O nas

Po kolei odchodzą tacy ludzie jak Jan Nowak – Jeziorański, Karol Wojtyła, Jacek Kuroń, Leszek Kołakowski. Umierają. A my czytamy o nich wspomnienia, wzruszamy się, zamyślamy, zachwycamy. I pewnie wielu z nas, ja też, myśli sobie: eh, gdybym był takim chociaż w połowie. Albo w jednej czwartej. No, w jednej ósmej.

A potem jesteśmy jak… Nie, nie wymienię. Bo nie byłbym nawet w jednej tysięcznej, jak oni. Zresztą, tak czy siak, nie jestem.

Jan Pleszczyński

PS. Do tych, którzy już się szykują, by do mnie napisać, że wcale nie chcą być jak oni, mam prośbę: dajcie spokój. Nawet gdybyście chcieli, to nie będziecie.

Spoza kruchty , , , ,

APSIK PREFACJA

Rozpoczęło się od tego, że na ołtarzu pojawiły się świeżo zebrane polne kwiaty. Dzieciaki przyniosły je na mszę świętą, odprawianą w „katedrze pod sosnami”.

Katedra ta, to miejsce gdzie razem z setką dzieci codziennie mam mszę świętą. Liturgia w takich okolicznościach bywa niezwykle żywa.

Z kwiatami było tak. Rozszedł się ich aromat, na który jestem akurat bardzo wrażliwy. Dobrze szło do prefacji. Zacząłem:

– Pan z wami!

A kiedy dzieci odpowiadały chóralnie: – „I z duchem twoim!”, ja czułem że zbiera mi się na głośne kichnięcie, absolutnie nie do opanowania. Stąd wyszła mi fraza:

– W górę serca … Apsik!

A dzieci, zgodnie z tym, co widziały i słyszały, odrzekły:

– Na zdrowie!

A powinny wszak: „Wznosimy je do Pana!”. Ja, celebrując z maksymalną powagą, ciągnę, czując, że na jednym kichnięciu się nie skończy:

– Dzięki składajmy, Panu Bogu naszemu … Apsik!

No, a dzieci, żadnego tam „Godne to i sprawiedliwe”, tylko jeszcze głośniej:

– Na zdrowie!

Następnego dnia, bardzo młoda kantorka, bodaj z klasy trzeciej, przyniosła mi przed mszą psalm i zapytała, czy ostatni werset, z ostatniej zwrotki psalmu, powinna także zaśpiewać, a może inaczej się to czyta niż jest napisane. Biorę do ręki lekcjonarz i już rozumiem dylemat młodej panny:

Posłał wtedy sługę swego Mojżesza
i Aarona, wybranego przez siebie.
Okazali wśród nich Jego znaki
i cuda w krainie Chama.

Nie tak prosto jest dziecku wyłożyć, że u chama także cuda się zdarzały, i dlatego cham (Cham) w liturgii ma prawo się znaleźć i nawet śpiewać o nim można. Panna atoli zaśpiewała frazę, lekko jedynie ściszając głos w ostatniej linijce.

Inny razem, zadałem dziatwie trudne pytanie, bodajże o miłość nieprzyjaciół. Jakoś nie garnęły się do dywagacji. Ale jeden z malców gwałtownie podnosił rączkę.

– Proszę, Kamil, powiedz! – zachęcam.
– Proszę księdza, szyszka mi spadła pod nogi!

Cała setka zaraz główki do góry zadziera, gapi się w szyszki wiszące nad nimi, niechybnie już będą spadać następne, wszak Kamil nie uprzywilejowany.

– Jakby ci spadła na głowę i nabiła guza, to jej przebaczysz, tak? – próbuję ratować kazanie.
– Nie, bo szyszka spadła niechcący!

Kaznodzieja zawsze ma pod ręką zbawienne „Amen”, kończące kazanie. No i szansę, że jutro można się poprawić.

Itinerarium , , , , , , , , , , ,

SZCZĘŚCIE W PODRÓŻNEJ WALIZCE

Różnym moim młodym przyjaciołom doradzam, aby nie gonili nigdzie za szczęściem. Doradzam tak młodym, bo starsi o szczęściu już nawet nie pomarzą.

Często jest tak, że przeżywamy niezadowolenie z życia, czując potrzebę zmiany. I wtedy pojawia się pokusa – wyjedź stąd, rzuć wszystko, pojedź do (Warszawy, Krakowa, Londynu, etc.), tam zacznij wszystko od nowa.

