Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Błogosławiony jesteś Panie, Wszechmogący Boże, we wszystkich mich siostrach i braciach Uchodźczyniach i Uchodźcach, Migrantkach i Migrantach!
Błogosławiony jesteś Panie we wszystkich Żydach, którzy uciekali do Polski, jak do bezpiecznego domu, najpierw wygnani z Hiszpanii, potem z Rosji. Błogosławiony jesteś choćby w Berku Joselewiczu, który razem z Kościuszką Moskali chciał przegonić.
Błogosławiony jesteś we wszystkich Niemcach, którzy z radością Polsce tyle dobra i radości przynieśli. Błogosławiony jesteś choćby w osobie Veit Stoßa, my zwiemy go Witem Stwoszem i podziwiamy jego ołtarz w kościele mariackim w Krakowie.
Błogosławiony jesteś Panie we wszystkich Tatarach, którzy swoimi chorągwiami bronili granic Rzeczpospolitej Pierwszej i Drugiej. I choćby w Henryku Sienkiewiczu, pełnym tatarskiej krwi, jesteś błogosławiony!
I we wszystkich Ormianach bądź błogosławiony Boże, choćby w osobach Zbigniewa Herberta i Ani Dymnej, którą mam wielki przywilej znać. A i za Karaimów błogosławię Cię Panie, choćby w Szymonie Pileckim, który polskie samoloty wznosił na niebo!
I w Szkotach Panie błogosławię Cię, uciekali bo byli nielubianymi katolikami pod Glasgow i Aberdeen, choćby w tych, co w Lublinie, w wieku XVI w radzie miasta zasiadali.
A Holendrzy? Ho, ho, ho! Panie, błogosławię Ciebie za nich, choćby za tych, co wymyślili słynną złotą wódkę gdańską. No a Włosi? Ojej, bez nich Zamość byłby smutną wiochą, a teraz jest Padwą Północy! Dzięki Wam, siostry i bracia, za wszystko, przepraszam pizzy nie lubię. I przecież nie mogę pominąć Cyganów, ha,ha! Wszak to oni trenowali niedźwiedzie w słynnej Akademii Smorgońskiej, i jak dobrze je trenowali! O Gruzinach nie zapominam, Panie, tyle cudownych ziół i przypraw przywieźli nam z Kaukazu. O Ukraińcach osobny kantyk napiszę.
Ktoś tam, kiedyś, w stanie umysłu zamąconego, Ty wiesz, Panie, zaczadzić chciał nasze mądre głowy, że uchodźcy zarazki nam przynieść mogą. Jak Cię, Panie kocham, żadna siostra i brat z Uchodźstwa, niczym mnie nie zakazili. Trochę mi Panie wstyd za kiłę czy syfilis, bo zawlekli ją do nas rozpustni królowie nasi i arystokraci, dzięki Ci Panie, że mnie nie dopadła, ale i okazji po temu nie miałem.
Błogosławiony jesteś Panie, Wszechmogący Boże, we wszystkich mich siostrach i braciach Uchodźczyniach i Uchodźcach, Migrantkach i Migrantach! Bez nich Polska nie byłaby Polską!
PS. Wiem, że zrozumienie tego wpisu wymagać może żeglowania po Internecie, niczego jednak nie zmyśliłem. Oczywiście, świetnie wiem, co złego uczyniły nam hordy tatarskie i niemieckie gestapo, ale nie o tym ten wpis. Pan Jezus – „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie” – przychodzi właśnie w siostrach i braciach uchodźcach i migrantach. A na zdjęciu, jestem w otoczeniu pana Jezusa, razem z siostrami i braćmi, z Ghany, Tanzanii, Zimbabwe, Indii i Etiopii.
Przygodę z Aniołkiem już opowiadałem, ale wracam do niej z racji dzisiejszego – poniedziałkowego – święta naszych Aniołów Stróżów. A z takim Aniołkiem miałem kiedyś przygodę na kolędzie na lubelskich Czubach.
Pukam do mieszkania, otwiera pan w wieku średnim, mocno zaskoczony i nie mniej rozczochrany, z kategorii „wczorajszych”.
– Oj, ksiądz!
