Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Powoli liczby przestają mieć znaczenie, wpadają mi w oczy informacje o dzieciach z Ukrainy, niewinnych ofiarach wojny, statystyki dotyczące strat militarnych po obu stronach nic mi nie mówią. Podobnie jak informacje o liczbie uchodźców wjeżdżających i wyjeżdżających z Polski.
W zasadzie każdego ranka sprawdzam czy Ukraina dalej walczy, czy jeszcze broni się Mariupol i czy bomby nie spadły na jakieś znane mi miasta i tereny. Choć od wielu lat jestem „zaukrainiony” z powodu licznych kontaktów w wielu środowiskach od Charkowa przez Mariupol i Kijów, po najbliższe ośrodki w Galicji czy na Wołyniu, to teraz sprawa Ukrainy zdominowała moje myśli i uczucia.
Ukraińsko – polska unia jest w tej chwili faktem, nie zadekretowanym przez żadne władze, ale stworzonym przez sytuację zagrożenia w Ukrainie i przebudzonego polskiego ducha solidarności. Nad różnicami narodowościowymi górę biorą jak dotąd więzi ludzkiego braterstwa. Używając obrazu – gdzie ma uciekać bita Ukraina? Broni się dzielnie, ale jak się boi, słusznie zresztą, to ucieka tam, gdzie liczy, że zostanie ochroniona.
Znam z historii różne unie, traktaty podpisywane i potem łamane, alianse polityczne władców zawierane bez woli narodów. Mogę się mylić, ale przeczuwam, że przygarniając najpierw Bośniaków mordowanych przez Serbów, potem Czeczenów, wreszcie – pomimo absurdalnych i haniebnych płotów granicznych – Syryjczyków i Kurdów, Białorusinów i wreszcie teraz Ukraińców, wróciliśmy do grona Narodów Przyjmujących. I w tym duchu pewnie przyjęlibyśmy także Rosjan, tych ruskich, kacapów czy Moskali, jeśli zaczną uciekać od obłąkanego nowego cara. No bo gdzie miałaby uciekać bita Rosja, mam na myśli rosyjskie kobiety z dziećmi, gdzie? W stepy Mongolii czy pod mur chiński?
I na koniec, jest w tym wszystkim jakaś Boża idea przygarniania wbrew szatańskim iskrom odrzucania. I na sam koniec, w naszym lubelskim wolontariacie pojawiali się już Irlandczycy, Portugalczycy, Żydzi, Austriacy, Niemcy, Duńczycy, Szwedzi, ostatnio Amerykanie i … ekipa z Hong Kongu. Wszyscy bardzo dobrze radzili i radzą sobie przy robieniu kanapek dla uchodźców.
Na pewno żyjemy w czasach nienormalnych. Wojna jest dla nas nienormalna. Te rakiety i bomby w Kijowie, Charkowie i bliskim nam Lwowie. Wydaje się, że mechanizmy wojenne dopiero się rozkręcają. Co wydaje się przedziwne dla naszego pokolenia, które wzięło rozbrat z historią. Historią, która jest opisem wojen, traktatów, ich łamania i nowych konfliktów.
Przygotujmy się na to, co nieznane, nowe. Z ufnością, że wszystko jest w rękach Bożych.
O Polsce, o nas Polakach dziś piszę. I do Polaków piszę, do tych z Was, którzy z dziada pradziada nimi są i do tych, którzy obywatelstwem pochwalić się mogą dopiero od dwóch tygodni, jak młody Dima. Do Polaków, których nazwiska kończą się na –ski oraz -icz ale i do tych których skóra jest całkowicie czarna lub brązowa.
Najpierw, moi drodzy polscy współbywatele, chciałem Wam mocno podziękować. Od 24 lutego tego roku, to my zarządzamy polską polityką wewnętrzną i zewnętrzną. To my nakreśliliśmy przyjazny kurs wobec Ukrainy i Ukraińców i ten nasz wybór musi uszanować każdy kto ma powierzoną przez nas rolę rządzenia, od sołtysa po prezydenta.
Bardzo mnie cieszy, że wybraliśmy drogę zgody z ukraińskimi sąsiadami. Jeśli mam na myśli polskiego ducha, a wierzę, że taki nas przenika, to właśnie działa on tak – jeśli sąsiadowi pali się dom, to zapraszamy go do siebie, żeby czuł się bezpieczny, damy mu łóżko, nakarmimy i napoimy (jasne, że i wódką) i podzielimy się nawet jeśli sami mamy mało.
