A JA NIE UMARŁEM ANI RAZU

Piątek 5 listopada 2021

Dyskusje na temat szczepień przeciwko covidovi nie są jedynie domeną mediów czy gron profesorskich z zakresu medycyny. Zeszły także do pustostanów, zawalisk i altanek, w których przebywają osoby bezdomne.

Ostatnio w naszej lubelskiej jadłodajni  doszło do wymiany zdań pomiędzy dwoma panami, jej zapis jest dalej, najpierw jednak króciutka charakterystyka postaci.

Starszy, pan Rysio, lat lekko ponad 70, jest typem filozofa, który wszystko wie najlepiej, we wszystkim widzi złe zamiary „Unii” i zawsze spóźnia się na kolację. W zasadzie nie jest bezdomny, do ubiegłego roku nie miał mieszkania, ale sypiał w cadillacu. To nie żart, cadillac (auto amerykańskie chyba) jest stary, pan Rysio kręci skąd go ma, na pewno nie ukradł, bo przy swoim usposobieniu do dzielenia włosa na czworo nie dałby rady podjąć decyzji. Obecnie pan Rysio ma kiepskie mieszkanko socjalne od miasta, na razie nie udało mu się podłączyć tam prądu. Porusza się rowerem.

Druga postać to Karol, niespełna 30-letni, aktualnie pomocnik kucharza w jednej z najlepszych restauracji na lubelskim Starym Mieście. Zwykle sypia w opuszczonych altankach, czasem babcia bierze go na noc pod swój dach. Miesza marychę (cannabis) z alkoholami i stąd od czasu do czasu ląduje za kratkami.

Oto zapis dialogu między panami. Zaczyna pan Rysio:

– Krawczyk, ten piosenkarz, to zaszczepił się i zaraz umarł …

Na to Karol:

– A ja, k…., zaszczepiłem się i ani razu nie umarłem.

Zatem, jak widzicie są zdania przeciw i za, wspomnę jeszcze, że Karol zaszczepił się dwukrotnie, a pan Rysio jeden raz i w dwa dni po tym szukał sposobu jakby się „odszczepić”, bo na pewno Unia coś tu knuje.

Kilka miesięcy temu inny pan bez domu zdecydował się wyjść ze swojej meliny. Przedtem przez pół roku pił denaturat na zmianę z F-16 (techniczny spirytus przemycany z Ukrainy), mało jadł i często telepał się z zimna. Pogratulowaliśmy mądrej decyzji i Czarek poszedł najpierw na terapię uzależnienia od alkoholu. Tam jednak od razu skierowali go na kwarantannę z 15 innymi kolegami. Dzwoni do mnie stamtąd i radośnie oznajmia:

– Psze księdza, piętnastu ma wirusa, a ja nie …

Zanotowaliście przepis?

Wkrótce podamy naszym siostrom i braciom trzecią dawkę szczepionki, widzimy statystyki.

Itinerarium

DIABEŁ Z POMOCĄ SPOŁECZNĄ NA CMENTARZU

Czwartek 4 listopada 2021

Prowadziłem pogrzeby osób bezdomnych na wszystkich lubelskich cmentarzach i na kilku w województwie. Na starszych mają swoje mogiły wśród wszystkich innych, adwokatów, księży, wojskowych i profesorów, ziemia dla wszystkich ta sama, nad ziemią czasem jest różnica w pomnikach, wiadomo na czyją korzyść (ziemską). Na cmentarzu na Majdanku jest co prawda część, gdzie znajdziemy obok siebie kilkanaście grobów oznaczonych „NN” (Nomen Nescio, imię nieznane), nie ma jednak jakiejś specjalnej strefy bezdomnej.

Inaczej jest w Łodzi (być może gdzieś jeszcze), tam na cmentarzu Wszystkich Świętych wydzielono odrębne hektary i nazwano (dumnie) Cmentarzem Bezdomnych. Nie mam wątpliwości, że wymyślił to diabeł, w porozumieniu z pomocą społeczną, która kontraktuje sobie dziesiątki kwater, łatwiej jest pogrzebać kolejne osoby na mniej więcej tym samym kawałku gleby.

