Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Kocham Boże
Narodzenie i dlatego przypominam, że chodzi w nim o miłość i o życie wieczne. O
miłość, bo z miłości Bóg dał nam swojego Syna. O życie wieczne, bo to jest
nasze największe marzenie. I jeszcze raz o miłość, bo ta nasza, do Boga, ludzi
i siebie samych do życia wiecznego prowadzi.
Tak też o tym
napisano w Świętym Piśmie:
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego
Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie
wieczne.
My
wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia,
bo miłujemy braci, kto zaś nie miłuje, trwa w śmierci. (Ew i 1 List św. Jana
Apostoła)
Jak nie zapomnieć o
Bożym Narodzeniu? O tej chwili, kiedy zaczęło się nasze zbawienie i życie wieczne?
Znam jedną receptę. Częściej
spotykać się z ludźmi, szczerzej z nimi rozmawiać, bardziej słuchać i więcej
zachwycać się każdą chwilą życia, zwłaszcza tą spędzoną z ludźmi.
Przecież Chrystus
stał się jednym z nas i pomiędzy nami Go odnajdziemy.
Nie wiem jak długo
poczekamy jeszcze na wojnę, która obejmie cały świat i zostanie nazwana trzecią
z kolei. Na pewno jest do niej coraz bliżej. Śledzę wydarzenia na Bliskim
Wschodzie, przypominają niestety początek pierwszego światowego konfliktu
(1914), który rozpoczął się od zabójstwa arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.
Od czasu zakończenia
drugiej wojny, większe konflikty omijają najbogatsze rejony świata. Ostrzeżenie
papieża Franciszka, że trwa trzecia wojna światowa w kawałkach jest
lekceważone.
Mam wrażenie, że
świat zachodni, łącznie z Polską, „dojrzał” do kolejnego światowego konfliktu. Jest
nam tak dobrze, że może być już tylko gorzej. Potrzebujemy nowych emocji,
mocnej dawki adrenaliny, a to daje wojna, krew, śmierć i prawdziwe dramaty. Wszystko
inne już mieliśmy, wieje nudą.
Niepokoją mnie
zapewnienia niektórych przedstawicieli naszych władz, obwieszczających, że Polska
jest bezpieczna. W epoce globalizacji i Internetu (śmiercionośnego), takie
gadki są żałosne.
Powoli witajmy się z
wojną, której rezultatu nie możemy przewidzieć. Chyba, że pozwolimy Panu Bogu
odmienić nasze serca przez miłość. Chociaż najczęściej takie pragnienia
przychodzą jednak dopiero po zakończeniu wojny.
Kilka dni temu odwiedzałem
z grupą wolontariuszy uchodźców w Białorusi, próbujących bezskutecznie wjechać
do Polski. Przypomnę, choć to mało kogo dziś obchodzi, że nasz kraj (rząd) łamie
podpisane Konwencje Genewskie w sprawie przyjmowania uchodźców. Budzenie lęku
przed uchodźcami stało się skutecznym narzędziem zarządzania społeczeństwem. Zagrożenie
ze strony rannych ofiar wojny w Syrii czy prześladowanych rodzin z Czeczenii
jest żadne.
Jednocześnie
przypomnę o falach polskich uchodźców, dobrze przyjmowanych na świecie po
powstaniach narodowych w XIX w. czy choćby w czasie stanu wojennego. I
przypomnę, że jesteśmy ponad 50 milionowym narodem, z którego prawie 38
milionów żyje w obecnych granicach państwa polskiego. I przypomnę jeszcze, że
rocznie, my Polacy, wyrzucamy 9 milionów ton żywności. I jeszcze to, że
jesteśmy wśród 30 najbogatszych państw świata. I dodam, że codziennie
bezprawnie z granic Polski odsyłani są pukający do nas uchodźcy. Mamy dobre służby
bezpieczeństwa, które na pewno zdolne są wyłowić osoby, stanowiące jakieś
zagrożenie. No ale polityka ma swoje zasady.
Dziś uroczystość
Trzech Króli, Objawienia Pańskiego, piękne święto, przypominające o otwartości
Boga na wszystkie narody, co ładnie pokazują orszaki na ulicach naszych miast.
Tymczasem w polityce rządzących wobec uchodźców obserwuję jakąś „polską wersję
Ewangelii”, która wykreśla z niej słowa Chrystusa „Byłem przybyszem, a
przyjęliście Mnie” (Mt 25), a za nią idzie, niestety, „polska wersja Pana Boga”.
Ta wersja zakłada, że Pan Bóg jest po naszej stronie, ale po stronie uchodźców
to już raczej niekoniecznie. Kwestia przyjmowania uchodźców nie jest sprawą
polityki, jest sprawdzianem naszej wierności Ewangelii i ideałom solidarności
(będziemy świętować 40-lecie w sierpniu 2020).
Na dołączonych
zdjęciach zobaczycie jedną z rodzin czeczeńskich, nie wpuszczonych do Polski
przed 3 laty, ale żyjącą obecnie na Białorusi dzięki wielkiemu wsparciu ze
strony dobrych ludzi z Lublina i całej Polski. Inne zdjęcia pokazują dwie wdowy
z dziećmi, bezskutecznie próbujące wjechać do Polski.
Przypuszczam, że wielu z nas, o ile nie prawie wszyscy, ze znudzeniem słucha
dzisiejszej Ewangelii, przyjmując, że jest to tekst dla znawców, biblistów i
teologów, nie dla ludzi, którzy pracują, mają rodziny i kłopoty ze zdrowiem. Te
ostatnie wynikają z aktywności wirusów, rozochoconych plusowymi temperaturami.
Jeden z moich znajomych – pewnie od razu go polubicie – pyta mnie czasem
przed kazaniem: „Będzie konkretnie? Czy lanie wody?” Ewangelia dzisiejsza daje
powód do tej drugiej formy.
