pytania, na które być może wkrótce będziemy odpowiadać konkretnymi decyzjami. Do osobistego rozważania polecam.
No to przyjęliśmy uchodźców, tych z Ukrainy. Wkrótce ci Polacy, którzy otrzymywali 40 zł za nocleg nie dostaną już tej kwoty. Powoli zaczną znikać inne „prezenty” dla Ukraińców, np. zwolnienie z opłat drogowych dla samochodów z rejestracją naszych sąsiadów, za tym pójdą inne tego typu pomysły. To ukłon w stronę tych Polaków, którzy już są zniecierpliwieni goszczeniem Ukrainek z dziećmi. Zaczyna się, przynajmniej w niektórych środowiskach, praktyka „męczącej konieczności”, nie wypada przybyszów wyprosić ale jest za ciężko.
Przyjmuję uchodźców od prawie 30 lat, już pisałem, że najpierw byli to bośniaccy muzułmanie, potem głównie Czeczenii i inne nacje kaukaskie, dalej przybysze z Bliskiego Wschodu i Afryki, Białorusini i oczywiście teraz Ukraińcy. Nigdy mnie to nie znudziło ani nie męczyło. Przeciwnie, zawsze kolejni przybysze napełniali mnie radością, tak jest i teraz. A dlaczego? Każdego uchodźcę, przybysza, migranta czy innego gościa przyjmuję jako dar, jako wspaniały dar. Nie ukrywam, że czasami są sytuacje trudne (i zabawne), jak ostatnio kiedy dostałem parę klepek po ramieniu od ognistej Ukrainki, bo nie powiedziałem jej, że przy hamowaniu należy się czegoś przytrzymać w samochodzie.
Nie napinam się jakoś religijnie, żeby za każdym razem pamiętać o słowach Pana Jezusa „Byłem przybyszem , a przyjęliście Mnie!” Już sama sytuacja, kiedy rozmawiam z kimś obcym, nowym, nawet przy ułomności językowej komunikacji, jest niezwykła. Oto ktoś otwiera przede mną swój ogród, potem ja swój, spotykamy się, powstaje nowa więź, następuje przepływ słów, myśli, uczuć i doświadczeń. Robi się piękniej, ciekawiej i bardziej prawdziwie. Tak jakbym otrzymał niespodziankę, dar, jakieś nowe zaskoczenie. Nie umiem tego dobrze opisać, może dlatego, że doświadczam takich sytuacji codziennie.
I tak sobie myślę, że może te 40 złotych to nie jest najistotniejsze, że dar jest wart o wiele więcej. Przypłynęła do nas ta Ukraina, te matki z dziećmi, czasem wylęknione, czasem kompletnie zdezorientowane, rozerwane pomiędzy dawnym dobrze znanym życiem a nowym nieznanym rozpoczynanym tutaj, z nami i obok nas. Naprawdę otrzymujemy wielki dar.
Z jaką ulgą przyjęlibyśmy wiadomość o pokoju w Ukrainie, będziemy jednak chyba długo czekać na taki dzień. Z jeszcze większym napięciem czekają na to Ukraińcy, chcieliby wrócić do pokoju. Do swoich zwykłych obowiązków, spacerów rodzinnych i planowania przyszłości.
Tymczasem nie widać perspektywy końca wojny, a po niej przecież jeszcze będzie trudny czas odbudowy a może i nowej budowy państwa.
Tęsknota za pokojem pośród wieści o nowych walkach odsłania jedno z głębszych pragnień ludzkiego serca. „Wróć, duszo moja, do swego spokoju” , modlę się czasem słowami z psalmu 16. I w tej modlitwie zawiera się chyba pragnienie nas wszystkich, Ukraińców i wszystkich, którzy stanęliśmy po ich stronie.
Przez ostatnie prawie trzy miesiące wspieraliśmy dzieci z Mariupola, z Domu Dziecka „Skrzydła Nadziei”, które przebywały w Kazimierzu nad Wisłą. To 63 dziewczynek i chłopców od 6 do 16 lat pod opieką pani dyrektor i kilku wychowawczyń. Dowoziliśmy owoce, warzywa, nabiał, zabawki, słodycze, ręczniki, materace, nawet dwie lodówki zakupione przez kręgi służby więziennej, pomagaliśmy w hospitalizacji chorych maluchów. Dzisiaj dzieci wyruszyły na zachód Europy, tam znajdą bezpieczne miejsce na najbliższe miesiące, może i lata. Na pożegnanie każde dziecko otrzymało od nas pakiet pełen niespodzianek.
