PROSTE WARUNKI SZCZĘŚCIA

Zapytajcie kogoś, bez jakichś namolnych wstępów, w trakcie rozmowy, tak przy okazji, o szczęście, czy jest szczęśliwy.

Jakże się zdziwi, zakłopocze, zapętli.

– Co za pytanie!

– Hm, w zasadzie tak… Chociaż – tu następuje lista warunków, od których szczęście zależy, a które jeszcze spełnione nie są.

– Eeee, daj spokój… Nie masz się czym zajmować?

Powszechnie krąży takie dictum, że każdy pragnie być szczęśliwy. Ale kiedy rozebrać owo rzekome pragnienie, okazuje się, że oto ktoś chce być bogatszy. A inny zdrowszy. Jeszcze inny chce zmienić pracę. Albo samochód (na lepszy!). Albo zdać maturę. Albo zdać na prawo jazdy. Albo wyjść za mąż. Albo się rozwieść. Albo to wszystko naraz – jeśli się da. Nawet jeśli spakować te wszystkie „dobra” w jeden kuferek i wziąć na plecy, to już jest szczęście?

Myślę sobie, że szczęście jednak jest bezwarunkowe i możliwe bez któregoś z wymienionych wyżej „dóbr”.

Szczęście to jednak przede wszystkim ja sam. Ja. I Ty. I my, razem. To sposób istnienia, przekładający się na styl życia, spotkania z ludźmi, widzenie świata i rzeczy na tym świecie. Zdolność bycia bogatszym i biedniejszym, a jednak szczęśliwym; zdrowszym mniej lub bardziej, a jednak szczęśliwym; z maturą czy bez, z prawem jazdy lub bez. Banalne, ale prawdziwe – dla szczęśliwych większe pieniądze, lepsze zdrowie, ciekawsza uroda, są tylko dodatkiem.

A wiadomo, że człowiek bez dodatków obejść się może. Po prawdzie, niczego ci nie brakuje dziś do szczęścia. Jeśli jednak myślisz inaczej, i masz jakieś, nawet drobne, warunki do szczęścia, boję się, że nigdy nie będziesz szczęśliwy.

Itinerarium , , , , , , , , , , , ,

ZMIENIĆ RZĄD!

Nowy Rok rozpoczęliśmy, podobnie jak kilka poprzednich, od odnotowania wyższych cen za prąd (duży wzrost), gaz, wywóz śmieci (także duży), wodę (nie wszędzie) i wódkę; stanieją mieszkania.

Takie złe informacje docierają już od kilku miesięcy, wpierw łagodzone przez prognozy wzrostu płac, teraz niestety spotęgowane zapowiedziami redukcji zatrudnienia i obniżkami wynagrodzeń.

Znam takie rodziny, gdzie włącza się prąd na dwie godziny, żeby dzieci odrobiły lekcje, a na telewizor idzie się do sąsiadów, zdolnych zapłacić więcej za energię elektryczną.

Zupełnie nie przekonują mnie argumenty, że w Unii owe „media” kosztują drożej i musimy równać ceny. A nawet jeśli, to wpierw oczekiwać można równania zarobków, na co nie zanosi się chyba. Poza tym, uczyliśmy się wszyscy zapewne o „sile nabywczej pieniądza” i jak mamy mniej pieniędzy to nabędziemy jedynie albo rzeczy tańsze albo mniej droższych. Albo się zadłużymy.

W kwestiach prądu, gazu, etc., nie ma ulg dla biedniejszych, zamożniejsi sobie jakoś poradzą. Co jednak z tymi rodzinami, gdzie już od lat jest kryzys?

I najważniejsze pytanie – po co nam państwo i rząd? Po to, żeby anonsować złe wieści o pogorszeniu naszej sytuacji? Dowiemy się tego i bez premiera i bez ministrów. W Konstytucji RP (rozdział VI, art. 151) jest zapis dotyczący przysięgi, składanej przez premiera i wszystkich członków rządu:

Obejmując urząd Prezesa Rady Ministrów (wiceprezesa Rady Ministrów, ministra), uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem.

Przysięga może być złożona z dodaniem zdania “Tak mi dopomóż Bóg”.