Co konkretnie z niej wynika?
Po pierwsze, że Słowo
ciałem się stało i zamieszkało między nami. Boga musimy szukać między nami i w nas.
A stąd wynikają dwie rzeczy. Pierwsza, że trzeba się spotykać i rozmawiać z
ludźmi, żeby Go odkryć między nami. Druga, że trzeba sobie dać czas na odkrycie
Boga. Polecam praktykę 15 minut na dobę (1%, jeden procent całej doby), na
spokojne posiedzenie, w ciszy, może być przy kawie i wędrówkę do głębi siebie
samego. Tam, gdzie mieszka Żywy Bóg.
Mama nadzieję, że
wyszło konkretnie.
Ewangelia na dzisiaj:
Na początku
było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u
Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się
stało.
W Nim było
życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i
ciemność jej nie ogarnęła.
Była światłość
prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.
Na świecie
było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do
swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je
przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię
Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.
A Słowo stało
się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką
Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy.
Być może i Wy macie
takie proste skojarzenia. Dobro i Pan Bóg. W tym sensie, że dobro jakoś podoba
się Panu Boga, że jest Jego naśladowaniem, że pomaga innym ludziom i nas samych
czyni szczęśliwszymi.
Do wiosny już blisko.
Poinformowały mnie o tym znajome wrony, które już wczoraj zaciekle zaczęły się bić
o gniazdo na lipie. Wrony nie są głupie,
nie kłócą się bez powodu. Ptaki i w ogóle zwierzęta, są bardziej wrażliwe na
światło, ludzie nie zauważyli, że od 22 grudnia trwa już szybki przyrost
światła. Nam bliższy jest przyrost temperatury, na co jeszcze poczekamy.
Tymczasem, ponad dwie
minuty więcej światła pobudziły już kruki, wrony, sroki i nawet sikory. Warto
iść za ich intuicją. W światłości naturalnej jest coś z Bożego światła, nawet
Chrystus nazwany został „Wschodzącym z wysoka Słońcem”.
Co więcej, Chrystus
mówi, że my jesteśmy światłością świata. Inni mogą dzięki nam lepiej widzieć
swoje drogi, poczuć się pewniej, a przede wszystkim trochę się ogrzać.
Noworoczna noc
upłynęła nam Polakom na intensywnym wzbogacaniu budżetu, rodzimego i
chińskiego. Poprawiliśmy stan polskich finansów o jakieś pół miliarda złotych,
chodzi o to co wypiliśmy i wypaliliśmy. W ogóle, gdybyśmy, nie daj Boże,
przestali pić alkohole i palić tytonie, nasz budżet padnie, więcej do niego wpływa
ze wspomnianych wydatków niźli z naszych PIT-ów. Chiński budżet cieszył się ze
wszystkich odpalonych rac i całej pirotechniki, bo stamtąd pochodzą głównie te
precjoza. Nikomu nic nie wypominam, warto jednak wiedzieć co się robi.
Dzisiejszy piątek,
który trochę udaje poniedziałek, to dobry czas, aby przypomnieć, że sens
naszemu życiu nadaje tylko to, co robimy z miłości. Miłość jest też jedyną
pewną przepustką do życia wiecznego. Nawet jak ktoś wypił ostatnio za dużo.
No to kończymy rok 2019. Nie wiem, co Was
spotkało w tym czasie, pewnie było różnie. I pewnie spadło na Was – jak i na
mnie – sporo rzeczy smutnych, trudnych, złych, głupich i paskudnych. Jak sobie
z tym radzić? Ja, wiele nauczyłem się od mądrego osła. Posłuchajcie.
Było to daleko stąd
na pewnej farmie.
Któregoś dnia osioł farmera wpadł do głębokiej studni.
Zwierzę krzyczało żałośnie godzinami, podczas gdy farmer zastanawiał się, co
zrobić. W końcu farmer zdecydował.
Zwierzę było stare a studnię i tak trzeba było zasypać.
Nie warto było wyciągać z niej osła. Zwołał wszystkich swoich sąsiadów do
pomocy. Wzięli łopaty i zaczęli zasypywać studnię śmieciami i
ziemią. Z początku osioł zorientował się, co się dzieje i zaczął krzyczeć
przerażony.
Nagle, ku zdumieniu wszystkich, osioł uspokoił się. Kilka łopat później farmer
zajrzał do studni. Zdumiał się tym, co zobaczył.
Za każdym razem, gdy kolejna porcja śmieci spadała na ośli
grzbiet, ten robił coś niesamowitego. Otrząsał się i wspinał o krok ku górze. W
miarę, jak sąsiedzi farmera sypali śmieci i ziemię na zwierzę, ono otrzepywało
się i wspinało o kolejny krok. Niebawem wszyscy ze zdumieniem zobaczyli, jak
osioł przeskakuje krawędź studni i szczęśliwy, oddala się truchtem!
Życie będzie
zasypywać nas śmieciami, każdym rodzajem brudów. Sposób, aby wydostać się z
dołka, to otrząsnąć się i zrobić krok w górę. Strzepcie z siebie wszystkie złe
i trudne rzeczy. Zostawcie za sobą czas smutku, goryczy, bólu i rozczarowań.
Skoczcie z radością i wolnością w nowy czas. Przecież rację mają mądre osły!
PS.
Dziękuję wszystkim Wam, za towarzystwo w Itinerarium w roku 2019, za wszystkie
komentarze, uwagi, krytyki i przytyki. No a jutro, 1 stycznia, imieniny
Mieczysława. Pragnących mnie z tej racji nawiedzić informuję, że wchodząc
należy pukać nogami. W rękach powinno się trzymać prezenty.