Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
No to mamy Wielki
Post! Patrzę i słucham jak wielu z nas wierzących napina się i napręża.
Niektórzy nie będą jeść słodyczy przez najbliższe 40 dni, inni nie tkną piwa.
Nie są to ani akty religijne ani oznaki wiary, raczej jest to pobożna i
nieszkodliwa gimnastyka. Co innego, gdy ktoś przeliczy te niezjedzone cukierki
i niewypite piwa i zaoszczędzonym groszem wesprze ubogich. Bo z naszych
niezjedzonych słodyczy i piw niewypitych, Pan Bóg korzyści nie ma. My tylko
możemy sobie poprawić samopoczucie i pokazać Panu Bogu – „Zobacz! Widzisz Boże?
Nie jem słodyczy! I nie piję piwa!” Na co pewnie Pan Bóg sobie pomyśli – „No,
na pewno nie przytyjesz bez słodyczy, a bez piwa brzuch ci nie urośnie. Dbasz o
figurę!”
I tak się czasem w
tym Poście Wielkim napinamy, naprężamy i pokazujemy Panu Bogu i ludziom swoją pobożność,
duchową moc i stalową wolę.
Myślę sobie, że w
Wielkim Poście i w życiu w ogóle chodzi nie o to, aby się napinać i naprężać,
ale o to, aby się w końcu – rozpiąć i rozprężyć. W końcu spróbować być sobą,
nie udawać nikogo. Być sobą czyli naśladować Pana Jezusa, bo On za bycie sobą –
człowiekiem i Synem Bożym – został zabity, na krzyżu.
Zatem, siostry i
bracia, rozprężcie się i rozepnijcie! Kochajcie Pana Boga całymi sercami i ze
wszystkich sił. Jedzcie cukierki i pijcie piwo, bo wszak mówi Pan Bóg – „Czy
jecie czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Boga
czyńcie” (1 Kor 10, 31). A jak nie jecie i nie pijecie, dajcie swoje grosze na
ubogich.
A z gimnastyki
polecam, 20 przysiadów po wstaniu z łóżka, potem przebieżka albo długi spacer
na świeżym powietrzu.
Rzecz w tym, że powinniśmy
być jak strzała w łuku, odprężona, wypuszczona z cięciwy, uwolniona, szybka,
mknąca do celu. Do szczęścia. I do życia wiecznego.
No to mamy Wielki
Post! Radziłbym wam pośpieszyć się ze spowiedzią. Jak tak dalej pójdzie z
koronawirusem – w mediach zwłaszcza – my księża, zaraz będziemy na bezpłatnych
urlopach. Zostaną zamknięte kościoły (jak ostatnio w Mediolanie) i nici z
rekolekcji, publicznych dróg krzyżowych i rezurekcji. Zresztą, Polacy już chyba
wcześniej wyczuli tego wirusa, bo coraz rzadziej chodzą do świątyń.
Pożytek z koronawirusa
jest taki, że zamkną zapewne też pewien lokal na Wiejskiej w Warszawie, nazywany
Sejmem, choć bardziej przypomina kiepski cyrk. No i ta pani już sobie nie
wydłubie oczka palcem środkowym.
Zaczynałem pracę w bardzo
dobrym na owe czasy Radiu Lublin na początku lat 90-tych ub. wieku. Akurat
Polskę ogarnęła wtedy panika przed HIV i AIDS. Księdza Arka Nowaka katolicki naród
nasz chciał wbijać na pal, bo zakładał wtedy pierwszy ośrodek dla chorych na te
nowe epidemie (nawet mu trochę pieniędzy zebrałem z przyjaciółmi w Łęcznej na
ten cel). Na ulicach Lublina, głównie na Krakowskim Przedmieściu, spotkać było
można ludzi siedzących z tabliczkami typu: „Jestem chory na HIV. Proszę o pomoc
finansową!” Przeważnie byli to faceci z Łodzi, Szczecina czy Wrocławia. Nasi
zarażeni jechali z takimi samymi tabliczkami do Gdańska, Katowic i Bydgoszczy,
chodziło o to, żeby się nie dać zidentyfikować. Nie wiem czy wszyscy byli
zarażeni, ale jakiś pomysł na szybką kasę to był niezły, bo ludzie – oczywiście
z odległości przynajmniej metra – rzucali swoje grosze.
Miałem właśnie grać
program nocny, było to wczasach gdy ludzie po 23:00 słuchali radia, a nie – jak
dzisiaj – oglądają pornografię, bo Internet dopiero raczkował. Zaprosiłem dwóch
panów od tabliczki z informacją o ich chorobie do studia. W pewnym momencie zadałem
pytanie, z jakimi reakcjami spotykają się od przechodniów.