W ogóle radzę moim bezdomnym siostrom i braciom, aby starali się nie umierać pomiędzy połową grudnia a końcem stycznia następnego roku, niestety, nie zawsze się słuchają. Dwukrotnie czekałem z pogrzebem osób bezdomnych w tym czasie, ponieważ pomoc społeczna – fundująca  usługi pogrzebowe takim osobom (z naszych podatków) – nie była w stanie rozstrzygnąć przetargu. Na moją interwencję usłyszałem – „Ale w czym problem? Przecież leży w chłodni i nic mu się nie stanie, jak poczeka do wyniku przetargu.” Rzeczywiście, poczekali, pogrzebałem.

Mam dobrą wieść dla moich bezdomnych sióstr i braci, w Ewangelii Chrystus mówi, że w domu Jego Ojca jest mieszkań[U1] [U2]  wiele, możecie być pewni, że dostaniecie te w wersji premium, wygodne i blisko samego Pana Boga. A twórcy ziemskich cmentarzy dla was dedykowanych, dostaną zimne szopy na końcu czyśćca. A może nawet – oby nie – jeszcze piętro niżej, gdzie Diabeł pali w piecu papierami z pomocy społecznej.


 [U1]

 [U2]

Itinerarium

MURY RUNĄ, RUNĄ, RUNĄ

Środa 3 listopada 2021

Za ponad 350 mln euro powstanie prawdopodobnie mur na granicy Polski i Białorusi, za nasze, podatników, pieniądze. Mur, który tylko w nieznacznym procencie ograniczy próby przekraczania polskiego kordonu, legalne i nielegalne.

Mur ten jest bez sensu, ktokolwiek ma odrobinę wiedzy, rozumie, że runęły wszystkie historyczne mury. Mur to wyraz bezsilności, zawsze można zrobić podkop albo użyć katapulty (tak jest na rzece Rio Grande pomiędzy USA i Meksykiem) albo znaleźć drogę obok muru. W przypadku polskiego muru nie chodzi o cegły i beton, chodzi o władzę, o tym dalej.

Nie jestem za przyjmowaniem wszystkich i każdego, kto stanie przy granicy mojej Ojczyzny, za to ugoszczenie kilku tysięcy wojennych uchodźców, zwłaszcza rodzin z dziećmi, to żaden problem. Podobnie jak sensowne zagospodarowanie migrantów, którzy uratują nasz upadający rynek pracownika.

Polski mur to chwyt, słaby ale skuteczny chyba, aby rządzący (bez względu z jakiej partii czy koalicji) wygrali wybory. Mur ma powstać przede wszystkim w głowach i sercach Polaków, faktycznie u połowy moich rodaków już wyrósł. Jeśli uwierzmy w jego skuteczność, zagłosujemy za tymi, którzy go wystawili, rzecz jasna, że nie na murarzy ale na Brygadzistów. Na tym polega polityka. Moralność to sprawa dla ludzi wierzących, w Boga a nie w mury.

Czy zjawi się jakiś nowy Kaczmarski, z Gintrowskim i Łapińskim, i porwą nas mocną pieśnią „A mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat …” ?

Itinerarium

PO GRZYBINGU GROBING

W

Polacy od piątkowego wieczoru gromadnie praktykują grobing, czyli wędrówkę do grobów rodzinnych i znajomych. Nie wiem czy zakończył się już „grzybing” czyli masowe przeczesywanie lasów i zagajników w celu zbierania borowików i rydzy. Jeszcze wcześniej mamy oczywiście „plażing”, jako sport narodowy letni, a przed tą dyscypliną jest „grilling” majowy. I cofając się do Wielkanocy, wtedy ćwiczymy „churching”, gremialne odwiedzanie dekoracji Grobów Pańskich w jak największej liczbie kościołów. Co z zimą? „Narting” rozwinięty jest słabo u nas, choć przykład daje sam pan prezydent AD. Zimą większość Polaków raczej skłania się do „drinkingu” i „nerwingu”, czyli nerwowego czekania na wiosnę.