Sęk w tym, że nasze nieszczęście nie czeka aż wyjedziemy, tylko pakuje się razem z nami i razem z nami jedzie do naszej wymarzonej Warszawy, Krakowa czy innego Londynu. Nasze nieszczęście ma wykupione bilety do wszystkich szczęśliwych miejsc, gdzie chcielibyśmy uciec przed nim.

Prześladuje nas pokusa szczęśliwych scenariuszy, byle nie tutaj i nie dziś, ale jutro i pojutrze, za tydzień, w Warszawie, Krakowie, etc.

Moim młodym znajomym doradzam, aby wyjeżdżali dopiero wtedy, kiedy dziś się poczują szczęśliwi w miejscu, z którego chcą uciekać. A jeśli złapią to szczęście tutaj, to zawiozą je do Warszawy, Krakowa etc.

Słowem, po szczęście nie jeździ się gdzieś tam, szczęście wozi się ze sobą. Ale trzeba je mieć, a mieć je można tylko tu i dziś, teraz.

Itinerarium , , , , , , ,

ALLEGRO FURIOSO

W muzyce, na której znam się średnio, a może nawet mniej niż średnio, znalazłem frazę, która wiele mówi o tym, co obecnie dzieje się w naturze, a rzadko w naszym życiu.

Allegro znają wszyscy, a zapis taki na pięciolinii oznacza, że utwór należy wykonywać szybko i radośnie. Niemniej przy niektórych dziełach znaleźć można zachętę do wykonania w tempie allegro furioso (np. u Mahlera, Griega). Oznacza to, że utwór należy wykonać nie tylko szybko i radośnie ale jeszcze namiętnie i porywczo, niejako z furią. Inaczej – z wykopem i na full.

W tempie allegro furioso uwijają się obecnie pszczoły, a mają przy czym, lipy aż kipią nektarami, tak samo łąki i pola. Podobne tempo widzę w dojrzewających łanach zbóż i napęczniałych liściach co drugiego drzewa. Spotkałem nawet jednego ślimaka, który we właściwej dla siebie mierze, stosował owo tempo Furia, jakiś żywy pośpiech (ale nie chaos!), krzątanie ze zdwojoną energią, wykorzystanie każdej chwilki, kipiel energii. Cała przyroda nabrała tempa allegro furioso.

W tym tempie tkwi też chyba nasze szczęście. Muzykę można też wykonywać w tempie grave i lento, czyli ciężko, powoli, rozwlekle. Muzykę tak, ale życie?

Itinerarium , , , , , , , , ,

KRÓTKA DEWIZA ZWYCIĘZCÓW

We Francji trwa właśnie najsłynniejszy kolarski wyścig Tour de France, podczas którego jeden z jego faworytów, Lance Armstrong, promuje założoną przez siebie fundację (Livestrong).

Fundacja pomaga osobom zmagającym się z rakiem. Tę chorobę pokonał sam Armstrong. Dopadła go u progu świetnie zapowiadającej się kariery i wydawało, że tę karierę pogrzebie. Kolarz nie poddał się, walczył prawie dwa lata. Skutecznie. Wygrawszy z rakiem dokonał niezwykłej rzeczy również w sporcie, siedem razy pod rząd zwyciężył w Tour de France, ustanawiając trudny chyba do pobicia rekord. Pytany co pozwoliło mu odnieść zwycięstwo nad nieuleczalną (zdaniem lekarzy) chorobą, odpowiada krótko: „Nigdy się nie poddałem”.

Marek Edelman, ostatni z żyjących przywódców powstania w getcie, pisze w swoich wspomnieniach, że w okrutnych czasach zagłady, gdy codziennie na jego oczach ginęły dziesiątki i setki ludzi, najważniejszy nie był strach, upokorzenie, chęć zemsty czy nienawiść do oprawców. Najważniejsza była miłość. Miłość w getcie. Ona dała siłę, aby przetrwać.

Przeżywamy wszyscy trudne chwile, czasem koszmarne. Można się zapijać, aby zapomnieć. Można się wściekać i warczeć na cały świat. Biadolić i skamleć na podły los. Można zastygnąć w bezradnej prośbie o cud.

Myślę jednak, że dewiza zwycięzców jest inna. Brzmi: kochaj i walcz. Ci, którzy walczą i kochają, zwyciężają.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , ,

FIGLE BOCIANÓW MŁODYCH

Młode bociany są już dosyć duże. Za miesiąc z lekkim okładem odlecą do Afryki. No ale teraz to wyczyniają istne cuda.