W naszej historii znane są losy „Dzieci z Pahiatua”, w Nowej Zelandii, gdzie schronienie znalazły polskie sieroty wywiezione najpierw do ZSRR w r. 1940, podobną pomoc dały inne kraje, m.in. Iran, Indie czy Liban.
O śmierci dzieci w Ukrainie od rosyjskich bomb i kul, słyszymy co pewien czas. Niespecjalnie wpływa to na decyzje polityków, którzy mogą pohamować zbrodnie Putina. Jest jakiś dysonans pomiędzy deklarowaniem poszanowania praw dziecka przez Zachód a bezproduktywnym sentymentalizmem – „Och! Jakie to straszne, że tam giną też dzieci!” Tylko w niewielkim stopniu Europa ratuje twarz przygarniając ukraińskie sieroty, jak te ze „Skrzydeł Nadziei”.
Jutro już Dzień Dziecka, bardzo dziękujemy wszystkim, którzy dokładali się do wsparcia dzieci z Mariupola, goszczonych w Kazimierzu, wspólnie zrobiliśmy piękną pomoc. Na myśl przychodzi mi wezwanie św. Jana – „Nie miłujcie słowem i językiem ale czynem i prawdą…” To nam się właśnie udało.
Prawie wszyscy chyba jesteśmy na tej wojnie od samego początku. Stoimy po stronie Ukrainy, wspieramy ją finansowo, materialnie, gościmy Ukraińców u siebie. Jesteśmy na wojnie, walczymy jak potrafimy, brawo!
Jednocześnie z boku trwa gra interesów wielkich i mniejszych zawodników głównie europejskiej polityki, szefowie Niemiec, Francji, Włoch i Węgier kompromitują się każdego dnia, dopiero za kilka lat taka postawa zostanie osądzona bardzo krytycznie.
Nie możemy wziąć w nawias ocen moralnych, bo jeśli zastąpimy kryteria dobra i zła rachunkiem ekonomicznym, wartość straci jakiekolwiek ludzkie życie, nie mówiąc już o ideałach wolności czy sprawiedliwości.
Nie wiem czy wygramy – razem z Ukraińcami – tę wojnę, na razie walczymy. Sięgam pamięcią do lat 1980 -81. My wszyscy, „ludzie Solidarności”, z pozoru przegraliśmy z czołgami i ZOMO, co było potem wiemy.
Są takie chwile w historii, kiedy trzeba jednoznacznie opowiedzieć się po jakiejś stronie, po właściwej i dobrej stronie. W tym przypadku po stronie Ukrainy. Warto, tak trzeba.
Kazanie na Wniebowstąpienie Niedziela 29 maja 2022
Nie ma dla nas nieba kiedyś, jak nie zrobimy go teraz tutaj. Niebo jest bardzo blisko, mamy je w swoich myślach, a przede wszystkim w rękach. Najczęściej myślimy o niebie jako o najdalszej przyszłości. Niebo jednak możemy już tu, na ziemi, u siebie robić i doświadczać tamtego wiecznego nieba.
W istocie niebo jest sztuką przygarniania, w wykonaniu Pana Boga jest ostatecznym i nierozerwalnym przygarnięciem każdego z nas do Niego, już na zawsze.
A ponieważ niebo jest sztuką przygarniania to warto tworzyć niebo ludziom, którzy są obok nas, przy nas. Pierwszym krokiem jest wyobraźnia, w której dajemy miejsce dla kogoś innego, często odepchniętego, odrzuconego, wykluczonego. To jest przyjęcie podstawowe, za nim idą już konkretne niebiańskie czyny – dobra rozmowa, która oswaja i zbliża, jakaś mądra pomoc. I najbardziej – przyjęcie kogoś do swojego domu, do wspólnego stołu. Takie przygarniające niebo daliśmy uchodźcom z Ukrainy i wszystkim innym.
Na zdjęciu jest Samrawit, młoda dziewczyna z Etiopii, uciekła z kraju gdzie trwa wojna domowa. Tak jak umieliśmy – myślę o naszym lubelskim środowisku wolontariatu – przyjęliśmy ją i jest dla nas wielkim darem, może nie mamy idealnego nieba dla niej, na pewno udało się jej uciec z przedsionka piekła. Razem z nią ugościliśmy także Rutę z Erytrei oraz Sarę z Bagdadu, uciekły również z miejsc śmiertelnie niebezpiecznych. I te nieba dla Ukraińców uciekających z rosyjskich piekieł, które stworzyliśmy im tutaj, wiele razy o tym pisałem, sami je tworzycie.
