NA DIABŁA OJCA WOJEN BROŃ

Sobota 27 listopada 2021

Wojna, gdyby nie ta ostatnia światowa, pewnie kończyłbym Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie z dewizą Hinc itur ad astra (Stąd się idzie do gwiazd), choć i tak nie narzekam, bo ukończyłem Uniwersytet Katolicki w Lublinie z niemniej pięknym zawołaniem Deo et Patriae (Bogu i Ojczyźnie). Trochę zagalopowałem się, kiedy zaczynałem studia nad Wilejką tlił się już cherlawy sowiecki Uniwersytet Wileński.

Tamta wojna uśmierciła część mojej wileńskiej rodziny, katami byli i Niemcy i Sowieci. Kiedy dziadek Julian stanął przed wyborem, wziąć sowiecki paszport czy wyjechać na tzw. ziemie odzyskane, bez wahania zarządził pakowanie i podróż w nieznane, okazało się, że aż do Kołobrzegu.

Wiele wskazuje na to, że wielki konflikt w pobliżu polskiej granicy zamieni się w wojnę. Tuż pod gruzińskim Gori, w r. 2008, ś. p. prezydent Lech Kaczyński wieszczył, niestety prawdziwie, że dzisiaj Gruzja, jutro Ukraina, a pojutrze może Polska. Po zdławieniu niepodległości Czeczeni w drugiej wojnie – przypomnę, że w pierwszej Wielka Rosja przegrała z dwumilionową zaledwie kaukaską republiką – mały pułkownik KGB rozhuśtał ambicje swojego narodu i z aplauzem rodaków odebrał Gruzji dwie prowincje, Abchazję i Osetię Południową. Sześć lat później jeszcze bardziej wzmógł entuzjazm zakompleksionych obywateli znad Wołgi zajmując ukraiński Krym i podburzając Donbas. Kwestią niewiadomą pozostaje „pojutrze”, czyli czas na Polskę.

Zapatrzeni jesteśmy w oblicza dramatów na granicy z Białorusią, słusznie. Tymczasem Armia Czerwona (tak się zwie jeszcze?) mnoży się przy granicy z Ukrainą, gotowa „przywrócić do ruskiej macierzy” przynajmniej Małą Rosję (czyli Donbas), podobne zresztą marzenia mają wielkie Chiny wobec niesfornego Tajwanu.

Zagrożenie wojną jest bardzo realne, choć jeszcze odwoływalne, oby tak się stało. Co robić, kiedy pachnie wojną? Przede wszystkim nie bać się, tylko racjonalnie opracować dobry plan dla siebie, rodziny, najbliższego środowiska. Wyrzucić warto złudzenia i zgubne mity, zabawnie było w lipcu 1939, Polacy radośnie świętowali rocznicę zwycięstwa pod  Grunwaldem i przekonani byli (przy wsparciu propagandy rządowej), że sytuacja powtórzy się znowu. Wywiad pewnie odpoczywał w Truskawcu, bo jakoś przeoczył koncentrację wojsk niemieckich przy granicy. Nie wiem gdzie tegorocznego lata relaksowały się nasze służby, skoro nie wykryły na czas kilkudziesięciu tysięcy przybyszów z Azji i Afryki zlatujących się do Mińska, no chyba, że samoloty leciały nocą, a wtedy, wiadomo, nic nie widać. Znajomy, dawniej oficer w służbach, mówi, że są one dzisiaj mniej więcej na tym samym poziomie jak nasi piłkarze (nożni). Historia przekonuje, że państwo nas nie obroni, ostatni raz udało się to Piłsudskiemu (1920), a wcześniej … chyba Sobieskiemu pod Wiedniem (1683).