Przyznaję, nie praktykuję żadnej z tych stadnych ideologii, choć je rozumiem. Dlaczego? Religia mi nie pozwala, jak żartem mawia jeden z moich kolegów. W przypadku grobingu nasze spacery żadnemu zmarłemu nie pomogą nic, a jeśli wierzymy, że zmarli chcą mieć „święty spokój”, to dajmy im tenże. Grobing jest łatwy, bo wymaga tylko wysiłku nóg, wydatków na znicze i kwiaty (sztuczne, tfu!, także) no i dojechania na cmentarz jakimś autobusem, razem z covidem. Religia wymaga ode mnie więcej.

W oktawie Wszystkich Świętych, od 1 do 8 listopada włącznie, możemy codziennie zyskać odpust zupełny dla jednej zmarłej osoby. Aby ten odpust ofiarować za 8 bliskich ludzi, trzeba przyjąć komunię świętą w intencji danej osoby, nawiedzić cmentarz (lub kościół albo kaplicę; albo w przypadku choroby – mieć takie pragnienie), odmówić „Ojcze Nasz” i „Wierzę w Boga” (pacierzowe lub mszalne) oraz dowolną modlitwę w intencjach, które poleca Ojciec Święty. W ub. roku Franciszek przedłużył możliwość uzyskania wspomnianego odpustu na cały listopad i jest tak też w roku 2021.

torek 2 listopada 2021

Itinerarium

KTO GRRZESZY TEN ŚWIĘTY

Poniedziałek 1 listopada 2021 Wszystkich Świętych

Święci, święci, święci, wszyscy święci. Przyznam, że najbardziej lubię wrednych, niepokornych i bardzo grzesznych (w rozumieniu potocznym) świętych.

Święty brat Albert Chmielowski, na godzinę przed śmiercią zebrał swoich zakonników, oni z żalem prosili go, aby powiedział im jakieś przesłanie, bo już odchodzi. A Albert – „Uspokójcie się, dajcie papierosa!” Zapalił a potem zaraz umarł, znam tę historię z ust albertynów. Bł. ks. Jerzy Popiełuszko też namiętnie palił papierosy, nawet wiem jakie. Również błogosławiony Pier Giorgio Frassati pykał fajkę, był nawet w lubelskim kościele akademickim KUL jego portret, jak puszcza dymek na tle Alp. Gdzieś w połowie lat 90-tych ub. wieku jakiś niezbyt pojętny jezuita zamalował fajkę, bo mu się nie kojarzyła ze świętością, niestety dotąd nie naprawiono tego błędu. A przecież Frassati to Lavanga di Vita, Lawina Życia, jeden z najpiękniejszych życiorysów przesiąkniętych miłością do Pana Boga i ludzi.

Więcej nawet napiszę, w katalogach chrześcijańskich świętych i błogosławionych znajdziemy kobiety zarabiające płatną miłością, złodziei, zabójców, ojców i matki nieślubnych dzieci, wielokrotnych rozwodników (zwłaszcza wśród królów) i kłamczuchów. Oczywiście, w momencie nawrócenia zmienili swoje życie.

Mylimy świętość z kanonami przyzwoitości, dobrego wychowania, savoir – vivre, kultury osobistej czy poprawności obyczajowej.  To nie tak, świętymi są ci, co oszaleli z miłości do Pana Boga i do ludzi. Świętość nie jest wynikiem badania bezgrzeszności na poziomie „zero”, ale owocem możliwie największej miłości.

Itinerarium

BROŃMY BAZYLIK SIOSTRY I BRACIA!

Kazanie na  niedzielę 31 października 2021

Dziś święto poświęcenia kościoła, a różnie z kościołami bywało, choćby w Lublinie.