Przy okazji codziennych mszy, jakie sprawuję w różnych miejscach regionu dla dzieci i młodzieży, którymi opiekujemy się (my, czyli tzw. „Duch”, duszpasterstwo młodzieży), mam okazję obserwować, co wyczyniają młode bociany. Pouczające.

Zabawnie wygląda nauka latania w wykonaniu tegorocznych juniorów. Startują z gniazd, a potem, zaskoczone samą możliwością lotu, nagle przysiadają w niezwykłych miejscach, w takich miejscach, na które stary, doświadczony bocian nawet nie popatrzy. Jedno z bocianiąt przysiadło, zaraz po wylocie z gniazda, na cieniutkiej gałęzi wysokiej brzozy. Tam by się bał siadać nawet bardziej spasiony drozd, ale młody bocian zaryzykował. I bach, poleciał na wznak, do tyłu, w porę jednak zatrzepotał skrzydłami. Jakby zdziwiony, że lata, wykonał ze dwa okrążenia nad brzozą i znów usiłował siadać na feralnej gałęzi. Tym razem zabujał się, do przodu, do tyłu, zafurkotał wachlarzami i ustał, na chwilkę tylko. I znów zryw ku niebu. Inne bocianie dziecko usiadło wprost na ramieniu przydrożnego krzyża, czego oczywiście normalny bocian w życiu (na trzeźwo) nie zrobiłby! Jeszcze inne wylądowało i lansowało się na szczycie ulicznej wiejskiej lampy, gdzie co najwyżej siadują jaskółki za potrzebą.

Strategia lotów młodych bocianów jest następująca: wylecieć z gniazda, poorbitować króciutko i zaraz siadać na byle czym. Jakby z niedowierzaniem stwierdzały: O, kurczę! Ja latam! Ja naprawdę latam, popatrzcie! Do tej pory wydawało mi się, że tylko mama i tata to potrafią! A teraz? Patrzcie, ja też latam!

Bardziej oblatane już bocianięta mają z kolei inną uciechę. Można je poznać po długim, coraz dłuższym kołowaniu na dużej, coraz większej wysokości. Co lot to dłużej i wyżej. I jeszcze dłużej i jeszcze wyżej! Normalny bocian tego nie robi, wzbija się jedynie tak wysoko, ile potrzebuje, aby znaleźć najprostszą drogę na żerowisko. Nie marnuje energii na akrobacje napowietrzne, bo musi wyżywić rodzinkę. Ale taki młody, co to nikogo żywić nie musi, buja się zachwycony samą pasją lotu, z lubością chwyta w skrzydła kolejne podmuchy zefirków, które niosą go w lewo, i wprawo, i do góry! Coraz wyżej! A jak lokalny zefirek słabnie, to po paru wachnięciach piórami znajdzie się bez problemu następny, przy którym można pofiglować wysoko nad ziemią. Stare bociany, zadzierają dzioby, siedzą twardo na stęchłych nieco gniazdach, zbierają energię, bo wiedzą, że za parę tygodni trzeba będzie ruszyć w podróż, kilkanaście tysięcy kilometrów, na południe Afryki.

Patrzę na te cudowne młode, żywe latawce i dumam. O ludzie, gdybyście uwierzyli, że możecie latać o wiele wyżej, niż myślicie! O wiele wyżej i wyżej! Bylibyście szczęśliwymi, bo szczęście przychodzi tylko przy wysokich lotach!

Itinerarium , , , , ,

ELEGIA DLA UJGURÓW

Obawiam się, że odstraszę większość z was od dalszej lektury, wspominając na początku, że piszę dziś o Ujgurach. Nawet jeśli tak, mam świadomość, że piszę o sprawie bardzo ważnej.

Ujgurzy mieli swoje wolne państwo jedynie przez 8 lat, konkretnie w latach 1932-1934 i 1944-1949. Istniały wówczas dwie republiki, pierwsza i druga, pod nazwą Turkiestan Wschodni. Ostatnia wolność została odebrana Ujgurom do spółki przez Stalina i pączkującą Chińską Republikę Ludową.

Przez ostatnie prawie 240 lat historii Polski byliśmy (i obecnie jesteśmy) wolnym, stanowiącym o sobie narodem jedynie przez 41 lat, w latach 1918 – 1939 i od 1989 r. do dziś. To oczywiście i tak o wiele razy dłużej niż Ujgurzy (choć przerażająco krótko, jeśli wziąć pod uwagę ćwierć tysiąca lat historii naszego narodu).