– Mogę przyjść innym razem – zaczynam negocjować.
– Nie, nie, jak już ksiądz przyszedł, to proszę …
Stół mojego gospodarza mieścił wszystko, stosy gazet, słoiki, kartony, nieumyte talerzyki, sztućce i ze trzy popielniczki. Człowiek zrywnym ruchem odgarnął majdan do połowy stołu i zadowolony z siebie rzecze:
– Proszę bardzo!
– To znaczy? – pytam niepewnie
– Może się księdzu przyda!
Skoro gość już posprzątał, to idę mu na rękę, rozkładam mobilne kropidło i agendę (zbiór modlitw, m.in. na okazję kolędy). Rozglądam się po mieszkaniu (a gospodarz ze mną) szukając jakiegoś symbolu religijnego. Ale nigdzie nie widzę ani krzyża ani obrazu. I próbując wyprowadzić trochę inicjatywy ze strony zaskoczonego nieszczęśnika pytam:
– W którą stronę się pomodlimy?
Pan nabrał powietrza, zmarszczył brwi i stanowczo oznajmił:
– We wschodnią!
Rozbawiła mnie ta deklaracja i dalej podpytuję:
– Tak jak muzułmanie?
– A to nie, nie, nie! To już lepiej w zachodnią – ratował się gospodarz –ale tak właściwie o co księdzu chodzi?
– Wie pan, nie widzę krzyża ani obrazu, jakiegoś symbolu religijnego, to pytam w którą stronę się ustawimy …
Człowiek zaczął nerwowo omiatać wzrokiem pokój i nagle rozbłysnął jak Wenus po zachodzie słońca:
– Aniołek! Aniołek, proszę księdza! Jest na choince! – triumfował i wskazywał na drzewko. Dyndał na nim mały, kremowy aniołek.
– To w stronę Aniołka? – upewniałem się prawie przez łzy śmiechu.
– Tak! Do Aniołka!
Jestem człowiek zgodny i pogodny, więc się pomodliłem zgodnie z wolą zaradnego gospodarza:
– Aniele Boży, Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój … – itd. do końca.
A potem sobie pomyślałem, kurczę, ja te brewiarze szepczę i różańce, a może Aniele Boży wystarczy? Dobrego dnia, tygodnia i miesiąca dla Was.
Spotkałem w życiu wiele pań nazywanych w Ewangelii nierządnicami. Nie lubię tego określenia, te, które spotkałem i poznałem były albo zuchwałe albo nieszczęśliwe i niezaradne. O jednym z takich spotkań piszę dalej, inne chyba w autobiografii opowiem dopiero.
Przykazanie „Nie cudzołóż” nie jest ani ważniejsze ani mniej ważne niż wszystkie inne z dekalogu, czyli „Nie zabijaj”, „Nie kradnij”, itp. Zupełnie nie rozumiem dlaczego złodzieje – nawet ci z ministerstw – uważają się za lepszych od dziewczyn na telefon. Sami za dużo większą kasę sprzedają swój honor, a potem wypinają grube brzuchy do orderów.
Zabawna może ale i piękna historia, z dziejów Duszpasterstwa Młodzieży przy Świętym Duchu w Lublinie, 20 albo i więcej lat temu, te słowa czytają czasami chłopaki, którzy byli jej drugorzędnymi bohaterami. A pierwszorzędnymi bułgarska panna nieszczęśliwa i niezaradna oraz polski recydywista. Z więźniami i recydywistami zacząłem, Bogu dzięki, zadawać się zaraz na początku kapłaństwa, grubo 30 lat temu. To chłopaki z Łęcznej, z moich ukochanych klas typu betoniarz – zbrojarz i murarz – tynkarz. Odwiedzałem ich w Chełmie, gdzie kiblowali za pobicia kibiców Avii Świdnik. Przy okazji poznałem Józefa (zmieniam imię, od maja b.r. już w niebie), recydywistę, krewkiego damskiego boksera. Wyszedł, zakolegowaliśmy się, nawrócił, zaczął ratować zagubionych ludzi, dziewczyny także.