W listopadzie 1845 r. ówczesny administrator diecezji lubelskiej bp Wincenty Pieńkowski (później ordynariusz) poprosił rosyjskiego gubernatora Marka Albertowa o rozbiórkę kościoła św. Michała. Ta najstarsza świątynia w mieście, zwana farą, pełniła wówczas rolę katedry. Pieńkowski uzasadniał, że „na kosztowną restaurację tego kościoła nie masz funduszu…  Pozostać zaś dłużej nie może bez obawy zawalenia się, bo już część sklepienia upadła.” To jedyny znany mi przypadek, aby biskup poprosił władcę (i okupanta!) o rozbiórkę własnej katedry.

Tamtą decyzję skomentował po kilkunastu latach znakomity historyk kościelny ks. Jan Ambroży Wadowski „Społeczeństwo miejscowe ogarnęła jakaś martwota, magistrat miejski mało obchodziły teraz świątynie, a duchowieństwo wyższe, składające się z prałatów i kanoników, opuściło ręce i mniej gorliwym i ofiarnem okazywało się w podtrzymywaniu świątyni. Coraz więc większa postępowała ruina, bo żadnej nie przedsiębrano gruntownej restauracyi.”

Rosjanom było to bardzo na rękę, po prawie sześciu wiekach zniknął najważniejszy symbol katolickości Lublina, ostatecznie zburzony przy użyciu prochu.

Upadek fary św. Michała to jedno z najbardziej smutnych wydarzeń w historii Lublina, kładące się cieniem zarówno na duchowieństwie jak i wiernych świeckich.

Niewielu gości popijających lubelskie piwo (ponoć coraz słabsze) przy ul. Bernardyńskiej, ma świadomość że sączą trunki w dawnym kościele franciszkanów. Nie przypuszczam także, aby wśród rajców miejskich powszechna była wiedza, iż obradują, kłócą się i wyzywają w dawnym kościele i klasztorze karmelitów bosych, ratusz powstał tam po pożarze świątyni.

Rzesze turystów i miejscowych depczą po Pl. Litewskim, gdzie do maja r. 1925 stała prawosławna cerkiew Podwyższenia Krzyża Świętego, mniej więcej naprzeciwko gmachu Poczty Głównej.

Zdaje się, że dla obecnych pokoleń większego znaczenia te historie nie mają. Prawie wszyscy kierowcy śmigają dwupasmówką pod lubelskim zamkiem po miejscu, w którym przez kilka wieków dumnie wznosiła się największa żydowska synagoga Maharszala, rozebrana pod koniec niemieckiej okupacji miasta.

Zostawmy świątynie kamienne i betonowe. Najgorzej, że codziennie w gruzy i proch obracają się żywe świątynie, nasi bracia i siostry. Jedni umierają zapici tanim alkoholem F-16, przemycanym zza wschodnich granic, drudzy odbierają sobie życie z powodów różnych (tak ginie dwukrotnie więcej Polek i Polaków niźli w nagłaśnianych wypadkach drogowych), trzeci zarażani covidem przez swoich braci i siostry, jeszcze inni zaniedbani przez najbliższe rodziny i lekarzy.

To nasze święto, my jesteśmy najważniejszymi bazylikami, w nas mieszka Żywy Bóg. I mamy misję chronienia ich nie tylko w sobie samych ale i w tych wszystkich, którzy mogliby żyć, a odchodzą, bo … Dalej to już każdy z nas zrobić sobie może rachunek sumienia.

A na fotografii akurat puławska „Górka”.

Itinerarium

DLACZEGO NIE JESTEM PROTESTANTEM

Sobota 30 października 2021

Bardzo lubię protestantów, z kilkoma nawet się koleguję, wpadnę w sobotę poświętować z nimi, w niedzielę mają wspomnienie czynu Marcina Lutra. Nie pochwalam co prawda przybijania czegokolwiek na jakiekolwiek kościelne drzwi, co przydarzyło się byłemu katolickiemu zakonnikowi. Przy okazji, rzecz to zabawna ale prawdziwa – protestantyzm zaczął się od buntu katolickiego zakonnika, Luter był augustianinem, dziś jeszcze bodaj trzy ich klasztory działają w Polsce. Jednego mnicha z tegoż zakonu znam, żartem mawia czasem – „A wiesz, jeden z naszych to …” Tak, Luter jest najsłynniejszym bratem w tym zgromadzeniu.

Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby przejść na którąkolwiek wersję protestantyzmu. Dla mnie są to wyznania zbyt młode, ledwo 500-letnie. Jeden z moich profesorów twierdził, że aby uznać jakiś ruch za poważną religię, należy poczekać tysiąc lat, jak przetrwa, awansuje do grona Religii. Twierdził również, że każda gałąź wiedzy musi stać w poczekalni przynajmniej 200 lat, aby zaliczyć ją można było do rangi Nauki.

Niepokoi mnie za to – zdaje się, że Franciszka papieża także – tzw. protestantyzacja Kościoła Katolickiego. Kopiowanie protestanckich form kultu, skądinąd frapujących (np. glosolalia, proroctwa), wynika przede wszystkim z nieznajomości niezwykle bogatej tradycji Kościoła Katolickiego. Rodzi się także z rozbratu z genialną spuścizną katolickiej mistyki i umiłowaniem nowinkarstwa – „Cudze chwalicie, swego nie znacie”.

Im bardziej poznaję myśl i ducha katolickich doktorów Kościoła, ich rozmach fantazji, przenikliwość wnioskowania i analizowania, tym większą mam sympatię dla protestantów. Powiedziałbym nawet – zbiorę gromy, wiem – że ich wyznania są ciekawą wersją chrześcijaństwa. Nie dla mnie jednak, choć rozumiem, że komuś się podoba.

Siostry i bracia od Lutra i innych reformatorów, serdecznie Was pozdrawiam.  Różne są drogi do Królestwa Niebieskiego – jak szlaki na Zawrat – ważne, by iść tymi znaczonymi miłością. Spotkamy się na Szczycie!

Itinerarium

PAN JEZUS W NAMIOCIE PCK

Piątek 29 października 2021

PCK, czyli Polski Czerwony Krzyż, rozstawi wkrótce przy granicy polsko – białoruskiej wielki namiot, polowy szpital, w którym wolontariusze będą ratować uchodźców, którzy jakoś przedrą się przez tereny stanu wyjątkowego. Przedzierają się zresztą skutecznie, ponad 60% z nich jakoś (Bogu dzięki!) omija patrole Straży Granicznej i innych służb tamże stacjonujących.

Czerwony Krzyż, ten międzynarodowy, świętuje dzisiaj 157 lat istnienia, brawo. PCK jest młodszy od światowego o 100 lat, 57 stuknie mu 16 listopada, gratulacje. Caritas, na razie, nie wie, gdzie się kupuje namioty.

W Polsce gościła niedawno pani Francuzka z brukselskiej centrali, z komisji ds. uchodźców. Orzekła, że Polska powinna budować mur i że te kilka ofiar śmiertelnych na pograniczu polsko -białoruskim to pikuś w porównaniu z tysiącami, jakie utonęły w pobliżu włoskiej Lampedusy. Nie ma braw, jest: „Sorte!”, a po rosyjsku „Paszła won!”, po polsku nie napiszę, bo może czytać niepełnoletnia młodzież.

No dobrze, ja będę się trzymał Ewangelii, Was też namawiam. Budujmy mosty a nie mury. I jeszcze – „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie” (Mt 25). Tak Panie Jezu, jesteś przybyszem, z Syrii, Iraku, Afganistanu, może i z Somalii. Przyjmiemy Cię w namiocie PCK.

Itinerarium

KOCHAM ANTYSZCZEPIONKOWCÓW

Czwartek 28 października 2021

Spotykam coraz więcej, nawet młodych ludzi, którzy nie chcą się szczepić przeciw wirusowi, rozumiem ich, kochają wolność i jak mogą okazać jakikolwiek bunt wobec systemu, zrobią to. Przypomnę, że obecnie mieszkam na Lubelszczyźnie, gdzie wskaźnik zakażeń wirusem jest najwyższy w Polsce.