Ponad tydzień temu, w starciach pomiędzy Ujgurami a policją i wojskiem chińskim, zginęły oficjalnie 184 osoby (to dane władz w Pekinie). Ujgurzy żyjący na uchodźstwie podają liczbę ponad 800 osób. Ponieważ mam instynktowną niemal niewiarę w informacje podawane przez totalitarne reżimy, przypuszczam, że ofiar jest znacznie więcej niźli w oficjalnych statystykach. Niezbyt jasne są przyczyny początku obecnego wrzenia w miastach ujgurskich, pewne jest natomiast to, że protesty Ujgurów bardzo nie spodobały się chińskiej administracji, stąd liczne oddziały wojska i sił porządkowych, masowe aresztowania, zakaz wstępu do meczetów, godzina policyjna i zapowiedź ukarania śmiercią osób uznanych przez Pekin za prowodyrów zamieszek. Więcej na ten temat możecie bez trudu znaleźć na każdym portalu informacyjnym.

Czemu kwestia Ujgurów jest taka ważna? Jest to jeden z tych narodów, które pozbawione są prawa do samostanowienia o sobie, swoich losach, siłą wcielony do państwa chińskiego. Podobny los spotyka do dziś naród tybetański (także w obrębie Chin) czy kurdyjski. Rebiya Kadeer, Ujgurka na emigracji (matka 11 dzieci, 6 lat w chińskim więzieniu), powiedziała przed rokiem jednemu z polskich dziennikarzy: „Ujgurzy zasługują na wolność, tak jak na nią zasługiwała ludność polska w czasie sowieckich rządów. A zatem będę walczyć, dopóki mój lud nie stanie się wolny.”

Zgodnie z większością różnych międzynarodowych aktów prawnych, każdy naród ma prawo do swojego państwa i samostanowienia o swoich sprawach. Owo prawo wynika z godności ludzkiej i praw człowieka jako osoby. Jan Paweł II w słynnym, aczkolwiek nieco zapomnianym przemówieniu w ONZ (5 października 1995) przypomniał: „Podstawą wszystkich innych praw danego narodu jest z pewnością jego prawo do istnienia: nikt zatem – ani żadne państwo, ani inny naród czy organizacja międzynarodowa – nie ma prawa utrzymywać, że dany naród nie zasługuje na istnienie”.

Tego prawa odmawia się m.in. Ujgurom, Tybetańczykom czy Kurdom.

Śledziłem reakcje tzw. państw demokratycznych na wydarzenia w Sinkiang (czyli ziemi zamieszkałej przez Ujgurów, okupowanej przez Chiny). Niestety, były marne, czasem wręcz zaskakujące – np. w Holandii i Niemczech policja rozpędziła demonstracje przed chińskimi ambasadami. Jest rzeczą oczywistą, że cały świat robi interesy z Chinami i nikomu nie jest na rękę drażnienie potęgi gospodarczej i politycznej. Liczba ofiar zamieszek w Sinkiang jest najwyższa od czasu krwawej rzezi na Placu Tiananmen (4 czerwca 1989), oczywiście jeśli mówimy o Chinach. Boli mnie także to, że Benedykt XVI nie wspomniał publicznie o ofiarach w Urumczi i Kaszgarze (dwa największe miasta ujgurskie ogarnięte protestami).

Dla przeciętnego Polaka problemy Ujgurów są egzotyczne. Uwierzcie mi, dla przeciętnego Amerykanina, pomiędzy Niemcami a Rosją nie ma żadnego innego narodu czy państwa. Sam kiedyś usłyszałem od teksańskiej nauczycielki: „Poland? Yes, I know! It is a little city on the West of Russia …” (Polska? Tak, to małe miasto na Zachodzie Rosji).

Wspomniana wcześniej pani Rebiya Kadeer powiedziała również niezwykle prawdziwą rzecz: Moim dzieciom zawsze powtarzałam, że powinny być silne, odważne, pełne nadziei i dumy z tego, że są Ujgurami. Powinny walczyć o wolność i nigdy nie obawiać się zła, bez względu na to, jak potężne się ono wydaje.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , ,

PRZYCZYNEK DO DUCHOWEJ NOSTALGII

kazanie na XV niedzielę zwykłą
12 lipca AD 2009

Bardzo obco brzmi dzisiejsza Ewangelia. Uczniowie owszem, zostali posłani z określoną misją, poszli, nawet tę misję dobrze zrealizowali.