I dzwoni w nocy, na stacjonarny, komórki wtedy mieli Amerykanie, wojskowi. Chce pożyczyć 500 złotych. Na wykupienie dziewczyny od bułgarskiego alfonsa. Nie uwierzyłem od razu, ale biorę pieniądze, jadę do podłego baru pod Lublinem, fakt, jest Diana, posiniaczona, cała w krostach, ledwo widzi, 12 dioptrii jak potem orzeka znajoma okulistka. Alfons postawny, mocny, zabić gada nie dam rady, zresztą nie mam rewolweru. Dobijamy targu, on chowa pięć stówek, a ja z Józkiem bierzemy Dianę. Od razu mówię, że na plebanię jej nie wezmę, siostry zemdleją na widok bułgarskiej panny nieszczęśliwej i niezaradnej. Józio bierze, a potem się jej oświadcza, jest ślub. I jest problem!
Diana musi wrócić pod Warnę, aby zalegalizować swój pobyt w Polsce w naszym konsulacie, pojechała, ale nie ma jak wrócić, błaga o pomoc, Józio zakochany czeka!
Ech, dobra, miłość to miłość. Wysyłam pod tę Warnę dwóch dzielnych wolontariuszy – brawo Andrzej i Jarek – samochodem skromnego księdza, który teraz jest dobrym biskupem (brawo Adam). Jadą, znajdują Dianę, wracają spokojnie aż do granicy Ukrainy z Polską. Tam nasi pogranicznicy gapią się na bułgarską pannę nieszczęśliwą i niezaradną i pytają czemu ją panowie do Polski wwieźć chcą. Ona, wymalowana, wyfruzowana, nadmiernie pachnąca, od razu zdradza swój fach. A chłopaki:
– No, w celach … duszpasterskich …
Pogranicznicy z Tomaszowa rechoczą i drwią.
– W celach… duszpasterskich?
Andrzej z Jarkiem radzą, aby skontaktować się z księdzem Mietkiem. Skontaktowali się, potwierdziłem. Wjechali, Diana i Józef mają dwóch synów dzisiaj.
Czytam Ewangelię, ani razu Pan Jezus nie potępia panien zuchwałych, nieszczęśliwych i niezaradnych. Nierządnic. Niektóre z nich są dziś uznawane za święte. Będę się cieszył, jeśli zaraz za nimi dostanę się przed oblicze Pięknego Pana Boga, rzecz jasna ze wspomnianym biskupem.
Ewangelia
Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu:
«Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: „Dziecko, idź i pracuj dzisiaj w winnicy”. Ten odpowiedział: „Idę, panie!”, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: „Nie chcę”. Później jednak opamiętał się i poszedł. Który z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią Mu: «Ten drugi».
Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wy mu nie uwierzyliście. Uwierzyli mu zaś celnicy i nierządnice. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć».
Tak, dziś zgodnie z wczorajszą zapowiedzią będzie krew, łom, siekiera. I śmierć. Śmierć księdza, zabitego przez parafian. Nie chcę epatować kryminałkami, piszę o tym, ponieważ mało kto pamięta już o ś. p. księdzu Józefie Gąbce, zamordowanym dokładnie 30 lat temu w Zagłobie, w diecezji lubelskiej. Piszę dlatego, że jest to jedyny kapłan męczennik – jak inaczej nazwać niewinnie zabitego księdza? Oczywiście każdy inny niewinnie zabity też jest męczennikiem – w diecezji lubelskiej po roku 1989. Może nawet po latach stalinowskich, ale to już mogą ustalić moi zacni koledzy z IPN.
Więcej o okolicznościach śmierci ks. Józefa znajdziecie w dalszej części wpisu, to kopia mojego artykułu sprzed 5 lat. Jest też link do artykułu, który opublikowałem teraz, można ściągnąć przez Internet za 5 lub 6 zł PDF, lubelska edycja Niedzieli. Tam odnoszę się też do zapomnianego morderstwa na proboszczu w Zagłobie, w r. 1939.
Bardzo dziękuję rodzinie ks. Józefa za pomoc przy ustalaniu faktów z życiorysu ich brata i syna, tak samo Ani i Marysi, wolontariuszkom, na różny sposób uczynnymi w trakcie zbierania materiałów.
