ZA DUŻE RYZYKO CZYLI MIŁOŚĆ RAZ JESZCZE

Kiedy mówię o miłości, jako przewodniczce życia, nierzadko zdarza się, że odbierane jest to, jako nieszkodliwa paplanina kościelna („ksiądz tak musi”) albo jako poezja, może i momentami piękna, ale nierealna.

Staram się unikać kościelnego żargonu, gdzie miłość (a także sprawiedliwość, pokój czy dobro) funkcjonują jako słowa, których można użyć zawsze w sensie ogólnym, a wtedy nic lub bardzo niewiele znaczą. Jeszcze gorzej u mnie z poezją, żeby nie powiedzieć, że od czasu odejścia Herberta całkiem źle.

Czemu zatem miłość jako przewodniczka życia, jako siła porządkująca egzystencję i nadająca mu niezwykłą dynamikę, tak łatwo spychana jest do kąta kościelnego lub w mglistą sferę poezji? I czemu jest tak również w przypadku młodych ludzi?

Uwierzyć w miłość, tak jak ją proponuje Ewangelia (i jak praktykował choćby Jezus z Nazaretu) to duże ryzyko. Ryzyko, które w duchowości i umysłowości wielu współczesnych jest nieobecne.

Miłość, w znacznym stopniu, jest właśnie ryzykiem. W najgłębszym wymiarze ryzykiem krzyża. Gotowością na zranienie, otwarciem na zmianę i nastąpienie nowego. Grozi przebudową osobowości od podstaw, a ta zwykle jest zorientowana egoistycznie. Stąd, jak myślę, często miłość jest rezerwowana jako deser, ozdobnik na wyjątkowe chwile (świece, wino, muzyka). Uwierzyć w miłość i przyjąć ją jako przewodniczkę życia, znaczy zaryzykować utracenie wiele. Kogo stać na takie ryzyko?

Itinerarium , , , , , , , , , ,

PRZYPADEK

– Zajdźmy tutaj! Zobacz, jakie filiżanki! – jakaś dziewczyna wciągnęła koleżankę do sklepu przy ulicy.

Zajdźmy tu, zajdźmy tam, wejdźmy jeszcze tutaj. Może wstąpimy na chwilę, tylko zobaczę. Wdepnijmy na moment, zajrzyjmy, tylko popatrzmy.

Można się rozmienić zupełnie w praktykowaniu filozofii przypadku. Życie rozmienione na sekwencje zdarzeń powstałych z przypadku. Egzystencja zzewnątrzsterowna, idealny klient, zachodzący wszędzie przy okazji.

Masz iść do celu. Niczego nie zmarnować, nawet przez przypadek.

Itinerarium , , , , , , , , ,

PRAWDZIWE ŻYCIE ZACZYNA SIĘ PÓŹNIEJ

Chcąc nie chcąc myślimy wiele w ostatnich i następnych dniach o bliskich, których nie ma – przynajmniej na sposób fizyczny – pośród nas, ale także o własnej śmierci i o tym co po niej. W odniesieniu do osób, które odeszły, polecam szczerze modlitwę wdzięczności (patrz: modlitwa na dzień dzisiejszy w naszym dziale MODLITWA). Z pewnością Bóg ucieszy się słysząc, że dziękujemy Mu za czyjeś życie. To znaczy, że było ono owocne, promieniujące i dla kogoś. Wdzięczność wobec Boga za ludzi, którzy byli obok nas, pozwala nam też zobaczyć przestrzenie szlachetności, które jeszcze mamy osiągnąć.
W odniesieniu do naszej własnej przyszłości polecam z kolei zaufanie, jakąś formę skoku w nieznane. Nie oczekujmy nadzwyczajnych objawień ani jakichś relacji z przyszłości. W ich miejsce potrzebna jest ufność serca, która łączy się z wielką odwagą wejścia w nową rzeczywistość.
Krzysztof, który nie tak dawno oczekiwał na narodziny swojego dziecka, przesłał mi pouczającą historię, objaśniającą o czym myślę.

W brzuchu ciężarnej kobiety były bliźniaki. Pierwszy zapytał drugiego:
– Wierzysz w życie po porodzie?
– Jasne. Coś musi tam być! Mnie się wydaje, że my właśnie po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to co będzie potem.
– Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by to miało wyglądać?
– No nie wiem, ale będzie więcej światła. Może będziemy biegać, a jeść buzią…
– No to przecież nie ma sensu! Biegać się nie da! A kto widział żeby jeść ustami! Przecież żywi nas pępowina.
– No ja nie wiem, ale zobaczymy mamę, i ta się będzie o nas starać.
– Mama? Ty wierzysz w mamę? Kto to według ciebie w ogóle jest?
– No przecież jest wszędzie wokół nas… Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było.
– Nie wierzę! Żadnej mamy nie widziałem czyli jej nie ma…
– No jak to? Przecież jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać jak śpiewa, albo poczuć jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie zaczyna się dopiero później…