Nasze siostry i bracia z Ukrainy wyczuwają zapach wojny, jeden ze znajomych deweloperów twierdzi, że blisko połowę nowych mieszkań w Lublinie wykupują właśnie oni. I to jest mądra postawa, lepiej w czasie najazdu rosyjskiego mieszkać w Europie niźli nad pięknym skądinąd Dnieprem. Jednak całych 40 milionów nie pomieścimy, w ostatnich dwóch latach opuściło swoją ojczyznę ponad pół miliona Ukraińców.

Nie można być także naiwnym, że Ukrainę obroni Unia czy Ameryka, raczej będą słać pełne oburzenia protesty i rezolucje, kto z Brukseli czy Filadelfii zechce umierać za Drohobycz czy Sumy? W 1939 nikt w Londynie i Paryżu ani myślał o nadstawieniu głowy za Gdańsk, coś się zmieniło dziś?

Jeśli wojna jest blisko, trzeba robić rzeczy proste i najważniejsze. Mniej kupować perfum, a więcej bandaży i wody utlenionej. Odłożyć kłótnie i waśnie, odnowić przyjaźnie i sympatie. Dwa razy więcej modlić się i zaprzestać głupich dywagacji. Mocniej ukochać najbliższych, zorganizować sąsiadów, aby szybko sobie pomagać.  Dużo żartować i ładnie psocić, aby przegnać wredne strachy. Jak trzeba – to teraz do sióstr i braci spod Lwowa i Kijowa – chwycić za karabin, może lepiej za dron.

Nadzieję rozniecić, miłość pomnożyć i tarcze wiary ku wrogom obrócić, to nie tylko małego pułkownika Władimira pokona, ale i samego Diabła, ojca wszystkich wojen.

Itinerarium

PRAWDZIWI POLACY W AKCJI

Wtorek 23 listopada 2021

Zaczepiam kontrolera na miejskich płatnych miejscach, mówi, że zarabia nieźle. Na pytanie kto nie płaci, uśmiecha się i prosto z mostu wali:

– Najczęściej karzę kierowców porsche, mercedesów, wypasionych audic i jeepów. Nigdy nie ukarałem właścicieli (lub kierowców) starych fabii czy wiekowych golfów, zawsze zakupują bilety.

Tankuję na stacji benzynowej (nadal mam zasadę, że kupuję paliwo w polskich cepeenach). Proszę miłą, młodą panią o fakturę, dorzucam kawę i wodę mineralną. I raptem wpada prawdziwy Polak, rzuca stówkę przez moje ramię (jasne, maseczki nie ma, ja i ekspedientka owszem, ja niebieską, ona czarną, dobre kontrastuje z blond włosami) wprost przed dziewczynę:

– Piątka, za 50 złotych, tylko szybko.

– Proszę poczekać, skończę transakcję i obsłużę pana …

– Dałem stówkę, pani wyda pięćdziesiąt, szybko!

– Nie mogę, zaraz zakończę obsługiwać klienta i przejdę do pana – głos dziewczyny powoli się łamie.

– No k…a mać! Trzy stanowiska, a jedna pracuje! Co za k …a (już bez mać) porządek! – wrzeszczy Polak najprawdziwszy.

Akurat weszło dwóch młodych panów, dowieźli paliwo z hurtowni. Ten w zielonej kamizelce od razu wydał mi się wesoły i mocny:

– Proszę pana! Niech pan sobie wyobrazi, że tam stoi pana córka albo wnuczka, i jakiś cham tak do niej się odnosi. To tak, niech pan się zamknie, potem przeprosi tę dziewczynę, zapłaci a potem niech pan szybko spier ….! Jasne?

Widok dwóch silnych chłopaków przemówił do wyobraźni Polaka prawdziwego, nawet mruknął po swojemu:

– No, k…a (bez mać), przepraszam…

A ja się też dołożyłem, choć młody już za bardzo nie jestem i nie mam zielonej kamizelki:

– Co pan? Żona rodzi? A to miała pecha, że wyszła za takiego niekulturalnego mężczyznę!

Wreszcie Polak zapłacił, wychodząc dorzucił:

– No to, spier…m!

I rzeczywiście zniknął. Pocieszyliśmy (słownie) miłą ekspedientkę, ona  na to, że to norma, codziennie ma kilku takich gości, ale dzisiaj jest trochę rozbita, bo mama wylądowała w szpitalu.

To wszystko zdarzyło się kilka dni temu, w Chełmie. I już teraz nie wiem, czy tę pierwszą frazę w obronie kasjerki wygłosił ten chłopak dowożący benzynę czy jakiś starszy pan w koloratce, mniejsza o to. Polskę i Polkę, obroniliśmy!

A gdzie to było, siostry i bracia, że „chamstwu trzeba sprzeciwiać się siłą i godnością osobistą”?

Itinerarium

NA KAZANIU JUŻ ZMARŁEJ KASI

Poniedziałek 22 listopada 2021

Zmarła córka moich znajomych, dopiero skończyła 32 lata, pewnie powiem kazanie na pogrzebie Kasi. Zaprzyjaźniona anestezjolog mówi, że mogłaby przeżyć gdyby się zaszczepiła, czytam, że umiera coraz więcej młodych osób, nawet przed trzydziestką. Sytuacja w lubelskim szpitalu przy ul. Staszica jest dramatyczna, nie ma praktycznie wolnych miejsc. Nie znam osobiście żadnego lekarza, który kwestionowałby konieczność szczepień, choć słyszałem, że są tacy.

Ostatnie sobota, uczestniczę w pogrzebie ojca moich przyjaciół, jednocześnie jednak odbywa się tam – sześć pogrzebów, administracja ogranicza ich liczbę do 20 dziennie. Nabożeństwa coraz częściej odbywają się w kościołach parafialnych, po nich ostatnia stacja już na Majdanku. Gdyby wszystkie nabożeństwa odprawiane były w tamtejszej kaplicy, musiałaby działać 24 godziny na dobę. Pan Marek, od początku pracujący na wspomnianej nekropolii, mówi, że takiej sytuacji nie było od 45 lat, czyli od czasu kiedy założono cmentarz.

Wiem, nie przekonam kogokolwiek, kto nie wierzy w pandemię i pozytywny wpływ szczepień. Żyjemy w czasach wielkiego oderwania od rzeczywistości, ludzkie wybory dokonują się bez odniesienia do faktów. Co z tego, że coraz więcej młodych ludzi – starszych także – umiera przez covida? Słyszę często – „A ja uważam, że…”, to jest subiektywizm, co tam fakty, ja uważam inaczej. I drugi argument – „Czuję, że to ściema, ten wirus …”, to wybory emocjonalne. Jasne, można tak czuć, co tam 20 pogrzebów dziennie na Majdanku. Nie przekonam heretyków wirusowych, modlę się za nich. W tym przypadku wiara nie czyni cudów, ale zbija ludzi, tak, jak Kasię, na pogrzebie której powiem kazanie.

W wielu krajach już wprowadzono ograniczenia dla niezaszczepionych, popieram. Tak samo jak zakaz prowadzenia pociągów przez pijanych maszynistów , którzy „czują, że są trzeźwi” i „uważają inaczej”.

Co tam fakty, Kasiu , mam nadzieję, że jesteś w niebie. Z pamięcią o Tobie przekonałem już ponad 100 bezdomnych sióstr i braci do szczepienia, następni wezmą dawkę za tydzień.

Kasiu, mogłaś żyć, wierzyłaś inaczej.

Itinerarium

PRZED KRÓLAMI NIE UGNIEMY SZYI

Kazanie na Uroczystość Chrystusa Króla 21 listopada 2021

Mieliśmy w historii wybitnych, zwykle okrutnych władców pretendujących do miana królów (cesarzy) świata. Jeszcze Rzymianom i Aleksandrowi Macedońskiemu można wybaczyć ich chore ambicje, znajomość geografii była podówczas mizerna.

 Natomiast Napoleon i Hitler, ostatni pretendenci do miana King of The World, wyraźnie przecenili swoje atuty. Co ciekawe, zdaje się, że rosyjscy carowie, sekretarze i prezydenci raczej nie mieli zamiaru zawojować całego globu, wystarczyłoby im zająć Europę i upokorzyć Amerykę. W ogóle marzeniem wielu strategów byłaby jakaś wojenna konfrontacja trzech obecnie Największych (USA, Rosja, Chiny), w jakimś duecie czy nawet tercecie, byłoby co analizować przez lata, no my, mali ludzie bylibyśmy jedynie nieznacznym elementem w statystykach ofiar.

Bardzo cenię KSU, dobry zespół (kiedyś punkowy) z Ustrzyk Dolnych, w przyszłym roku świętować będą 35 lat wnikliwego myślenia i energetycznego grania oraz śpiewania. Kilka lat temu zaczęli opowiadać o nowych Władcach Świata (tekst i link do utworu poniżej). Jasne, że dziś biją się o światową przewagę FB i jego krewniacy, a także Huawei, Xiaomi i Samsung.

Król, od początku był Zastępcą Pana Boga, niestety od Aleksandra Wielkiego po Xiaomi, starają się być Następcami samego Pana Boga. Pandemia ośmieszyła te zamiary niedouczonych cesarzy, wodzów i prezesów, są mało rozgarniętymi samowładcami, wirus kładzie ich do szpitali, a niektórych do trumien nawet.

Piłat pyta czy Jezus jest Królem, jeśli to przyjmie, padnie przed nim na kolana i uzna Jego Władzę. I odmieni losy Historii. Ale jak tu uznać Królem krwawiącego skazańca? Nie zrozumiał, podpisał wyrok śmierci na Syna Bożego.

I teraz my, kim jest nasz Bóg? Nasz Zbawiciel? Jezu, jesteś moim Królem. A czy Królem Polski? Nie wiem czy Pan Jezus wie, gdzie jest kraina między Bugiem a Odrą.

Najpierw KSU:

Nowi władcy świata nie mają korony
Nowych władców świata nie naznaczył nikt
Nowi władcy świata nie siedzą na tronach
Nie widzą ich tłumy nie wiesz o nich nic

Za murami dezinformacji
Za fasadą pseudo demokracji
Zapełniają czaszki bełkotem
Pęka Twój mózg bezpowrotnie

Nowi władcy świata nie znają honoru
Nowi władcy świata są zimni jak lód
Nowych panów Ziemi nic nie zadziwi
Martwe są ich twarze martwy jest ich Bóg

Za murami dezinformacji
Za fasadą pseudo demokracji
Zapełniają czaszki bełkotem
Pęka Twój mózg bezpowrotnie

Nowi niewolnicy nie mają imienia
Nowi niewolnicy nie wiedzą kim są
Nowych niewolników nikt nie pogania
Zawsze jednak robią to co władcy chcą

Nowi niewolnicy nie mają honoru
Nowi niewolnicy nie widzą kim są
Nowych niewolników cień martwego tronu
Do ziemi przygniata i wbija ich w dno

Za murami dezinformacji
Za fasadą pseudo demokracji
Zapełniają czaszki bełkotem
Pęka Twój mózg bezpowrotnie

Ewangelia

Piłat powiedział do Jezusa: «Czy Ty jesteś Królem żydowskim?»

Jezus odpowiedział: «Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?»

Piłat odparł: «Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Co uczyniłeś?»

Odpowiedział Jezus: «Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd».

Piłat zatem powiedział do Niego: «A więc jesteś królem?»

Odpowiedział Jezus: «Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu».

Itinerarium

NIE SIKAJCIE PRZY ZAKONNICACH

Piątek 19 listopada 2021

Zadziwienia i zdziwienia, choć to dwa różne stany umysłu i serca, przychodzą zwykle nagle. Siostra Małgosia Chmielewska wybrała się jednego razu w ważnych sprawach do okazałego biurowca, najbardziej nowoczesnego w stolicy chyba, na niemal ostatnie piętro. Windą, rzecz jasna, a w windzie wiadomo, spotkać można każdego. Małgosia – mam przyzwolenie by tak o tej świętej kobiety mówić (oberwę, wiem) – chadza w swoim skromnym habicie, raczej zasługującym na miano chałatu, od razu wzbudziła zdziwienie (nie zadziwienie) u panny w lśniącym korporacyjnym mundurku, pachnącej diorami i chanelami.

– A co siostra tu robi? – zagadnęła.

– Mam ważne spotkanie – zgodnie z prawdą orzekła Siostra.

– No tak, w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi – filozoficznie skomentowała pani w żakiecie Riana czy Massimo Dutti.

Moja zaprzyjaźniona Czeczenka, pani Lida, też święta kobieta (ale w islamie jakoś inaczej na to mówią), chadza w tradycyjnym stroju kaukaskich góralek, czyli też w chałacie, przypominającym skromny habit Małgosi. Stanęła na chwilę przy jakimś sklepie, a na jego rogu młody Polak, katolik zapewne, sikał wprost na ścianę, pewnie po nadmiarze piwa. Jego kolega przyuważył Lidę w habicie (chałacie) i obszturchał słownie kompana:

– Gdzie ty, k …, lejesz, zakonnica się patrzy! Moje drogie siostry i bracia, weekend się zaczyna, nie przeholujcie z piwem w pobliżu Czeczenek, takoż przy katolickich siostrach zakonnych.

Itinerarium

UFALIŚMY SOBIE I TAK BUCHNĄŁ KSM

Czwartek 18 listopada 2021

Karolina Kózkówna, oj, nie wiem za bardzo jak dobrze napisać o Niej, ma dziś swoje święto, 18 listopada 1914 r. została zamordowana przez rosyjskiego żołnierza , broniła swojego życia i czystości.

Dokładnie 30 lat temu – niektórzy z łęczyńskich i lubelskich, może świdnickich i kraśnickich czytelników jeszcze to pamiętają – zabrałem się za reaktywację Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży (KSM) wówczas w jeszcze terytorialnie o wiele większej diecezji lubelskiej. Ogromnie pomagali mi w tym łęczyńscy młodzi entuzjaści, wspomnę chociażby Jacka Wnuka, Anetę Wójciszyn (chyba Wasil teraz), Rafała Sobów (pierwszy prezes KSM w całej Polsce), Marzenę Olędzką (nazwisko zmieniła?), Gabrysię Nazaruk, Netka Grzesiaka, Asię Kowalczyk, Andrzeja i Ulę Foltynów, Dorotę Bruchacką, Krysię Wasąg (teraz pallotynka) i jeszcze jakieś dwieście innych osób, przepraszam, że nie wymieniam Was po imieniu i nazwisku.

Budowaliśmy te nową formację słuchając koncertowych nagrań AC/DC i na pewno Dire Straits, jakoś to współgrało, stale dyskutowaliśmy i modliliśmy się. Pamiętam słynne drogi krzyżowe, słynne za sprawą proboszcza ks. Janusza Rzeźnika (patrz na końcu wpisu), wydawanie miesięcznika Spojrzenia (i jego wersji radiowej na antenie Radia Lublin), kilkanaście edycji Święta Młodych.

Z późniejszych pokoleniowych drużyn KSM wyrosło wielu dobrych ludzi, jeden biskup (Adam Bab), kilku posłów z różnych partii (z aktualnych min. Artur Soboń i Sylwester Tułajew), dyrektorów i prezesów, szkół, ośrodków kultury i firm, dziennikarzy radiowych, prasowych i telewizyjnych, a nawet muzyków, księży, zakonników i zakonnic.

Zauważyć chcę kilka rzeczy ważnych. Najpierw – bardzo sobie ufaliśmy, niczego nie udawaliśmy. Drugie – chcieliśmy działać wspólnie, wzajemnie się wspierając. Trzecie – naprawdę kochaliśmy i kochamy Pana Boga, Polskę i ludzi. Z KSMU-u wyrosło kilkadziesiąt udanych małżeństw (może jedno znam nieudane), teraz ich dzieci wczytują się w życiorys Karoliny, patronki stowarzyszenia. A KSM-u wyrosło lubelskie Centrum Wolontariatu i Stowarzyszenie Solidarności Globalnej.

Ogarniam serdeczną myślą tysiące druhen i druhów KSM, przez te 30 lat zrobiliśmy miliony pięknych, radosnych, mocnych, naprawdę Bożych dzieł, bardzo dziękuję, mam wielki przywilej stać u ich początków.

Na zdjęciu – Aneta Wójciszyn i Jacek Wnuk w radosnym, młodzieńczym wydaniu.

I zapowiedziany appendix:

Sara rzeczywistość dnia codziennego

poza obrębem murów kościoła

Wiele lat temu miałem przyjemność pracować z pewnym proboszczem, zacnym i gorliwym duszpasterzem, który miał jednak dość duży talent do komplikacji werbalnych. W Wielkim Poście, przy ładnej pogodzie zapraszałem młodzież na drogę krzyżową po wzgórzach i zagajnikach w pobliżu kościoła, utarło się, że odprawiamy wtedy w plenerze. Podrzuciłem księdzu proboszczowi informację do ogłoszeń duszpasterskich, że w następnym tygodniu „Droga krzyżowa dla młodzieży będzie odprawiana w plenerze”.

Na pierwszej mszy stoję w zakrystii i słyszę, jak ów dzielny farosz czyta:

– W tym tygodniu droga krzyżowa dla młodzieży zostanie odprawiona w szarej rzeczywistości dnia codziennego poza obrębem murów kościoła. Zapraszamy!

Na początku sam zachodziłem w głowę, co autor mógł mieć na myśli. Postanowiłem sprawdzić u źródeł.

– Co to ksiądz proboszcz napisał o tej drodze krzyżowej dla młodzieży? – pytam.

– Plener! Plener! Ludzie nie rozumieją obcych słów, trzeba im mówić prosto! – wyjaśnił.

Za chwilę do zakrystii wchodzi dwójka młodych ludzi, zaangażowanych w duszpasterstwo i pytają:

– Proszę księdza, gdzie w tym tygodniu będzie droga krzyżowa?

– W plenerze! – pośpieszyłem z odpowiedzią.

– A! To dziękujemy! Na pewno przyjdziemy!

Itinerarium

TRZY SPOWIEDZI  RADOŚĆ WIELKA

Środa 17 listopada 2021

Spowiedź to rzecz intymna, bardzo święta, czasem jednak i zabawna. Pierwsza, o której piszę, jest zasłyszana. Do spowiedzi, po kilkunastu latach przyszła jeszcze młoda, bardzo wesoła i średnio grzeszna dziewczyna, wyznała winy mniejsze i większe, ale trafiła na spowiednika starszej daty. I ten, po wysłuchaniu dopowiedział:

– Ale proszę pani, trzeba jeszcze podać liczbę i okoliczności grzechów ciężkich …

Przez wyobraźnię dziewczyny przemknęły dyskoteki, namioty i riwiery, z nieudawaną skruchą zapytała:

– Naprawdę miałam liczyć?

– No tak, to konieczne!

– Dobrze, proszę ojca, od tej pory będę liczyła…

Brawo, szczera panna, pobożna.

Teraz moja spowiedź, kilka lat temu, na Jasnej Górze, rano lecę, myślę, że pięknie przy Matce Bożej rozprawie się ze wszystkimi grzechami. Jestem pierwszy w kolejce, chyba siódma rano. Do konfesjonału zmierza powolnym krokiem paulin, gruby, za gruby, pewnie bliski zawału. Aromat niedawno wypitej kawy ciągnie się za nim na metrów pięć, mnie też łaskocze w nozdrzach. Pakuje się do klatki, a ja zaraz buch na kolana i wtedy burę słyszę:

– Nie zapaliłem światełka! Gdzie się pcha? Zapalę, to można podejść!

Pokornie oddalam się na dwa kroki, światełko błyska, zaczynam od tego, że jestem księdzem od dwudziestu lat … I słyszę:

– Bracie, przepraszam, nie wiedziałem, że jesteś duchownym…

Ja na to, oświecony Bożym światłem odparowuję:

– Grzechy wyznałem, daj rozgrzeszenie i pokutę, idę zaraz na kawę, popraw się, bo z czyśćca długo będziesz wyłaził, amen.

Trzecia spowiedź, zasłyszana też, pani napisała na kartce wszystkie grzechy, wśród nich, że klęła na wredną sąsiadkę. Idąc do kościoła karteczkę zgubiła, znalazła ją ta „wredna sąsiadka”, no i się dopiero rozkręciła sąsiedzka jatka, uff! Przecież odpuszczane są nam grzechy też zapomniane, lepiej nie spisywać!

Siostry i bracia, damy radę!

Itinerarium

A ŻYCIEW SZAK JEDNO MAMY

Wtorek 16 listopada 2021

Franciszek, papież, przypomniał niedawno, że trumna nie ma kieszeni, dodam, że urna także. U św. Augustyna wyczytałem, że to, co daję na jakieś dobre cele, jest w sumie aktem oddawania, tego, co otrzymałem. Cytuję zatem:

„Jeśli jednak pragniesz dostąpić miłosierdzia, bądź i ty miłosierny. Daruj, jeśli ktoś cię obraził; podziel się tym, czego masz pod dostatkiem. Zresztą, czymże się dzielisz, jeśli nie tym, co otrzymałeś od Pana? Gdybyś darował ze swego, byłaby to hojność z twojej strony, ponieważ jednak dajesz Jego własność, twój czyn jest oddawaniem. “Cóż bowiem masz, czego byś nie otrzymał?” Oto ofiary najbardziej miłe Bogu: miłosierdzie, pokora, wyznawanie win, pokój, miłość. Jeśli przeto starać się o nie będziemy, w pokoju oczekiwać możemy Sędziego, który “będzie sądził świat ze słusznością i ludy według swojej prawdy” (Z komentarza do Psalmu 96).

Tyle Augustyn, brawo! Na razie jego opinia w świecie mierzącym wartość ludzką siłą konta, szans wielkich nie ma. Ze swojego doświadczenia wiem, że rozdawanie – pieniędzy, rzeczy, casu i serca – pomnaża radość ducha, uszczęśliwia. Bez przesady, słyszę czasem. Dobrze, myślę sobie, ale życie jest przecież jedno!

Itinerarium

WIELKA MIŁOŚĆ DO GRZECHÓW WŁASNYCH

Poniedziałek 15 listopada 2021

Spowiadam się dość często, nie codziennie oczywiście, pamiętam, że Jan Paweł II chodził do konfesjonału raz na tydzień. Rozumiem ludzi, którzy spowiadają się rzadko albo i w ogóle. Znam takich, którzy spowiadać się nie muszą, bo latami żyją bez grzechu ciężkiego, ale spowiadają się ponieważ chcą w tym sakramencie spotykać Chrystusa.

I jest jeszcze jeden powód, miłosny, dotyczący moich i pewnie wielu waszych spowiedzi. Najlepiej opisał to św. Augustyn, oto cytat:  „Ten, kto jest wolny od wszelkich trosk, w spokoju oczekuje przyjścia Pana. Cóż to byłaby za miłość ku Chrystusowi, lękać się, że przyjdzie? Miłujemy Go i boimy się, że przyjdzie. Czy naprawdę miłujemy? Czy może bardziej miłujemy nasze grzechy?”

Tak, nie lubię i nie kocham moich grzechów, dlatego idę do Tego,  kto może je odpuścić, zamienić w niebyt i nicość. Obawiam się, że jest jakiś, może duży, procent chrześcijan, tak rozkochanych w swoich grzechach, że za nic nie zamierzają się ich pozbyć. A mogliby i wtedy komunia święta byłaby dla nich częstym pokarmem, a nie tylko dodatkiem do karpia wigilijnego czy jajka wielkanocnego.

Przerwy w spowiedzi bywają krótsze i dłuższe, absolutny rekordzista, z którym rozmawiałem jeszcze przed spowiedzią, oznajmił, iż ostatni raz u spowiedzi był 63 lata temu. Trochę powątpiewałem w tę gigantyczną pauzę, ale ów brat głośno wyliczył: „No, mam teraz 72 lata, do pierwszej komunii szedłem jak miałem dziewięć, odejmuję i wychodzi, że 63 …” Przeprosiłem, wyszedłem na głupka, ale próbowałem dociec w czym tkwiła przyczyna absencji, może zwątpił w Pana Boga czy co tam jeszcze. „Nie! Nie! Nie! Boże broń, tak jakoś wyszło …” – usłyszałem. A skoro tak, to po sprawie, zdarza się, sam przecież odkładam różne sprawy, więc rozumiem brata.

Itinerarium

ZACHĘTA DO KAWY I GODZINY RAZEM

Kazanie na V Światowy Dzień Ubogich

Nie

Pamiętam, jak sceptycznie przyjmowany były pomysł Jana Pawła II ustanawiający Światowe Dni Młodzieży, przecież wcześniej tego nie było a ludzie się zbawiali. Wysłuchiwałem wówczas – połowa lat 80-tych ub. wieku – opinii, że termin jest słaby, bo w sierpniu jeździ się na urlopy i chodzi na pielgrzymki, wbrew temu w sierpniu 1997 r. Paryż aż kipiał od młodych ludzi świętujących radośnie swoją wiarę i na Polach Elizejskich i  nawet na Placu Pigalle.

Dziś po raz piąty, z inicjatywy Franciszka, obchodzony jest w Kościele Katolickim Światowy Dzień Ubogich, przyjmuje się to święto bardzo opornie. No bo i jak należy świętować taki Dzień? Kościelna tradycja, nieokraszona zbytnio wyobraźnią, podpowiada – „Zróbmy Mszę Świętą!” I potem słyszymy, że z okazji Dnia Ubogich (ale także Dnia Dziecka, Dnia Strażaka, Dnia Górnika i setki innych przypadków) ktoś odprawi Mszę Świętą z kazaniem wygłoszonym przez jakiegoś mówcę i mamy odfajkowane, zaliczone.

Dzień Ubogich to zadanie do odrobienia dla każdego z nas, Msza Święta, okej, ale to nie wystarczy. Co robił Pan Jezus ze swoimi ubogimi znajomymi? Przede wszystkim dbał, żeby mieli co jeść („Wy dajcie im jeść!”), dalej jadał z nimi (miano Mu to za złe), rozmawiał, żartował, starał się ich rozumieć, współczuć i wzmocnić.

Dlatego, jeżeli dzisiaj albo w najbliższych dniach zaaranżujecie spotkanie z kimś ubogim (w jakimkolwiek znaczeniu), wypijecie z  nim kawę, porozmawiacie, pożartujecie  i spędzicie godzinę, to macie przepiękny Dzień Ubogich.

W Lublinie wymyśliliśmy – wolontariusze – że po Mszy Świętej w 4 kościołach (pandemia!), siądziemy z ponad 500 siostrami i braćmi do dobrego obiadu z deserem w 6 restauracjach (pandemia!). Bardzo polecam, niech będzie normalnie, jak w Ewangelii i rodzinie.

dziela 14 listopada 2021

Itinerarium