Oczywiście, można uzasadniać jeszcze inaczej powinności państwa i rządu wobec nas obywateli. Boję się jednak, że jak zwykle, jakoś „rząd się wyżywi”, a także ogrzeje, opierze i napije (wódki), nie odczuwając skutków podwyżek. Nie jestem zwolennikiem ingerencji państwa w nasze życie, ale tylko dopóty dopóki dajemy sobie radę sami. Wokół jednak zbyt wielu ludzi, którzy nie dają sobie rady i będzie ich coraz więcej. Tymczasem nie widzę i nie słyszę, aby ktoś szukał sposobów wsparcia tych, którzy sobie nie radzą. Stąd pytanie – po co nam państwo i rząd?

Ale stawiam sobie też inne pytanie – dlaczego z roku na rok jest coraz drożej, niemal ze wszystkim? To przecież nie jest takie oczywiste, że tak być musi, bo niby dlaczego? Nie dajmy się uwieść pozornym oczywistościom. Chyba, że ulegniemy przekonaniu, że coraz większy zysk (chciwość) musi być podstawową siłą napędową gospodarki. A może warto zadać sobie jeszcze bardziej podstawowe pytanie – czy nie pora na gruntowną zmianę podstaw funkcjonowania całego systemu?

Za mojego życia upadło już wiele „absolutnie słusznych” systemów i ideologii. Tę, która dominuje dziś – z wielką krzywdą zwłaszcza dla najuboższych – trzeba zmienić jak najszybciej. No i oczywiście rząd 🙂

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

O STRÓŻACH PORANKA

Jeden z moich przyjaciół, niespecjalnie lubił (do ślubu) wstawać rano. Kiedy czasem przyłapywałem go koło jedenastej w łóżku, niby to strofująco żartowałem:

– A! Witaj, ranny ptaszku!

– A ranny, ranny… I to w skrzydełko, więc jeszcze nie fruwam … – słyszałem zwykle w odpowiedzi.

Kilka dni temu spotykałem się w sobotnie przedpołudnie (od 10.00) z grupą studentów, pracujących jako wolontariusze z dziećmi ulicy. Zapytałem, o której musieli wstać, aby zdążyć na dość wczesne, jak na weekend, spotkanie. Większość zrywała się tak około dziewiątej, bez śniadania i jakiejś szczególnej troski o makijaże. A Magda oświadczyła:

– Ja wstałam o piątej…

– O piątej? O, to musisz daleko mieszkać… – dziwiła się inna studentka.

– Nie, ja mieszkam w Lublinie. Tylko chciałam się pouczyć rano…

– No chyba cię pogięło! Nie miałaś co robić w piątek wieczorem?

– No, miałam, ale o dwudziestej drugiej położyłam się spać, żeby wstać rano i trochę pouczyć się.

– Rety! To ja o tej porze wchodziłam wczoraj do pubu!

Dobrze pamiętam, że Jan Paweł II widział w młodych stróżów poranka: Droga młodzieży, wy macie być stróżami poranka (por. Iz 21, 11-12) zwiastującymi nadejście słońca, którym jest Chrystus zmartwychwstały! (2001).

Co prawda, taki przeciętny młody człowiek dziś to nie stróż poranka a raczej nocny cieć, ale nadziei tracić nie wolno, przykładem wspomniana wyżej Magda.

Obecnie rano robi się znacznie bardziej rano niż w grudniu, choć mało kto to dostrzega, zwłaszcza młody człowiek. A rano dzieją się rzeczy piękne i ważne.

Rano Abraham zwykle ruszał w drogę, rano Mojżesz wybrał się do faraona, aby zakomunikować mu exodus Izraela z Egiptu, Jozue rano rozpoczął zwycięski szturm na Jerycho, rano Jezus chadzał na osobiste dialogi z Ojcem, wreszcie w Najważniejsze Rano kobiety jerozolimskie odkryły pusty grób.

Dni ruszyły już z mnożeniem światła, zarówno o poranku, jak i z wieczora. Trwa istotne przyśpieszenie, którego nie wolno przeoczyć. W poranku jest jednak jeszcze coś niezwykle pięknego i pełnego nadziei.