Itinerarium , , , , , , , ,

ŚWIĘTOŚĆ TO TEMPERATURA

Nie za bardzo widać dziś chętnych do świętych. Głównie pewnie dlatego, że kultura współczesna ośmieszyła i zbanalizowała świętość i świętych. Niegdysiejszy serial ze „Świętym” (co za rola Rogera Moore’a!), wszyscy święci balujący rzekomo w niebie, i jeszcze jedna co bez skrupułów zwie się Madonną – to wszystko czyni ze świętości kategorię zabawną i nieokreśloną, na pewno nie pociągającą.
Inny powód zanikania pojęcia świętości i dążenia do niej, to obrazy przeszłości, gdzie święci przedstawiani są zwykle jako osoby ponad naturą lub obok niej. Albo nie poddawali się prawom natury, albo je lekceważyli, bywali trochę nad ziemią albo poza nią, obdarzeni byli umiejętnościami niedostępnymi dla zwykłych ludzi. Dobrze, że beatyfikacje i kanonizacje ostatnich lat – świętych małżonków, heroicznych bohaterów czasu wojny – zbliżyły świętość do naszych realiów.
Co więcej, świętość została wyraźnie złączona z miłością, niekoniecznie zaś z nadzwyczajnością. Dlatego możemy wzywać wstawiennictwa Urszuli Ledóchowskiej, która gloryfikowała uśmiech, Alberta Chmielowskiego, który dawał chleb głodnym, Matki Teresy, która zgarniała trędowatych z zaułków Kalkuty czy Rafała Kalinowskiego, poświęcającego życie w imię miłości Ojczyzny.
Świętość sama nie ulega zmianie, jest stanem serca nastawionego na umiłowanie Boga całą mocą i umiłowanie ludzi, którzy idą z nami przez życie. Ta miłość rozpala żar w sercu. Taki żar, który objawia się radością i śmiechem perlistym. Ten żar nie opuszcza świętych, kiedy jadą samochodem, klikają w klawiaturę przy komputerze, obserwują skoki notowań na giełdzie czy tłumaczą dzieciom zawiłości tabliczki mnożenia. Myślę, że nie fakty życia – zwyczajne czy nadzwyczajne – rozstrzygają o świętości, ale żar z jakim się przeżywa życie. Świętość to właśnie żarliwe życie, w każdym wymiarze, zwłaszcza zaś tym powszednim, pełnym obowiązków, trudnych relacji z ludźmi, kłopotów z wiązaniem końca z końcem przy wydatkach do pierwszego, szeptów teściowej zza drzwi.
Po tym żarze w sercu, temperaturze z jaką przeżywasz dzień po dniu, zmierzysz swoją kandydaturę do świętowania kiedyś ( a może już teraz) w dniu dzisiejszym, we wszystkich świętych.

Itinerarium , , , , , , , , , , ,

TO BYŁ BARDZO DOBRY CZŁOWIEK

Kto ma średnio nawet wyrobione sumienie, nie zdobędzie się na czyn ewidentnie zły, zwłaszcza taki, który krzywdzi kogoś. Sumienie wzdryga się, włącza alarm „Nie wolno”, przypomina o dyskomforcie i karach (doczesnych oraz wiecznych). Większość ludzi tej granicy sumienia nie przekracza, a jeśli już to raz, po to, aby przekonać się, że nie warto (mądrość po szkodzie). Pole działania szatana w tej materii jest, jak myślę, ograniczone.

Znacznie lepiej za to radzi sobie szatan na polu zaniechania. W przypadku ewidentnego zła wystarczy wyrobiony mechanizm, powstrzymania się, unikania i odrzucenia możliwości realizacji zła. Zatem chodzi o pasywne wykluczenie złej drogi. W przypadku zaniechania toczy się gra znacznie bardziej subtelna. Oto stoi przed nami jakieś możliwe do uczynienia dobro. Ale, niestety, samo się nie zrobi. A szkoda, bo fajnie byłoby coś dobrego do zrobienia wymyślić, przymknąć oczy i zobaczyć efekt. Tymczasem dobro wymaga aktywności – czasem umysłu lub warg, czasem porozumienia z innymi, podniesienia ciała i ruchu rąk oraz nóg. I wtedy pojawia się pokusa zaniechania, najgroźniejsza z pokus. Wszak nic złego się nie stanie, jeśli tego nie zrobię. Prawda, nic ewidentnie złego się nie stanie. I w bardzo wielu przypadkach wystarcza nam to, aby usprawiedliwić brak z-działania dobra. Możliwe do zrealizowania dobro nie jawi się jako konieczne, przeciwnie, jest niekonieczne. Konieczne jest powstrzymanie się od zła, niekonieczne jest uczynienie dobra. Większość sukcesów szatana nie polega na tym, że przekonał kogoś do realizacji zła, ale na tym, że uznaliśmy dobro za niekonieczne do z-działania.