Tak, my, obywatele prowadzimy teraz politykę zagraniczną. Uwaga, zrobiłem mały sondaż wśród kilkunastu Polaków z pytaniem, kto jest ministrem spraw zagranicznych, poza jedną osobą wszyscy nie mieli pojęcia. A ta jedna osoba zupełnie szczerze przyznała – „Chyba Kaczyński, bo on rządzi wszystkim …” Sami się przetestujcie.
To, że my właśnie, my polscy obywatele, prowadzimy teraz polityką zagraniczną naszego państwa, jest cudowne i tak być powinno! Właśnie odnowiliśmy ducha konstytucji 3 Maja, aplauz dla Was wszystkich! Jednocześnie przypomnieliśmy wszystkim rządzącym, że to my decydujemy, a sołtysi i prezydenci mają nas słuchać, nie na odwrót.
I myśl druga, polski duch, w którego wierzę. Był definiowany jako niepoprawny romantyk, wadzący się ze wszystkimi łącznie z Panem Bogiem indywidualista, sprawny hydraulik naprawiający paryskie łazienki, hulaka popijający tanie włoskie wina. Takie stereotypy.
Zaryzykuję własny pomysł. Polski duch, to ten solidarny, w duszy i ciele, w myślach i czynach, w słowach i dłoniach, w otwartych portfelach i szerzej jeszcze sercach.
Rozumiem, że współczesność ma swoje zabawy sugerujące jakieś poważne zaangażowania. Dotyczy to zjawiska flagowania, obecnie niebiesko – żółtego (Ukraina) ale dziś i jutro także białoczerwonego. Od ponad dwóch miesięcy moda na niebiesko – żółte kotyliony ogarnęła całą Europę i dla wielu jest jedyną oznaką solidarności z gromionymi przez Rosjan Ukraińcami, najlepiej w Internecie. Oznaką mało kosztowną czy wręcz bezkosztowną, jeśli ktoś załapie się na darmochę.
Polskie flagowanie stało się domeną kibiców, to także żadna sztuka, najwyżej parę złotych. Bezkarnie sprofanował naszą białoczerwoną Kuba Wojewódzki, wbijając ją w psią kupę, zdaje się, że nadal bryluje w Internetach. Zresztą tenże sam Wojewódzki równie bezkarnie poniżał ukraińskie kobiety. Pisałem już o tym, np. tutaj:
Kuba Wojewódzki jest jednak moim bratem, bratem i rodakiem, a takich się nie wybiera. Dobrze, koniec z Kubą.
Nie mam może nic przeciwko flagowaniu w wersji stadionowej czy nawet policzkowej, mam jednak takie przeczucie, że jest poważna różnica pomiędzy polskim a ukraińskim flagowaniem. Dziś polskość jest bardzo tania, ukraińskość bardzo droga. Może też czytaliście, że jakąś dziewczynę w Moskwie zwinęła bezpieka z powodu lakieru na paznokciach, niebiesko – żółtego. Polską flagę możemy malować na buziach. A Romek Strzałkowski? W wyżej umieszczonym odnośniku wspominam jak zginął od esbeckich kul owinięty w białoczerwoną, to był rok 1956.
Kiedy my Polacy mamy moralne prawo do flagowania na biało- czerwono? Tylko wtedy gdy mamy w swoim życiorysie ludzi, których nakarmiliśmy, bo byli głodni i takich, których pocieszyliśmy. Cokolwiek dla Polaków zrobiliśmy, konkretnego, poza stadionem rzecz jasna. Sam fakt urodzenia pomiędzy Hrebennem a Kostrzyniem, Helem a Piwniczną, upoważnia jedynie do posiadania dowodu osobistego.
I mamy prawo do barw niebiesko – żółtych, jeśli dla żarliwie broniących się Ukraińców także cokolwiek dobrego uczyniliśmy, brawo!
Dziś mówię o obrońcach Mariupola, polskich majówkach i znakach z martwych wstania, czyli kazanie jest tzw. wielowątkowe.