Przestroga i nadzieja z dzisiejszego święta jest taka: jak tu przygarniając ludzi dajemy im niebo, tak i nas Pan Bóg przygarnie do Swojego.
Ewangelia:
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jeruzalem. Wy jesteście świadkami tego.
Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż będziecie przyobleczeni w moc z wysoka».
Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce, błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba.
Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jeruzalem, gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga.
Kilka dni temu przyjmowaliśmy późnym wieczorem rodzinę ukraińską z Odessy, matkę z dwojgiem dzieci. Otrzymali już zakwaterowanie i wtedy zapytałem czy nie są głodni, mieliśmy pod ręką kanapki. Młodszy z rodzeństwa, może ośmioletni Oleg odważył się zapytać – „Czy jest u was McDonald’s?”. Moi ukraińscy wolontariusze szybko oznajmili, że jest i nawet otwarty! Okazała się, że w Odessie tego typu restauracji już nie ma i dla ośmiolatka zawalił się świat, który znał.
To może banalna historia, bardziej przejmujący był moment kiedy jedna z pań, z Charkowa, pokazała filmik, na którym widziałem moment zawalenia się jej bloku. To było dla niej i jej bliskich koniec świata, jaki znali od dzieciństwa.
Jest w tej wojnie unicestwienie, niszczenie i burzenie, właściwie trzeba przyznać, że w tym akurat Rosjanie są mistrzami. Przy czym jakaś restauracja czy blok, to mała strata. Przemykają nam przed oczyma statystyki uśmierconych dzieci, kobiet, staruszków i mężczyzn, najczęściej żołnierzy. Nie widzimy ich twarzy, nie znamy losów, ale już ich nie ma. Nie ma, a mogliby przecież żyć.
Bardzo chciałbym, aby na Ukrainie spełniło się proroctwo Izajasza (58):
Twoi ludzie zabudują prastare zwaliska, wzniesiesz budowle z odwiecznych fundamentów. I będą cię nazywać naprawcą wyłomów, odnowicielem rumowisk – na zamieszkanie.
Ukraina jeszcze walczy, czym zaskakuje i wprawia w podziw świat. Nasi sąsiedzi dowodzą, że są narodem walecznym. Niewiele jest takich narodów w Europie, ostatnia wojna światowa pokazała, że wiele państw wolało skapitulować przed Hitlerem niźli stawić mu czoła na polu walki. Tak było w przypadku Belgii, Danii, Holandii czy nawet Francji. Bywały nawet sytuacje kuriozalne, najlepszą znam w wykonaniu włoskich dywizji, które jesienią 1940 r. ruszyły przeciw Grecji z ogromną przewagą liczebną i sprzętową. Ofensywa makaroniarzy utknęła w górach, a jeden z dowódców tłumaczył porażkę dwoma niedoborami – nie docierały transporty z kawą oraz wagony z zamtuzami. I jak tu Włoch miał bić się?
Zaatakowani zawsze mamy kilka wyjść – poddać się, uciekać albo bronić. Dlaczego Ukraińcy bronią się nadal? I kiedy my bilibyśmy się do ostatka, z silniejszym napastnikiem? Najpierw kalkulacja – może jednak jakoś uda nam się wygrać, podstępem czy zaskakującym manewrem. Dalej, może ktoś nas wesprze, pomoże. Może przeciwnik osłabnie.
Są jednak jeszcze racje bardziej zasadnicze. Będę walczył nawet jeśli zginę, ale walczę za wyższą wartość, godną oddania życia, bo Ojczyzna, rodzina, wolność. I są też racje najwyższe. Dobrze ilustruje je historia walki Dawida z Goliatem, Dawid oznajmia – „Niech wiedzą wszyscy zebrani, że nie mieczem ani dzidą Pan ocala. Ponieważ jest to wojna Pana, On więc odda was w nasze ręce.” (1 Sm 17). I Dawid procą powalił olbrzymiego Goliata.
Walczymy do końca, nie zawsze zwyciężając, jeśli mamy w sercach wiarę i nadzieję. Dlatego Ukraińcy jeszcze walczą.