Źle odczytana Ewangelia i źle nauczana, akcentuje głównie to, abyśmy byli grzeczni i nikomu nie szkodzili. Tymczasem Ewangelia aż kipi od opisów ekspansji dobra, obfituje w przekaz dynamicznego dobra, które jest wykonywane, z-działane, urzeczywistnione. Zapewne przy okazji zaangażowania na rzecz z-działanego dobra, mniej czasu i sił do zrobienia czegoś złego. To nie unikanie zła upodabnia nas do Boga, ale wybór i z-działanie dobra! Ewangeliczna maksyma: Zło dobrem zwyciężaj, tak się właśnie wyjaśnia. Ekspansja dobra – a to już wymaga poruszenia całej naszej osoby – jest wypełnieniem Ewangelii. To podsuwam w przededniu nowego miesiąca. To mało, jeśli kiedyś ktoś powie o nas – „To nie był zły człowiek”, znacznie ważniejsze, by ktoś (a może i wielu), powiedziało : „Szkoda, to był bardzo dobry człowiek”.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , ,

GDZIE MÓJ KOŚCIÓŁ?

kazanie na niedzielę 30 października AD 2005

Dziś uroczystość poświęcenia kościoła. Nawiązujemy myślą do momentu kiedy konkretna budowla została konsekrowana, stała się Domem Boga.
W głębszym wymiarze tajemnica Kościoła to oczywiście wspólnota zbawionych. I tu, przynajmniej na gruncie polskim, zaczyna się kwestia: czy zbawieni będą tylko (lub bardziej) członkowie Kościoła o. Rydzyka czy może „tradycjonaliści”, którzy wolą plecy księdza oglądać niż twarz; czy bardziej katolikami są ci, którzy deklarują, że będą nimi aż do śmierci, czy ci, którzy szybko zawierają ślub? Czy lepsze zbawienie czeka tych, którzy są „papiescy” i lgną do struktur czy może ci, którzy niewiele wiedząc o dogmatach i prałatach, lgną do Bożego słowa i kontemplacji?
Trzeba się bardzo pilnować Kościoła jedynego, jakim jest Bóg Miłość i idący z Nim śladami miłości, my ludzie. Granice Kościoła wyznacza jedynie miłość, wszystko inne pachnie herezją. Czy z tej miłości buchnie mistyka czy dzieło miłosierdzia czy proste życie pracy i służby rodzinie, rzecz drugorzędna. Ważne, aby miłości zbawiającej nie zastąpić miłością do radiostacji, kierunku ustawienia kapłana czy deklaracjami lub woltami życiorysowymi. Kto trwa w miłości – raz jeszcze za świętym Janem przypomnijmy – trwa w Bogu. Gdzie Bóg, tam miłość, gdzie miłość, tam Bóg. Tam i Kościół i zbawienie.

Itinerarium , , , , , , , , , ,

JAK ZMIENIAĆ ŚWIAT

W sobie nosisz nowy świat. Choćbyś dookoła widział wciąż zgliszcza starego. Łatwo jest machnąć ręką, odstąpić od wiary i poddać się dryfowi życia, bo wszystko nie idzie tak, jak chciałbyś.
Ale to w tobie jest nowy świat, który może być wezwaniem dla innych. I dopóki w tobie jest ten nowy świat, nie ma obaw. Cały świat będzie nowy.
Ewangelia rozpoczęła się od z pozoru naiwnych wołań jednego człowieka o nawrócenie i uwierzenie w moc miłości.

Itinerarium , , , , , ,

RUDY ABSOLUT

Zapewne na różne sposoby można szukać i doświadczać Absolutu. Podpowiadam jeden, który potrwa być może jeszcze tylko kilka dni.

Popatrz na liście na drzewach. Są absolutnie rude! Absolutnie! Wszelkie możliwe odmiany rudości! Rudość przenika je całkowicie i bez reszty. Czy coś piękniejszego mamy teraz? Terkocą na wietrze, podrzucając sobie na chwilę kapkę słonecznego blasku, raz wiatru dając do igraszek awers, raz rewers, tańczą na trzeźwo mieszając rytm i melodię. Tak Bóg objawia się absolutnie na rudo i wesoło.

Itinerarium , , , , ,

BRATERSTWO

Próba człowieczeństwa trwa zawsze. Dzielenie świata na wrogów i przyjaciół, kończy się farsą braterstwa. Miarą człowieczeństwa (wciąż w stanie próby!) jest mozolne czynienie dobra, bez względu na to kim jest ten drugi. Tak budujemy lepszy świat, stajemy się ludźmi, dochodzimy do żywego Boga (lub odchodzimy od Niego). Wszyscy ludzie, których dziś spotkasz są braćmi, spragnionymi twojego dobra.

Itinerarium , , , , ,

PRZETRWANIE

Tyle z nas przetrwa, ile uczyniliśmy z miłości.

Itinerarium , ,