Od razu wyjaśnię, że tekst powstał dużo wcześniej zanim Polskę i świat obiegły bulwersujące informacje z diecezji sosnowieckiej. Nie napisałem też tych tekstów w imię jakiejkolwiek „klasowej solidarności” z księżmi. Morderstwa i rzezie kapłanów to nic nowego, dokonywali ich Niemcy i Sowieci, lubowali się w gilotynowaniu duchowieństwa koryfeusze Rewolucji francuskiej, zatem nihil novi. Nie napisałem także z tego powodu, że znałem – słabo – ks. Józefa.
Właściwie jedynym istotnym motywem była chęć pokazania prawdy i ocalenia jej od zapomnienia.
I prośba na koniec, komentarzy na temat grzesznego prowadzenia się księży, jest tak dużo, że tu nie piszcie, proszę.
Późnym wieczorem w piątek 30 września 1993 r. Zagłoba tonęła w mroku, gmina dla oszczędności gasiła latarnie o dziesiątej. Zagłoba Pierwsza, gdzie znajduje się kościół oraz budynki parafialne, leży pośród drzew, gdzieniegdzie zgrupowanych w małe laski. Z ciemności i dogodności terenu skorzystali trzej sprawcy zabójstwa ks. Józefa Gąbki, wikariusza w tamtejszej parafii.
ZOSTANĘ TU AŻ DO ŚMIERCI
Zabójstwo ś. p. Ks. Józefa Gąbki 1 października 1993
Zagłoba była pierwszą i ostatnią parafią, w której przez niemal pięć lat służył ks. Józef. – Ksiądz już tu u nas tak długo – zauważyła podczas ostatniej kolędy jedna z parafianek. – A wie pani, ja to już tutaj do śmierci chyba zostanę. Żartem rzucone słowa księdza stały się w kilka miesięcy później smutnie spełnionym proroctwem. Młody wikariusz trafia do Zagłoby w dwa tygodnie po przyjęciu święceń kapłańskich, 27 grudnia 1988 r. Od razu wypełnia sobie czas intensywną służbą.
Świetnie układała mu się praca z młodzieżą – wspominał proboszcz parafii, ks. Mieczysław Gac – Zaraz zorganizował pielgrzymkę ósmych klas, Częstochowa, Kalwaria Zebrzydowska, Zakopane. Co roku z nimi jeździł. Dekoracje – na Boże Narodzenie czy Wielkanoc – razem z młodzieżą zawsze przygotowywał. Chodził też na pielgrzymkę do Częstochowy, razem z „jedenastką” lubelską. Zawsze ktoś u niego był. Najwięcej młodzieży. Mirek, parafianin z Zagłoby, związany z ks. Józefem od pierwszej pielgrzymki autokarowej dodał: – Jak tu przyszedł, dużo się zmieniło. Niektórzy to tylko dzięki niemu zobaczyli Częstochowę i Kraków. Za pierwszym razem 70 osób wziął na pielgrzymkę. Potem zaczęli chodzić z nim pieszo do Częstochowy. Zorganizował tutaj kurs lektorski, chłopców zachęcił do ministrantury. Kiedy by się nie przyszło, zastukałeś, drzwi otwarte. Zawsze był pogodny i z dowcipem. Młodzież się garnęła. Można było przyjść o każdej porze. Miał dla nas czas. Czasem żłóbek czy grób Pana Jezusa na Wielkanoc do pierwszej w nocy robiliśmy. I on z nami, podsuwał pomysły, sam pomagał.
Annie łzy cisnęły się do oczu, a nie była nawet jego parafianką, znali się tylko z wyjazdów i pielgrzymek – Ile razy ktoś z młodych znalazł się w dołku, szło się, a on zarażał optymizmem do życia. Mówił, że warto żyć, że kryzysy miną. I to pomagało. Kiedy byliśmy w górach, każdego dnia miał krótkie kazanie. Ale mówił tak przekonywująco i konkretnie, że wracaliśmy z takich wyjazdów lepsi. Bardzo będzie go nam brakować.