Dołóżmy starań, aby poznać Pana, Jego przyjście jest pewne jak świt poranka – mówi z natchnienia Ozeasz. A dziś poranek także nadszedł.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , ,

WYPRAWA NA SZELF

Pewnie większość z nas wie, co to jest szelf. Taka podwodna półka skalna, będąca przedłużeniem lądu, ale zatopiona już wodą. Na przykład Bałtyk jest prawie cały szelfowy, o ile pamiętam. Widocznie kiedyś był lądem, tylko jakieś wody go pokryły. Szelf to taki ląd, którego nie widać. Ale jest.

W każdym z nas jest taki szelf, dziedzina, przestrzeń, sfera, jakoś niewidoczna, ale realna. Taka, której unikamy, która, z jakichś powodów jest zakryta, ale jest. Czasem jest to sfera jakiegoś grzechu, z którym nie możemy sobie poradzić. Niekiedy grzechu poważnego, niekiedy wyimaginowanego albo przejaskrawionego. Nasze osobiste kwalifikacje grzechów często odbiegają od prymatów ewangelicznych. Przykładem jest choćby kwalifikacja grzechów „nieczystych”, które często zdają się nam być najgorszymi, choć dekalog umieszcza je dopiero na szóstej pozycji („Nie cudzołóż.”). Spokojnie zaś podchodzimy choćby do lekceważenia trzeciego przykazania, które wzywa do świętowania dnia świętego czy zaniedbujemy rodziców, mimo dezyderaty w przykazaniu czwartym.

Szelfem jest niekiedy jakaś strefa wstydu, czegoś, co na samą myśl oblewa nas rumieńcem; często wstyd jest owocem kompleksu czy całej gromady kompleksów, począwszy od oklepanego już wyglądu, poprzez brak jakichś powszechnie oczekiwanych umiejętności (wiedzy), aż po życiowe niefarty (jakieś okazje wciąż cię mijają, inni je łapią, etc.).

Szelfem może być jakaś kraina przeszłości, wspomnień, nieraz bardzo bolesnych, nagromadzone nie załatwione sprawy, zwłaszcza te nie przebaczone i nie przeproszone.

Nie piszę tego, aby bawić się w psychoanalityka, który szermuje argumentami o sile podświadomości, argumentami dobrymi na każdą okazję. Piszę zaś z potrzeby podzielenia się ważnym doświadczeniem, być może znanym już wielu z was. Otóż, dopóki żyjemy, mamy dostęp do własnych szelfów, co więcej, nie tylko mamy dostęp, ale możemy z nich uczynić – i tu wspomogę się kolejną metaforą – część przyjaznego nam lądu. Te nasze szelfy to także my, każdy nasz szelf jest częścią naszego „ja”, częścią absolutnie niezbywalną. Udawanie, że ich nie ma nie rozwiązuje sprawy, bo są. Unikanie wejścia w nie naraża nas na szereg niekontrolowanych impulsów, jakie mogą z nich płynąć. Tymczasem mamy moc panowania nad przestrzeniami naszych szelfów, oswajania tych przestrzeni, czynienia z nich „dobrej, żyznej ziemi”, rodzącej dobre owoce dla nas samych i innych.

Pamiętaj także, że nie jesteś sam w wędrówce po krajobrazie własnych szelfów. W Psalmie 139 znajduję ważną wskazówkę:

Panie, przenikasz i znasz mnie,
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.
Z daleka przenikasz moje zamysły,
widzisz moje działanie i mój spoczynek
i wszystkie moje drogi są Ci znane.
Choć jeszcze nie ma słowa na języku:

Ty, Panie, już znasz je w całości.
Ty ogarniasz mnie zewsząd
i kładziesz na mnie swą rękę.

Tam, gdzie zdaje ci się, że jesteś tylko ty i twoje szelfy, dużo wcześniej przed tobą był już Bóg. Ponieważ On zjednoczył się z całym człowiekiem, nie pominął także naszych szelfów. Tak wynika z tajemnicy Wcielenia Boga, Słowa, które „ciałem się stało”

Ty bowiem utworzyłeś moje nerki,
Ty utkałeś mnie w łonie mej matki.
Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie,
godne podziwu są Twoje dzieła.
I dobrze znasz moją duszę,
nie tajna Ci moja istota,
kiedy w ukryciu powstawałem,
utkany w głębi ziemi
Oczy Twoje widziały me czyny
i wszystkie są spisane w Twej księdze;
dni określone zostały,
chociaż żaden z nich [jeszcze] nie nastał.