– Mam powiedzieć szczerze? – zapytał jeden
nosiciel.
– Śmiało! – zachęciłem, nieświadom
odpowiedzi.
– No dobra, dzisiaj podszedł gość, w średnim
wieku, przeczytał tabliczkę i rzucił: „A dobrze ci tak , ch… jeden, trzeba było
się przez dupę pier…..?”
Zaniemówiłem, bo
wulgaryzmy na antenie publicznej rozgłośni to wówczas był skandal i rzecz
niedopuszczalna. Co innego dzisiaj, w epoce Kurskiego prostactwo stało się
normą. Ba, nawet mnie się zdarza zakląć jak widzę coś – przypadkiem – w TV
publicznej. Oczywiście klnę po cichu i w domu.
Realizator – już świętej
pamięci Wojtek Kanadys – rzucił mi w słuchawki: „Co robimy?” Ruchem ręki
pokazałem, żeby zagrał jakąś piosenkę. A Wojtek miał akurat pod ręką „Love me
tender” Presleya. Pasowało jak ulał.
Następnego dnia, żyjący
jeszcze ówczesny wiceprezes Radia (nazwisko utajnię, bo żyje i oby żył długo)
kazał zdezynfekować wszystkie pomieszczenia rozgłośni, potem wezwał mnie i
oznajmił, że sprowadziłem śmiertelne zagrożenie dla pracowników bardzo dobrego
wówczas Radia Lublin i że takich gości to mogę sobie zapraszać do kościoła. Co
zresztą potem parę razy zrobiłem.
Ponieważ dzisiaj
koronawirusa roznoszą głównie media, przytoczę co napisał w tegorocznym orędziu
na Wielki Post Franciszek: „Dialog, który Bóg chce nawiązać z
każdym człowiekiem poprzez Tajemnicę Paschalną swego Syna, nie jest jak ten
przypisywany mieszkańcom Aten, którzy „poświęcali czas jedynie albo mówieniu o
czymś, albo wysłuchiwaniu czegoś nowego” (Dz 17, 21). Tego rodzaju gadulstwo,
podyktowane pustą i powierzchowną ciekawością jest cechą światowości wszystkich
czasów, a w naszych czasach może również wniknąć w zwodnicze używanie środków
społecznego przekazu.”
Coś czuję, że przez tego wirusa, to ja muszę sobie przypomnieć też formułę
rozgrzeszenia po włosku. No bo gdzie się ci grzesznicy z Mediolanu
wyspowiadają?
No to mamy Wielki
Post. Podzielę się z Wami moim pomysłem na ten czas. Jest stary, bo pisał o nim
już prorok Izajasz, 2700 lat temu. Prorokował o jaki post chodzi Panu Bogu:
Czyż
nie jest raczej ten post, który wybieram:
jeśli podasz twój
chleb zgłodniałemu
i nakarmisz duszę przygnębioną,
wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach,
a twoja ciemność stanie się południem. (rozdz. 58)
Jasne, nie każdy z
nas musi dawać chleb głodnym czy lecieć i nalewać zupę bezdomnym, choć to
prosta i dobra realizacja Bożego sposobu poszczenia.
Jest jednak coś ważniejszego.
Nakarmić duszę przygnębioną! Bardziej niż koronawirus zżera nas przygnębienie
duszy. Ja widzę, spotykam, słucham coraz więcej przygnębionych dusz. Ludzi
smutnych, samotnych, rozeźlonych na wszystko i wszystkich, zamkniętych,
zrozpaczonych, myślących o samobójstwie, zrezygnowanych, żyjących bez nadziei i
radości. Siostry i bracia, nakarmijmy tych ludzi! Jak? Dobrym słowem,
uśmiechami, trzymajmy ich za ręce,
patrzmy w ich oczy, słuchajmy ich, jak trzeba razem popłaczmy, wypijmy z nimi
kawę a nawet dwie po kolei, pocieszajmy i żartujmy. Po prostu bądźmy z nimi, ze
wszystkimi przygnębionymi duszami, które codziennie mamy wokół siebie. Nakarmijmy
dusze przygnębione, to jest Boży post!
I jeszcze, ten
koronawirus. Myślę sobie, że my, Polacy, daliśmy sobie radę z tym wirusem. Szóstego
stycznia! Tyle koron na głowach Polaków, naprawdę wirus i epidemia, w tych orszakach!
Daliśmy radę!
Marek jest bezdomny,
często przychodzi na wieczorną zupę, którą codziennie serwujemy w okolicach
dworca PKP. Pewnego razu kompletnie mnie rozbroił. Podarował mi koszulę
księżowską, taką pod koloratkę. W gustownym kolorze i w idealnym dla mnie
rozmiarze, co widać na zdjęciu. Oczywiście do koszuli dołączył paragon, żeby
nie było wątpliwości, że zakupiona. Jestem wdzięczny temu bratu za troskę i trafiony
prezent.
O ile pamiętam, moi
współpracownicy z kręgów Centrum Wolontariatu nigdy takiej księżowskiej koszuli
mi nie podarowali, choć jakieś upominki dają mi od czasu do czasu. Za to
ostatnio podarowali mi torbę podróżną, na zdjęciu. Chyba po to, abym się
spakował, wyjechał i już ich się nie czepiał.
Wszystkim życzę dobrego
humoru na Ostatki. Bo jutro już popiół na głowie i pełna powaga.
Trochę więcej niż 500
lat temu, z Chin do Europy przywędrowała mała bakteria, Yersinia pestis,
wywołała epidemię „czarnej śmierci”, czyli dżumy. Wskutek tej zarazy wymarło
wówczas pół Europy. Hiszpanka, czyli śmiercionośna grypa, szalała w Europie sto
lat temu, zabiła więcej ludzi niż wszystkie armie wojujące w czasie Pierwszej
Wojny Światowej.
No i teraz mamy
koronawirusa. We Włoszech odwołuje się Msze Święte i mecze piłkarskie, wszystkie
koncerty i imprezy publiczne. Jest panika, która zaraz ogarnie cały kontynent.
Przy czym, warto wiedzieć, więcej ludzi wciąż umiera w Europie z powodu zwykłej
grypy, nowotworów i zawałów serca, a także za sprawą samobójstw.
Przepraszam, że ja
tak na prawie wiosenny poniedziałek wyskakuję z epidemiami i wirusami. Dziś
chińskiego wirusa z Wuhan, najbardziej rozprzestrzeniają media i sprzedawcy
maseczek, kompletnie nieskutecznych przed bakteriami. I my je zaraz będziemy
kupować, bo robimy to, w co wierzymy.
A ja wierzę, Wy, mam
nadzieję też, w Pana Boga, Wszechmogącego, kochającego nas bezmiernie. Dobrego
dnia i tygodnia!
Kochać wrogów i
jeszcze im przebaczać. Tak, znam to z własnego życiorysu. W liceum, lata 70-te
ub. wieku, próbowałem rozwalać komunę, w prosty sposób, bo roznosiłem z kolegami
ulotki wzywające do bojkotu wyborów. Zresztą i tak ustawionych przez
komunistów. W szkolnej torbie miałem te ulotki. Zajrzał do niej kolega z klasy
maturalnej, Stefan. I zaniósł do dyrektora szkoły, też komunisty, pana
Stanisława. Skończyło się tym, że otrzymaliśmy naganę na apelu szkolnym, z
liceum nas nie wywalili, bo byliśmy bardzo dobrymi uczniami, laureatami
olimpiad na szczeblu wojewódzkim i nawet krajowym. Chciałem się zemścić na
Stefanie, ale na szczęście trafiłem już po maturze do mądrej wspólnoty, gdzie
przekonano mnie, że nienawiść niszczy przede wszystkim tego, kto nienawidzi. Po
roku Stefan wpadł z Anią, piękną koleżanką z naszej klasy. I poprosił mnie,
żebym był świadkiem na ich przyśpieszonym ślubie. Byłem tym świadkiem, nie
powiedziałem Stefanowi, że wiem iż jest
świnią i sprzedawczykiem. Stefan zginął w wypadku samochodowym chyba 15
lat temu. Przebaczyłem, prawie zapomniałem.
Od tej pory uczę ludzi,
aby kochali wrogów, uczyłem tej sztuki też Leokadię, o czym już pisałem, ale
raz jeszcze wspomnę dzisiaj.
Szalona
miłość pani Leokadii trwała ponad 40 lat. Kochała męża obłędnie, dbała i
troszczyła się, nadskakiwała i darzyła szacunkiem. Jej uczucia doszły do
szczytu w czasie choroby męża, przesiadywała przy nim dniami i nocami, do
samego końca. W dowód miłości wystawiła nieboszczykowi piękny pomnik, prawie
sarkofag, któremu nic nie dorównywało na cmentarzu. Miłość poza grób. W rok po
śmierci męża porządkowała jego ostatnie ziemskie manatki. Pech chciał, albo
diabeł, albo babska ciekowość, że wpadły jej w ręce listy, jakie mąż otrzymywał
od kochanki. Koszmaru dopełniał fakt, że kochanką była jej własna siostra. To
był najbardziej tragiczny dzień w życiu Leokadii. Życie straciło sens, a wielka
miłość przerodziła się w jeszcze większą nienawiść. Siostra dostała po gębie,
nie chciała jej znać. Mężowi odwdzięczyć się nie było jak, ale jednej nocy w
furii poszła na cmentarz i młotkiem rozpirzyła sarkofag, na tyle ile umiała.