TRAGEDIA POD OSŁONĄ NOCY
Ks. Józef Stanisław, Gąbka urodził się w Janowie Lubelskim 7 maja 1963 roku. Rodzice śp. ks. Józefa mieszkali w Godziszowie koło Janowa Lub. Tam też przyszły kapłan ukończył szkołę podstawową. W roku 1982 zdał maturę w janowskim liceum i wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Lublinie. W podaniu o przyjęcie napisał m.in.: „Moim gorącym pragnieniem jest zostać kapłanem.” Święcenia kapłańskie przyjął z rąk ks. Abpa Bolesława Pylaka 10 grudnia 1988 r. w katedrze lubelskiej. W tym samym dniu otrzymał skierowanie do pracy duszpasterskiej jako wikariusz w parafii NMP Królowej Polski w Zagłobie, niedaleko Opola Lubelskiego. Zamieszkał w połowie przedwojennego domku, otoczonego zaroślami bzu.
Wieczorem przed śmiercią przyjmował u siebie kolegów z dekanatu, zrobił im kanapki na kolację. Później razem z katechetką ustalali przebieg nabożeństw różańcowych dla dzieci, następnego dnia była pierwsza sobota października. Wtedy ktoś zapukał do okna: – Proszę księdza samochód nam się popsuł… Czy ksiądz nie mógłby pomóc? – to był głos Irka, wieloletniego ministranta w Zagłobie. Ks. Józef wyszedł na zewnątrz, za krzakami bzu kryli się już sprawcy zbrodni. Kapłan otrzymał w sumie dziewięć ciosów łomem i siekierą. Proboszcz będzie w stanie rozpoznać wikarego jedynie po ubraniu następnego dnia rano. Ciosy zadawali głównie 19-letni wówczas Darek K. i 17-letni Irek M., na czatach stał 13-latek, Arkadiusz J. Z mieszkania księdza zabierają kluczyki do auta oraz niewielką sumę pieniędzy. Do samochodu wpychają przerażoną i nieświadomą zbrodni katechetkę, którą kilka godzin później uwalniają. Do rana jeżdżą bez celu po okolicy. Katechetka dociera do plebanii, wzywa pogotowie, ksiądz umiera w pół godziny po przewiezieniu do szpitala w Poniatowej. Sprawcy zbrodni zostaną zatrzymani wkrótce, jeszcze w skradzionym samochodzie.
Zszokowani parafianie, głównie młodzież, spontanicznie zapalają lampki przy wejściu do wikarówki, rośnie pryzma kwiatów. Przede wszystkim jednak zapełniają tłumnie kościół, podczas Mszy Świętych i nabożeństw różańcowych. Przerażeni byli samą zbrodnią, dodatkowo przybici faktem, że dokonali jej młodzi ludzie w zasadzie z sąsiedztwa. Uroczystości pogrzebowe odbywały się w Zagłobie w tydzień po śmierci wikariusza. Uczestniczyło w nich 170 kapłanów, z ks. bpem Ryszardem Karpińskim na czele oraz tysiące wiernych z parafii i okolic. Po zakończeniu nabożeństwa w Zagłobie trumnę z ciałem przewieziono do rodzinnej parafii zamordowanego kapłana w Godziszowie (diecezja sandomierska). Tam w asyście blisko 200 księży Mszy Świętej przewodniczył i homilię wygłosił ks. bp Wacław Świerzawski. Młodzież z Zagłoby jechała na pogrzeb w Godziszowie z przeczuciem, że rodacy ks. Józefa będą patrzeć na nich z wyrzutem. Młodzi pierwsi zaczęli jednak zbierać pieniądze na epitafium poświęcone swojemu duszpasterzowi, znajduje się w kruchcie kościoła.