Pewność, że idziemy w krainę, która znana jest Bogu – lepiej nawet niż nam samym – dodaje odwagi i jest źródłem mocy. Pamiętaj, że nic z twoich szelfów nie jest mocniejsze od ciebie, ani twoje grzechy, ani kompleksy, ani wstyd, ani lęk, ani przeszłość. Spróbuj w nie wejść (przed tobą już wszedł w nie Bóg), dasz radę.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

NIEPRZYTOMNOŚĆ

kazanie na Święto Chrztu Pańskiego
niedziela 11 stycznia AD 2009

Pewnie większość z nas została ochrzczona, z wodą, świecą, białą szatą i wszystkim innym. Czy coś się zmieniło w nas wskutek tego?

Oczywiście nie zamierzam tu przedstawiać „katechezy chrzcielnej”, takie były niezwykle popularne w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, kiedy chrzest był sprawą wyboru, zwykle dorosłego człowieka.

Czytając scenę chrztu Jezusa warto zwrócić uwagę na ontologię zdarzenia. Chrzest objawia kim jest Jezus, odsłania prawdę o Nim – ewangelista wprowadza obraz Ojca, który z otwartego nieba informuje: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. Ta informacja jest skierowana – to zastanawiające – do samego Jezusa („Tyś jest”…), jakby jej celem było upewnienie Jezusa, odnośnie Jego istoty jak i misji. Tak, jesteś moim synem, umiłowanym! To w Tobie mam upodobanie.

Nawet nie wiemy czy ktoś poza Jezusem ten głos słyszał – zupełnie inna sprawa to sam zapis w Ewangelii, skąd się tam wziął.

Nasz chrzest, w gruncie rzeczy, objawia nam kim jesteśmy a może kim być możemy. Jest trochę – jeśli się wmyślić w jego sens – takim potrząśnięciem ze strony Boga: zobacz, kim jesteś! Jest próbą wyrwania nas ze stanu nieprzytomności, w jaki się wpędzamy zjadając chleb, kierując samochodami i sypiając na obydwu bokach. Wpędzamy się w schemat, w którym zdajemy się być, sami dla siebie, sumą naszych działań, reakcji, zachowań i pełnionych funkcji.

Rzeczywiście żyjemy w półprzytomności, jeśli nie w całkowitej nieprzytomności, nie znając siebie, nie pozwalając sobie na odkrycie własnego potencjału. Nie przenosimy gór, nie wyrywamy morwy z korzeniami, rzadko uzdrawiamy (i zwykle przypadkiem, jakby się nam coś wymknęło, jakaś przypadkowa moc), chleby rozmnażamy w snach najwyżej. Wszystko z powodu stanu nieprzytomności istotowej, rozminięcia się z tym, kim jesteśmy i być możemy.

Czy się jednak obudzimy? Otrząśniemy? By żyć i czynić jak Boże dzieci, wolne, odważne, mocne (i wszechmocne), żywe, rześkie i pełne miłości?

LITURGIA SŁOWA

(Iz 42,1-4.6-7)
To mówi Pan: Oto mój Sługa, którego podtrzymuję. Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął; On przyniesie narodom Prawo. Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku. On niezachwianie przyniesie Prawo. Nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy. Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów, abyś otworzył oczy niewidomym, ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności.

(Ps 29,1-4.9-10)
REFREN: Pan ześle pokój swojemu ludowi

Oddajcie Panu, synowie Boży,
oddajcie Panu chwałę i sławcie Jego potęgę.
Oddajcie chwałę Jego imieniu,
na świętym dziedzińcu uwielbiajcie Pana.

Ponad wodami głos Pański,
Pan ponad wód bezmiarem
Głos Pana potężny,
głos Pana pełen dostojeństwa.

Zagrzmiał Bóg majestatu:
a w świątyni jego wszyscy wołają: „Chwała”.
Pan zasiadł nad potopem,
Pan jako Król zasiada na wieki.

(Dz 10,34-38)
Gdy Piotr przybył do Cezarei, do domu Korneliusza, przemówił: Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela, zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła.

(Mk 9,7)
Otwarło się niebo i zabrzmiał głos Ojca: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie.

(Mk 1,6b-11)
Jan Chrzciciel tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie.

Itinerarium , , , , , , , , , , ,

Kolęda

U znajomej był już ksiądz po kolędzie. Zapytałem, który ksiądz? – Ten wierzący – odpowiedziała.

Ładne, prawda?

Jeśli księża z mojej parafii poczuli się zaniepokojeni, to uspokajam: znajoma jest z innej. Więc ksiądz może spokojnie do nas przyjść, nie będę podejrzliwie patrzyć. I może nawet wypić herbatę, a potem bez obaw skorzystać z łazienki.

Kolędujący księża za herbatę zwykle dziękują wymawiając się brakiem czasu. Fakt, że wizyty duszpasterskie to dzisiaj działalność taśmowa, jak produkcja licencjatów i magistrów. Ale podejrzewam, że nie chcą herbaty bardziej ze strachu. Ponoć pewien ksiądz wypił jedną, potem drugą, u pewnej miłej pani. Jej męża w domu nie było, bo – jak wyjaśniła – pracował. Przed wyjściem ksiądz chciał skorzystać z łazienki. Dwie herbaty zaczęły działać. Otworzył drzwi, a tam, po ciemku, cichutko, siedzi małżonek …

Ja na pewno nie schowam się w łazience. Jeśli już, to pod stół w swoim pokoju, więc ksiądz może spokojnie herbatę wypić, a nawet dwie. I nie będę pytał o wiarę. Licząc zresztą na wzajemność.

Jan Pleszczyński

Spoza kruchty , , , , ,

BULDOG I KSANTYPA

No nie wiem, jak hucznie świętować Boże Narodzenie, które już znika z naszego i kalendarza i wystroju. W kościołach szopki już rozebrane, jeszcze się trochę (do 2 lutego zwyczajowo) pośpiewa kolędy, od poniedziałku zamienimy brewiarz z pierwszego tomu (okres Adwentu i Bożego Narodzenia) na trzeci (pierwsza część okresu zwykłego).

Na szczęście przypomniałem sobie – i wam przypominam – że jest karnawał! Na cześć Pana Jezusa, tu pomiędzy nami narodzonego, obecnego, należy zatańczyć, smacznych rzeczy naszykować, najlepsze stroje wyjąć, włosy zawadiacko ułożyć, nie skąpić na trunki przednie w ilości stosownej.

Nie umiemy się cieszyć Bogiem Bliskim, jak już robimy zabawę, to wychodzi z nas buldog albo jakaś Ksantypa. W drugi dzień Świąt podróżowałem autem i zaobserwowałem zjawisko buldoga. Za kierownicą 8 na 10 mijanych aut siedziały panie, zapewne żony. Większość z nich dość sztywno, prawie na szybie przedniej, ze wzrokiem nieruchomo wbitym w szosę. Obok panowie, tzn. buldogi, albo podsypiający z nadmiaru alkoholu we krwi, albo na tyle w formie, że jeszcze mogli strofować małżonki. Buldog to pan i władca auta domowego. Normalnie to on jeździ, oczywiście jeździ najlepiej na świecie, doskonale, co tam ten Kubica! Ale się napił, więc żona z konieczności ma ten swój debiut za kierownicą. On obok, pomrukuje, pohukuje, warczy, ślini się, poprawia, strofuje, z wysokości autorytetu nieomylnego.

– No przyśpiesz, wleczesz się …

Ona oczywiście, siadając dwa razy do roku za zabawką męża, zestresowana, spanikowana, dobrze, że jedzie po drodze nie rowem, a tu jeszcze wymagania…

– No jak skręcasz, ty … – tu padają różne wyrazy czci lub niesławy.

On by to lepiej skręcił, ale nie może, bo napity, więc chociaż skrzyczy żonę, wykaże się wiedzą, szefostwem i tupetem.

Jeden z moich znajomych skarżył mi się, wprawdzie nieśmiało, że nie bardzo jak ma zaprosić kolegów do domu. Żona wysuwa szereg kontrargumentów. Bo trzeba trochę bardziej niż zwykle posprzątać. I coś tam z zakąsek przygotować (a to kosztuje). Potem jeszcze zmywanie. Słowem dużo ceregieli, a pożytek niby jaki?

Ja oczywiście, nie namawiam, aby na cześć Pana Jezusa rozbijać domowe auta czy zaraz barana z rusztu fundować kolegom. Ale potrzeba nam chyba takiej prostszej radości, ucztowania z ludźmi, wyśmiania się z naszych nadzwyczajnych cnót, potańczenia bez okazji szczególnej.

Kiedy stajemy się bardziej ludzcy, naprawdę Bóg jest nam bliższy. Ten Bóg, co stał się człowiekiem.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , ,

JEZUS SIUSIA W PIELUSZKI

Bardzo lubię Boże Narodzenie, oczywiście całą Jego tajemnicę, bo jeśli o obchodzenie idzie, to najwyższa pora wiele pozmieniać.

Nasza tradycja liturgiczna funduje nam 40 dni Wielkiego Postu i jedynie 24-25 dni Radosnego Oczekiwania w Adwencie. Poza tym wszystko, co Wielkie, wiąże się Wielkanocą (już ta noc sama jest Wielka) – Wielki Post, Wielki Tydzień, a wreszcie jeszcze dni Wielkanocne (a są takie, są w liturgii po Wielkanocy) i nawet parę niedziel Wielkanocnych. Niestety, nic “Wielkiego” nie ma w czasie Adwentu i Bożego Narodzenia, choć gdyby nie te zdarzenia, to nic “Wielkiego” nie byłoby na wiosnę, żadnego Wielkiego Postu, Tygodnia i Nocy.

Tego, co dziś piszę, proszę nie traktować jako kolejnego odcinka dywagacji w kwestii “wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy” lub odwrotnie, dywagacji, które ongiś nawet były donośne. Jednak punkt krytyczny naszej wiary znajduje się w tajemnicy Bożego Narodzenia. Niedowierzanie w zmartwychwstanie (to nasze, bo Jezusa, to jeszcze jako tako) ma swój korzeń w odczłowieczeniu Bożego Narodzenia. Pamiętam jak kiedyś jedna z moich uczennic strofowała mnie bym nie przesadzał, kiedy mówiłem, że mały Jezus siusiał w pieluchy, ssał piersi i z kolegami (a nawet z koleżankami) bawił się w berka i chowanego, zapominając o powrocie na czas na kolację, czym wyprowadzał z równowagi statecznego Józefa. Skąd ja to wszystko niby wiem? Proste! Co ja dzieckiem nie byłem? Nie widzę co robią dzieci?

Gdyby Jezus nie był stuprocentowym dzieckiem, nie byłby stuprocentowym człowiekiem, nie umarłby także w stuprocentowym wariancie, a stąd nie miałby potrzeby powstawać z martwych. Bez totalnego człowieczeństwa Jezusa wszystko dzieje się na niby, “jakby”, “prawie” (które czyni jednak istotną różnicę) i nie ma wielkiego związku z nami, z naszym ludzkim doświadczeniem. Co nam po Synu Bożym, który umiera i zmartwychwstaje? My chcemy przykładu człowieka, którego dosięgła śmierć, a jednak On ze śmierci powstał, był martwy (co i nam się być może przytrafi), a jednak żyje (co i nam się być może przytrafi). Wszystko jednak zaczyna się w noc Betlejemską, kiedy Bóg staje się człowiekiem, w co jednak nie do końca wierzymy i czego nie nauczyliśmy się hucznie świętować. A szkoda. Zaryzykuję tezę, że bez – proszę wybaczyć śmiałość – siusiania nie byłoby zmartwychwstania, tzn. bez siusiania Jezusa człowieka, nie byłoby zmartwychwstania Jezusa człowieka, ani (oczywiście) szansy na nasze zmartwychwstanie – nasze, czyli tych zwykłych ludzi, którzy siusiali w pieluchy.

Kochajcie Boże Narodzenie, to wasze źródło zmartwychwstania! Ja dodatkowo mam powody, by kochać ten czas, bo jestem spod tego samego znaku Zodiaku, co Pan Jezus, no i mamy w tym samym dniu Imieniny. “Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię – pisze Łukasz – nadano Mu imię Jezus, którym je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki.” (2,21). A ósmy dzień to właśnie 1 stycznia! A wtedy właśnie kto ma imieniny?

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

POD NOSEM

Zawsze to, co najpiękniejsze mamy pod nosem. Ale wpatrujemy się w telewizory, by na różnych kanałach podziwiać cuda świata.

Przeważnie także, to, co najlepsze, możemy zrobić teraz, ale czekamy na święta, na wiosnę, na majowe zapachy bzów czy lżejsze ubranka w lipcu.

Zwykle to, co najprawdziwsze, jest kwestią najbliższej rozmowy, chwili namysłu, czy odczytania wiadomego wersetu.

Miłość, oczywiście, skapuje nam we łzach, ronionych po ostatnich akordach melodramatów, albo w nocnych wspomnieniach, kiedy pusto, cicho i bezkolizyjnie łzotok się toczy. Ta prawdziwa dwie ulice dalej, robi dokładnie to samo.

Rozminąć się z pięknem, dobrem, prawdą i miłością – i jeszcze z podniesioną głową deklarować dumnie: „Życie? Da się przeżyć!”

Itinerarium , , , , , , , , ,

JASIEK, BYWAJ ZDRÓW!

Jeden z moich młodych przyjaciół poprosił mnie o modlitwę. Odmówiłem mu.

Jasiek chodzi do liceum (chodzi, chodzi, bo żeby się tam uczył, to już różnie bywa), a ponadto jest wolontariuszem pomagającym bezdomnym. Raz albo dwa w tygodniu wozi na dworzec i do ogrzewalni gorące posiłki i kanapki, przeznaczone dla bezdomnych. Tak jest przez całą zimę, oprócz Jaśka, w tę akcję zaangażowanych jest kilkadziesiąt innych młodych osób. Jasiek jest dobrym, mądrym, fantastycznym człowiekiem.

Teraz jest zima, nawet się mroźnie zrobiło. Jasiek paradował w samym podkoszulku (T-shirt), na który miał narzuconą kurteczkę, elegancką. I chlipał, parskał, kichał i smarkał. Wszystko z powodu przeziębienia i/lub grypy. Próbowałem wyjaśnić Jaśkowi związek (przyczynowo – skutkowy) pomiędzy jego ubieraniem się w mrozy a chorowaniem. Ale Jasiek, młody i chwacki intelektualista, radykalnie i natychmiast odrzucił mój tok myślenia. Że przesadzam, nie znam się, czepiam się i mam staroświeckie poglądy.

Za to gorąco prosił:

– Niech się ksiądz za mnie pomodli, o zdrowie…

Był naprawdę mocno zdziwiony, jak odmówiłem.

– Ksiądz to się czepiać potrafi, mojego ubioru, a jak mi potrzeba modlitwy, to ksiądz nie chce…

Wredna małpa jestem, zamiast wykonywać swój obowiązek modlitwy za ludzi w potrzebie, wymądrzam się w kwestii strojów.

Z tego samego powodu, dla którego – w tej sytuacji – nie modlę się o zdrowie dla Jaśka, nie modlę się też w kilku innych sprawach. Nie modlę się, żeby ktoś wygrał w totolotka – za to namawiam (mądrzę się!) do wysyłania kuponów. Nie modlę się o „pomyślny przebieg rozprawy sądowej”, tylko doradzam (mądrzę się!) wynajęcie dobrego adwokata. Nie modlę się, żeby dzieci moich znajomych były grzeczne, tylko podpowiadam (mądrzę się!), aby czasem na nie nakrzyczeć albo więcej przytulać (w zależności od modelu pedagogicznego nadużywanego w procesie wychowania). Nie modlę się o „dobrego męża” (częste prośby), ani o „dobrą żonę” (rzadziej, ale się trafia), ale doradzam, żeby chodzić na dyskoteki czy w ogóle bywać wśród ludzi, ładnie się ubierać, coś fajnego umieć powiedzieć, uśmiechać się i odpowiadać na najbardziej niewiarygodne numery telefonów. Nie modlę się także o rozum dla polityków, tylko zachęcam, aby przed wrzuceniem kartki wyborczej, tak zdecydować, aby tę późniejszą ewentualność prośby o modlitwę, wyeliminować od razu, przy urnie.

No, przyznaję, w paru sprawach się nie modlę!

Jasiek, bywaj zdrów!

Itinerarium , , , , , ,