Najpierw o Mariupolu. Pamiętam z dzieciństwa wielką dumę, z jaką najpierw słuchałem a potem czytałem o obronie Westerplatte, o niezłomności polskich żołnierzy. Pamiętam jednak także, że 7 września mjr Henryk Sucharski wywiesił białą flagę i oddał się do niewoli. Warszawscy powstańcy wykrwawiali się przez 63 dni, wreszcie 2 października gen. Tadeusz Bór – Komorowski skapitulował. Pomimo przegranych uważamy uczestników tamtych bitew za narodowych bohaterów.
Kiedy podda się Mariupol? Czy któryś z ocalałych dowódców wyjdzie z biała flagą czy może jakaś wyrafinowana rosyjska rakieta pozbawi życia ostatnich walczących? Kiedy jakiś dowódca rosyjski krzyknie w triumfie – „Mariupol zdobyty!”
Tak jak w niemal każdym większym polskim mieście znajdziemy ulice czy place odsyłające do Westerplatte czy Powstania Warszawskiego, tak wkrótce rozkwitną ulice i place Obrońców Mariupola w całej Ukrainie.
Irytuje mnie sposób opowiadania o wojnie w tonacji większości mediów, rzeczywiście przypomina relacje z Igrzysk Olimpijskich, kto wygra tę rywalizację? Jest to w pewnym stopniu wynikiem braku korespondentów wojennych, o ile pamiętam po śmiertelnym zamachu na Lwa Pansziru (2001), afgańskiego bojownika dokonanym przez terrorystów podających się za dziennikarzy, reporterzy zaczęli wycofywać się z terenów wojny. Polską ofiarą był Waldemar Milewicz, zastrzelony także w Afganistanie. Dziś wszystkie media korzystają z materiałów internautów, jedynych naocznych świadków walk. W sumie wszystkie media mają to samo, różnicę stanowią komentarze.
Może jestem w innej sytuacji, co nie pozwala mi zdystansować się wobec wojny. Codziennie rozmawiam z uciekającymi z Ukrainy, znam matki i dzieci, których mężowie i ojcowie zginęli, często spotykam się z mieszkańcami Domów Dziecka z Mariupola.
Teraz o majówkach Polaków. Z zasady jestem antysystemowy, a już najbardziej wtedy gdy próbuje mną zarządzać jakiś absurd. Tzw. Wielka Majówka, połączona z grillowaniem i piwem jest sprytnym manewrem komercji, poprawiającym jej zyski a Polakom przynoszącym pogorszenie zdrowia. Zalewanie zimnym piwem skwierczących kawałków boczku czy kiełbasek jest za dużym wyzwaniem dla żołądka, dzieje się w nim coś podobnego jak przy polewaniu zimną wodą płonących żagwi w ognisku. Poza tym nie lubię być przymuszany zarówno do grillowania jak i do stadnego płoszenia zwierzyny w parkach, co dokonuje się w trakcie najazdów miejskich na polne, leśne i wioskowe połacie. Owszem, bywam na grillach i chętnie spaceruję po lasach, ale nie wtedy gdy każe mi tak nowa polska „liturgia majówkowa”. Poza tym, zauważyliście, że rozmowy przy śniadaniu z kawą są o wiele bardziej sensowne niźli długie wieczorne obżarstwo z nadmiarem alkoholu, połączone z – proszę o wybaczenie – „pieprzeniem” bez sensu. I jeszcze, jakoś mi nie współgra Mariupol z polską wersją majówek, przeciwnie – zgrzyta.
Na koniec o z martwych wstaniu. Dzisiejsza Ewangelia podaje prosty i łatwo dostępny wzór na odkrywanie obecności żywego Jezusa. Bliska relacja z ludźmi, przyjacielskie spotkania, dobre rozmowy (ale nie puste gadanie), otwarte serca, wymiana myśli, wibracje pozytywnych emocji, to klimaty objawiające Chrystusa. Sam to zapowiedział – „Gdzie dwóch lub trzech … tam Ja jestem pośród nich”.
Ewangelia
Jezus znowu ukazał się nad Jeziorem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: «Idę łowić ryby». Odpowiedzieli mu: «Idziemy i my z tobą». Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie ułowili.
A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus.
A Jezus rzekł do nich: «Dzieci, macie coś do jedzenia?»
Odpowiedzieli Mu: «Nie».
On rzekł do nich: «Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie». Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.
Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: «To jest Pan!» Szymon Piotr, usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się wpław do jeziora. Pozostali uczniowie przypłynęli łódką, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu łokci.