W OBLICZU NOWEGO ANTYKLERYKALIZMU
Proces zabójców księdza Józefa zakończył się w marcu następnego roku w Sądzie Wojewódzkim w Lublinie. Nastoletni Arkadiusz J. został umieszczony w zakładzie poprawczym, dwaj pozostali sprawcy otrzymali wyroki po 15 lat więzienia, karę odbyli w całości. Już na etapie śledztwa wszyscy oskarżeni przyznali się do udziału w zbrodni, opisywali także precyzyjnie przebieg zabójstwa. Od początku planowali zabicie księdza, motywy mieli czysto rabunkowe, chcieli ukraść samochód i pieniądze. Jednak w trakcie procesu – relacjonowanego na gorąco przez liczne media – pojawił się także wątek niechęci do duchowieństwa, „przecież wiadomo, że księża są bogaci”. Pierwsza fala antyklerykalizmu po r. 1989 powstała w atmosferze sporów o przywrócenie Kościołowi dóbr bezprawnie odebranych w czasach komunizmu oraz popieranych przez Kościół prób wprowadzenia prawnej ochrony dzieci poczętych (tzw. ustawa o planowaniu rodziny z 1993 r.). Obecny antyklerykalizm – który zapewne wzmoże się po emisji filmu „Kler” – nie jest zatem niczym nowym. Wspomnienie o ks. Józefie piszę w 25 lat po jego tragicznej śmierci, jest jedynym kapłanem w archidiecezji lubelskiej zamordowanym po r. 1989.
Dla ludzi wiary ważne jest spojrzenie na kapłaństwo z perspektywy Bożego słowa: „Z całej swej duszy czcij Pana i szanuj Jego kapłanów! Z całej siły miłuj Tego, co cię stworzył, i nie porzucaj sług Jego ołtarza!” (Syr 7, 29 n). Przed 5 laty Papież Franciszek apelował do nas w Rzymie – „Was drodzy polscy pielgrzymi i wszystkich Polaków proszę: dziękujcie Bogu za waszych kapłanów i wspierajcie ich modlitwą, życzliwością i dobrą radą. Niech Pan wam błogosławi.”
Mieczodziobek jest na zdjęciu, dziękuję Magdalenie Niedziałek za udostępnienie fotki, z jej wspaniałych zbiorów. Więcej takich cudów będziecie mogli zobaczyć 1 grudnia,. W czasie tegorocznej Gali Wolontariatu. Magdalena przygotowuje specjalną wystawę o ptakach … wolontariuszach! Tak, są takie.
Wracając do pana (pani?) mieczodziobka. Najpierw z rozpędu przeczytałem, że to mieciodziobek …
Patrzę na mieczodziobka. Utwierdza mnie w wierze w Niesamowitego Pana Boga, pełnia radości!
W jutrzejszym wpisie, niestety, będzie krew, śmierć, łomy i siekiery. Takie prawdy też trzeba znać.
Wczoraj spotkaliśmy się z dawnymi i obecnymi mieszkańcami naszych Domów Nadziei, w których żyli lub żyją osoby pokonujące bezdomność albo wyszły z więzień i nie miały dachu nad głową.
Teraz, niektórzy z nich przyjechali własnymi samochodami, wszyscy eleganccy, pachnący, mają już swoje mieszkania, czasem komunalne, czasem wynajmowane. Wielka radość!
Jeden z tych naszych braci powiedział prosto:
– Zanim przyjęliście mnie do waszego domu, myślałem, że nie ma już dla mnie nadziei. Teraz ją odnalazłem.
Przepraszam, że znowu podaję numer konta. Nie byłoby jednak tych Domów (teraz już 14) i Nadziei, gdyby nie Wasze wsparcie.
Stowarzyszenie Centrum Wolontariatu w Lublinie
ul. Gospodarcza 2
20- 217 Lublin
Bank PKO S.A. V oddział w Lublinie
nr konta: 64 1240 1503 1111 0000 1753 2101
Tytuł przelewu: darowizna na cele statutowe Domy Nadziei
Sfotografowałem tylko ręce uczestników wczorajszego spotkania.
Życie jest piękne, cudowne. I przynosi miłe, wesołe niespodzianki. Otwieram wczoraj rano korespondencję, kolejne listy od więźniów. Zwykle zaczynają się od chwalenia Pana Jezusa i szczęść Boże, taka tam podpucha w dwóch zdaniach. Zaraz potem – „Przyślijcie mi 100 złotych na wypiskę…”
A tym razem aż usiadłem z wrażenia, bo czytam:
Pochodzę z Lublina, mam 23 lata, zostałem aresztowany na Śląsku. Przyjechałem tam, bo poznałem dziewczynę. Zakochałem się. Dziewczyna okazała się oszustką. Upiła mnie wraz z kolegami, okradli mnie, pobili i zostawili pod blokiem, nieprzytomnego, sami uciekli, jacyś ludzie wezwali policję. Bandyci ukradli mi 6 tysięcy złotych, biżuterię o wartości 3 tys. zł i dwa telefony komórkowe warte 2 tys. zł. Zostałem bez niczego. Policja mnie aresztowała, bo byłem poszukiwany do odbycia kary. Nie mam nic. Ani pieniędzy ani dokumentów ani niczego. Taką miłość poznałem w Internecie.