Po latach jednak czytamy tę relację z ewentualnie lekką nostalgią. Były czasy, kiedy przed apostołami otwierały się horyzonty lepszego świata, który oni mieli zainaugurować. Dziś, my przynajmniej, żyjący w świecie jakoś ukształtowanym przez Ewangelię, nie odczuwamy żadnej potrzeby nawracania kogokolwiek, czy to obok siebie, czy gdzieś daleko.

Obawiam się, że rzadko także przekazujemy żywą wiarę, rzadko wpajamy pragnienie poszukiwania Boga i nie przyjmujemy Ewangelii jako światła, które mogłoby nas zaprowadzić w jakieś nieznane strony.

Ewangelia starzeje się w zużytych formach naszej kultury, powiedziałbym nawet, że trzeba porzucać chrześcijańską kulturę, którą jesteśmy przesyceni, aby dać się owionąć żywemu powiewowi prawdy Ewangelii.

Do kogo mielibyśmy iść, na podobieństwo uczniów Jezusa, co mielibyśmy komuś zanieść? Czy dziwi nas, tak obficie ostatnio komentowany w mediach, spadek powołań do kapłaństwa? W gruncie rzeczy owo „powołanie” dziś wcale nie oznacza w pierwszym rzędzie walki o zbawienie ludzi (tu i wszędzie tam, gdzie ludziom daleko do tego zbawienia), zmagania o ewangeliczny kształt świata (Królestwo Boże, cywilizacja miłości) czy choćby zrywu do radykalnego realizowania nauki Jezusa. „Powołanie” dziś oznacza udział w dobrze zorganizowanej strukturze kościelnej, która rzadko artykułuje Ewangelię, częściej odwołując się do „świętej tradycji”, przestrzegania religijnych norm savoir vivre i spełniania wysublimowanych zasad porządku religijnego (zaświadczenia, metryki, dyspensy, wpisy, wypisy, etc.).

Dlatego ta Ewangelia o rozesłaniu uczniów niewiele (o ile nie nic) nam mówi, do niczego nie inspiruje. Zdążymy zapomnieć ją do obiadu. Do kolacji na pewno.

LITURGIA SŁOWA

(Am 7,12-15)
Amazjasz, kapłan w Betel, rzekł do Amosa: Widzący, idź, uciekaj sobie do ziemi Judy! I tam jedz chleb, i tam prorokuj! A w Betel więcej nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą. I odpowiedział Amos Amazjaszowi: Nie jestem ja prorokiem ani nie jestem uczniem proroków, gdyż jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Pan i rzekł do mnie Pan: Idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego!

(Ps 85,9-14)
REFREN: Okaż swą łaskę i daj nam zbawienie

Będę słuchał tego, co mówi Pan Bóg:
oto ogłasza pokój ludowi i świętym swoim.
Zaprawdę bliskie jest Jego zbawienie
dla tych, którzy się Go Boją,
i chwała zamieszka w naszej ziemi.

Spotkają się ze sobą łaska i wierność,
ucałują się sprawiedliwość i pokój.
Wierność z ziemi wyrośnie,
a sprawiedliwość spojrzy z nieba.

Pan sam obdarzy szczęściem,
a nasza ziemia wyda swój owoc.
Przed Nim będzie kroczyć sprawiedliwość,
a śladami Jego kroków zbawienie.

(Ef 1,3-14)
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa; który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich – w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. W Nim mamy odkupienie przez Jego krew – odpuszczenie występków, według bogactwa Jego łaski. Szczodrze ją na nas wylał w postaci wszelkiej mądrości i zrozumienia, przez to, że nam oznajmił tajemnicę swej woli według swego postanowienia, które przedtem w Nim powziął dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi. W Nim dostąpiliśmy udziału my również, z góry przeznaczeni zamiarem Tego, który dokonuje wszystkiego zgodnie z zamysłem swej woli po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu – my, którzyśmy już przedtem nadzieję złożyli w Chrystusie. W Nim także i wy usłyszeliście słowo prawdy, Dobrą Nowinę o waszym zbawieniu. W Nim również uwierzyliście i zostaliście opatrzeni pieczęcią Ducha Świętego, który był obiecany. On jest zadatkiem naszego dziedzictwa w oczekiwaniu na odkupienie, które nas uczyni własnością [Boga], ku chwale Jego majestatu.

(Ef 1,17-18)
Niech Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa, przeniknie nasze serca swoim światłem, abyśmy wiedzieli, czym jest nadzieja naszego powołania.

(Mk 6,7-13)
Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien. I mówił do nich: Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , ,

O czasie i pieniądzach

Mamy nową encyklikę Papieża. M.in. o kapitalizmie, liberalizmie itp. Mało kto ją czytał (ja nie), ale pierwsze komentarze już znam.

Mój komentarz do komentarzy jest taki: nic po encyklikach, jeśli nie ma kindersztuby, albo wrodzonej elementarnej wrażliwości. Ale na aprioryczną (trudne słówko?) wrażliwość bym nie liczył, bo to kwestia przypadku. Kindersztuba jest lepsza, bo wyuczalna (jak prawie wszystko).

Dla opornych intelektualnie dam przykład: jesienią ub. roku, w zastępstwie rzecz jasna, bo jakiś ks. prof. dr hab. miał ważniejsze sprawy i nie dojechał, załatałem dziurę na Kongresie Kultury Chrześcijańskiej na KUL. Zawsze nieźle mi wychodziła rola małpy (za taką też robię w kruchcie, dzięki łaskawości Księdza Rektora). Miałem za zadanie bronić liberalizmu, mając przeciw sobie mocno dogmatycznego i niezwykle oczytanego Księdza Profesora ze stolicy, mocno dogmatyczną, choć mniej oczytaną publikę (która przyszła się utwierdzić w opinii, że liberalizm jest be) oraz mniej dogmatyczną, ale przeintelektualizowaną garstkę akademików, dla której problemem zasadniczym były różnice między Novakiem, Balcerowiczem, Berlinem, Popperem itd. Ale to nieważne.

Ważne to, co nastąpiło później. Po pasjonującej dyskusji, w której liberalizm (tzn. ja) został zmiażdżony, sala błyskawicznie opustoszała i pozostał poruszający się o kuli moderator panelu oraz ja. Zapytałem nieopatrznie: Ksiądz pewnie teraz idzie na kolację? Odpowiedział: Nie, nikt mnie nie zaprosił, muszę się dostać na dworzec.

Co było robić, podwiozłem. Kindersztuba, albo geny, nie wiem. Ale one są ważniejsze niż wszelkie encykliki.

Możecie sobie myśleć inaczej. Na pewno zaoszczędzicie na czasie i benzynie.

Jan Pleszczyński

Spoza kruchty , , , , ,

PRZYPADEK W TEGUCIGALPIE

Minister spraw zagranicznych oszalał. Niby szaleństwo może przydarzyć się każdemu, ale komuś, kto piastuje tak poważne stanowisko, szaleć raczej nie wypada.

Minister nazwał Baracka Obamę „Murzynkiem, który nic a nic nie kapuje”, premierowi Hiszpanii radził, aby lepiej zajął się zelówkami do butów (Zapatero – w języku hiszpańskim oznacza szewca). O Salwadorze z kolei powiedział, że to taki mały kraj, „że nawet nie mogą tam grać w piłkę nożną, bo ona leci za granicę”.

Czyż te cytaty nie dowodzą, że minister spraw zagranicznych oszalał? Tak, minister spraw zagranicznych Hondurasu oszalał, bo on właśnie jest autorem przytoczonych opinii. Nie cieszmy się, że to się przytrafiło ministrowi w Hondurasie. Jak coś jest możliwe w Hondurasie, czemu u nas nie?

Czasem zżymamy się i kpimy z polskich polityków. Wobec ekscesów honduraskiego tuza polityki, możemy jednak śmiało mówić o wysokim poziomie polskiej elity publicznej. Nieprawdaż?

Model sprawowania polityki w Hondurasie przyniósł jednak ostatnio ciekawy casus, wart uwagi. Otóż tamtejszy prezydent naraził się obywatelom (części), popadł w konflikt z rządem i sądem. Sąd poprosił zatem szefa wojsk lotniczych, aby wywiózł prezydenta z kraju. I tak też się stało. Pana prezydenta zerwano – tydzień temu – raniutko z łóżka, wzięto jak stał, w ciapach i piżamie, zapakowano do samolotu i przewieziono do sąsiedniej Kostaryki. Stamtąd pan prezydent Hondurasu protestuje i wygraża niewdzięcznym ziomkom, zwłaszcza lotnikom.

Raz dwa i po sprawie, szybka i skuteczna robota, problem rozwiązany. Taaak, ale ten Honduras, to pewnie dzikusy. I jeszcze za stolicę mają Tegucigalpę.

Itinerarium , , , , , , ,