A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli rozłożone ognisko, a na nim ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: «Przynieście jeszcze ryb, które teraz złowiliście». Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć nie rozerwała się. Rzekł do nich Jezus: «Chodźcie, posilcie się!» Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: «Kto Ty jesteś?», bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę.
To już trzeci raz Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.
A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?»
Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham».
Rzekł do niego: «Paś baranki moje».
I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?»
Odparł Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham».
Rzekł do niego: «Paś owce moje».
Powiedział mu po raz trzeci: «Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?»
Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy kochasz Mnie?» I rzekł do Niego: «Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham».
Rzekł do niego Jezus: «Paś owce moje.
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz».
To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to, rzekł do niego: «Pójdź za Mną!»
Współczujemy i wspieramy Ukrainę w walce z jednym z dwóch współczesnych imperiów. W skali globu jedynie Rosja i Chiny spełniają klasyczną definicję imperiów, czyli państw uciskających inne narody, narzucających im swoją wolę i panowanie. W przypadku Rosji dotyczy to prawie 20 narodów, w Chinach najbardziej niszczonymi i uciemiężonymi są Tybetańczycy i Ujgurzy.
Historia uczy, że wszelkie imperia rozpadają się, prędzej czy później. Imperium Brytyjskie sprzed ponad 100 lat było obszarowo dwukrotnie większe od obecnej Rosji. Poprzedni wiek był zresztą epoką rozpadu wielu imperiów – brytyjskie, francuskie, holenderskie, hiszpańskie, portugalskie, japońskie i kilka innych rozleciały się dość szybko. Do dziś ostały się wspomniane dwa, z których rosyjskie chwieje się coraz mocniej.
Nie oznacza to końca idei imperialistycznej, zdaje się, że jesteśmy właśnie podbijani przez nowe formy imperialne – gogle, FB, Amazon, Twitter, etc. Poddanych tym strukturom – dobrowolnie – możemy codziennie zobaczyć przy skrolowaniu za pomocą dwóch palców wszelkie Internety. No dobrze, krew tu się nie leje, na razie.
W naszym lubelskim środowisku wolontariatu objęliśmy dzieła solidarności z Ukrainą mottem – Wolni z Wolnymi. I nam i Ukraińcom, ale i Czeczenom, Buriatom, Ujgurom, Tybetańczykom, Kurdom, przysługuje prawo do decydowania o swoich losach. To wynika z Bożego pomysłu wielu narodów, języków, kultur, tradycji, nawet wierzeń a także różnych kuchni, ubiorów, fryzur i tańców. Ta różność, różnorodność, wielorakość, niczym wielobarwne arrasy kwiatów na żyznej łączce, to pomysł Pana Boga. Dlatego moskiewski but, karabin, czołg, dron, bomba i granat niszczą Boże dzieło, w którym jest piękna komnata z żółto – niebieskim napisem „Ukraina”.
To właśnie tego Bożego daru bronimy przyjmując pod dach kobiety z dziećmi spod Lwowa i Kijowa, śląc tam tony konserw i pampersów.
Trwa Ukraińska Wielka Improwizacja. Niektórzy uwierzyli w swoją propagandę i wrócili do Kijowa. Teraz patrzą jak stamtąd uciec. Inni zawracali w połowie drogi. Jeszcze inni już nie mają siły i idą według zasady „Co będzie, to będzie!”
Jedni przeglądają godzinami i bez końca newsy, płaczą lub zgrzytają zębami. Inni zamykają wszelkie Internety, spoglądają jedynie od czasu do czasu w smsy, czy nie ma złych wieści od najbliższych.
Są tacy, którzy dużo się modlą i tacy, którzy miotają siarczystymi przekleństwami. Jedni już nie mają siły, inni znowu zrywają się do czynów.
Nikt nie wie. Kiedy się to skończy i czy w ogóle się skończy. I jak się skończy.
Trwa zły taniec, rytm wybijają rakiety, bomby i drony. Spadają, zabijają. Potem łzy, pogrzeb, modlitwa, przekleństwo.
Co jest dobre, co złe? Dla nich, dla nas? I jeszcze te płonne nadzieje, że może ktoś poleci do Moskwy i sprawi, że Putin naciśnie hamulec. Ale gdzie tam, lecą, gadają, wracają. A bomby, rakiety i drony też lecą, ale spadają, zabijają, znowu pogrzeb, bezsilność.