Oho, ho, ho! Mistrz epistolografii trafił się, myślę. I nie pomyliłem się, bo zaraz po prośbie o dwie stówki i kartę do dzwonienia nastąpiła szczera spowiedź:
Bardzo was proszę o pomoc, odwdzięczę się jak stąd wyjdę. Mogę zrobić wam dach, bo się na tym znam. Robiłem dachy ale poznałem niewłaściwą miłość. Teraz, jak wyjdę, to poszukam sobie dziewczyny, wezmę żonę z Ukrainy, bo to są dobre i wierne baby. A mam już taki wiek, że trzeba się żenić. Ja jestem budowlańcem. Nie piję, nie palę ale się źle zakochałem.
Tyle z listu brata zza krat, sprawdziłem, list wysłany z jednego ze śląskich więzień, więc to nie dowcip. I co tu zrobić?
Siostry i bracia, błagam wspomóżmy źle zakochanego Kamila, wierzącego w dobre i wierne ukraińskie baby. Naprawdę za ten list należą mu się te dwie stówki, ja ich nie mam (bo ja to mam to, co Wy mi dacie!), z kartą do telefonu jakieś trzy. Numer konta poniżej, dopiszcie „Krata”. A moje asystentki od integracji już się rozglądają za jakąś Ukrainką. Wolną i dobrą. I wierną, ma się rozumieć.
Ilustracja – zajęcia naszych wolontariuszy w jednym z lubelskich więzień.
To święci zdecydowali w głównej mierze o losach narodów, naszego także. Wiem, że to teza śmiała, ale udowodnię ją. W czasach powszechnej dekonstrukcji autorytetów i prób – czasem chyba nawet udanych – pisania historii na nowo, przywoływanie prawd oczywistych skazane jest na najwyżej obojętność.
Niszczenie autorytetów to współczesna moda, łatwa do zauważenia. Najnowszą i najbliższą nam wersję pisania historii na nowo, widzimy w polityce Rosji wobec Ukrainy, Putin et consortes próbują przekonywać, że nasi sąsiedzi nie są odrębnym narodem i nie mają prawa do tworzenia swojego państwa. Wielu Rosjan już przekonali, niestety tej narracji ulegają też i nie – Rosjanie, niektórzy Polacy także.
Teraz o świętych. Nie sposób wyobrazić sobie historii Czechów (i Czech) bez św. Wacława, święto ma za dwa dni. I nie byłoby pięknej historii Węgrów (i Węgier) bez św. Stefana (16 sierpnie w liturgii). I nie byłoby bratniego narodu znad Dniepru gdyby nie św. Włodzimierz Wielki (15 lipca) i św. Olga (11 lipca).
Dobrze, Polska teraz. Nie mamy świętych królów u zarania naszej tożsamości narodowej, jedyną polską świętą na tronie pozostaje Jadwiga (ta od Jagiełły), św. Kazimierz Królewicz był tylko kandydatem do Wawelu. Nie sposób jednak wyobrazić sobie naszej historii bez świętych – na początku Wojciecha i Stanisława, potem właśnie Jadwigi (Uniwersytet w Krakowie, jeden z pierwszych na świecie). A współcześnie? Proszę bardzo – Albert Chmielowski, Maksymilian Kolbe, Karol Wojtyła (przy wszystkich uwagach krytycznych), Wyszyński i Popiełuszko.
I na koniec, gra wyobraźni, jest rok …2095. I toczy się właśnie proces beatyfikacyjny. Czyj? Jarosława? Donalda? Szymona (Hołowni)? Władysława (Kosiniaka)? No czyj? Hm, pożyjemy, zobaczymy. To znaczy z mojego peselu raczej – umrzemy, zobaczymy. Normalnie gruchniemy śmiechem! Gwarantuję!