„Tłukłam trzy godziny, wszystko, anioły, krzyż, tablicę.” Poczucie zranienia,
krzywdy i oszukania, zżerało kobietę także fizycznie. Zgarbiła się, na twarzy
wręcz wyblakła, jadała mało i rzadko. Rozmawialiśmy wielokrotnie, ale wątpię
czy jakiekolwiek mądre rady mogły mieć jakieś znaczenie. Namawiałem panią
Leokadię, prawie dwa lata, aby przebaczyła i mężowi i siostrze. To jedyna
metoda, aby wyleczyć wrzód, jaki nosiła w sobie. Kilka razy wspólnie modliliśmy
się o moc do przebaczenia, bo po ludzku nie mamy tyle siły. Bóg ma nieprzebrane
zasoby przebaczenia. I dzieli się nim z nami. Wiele razy mówiłem to, w co sam
wierzę i praktykuję: „Ten, kto przebacza może poczuć się jak sam Bóg. Nic tak
nas nie upodabnia do Niego jak przebaczenie ludziom.” Przed pierwszym listopada
poprosiła, abyśmy wspólnie poszli na cmentarz. Byłem świadkiem, jak wypowiadała
słowa przebaczenia przy zniszczonym grobie męża. Przebaczenie krztusiło się we
łzach, szlochu i jęku. Z siostrą poradziła sobie już sama, choć bliskość między
nimi już nie wróciła; nie ma potrzeby zresztą. Pani Leokadia odwiedza męża na
cmentarzu, grobowiec jest odnowiony i zadbany, choć bez fajerwerków, nie ma
potrzeby zresztą. Kobieta cieszy się resztą swojego życia, ma wspaniałe dzieci
i wnuki.
Ewangelia na dzisiaj:
Jezus
powiedział do swoich uczniów:
«Słyszeliście,
że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie
oporu złemu: lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi.
Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz.
Zmusza cię ktoś, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto
cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.
Słyszeliście,
że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego
będziesz nienawidził.
A Ja wam
powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was
prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie;
ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On
zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.
Jeśli bowiem
miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i
celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż
szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?
Bądźcie więc
wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski». (Mt 5, 38 – 48)
Przyszły do naszego
wolontariatu dwa listy z dwóch więzień, od dwóch różnych więźniów. Jeden
siedział w Wojkowicach na Śląsku, drugi w Hrubieszowie. Obydwaj prosili o różne
rzeczy, m.in. o buty, ten z Wojkowic o numer 42 a ten z Hrubieszowa o 44. Buty
akurat mieliśmy.
Zadanie przesłania
butów przypadło mojej młodej koleżance, zwykle sprytnej, rezolutnej i
ogarniętej. I wysłała. Do Wojkowic dwa lewe buty o numerach 42 i 44, a do Hrubieszowa
dwa prawe o takich samych numerach.
Morały z tej historii
są przynajmniej dwa. Pierwszy taki, że nie można dodatkowo karać ukaranego.
Drugi, że nie warto
jeździć po pijaku. Ten chłopak z Wojkowic siedział właśnie za jazdę po
pijanemu.
Dla młodego pokolenia
wszystko zaczyna się od smartfonu i Internetu. No ale co z Panem Bogiem?
Aplikacji, która – nawet odpłatnie – pozwalałaby znaleźć Go, nie ma.
Najbardziej pożądana byłaby taka z dostawą zamówionego towaru do domu, i
jeszcze z możliwością śledzenia trasy przesyłki. Nagrodzę kogoś kto ją stworzy.
Na razie pozostają
nam inne sposoby. Posiedzieć w ciszy sam na sam ze sobą. Pójść na długi spacer.
Porozmawiać szczerze z mądrym człowiekiem, posłuchać go. Odwiedzić babcię,
dzisiaj koniecznie z pączkami. W końcu wydać pieniądze na niespodziewany prezent
dla żony. Pogodzić się ze sobą, ze swoją nadwagą, odstającymi uszami. Jeszcze
raz zakochać się w starym mężu, przecież już wiosna. No i oczywiście dobrze się
wyspać!