Tak nigdy dotąd nie było, myślą i mówią. Nieprawda, było jeszcze gorzej ale to historia, gdy Stalin Wielkim Głodem posłał do grobów pięć milionów Ukraińców. I cóż to jest, ten Mariupol? Niecały milion, nie wszyscy jeszcze wybici.
I cóż, ta nasza biedna Ukraina. Czy ona zawsze przy Rosji ma leżeć? No tak, nie ma na ziemi innego miejsca, chyba, że Antarktyda. Ta nasza biedna Ukraina, między Rosją a Resztą Świata. O jakbyśmy chcieli już spokoju, a przecież nie ma spokoju żaden ruski sąsiad.
I cóż my, my Ukraińcy? Będziemy bronić Kijowa i każdej wioski, będziemy modlić się i kląć, czekać na drony, składać do grobów żołnierzy ale i te niewinne dzieci. Boże, zmiłuj się! Помилуй!
Ta wojna wciąż budzi pytania, jak mogło dojść do tego? Przecież wszystko już – po pandemii – wydawało się dobrze układać? Jak już wspominałem ani sam fakt tej wojny ani jej przebieg nie jest dla mnie zaskoczeniem, przygotowania do pomocy Ukrainie zaczęliśmy w naszym lubelskim środowisku wolontariatu już 22 listopada poprzedniego roku. Słaba to satysfakcja, choć mamy do niej prawo, bo od ponad 20 lat wspieramy kolejne ofiary działań Rosji – Czeczenów, Inguszów, Dagestańczyków, Gruzinów, krymskich Tatarów.
O ile agresja Rosji była łatwa do przewidzenia, to wciąż pozostają mi w głowie pewne pytania. Coś musiało spowodować, że Napoleon zapragnął podbić cały świat. I coś musiało się stać, że Hitler zaczął wcielać w czyn zamysł wymordowania całego narodu żydowskiego. I coś ostatecznie skłoniło Putina do próby zniszczenia Ukrainy, na pewno nie skuteczne pogromy w Czeczenii czy Gruzji. Co takiego? Z tym pytaniem zmagam się od lat i nie znalazłem dobrej odpowiedzi, jak to się dzieje, że pewne – z pozoru niemożliwe – idee rodzą się w głowach niektórych ludzi (Napoleon, Hitler, Stalin, teraz Putin)? Pewną podpowiedź znajduję w Ewangelii:
„Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych”- pisał ponad 2 tysiące lat temu św. Jakub. Tak, o tym, co działo się w Oświęcimiu, Dachau i co teraz dzieje się w Ukrainie zdecydowały idee, które zagnieździły się w głowach konkretnych ludzi. A potem te idee przełożyły się na komory gazowe, obozy zagłady, bomby atomowe, teraz w Ukrainie na rakiety i drony, to wszystko ma ziszczać idee (szalone).
Inne biblijne zdanie zachęca do pewnej zapomnianej higieny serca, umysłu, to św. Paweł: „Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu.” Jak te idee przekładają się na komory gazowe czy śmiercionośne drony? Ktoś wie?
I jeszcze jedno pytanie, jak to się dzieje, że za tymi ideami, z pozoru niemożliwymi, idą potem elity narodów, uczeni, artyści, myśliciele, wreszcie całe tłumy, tak jak działo się to w Niemczech i teraz dzieje w Rosji? Ktoś wie? Może ja czegoś nie doczytałem, może nie do końca przemyślałem, może się gdzieś mylę, może niepotrzebnie pytam?
Ma być miło, przyjemnie, dużo rożnego jedzenia i picia, jeszcze więcej słońca, adrenaliny i wszelkich uciech. Tak, mniej więcej, wygląda świat wartości skutecznie promowany przez współczesną kulturę. Na tym wszystkim jest naklejka z napisem „szczęście”. Niestety kolejne pokolenia kupiły ten wzorzec. W głębi kryje się pochwała egoizmu, wyższości „ja” nad drugim i drugimi i syndrom konsumpcji (przy okazji efektem jest koszmarne zaśmiecanie kosmosu).
Powoli ten model kultury sprowadza samozagładę, metaforycznie – skutki obżarstwa czy przepicia zwykle są bardzo przykre.
I teraz, w obliczu pogłębiającego się kryzysu wokół wojny w Ukrainie, co można przeciwstawić? Katalog wartości typu: ofiarność, poświęcenie, obrona Ojczyzny (umierać za Polskę?), wolność Ojczyzny, solidarność z ubogimi (ale nie w fałszywej formule pomocy społecznej), braterstwo z uchodźcami (nie tylko tymi z Ukrainy). Ten katalog jest prawie pusty, a jego symbolem są galerie handlowe w których konsumpcja zarządza nie tylko portfelami ale i wyobraźnią tłumnych bywalców.
Mamy przed sobą trudną, może nawet bolesną przyszłość. Tylko przebudzenie może nas przeprowadzić przez tę nadciągającą burzę. Wartości, których ucieleśnieniem był Janusz Korczak, Józef Ulma z rodziną, Emilia Plater, Helenka Kmieć, Wanda Błeńska, Romek Strzałkowski, Janek Wiśniewski (Zbyszek Godlewski), Henryk Sucharski czy Stanisław Starowieyski, idą w niepamięć. Za to każdy z nas bez problemu rozpoznaje Kubę Wojewódzkiego (znieważył Ukrainki kilkanaście lat temu i polską flagę), Zenka Martyniuka czy Dodę.
Jeśli się nie przebudzimy, ostatecznie do wartości z Ewangelii, czeka nas los podobny do pasażerów Titanica. Piękna muzyka, żarcia i picia w bród, ale idziemy na dno.
Jaka nowa Ukraina powstanie po wojnie? Nie wiemy jeszcze, tak samo nie wiemy co będzie z Rosją. Nie wiemy też jaką Polskę będziemy mieć w najbliższej przyszłości. Ani jaką Europę a może i świat.
O ile Zachód nie zmusi Ukrainy do kapitulacji – a byłoby to bardzo w jego interesie – jeszcze długo trwać będzie i sama wojna i nasza niepewność.
W historii wielkie konflikty kończyły się rożnymi konferencjami, kongresami i traktatami, podczas których ogłaszano wieczne pokoje i porozumienia. Rzecz jasna wszystkie ustalenia tamże zawierane były prędzej czy później łamane. Powoływano także instytucje mające zapewniać pokój i sprawiedliwość na całym globie, dość szybko padła Liga Narodów a kres ONZ (zupełnie niezdolnej do jakichkolwiek skutecznych działań) jest bardzo bliski.
Wiara w to, że obecne granice państw w Europie i na świecie są ostateczne i nienaruszalne może powstać jedynie w głowach osób chodzących na wagary podczas lekcji historii. Obecny, względny spokój w Europie, jest stosunkowo krótki na przestrzeni wieków, pax romana trwał 200 lat a i tak obrócił się w proch i ruinę.
Myślimy także błędnie, wskutek skrótowego i katalogowego nauczania, że ostatnie wojny światowe miały ramy, odpowiednio 1914 -1918 oraz 1939 – 1945. Ale nawet średnio rozgarnięty student historii dowiedzie, że to, co zwiemy Pierwszą Wojną Światową zaczęło się ok. r. 1905, Rosja versus Japonia, przedłużało się w kolejnych wojnach bałkańskich, aż wreszcie eksplodowało w 1914 r. W zasadzie tamten światowy konflikt kończył zwycięsko Piłsudski w r. 1920.
To samo z Drugą Wojną, pachniało nią już po dojściu Hitlera do władzy, zapach gęstniał po aneksji Austrii i Czech, wreszcie rok 1939 rozpędził machinę na dobre. I wcale rok 1945 nie zakończył koszmaru, pięć lat później USA i Ameryka biły się w Korei, żeby w 1955 przenieść się do Wietnamu.
Piszę to wszystko, abyśmy byli świadomi, że nowy światowy konflikt już trwa, oględnie rzecz ujmując zaczął się wraz z atakiem na WTC (2001) i brutalnym zdławieniem przez Rosję niepodległości Czeczeni (2002). Mamy teraz kolejną fazę tejże wojny, w Ukrainie, ale nie wiemy jak się dalej potoczy i kiedy względnie ucichnie.
Co na koniec? Ja nadal wierzę w cudowną odmianę narodów i państw i początek budowy nowego świata w duchu solidarności, wolności i braterstwa. Mrzonka i utopia? Nie, to wiara w Ewangelię i moc zmartwychwstania.