Na zdjęciu, jeszcze Mietek (zanim ks. mi dopiszą) i Jan Paweł II (jeszcze przed beatyfikacją), Mietek z wąsami 😊
Dziś, na początek nowego tygodnia i na ostatnie dni września, będzie o końcu świata. Na zdjęciu jest Brat, muzułmanin, którego kilka lat temu miałem przywilej poznać w Erbilu (Kurdystan), ja jestem z lewej strony 😊
Koniec świata jest tam, gdzie wychodzimy poza swoje ogrody i odkrywamy zupełnie inne, nowe, zwykle bardziej cudowne niż te nasze.
Dajmy się zaprosić do cudownych ogrodów, którymi są ludzie, najbardziej ci, których dziś spotkamy. Dobrego, cudownego tygodnia.
Ta dzisiejsza Ewangelia, pomimo pozorów, jest chyba o alkoholikach i imprezowiczach. I jeszcze o bogatym biznesmenie z dużym rozmachem wyobraźni.
No dobrze, jest jakiś żydowski bazar, podobne widziałem w Rzymie w latach 80-tych, ale i w Lublinie, w 90-tych, ub. wieku, przy Ruskiej w ostatnim przypadku. Przychodzi – przyjeżdża – bogaty gość, szuka rąk do roboty, zgarnia tych, co (trzeźwi) czyhają na okazję zarobku od rana, wczesnego, jakaś 6:00 u nas. Roboty dużo, a chętnych do harowania od rana mało. No to raz jeszcze przyjeżdża około południa, zbiera tych, co śpią trochę dłużej. Ale i tak końca zbioru oliwek czy winogron nie widać. Zdesperowany – kontrahenci czekają następnego dnia rano na świeżą dostawę – leci po raz ostatni tak koło 17:00. Uff! Jest jeszcze paru żuli – „Idziecie do pracy?” Za ile? Dobrze zapłacę. Popracowali godzinkę, fajrant o szóstej. I zgarnęli ładną sumkę, taką samą jak ci z poranka i południa.
Czemu przyszli na bazar dopiero o 17:00? Ha, ha, ha! Przecież oni trzeźwieli po imprezie, ostrej, poprzedniego dnia!
No dobrze, dobrze, a ten biznesmen? No cóż, sprzedał następnego dnia towar po bardzo dobrej cenie i wyszedł na swoje.
Spowiadałem kilka lat temu osoby bezdomne na rekolekcjach. Najpierw przychodzili tacy, co byli przy konfesjonale na ostatnie Święta, potem ci, co rok temu. No to musieli za pokutę odmówić Litanię do Matki Bożej. A już przy końcu kolejki, przyszedł brat i rzecze, jeszcze przed wyznaniem grzechów – „Ja to chyba u spowiedzi byłem ostatni (i pierwszy) raz … sześćdziesiąt trzy lata temu, 63!”
A ja, głupi, wypalam: „Żartujesz?” I słyszę – „No teraz mam 72 lata, do pierwszej komunii szedłem, jak miałem lat 9, to wychodzi, że 63 lata…”
Zaczerwieniłem się, przeprosiłem, jeszcze dopytałem czy może stracił wiarę w Boga lub Kościół (nie zdziwiłbym się). A brat – „Nie, jakoś tak mi zeszło …” Hm, pomyślałem, zdarza się.
I już myślę o pokucie … Myślę i myślę. I bach, przypomina się mi dzisiejsza Ewangelia! Hurra! Mówię do brata – „Litania do Matki Bożej!” A brat – „Nie umiem …” To ja – „A Zdrowaś Mario?”. Brat – „No, jasne!”
Na zdjęciu – nie mam a nawet jak mam, to nie dam, zdjęcia z konfesjonału. Tu opatruję nogi Asi, bardzo ją lubiłem. Niestety, rok temu, zmarła na działkach w dzielnicy Dziesiąta w Lublinie. Zmarła z dobrze opatrzonymi nogami.
Ewangelia
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:
«Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.
Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.
Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”.
A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.
Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi».