Zakażeni jesteśmy obojętnością. Coś tam widzimy w Internecie, trupy, zbrodnie, płonące wsie w Syrii czy Afganistanie. To daleko. Nie nasz świat.
Sklepy będą jutro czynne?


Zakażeni jesteśmy obojętnością. Coś tam widzimy w Internecie, trupy, zbrodnie, płonące wsie w Syrii czy Afganistanie. To daleko. Nie nasz świat.
Sklepy będą jutro czynne?

Klary Ludwiki Szczęsnej nie znacie i pewnie się przez Nią do Pana Boga nie modlicie, szkoda. To jedna z moich ulubionych Bożych wariatek, dziś już błogosławionych (od 5 lat). Była powabną, szczupłą blondynką, umiała dobrze szyć, pochodziła z ubogiej rodzimy, wcześnie straciła matkę. Ojciec nastręczał jej wielu narzeczonych, a kiedy już chciał ostatecznie wydać za mąż, uciekła z domu. I została skrytką, czyli zakonnicą w świeckim ubraniu. Przez kilka lat służyła też w Lublinie, o czym mało kto wie. Została w końcu założycielką i najważniejszą przełożoną sióstr sercanek, które znajdziemy dzisiaj także w Lublinie.
Może samo bycie zakonnicą nie jest jeszcze czymś niezwykłym, ale życie bł. Klaudii obfitowało w służbę ubogim, chorym, bezdomnym, samotnym matkom, prostytutkom i wdowom. To już jest coś.
Trzeba umieć coś sensownego zrobić ze swoim życiem. Błogosławiona Klaudio, patronko dnia dzisiejszego, wyproś nam łaskę szalonego, dobrego życia.

Za trzy miesiące pójdziemy wybierać prezydenta Polski. Żaden z kandydatów nie przejdzie testu na inteligencję, kartkówki ze znajomości historii Polski czy zapisów w konstytucji. Wybierzemy nie najlepszego człowieka, ale najbardziej popularnego. W tę śmieszną grę, zwaną demokracją, gramy już ponad 30 lat.
Tymczasem jest karnawał, dlatego przypominam czytelnikom suchar, ale zabawny, mam nadzieję. Tak ku rozśmieszeniu serc. Z przymrużeniem oczu J
Zdarzyło mi się w liceum mieć cudowną koleżankę o oszałamiającej wprost urodzie i ciętym języku. Że język miała cięty, to się przekonałem później, bo najpierw to ta uroda, piękno, ten blask, cudowność mnie oślepiały.
I zdarzyło się, że na jednej z zabaw szkolnych, pokonując speszenie i ewentualność kosza, podszedłem do niej z pytaniem, czy chciałaby ze mną zatańczyć. Kiedyś panią pytało się czy „zechciałaby…”, oczywiście wiadomo było, że „zechciałaby”, ale wypadało zapytać. Moja wybranka zechciała. Jasne, że nie wybrałem jakiejś skocznej melodii, tylko spokojną, romantyczną, nastrojową, taką akurat dla dwojga. Ba, pamiętam do dziś, co za melodia, gra mi wszak jeszcze w sercu! Ruszyliśmy, w miarę blisko siebie, a ja w tańcu robiłem wszystko, aby odległość między nami malała, przy okazji życząc sobie, aby prawa fizyki dotyczące odległości między ciałami, uległy całkowitemu zawieszeniu. Oboje jakbyśmy „coś tam, coś tam”, ku sobie się nachylali. Oczywiście „coś tam, coś tam” wówczas nie miało żadnego podtekstu alkoholowego, to było porządne liceum!
Po jakimś czasie moja partnerka, niższa od mnie, wspięła się leciutko na palcach (była niespotykanie zgrabna!) i szepnęła mi wprost do ucha:
– Wiesz, Mietku, kiedy tańczymy tak razem, to czuję się, jak… To czuję się jak … Jak na pustyni…
Serce zaczęło mi walić z prędkością absolutną. Ruszyły uczucia i marzenia – „Ona nie widzi poza mną świata! Czuje się jakbyśmy byli sami! Nikogo poza nami. Tylko ja i ona, ona i ja, a wokół nas pustynia! Tak, nikogo poza nami, jesteśmy tylko my, ona i ja, ja i ona! Jakież szczęście! A ona przecudowna! Marzenie!”. Milion takich myśli latało mi po głowie, upajałem się radosnym szczęściem.
Nie przerywając tańca, dążyłem do radykalnego zmniejszenia odległości między nami, choć pewnie odległość ta osiągnęła stan absolutnego zera. Upojony tańcem i bliskością mojej Wymarzonej, ja z kolei nachyliłem się ku jej subtelnemu uchu i zapytałem:
– Tak … Tak… Czemu czujesz się tańcząc ze mną jak na pustyni?
Zapytałem w przekonaniu, że oto za chwilkę usłyszę: „Bo tylko ty i ja, jedyni…”
Ona znów wspięła się leciutko na palcach (była niespotykanie zgrabna!) i szepnęła mi wprost do ucha:
– Tak, tańcząc z tobą czuję się jak na pustyni, bo wiesz… Bo tańczysz jak wielbłąd…
Proszę zrozumieć, od tamtej pory nie tańczę. A Wam wszystkim szerokiego parkietu!

Ku Tobie, Panie, wznoszę moją duszę. Dla nas współczesnych ten werset z psalmu (86) brzmi abstrakcyjnie. Najpierw sama dusza, kto dziś jeszcze wierzy, że ją ma. I dalej – „wznoszę”. Od razu myślimy o jakimś ruchu fizycznym wzwyż. I nie czujemy, by cokolwiek w nas się unosiło.
Znam dobrze doświadczenie wznoszenia duszy do Boga. Przydarza mi się to, gdy widzę dwoje starszych ludzi idących pod ramię. Pięknie się wzajemnie wspierają, właściwie opierają o siebie, los ich obojga zależy od tego drugiego. I kiedy idą jest to opowieść o miłości, a zatem i o Panu Bogu. I jeszcze przydarza mi się to, gdy słyszę nader pobudzone sójki na początku lutego, już pełne życia, wigoru i humoru (humoru, bo przeważnie skrzeczą okropnie dla ludzkiego ucha).
Ku Tobie, Panie, wznoszę moją duszę. Ku Tobie, Panie, który tak cudownie skryty jesteś naszej codzienności.

Choć historia ze stratą dwóch tysięcy świń z dzisiejszej Ewangelii jest już wiekowa, dobrze obrazuje nasze czasy. Jeszcze mam nadzieję, że w epoce królowania pieniędzy, gdzieś do głosu dochodzą uczucia, zachwyt pięknem życia – uwaga zaczęły już wracać do nas dzikie gęsi i żurawie – i myśl o wiecznym szczęściu.
Mamy już drugi miesiąc Nowego Roku, który zaraz się postarzeje. Jaki dobry czas, aby się cieszyć ludźmi wokół nas, zawrzeć nowe znajomości, odświeżyć dawniejsze, zobaczyć jak przebiśniegi pomimo braku śniegu odżywają, może przeczytać stronę z dzieła mistyków („Droga na Górę Karmel”, św. Jan od Krzyża, na przykład) a może pobiegać i zmniejszyć wagę o choćby dekagramy.
Już sam nie wiem, co Wam napisać, żebyście nadal wierzyli, że pieniądze nie są najważniejsze.
Jezus i uczniowie Jego przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. Ledwie wysiadł z łodzi, zaraz wyszedł Mu naprzeciw z grobowców człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on stale w grobowcach i nikt już nawet łańcuchem nie mógł go związać. Często bowiem nakładano mu pęta i łańcuchy; ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. Wciąż dniem i nocą w grobowcach i po górach krzyczał i tłukł się kamieniami.
Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon i zawołał wniebogłosy: «Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie!» Powiedział mu bowiem: «Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka». I zapytał go: «Jak ci na imię?» Odpowiedział Mu: «Na imię mi „Legion”, bo nas jest wielu». I zaczął prosić Go usilnie, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy.
A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. Prosiły Go więc złe duchy: «Poślij nas w świnie, żebyśmy mogli w nie wejść». I pozwolił im. Tak, wyszedłszy, duchy nieczyste weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze.
Pasterze zaś uciekli i rozpowiedzieli o tym w mieście i po osiedlach. A ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie „legion”, jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic.
Gdy wsiadał do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł przy Nim zostać. Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: «Wracaj do domu, do swoich, i opowiedz im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą». Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus mu uczynił, a wszyscy się dziwili.

To był chyba najpiękniejszy bal w moim życiu, a balowałem już z byłym już prezydentem, z ambasadorami, ministrami i innymi VIP-ami. Wczoraj na bal karnawałowy zaprosiliśmy (Centrum Wolontariatu w Lublinie), osoby bezdomne, ubogie, byłych więźniów. Ugościliśmy ponad 40 osób, nikt nie pił alkoholu, za to wszyscy tańczyli i śpiewali. Najpierw zjedliśmy dobrą kolację, a potem już były balety, karaoke i taneczne wężyki.
To był pierwszy w Lublinie, historyczny bal dla osób, zwanych wykluczonymi czy bezdomnymi. Ale to przecież nasi bracia, konkretni, Marysia z altanki na ogródkach działkowych, Jacek z noclegowni, Ula z pustostanu czy chodzący o lasce Andrzej. Wszyscy odstrzelili się tak, że niejeden z nas, wolontariuszy, wypadł blado. Ogoleni, wyperfumowane, w świeżych koszulach, w gustownych spódniczkach, radośni i szczęśliwi. Wyszło nam takie małe Wesele w Kanie Galilejskiej, w wersji lubelskiej. Bo nie mam wątpliwości, że Pan Jezus balował z nami.
Więcej zdjęć na profilu FB Itinerarium.pl











Pierwszy miesiąc Nowego Roku upłynął wielu z nas na porzucaniu postanowień noworocznych, przyjmowaniu księży po kolędzie i narzekaniu na brak zimy (w Polsce).
Na szczęście mamy nowy miesiąc, luty, prawie całkiem wiosenny. Czas na nowe życie.

W ciągu ostatnich 10 lat, liczba Polaków w Polsce zmniejszyła się o pół miliona. W roku 2019 zmaleliśmy o 29 tysięcy. Tak niski „przyrost naturalny” (w tym przypadku trzeba chyba mówić o „ubytku”) ostatnio zanotowaliśmy po II wojnie światowej. Więcej Polaków umiera niźli rodzi się. W województwie lubelskim liczba Polaków zmniejszyła się w da lata o 16 tysięcy. Dala porównania – to tak jakby zniknęło Opole Lubelskie, Bełżyce i Niemce, z całym szacunkiem dla tych historycznych miejscowości.
Bogu dzięki, że jeszcze chcą do nas przyjeżdżać siostry i bracia z Ukrainy, Czeczeni, Białorusi i Syrii. I że chcą przyjmować polskie obywatelstwo i poślubiać naszą młodzież (bo ślub Polki z Polakiem, to coraz rzadsza historia). Dzięki temu ktoś tu jeszcze ma ochotę na pracę.
Dlaczego tak się dzieje? Św. Jan Paweł II diagnozował stan naszej cywilizacji określeniem „mentalności przeciwnej życiu” (antylife mentality). W skrócie – ważne jest to, żeby jeść, pić, jeździć na nartach, śmigać dobrymi samochodami i bawić się. I zabawić się na śmierć, o czym pisałem już 15 lat temu odwołując się do smutnego proroctwa Rogera Watersa:
Coś pozytywnego na koniec wpisu? Proszę bardzo – 1 List do Koryntian z Biblii, rozdział 13, werset 7. Dopiszcie sami.

Według uczonych różnych dziedzin nasz Wszechświat powstał w cztery minuty, wskutek Wielkiego Wybuchu.
Cztery minuty. W ciągu doby mamy aż 1440 minut.