Bardzo ciekawi mnie argumentacja przeciwko szczepieniom. Poza niedającym się zbić czymkolwiek motywem – „Bo nie!”, słucham też innych zdań. Na przykład – „Ja tego nie czuję!”, rozumiem ten wątek (choć się nie zgadzam), w tym przypadku fakty i naukę zastępują emocje. Jeszcze inna opcja – „Według mnie jest to niesłuszne!”, tutaj mamy do czynienia z absolutnym subiektywizmem, w którym własne przekonanie przyjmuje się za prawdę, bez konfrontacji ze zdaniem epidemiologów czy innych lekarzy. To także rozumiem, choć się oczywiście nie zgadzam.

W dawnym tekście Desideraty, znajduję taki teskt:

„Swoją prawdę głoś swoją prawdę szerz jasno i spokojnie
Słuchaj też bo każdy ma swoją historię
Nawet głupiec ignorant ma swoją opowieść”.

Przy czym nie uważam  przeciwnych szczepieniom za głupców czy ignorantów, mają prawo do pomyłek, święty przywilej lekceważenia faktów.

No i na koniec, sprawa miłości. Według Ewangelii, moja – i Wasza – miłość, obejmować ma wszystkich. Tych, co nie chcą się szczepić także.

Itinerarium

DLACZEGO  JANA Z LUBLINA NIE MA W LUBLINIE

Środa 27 października 2021

Miałem kilkanaście lat temu zaskakującą i intrygującą przygodę w Kutaisi (miasto w zachodniej Gruzji), zostałem zaproszony przez gruzińskich przyjaciół na śniadanie w stylowej małej restauracji w centrum. W pewnym momencie podszedł do nas starszy pan, właściciel lokalu i całej kamienicy, kiedy przedstawiłem się, że przyjechałem z Lublina, gospodarz wstał i głęboko się ukłonił. Zapytał mnie o dwie rzeczy, najpierw czy zachował się grób Jakuba Icchaka Horowica, a potem czy istnieje nadal Jeszywas Chachmej. Potwierdziłem jedno i drugie. Pan okazał się Żydem, na początku lat 90-tych ub. wieku wyemigrował do Izraela, ale na starość powrócił do Kutaisi, gdzie się urodził i spędził większość życia.

Do grobu wspomnianego Horowica na starym lubelskim kirkucie do dzisiaj przybywają tysiące Żydów (w sensie narodowościowym) z całego świata, każdy chce stanąć przy mogile słynnego Widzącego z Lublina.

Nie ma w Lublinie ul. Horowica ani Majera Jehudy Szapiro, twórcy Jeszywas Chachmej przy ul. Lubartowskiej. Szkoda, bo to dwaj wybitni obywatele grodu nad Bystrzycą. Dowodzi to słabej pamięci miasta o swoich słynnych mieszkańcach. Nie ma też w Lublinie ul. Kazimierza Królewicza, który w wieku 15 lat zachwycił na zamku w Lublinie znakomitą przemową po łacinie. Nie ma też ul. Marty Kazimiery Wołowskiej, jedynej błogosławionej (i męczenniczki) urodzonej i wychowanej w Lublinie, uratowała kilkudziesięciu Żydów, rozstrzelana w Słonimiu (dziś Białoruś) przez Niemców. Nie ma też niestety  w diecezji lubelskiej parafii dedykowanej tej niezwykłej kobiecie, lubliniance. Nie ma także choćby skweru im. Anny Kamieńskiej, wybitnej pisarki czy Andrzeja Nikodemowicza  (kompozytor, pianista), a już na paradoks zakrawa fakt, że Jan z Lublina (tabulatura organowa) nie ma w mieście nic.

Czepiam się? Nie, najpierw chodzi o pewną prawdę, pamięć o własnych dziejach, mądry patriotyzm lokalny, szacunek dla niezwykłych postaci, wreszcie o zwykłą pośmiertną wdzięczność. Nie zmienia to mojej sympatii dla ul. Hiacyntowej i Poziomkowej. Przed wspominaniem wszystkich zmarłych przypominam tylko luki w pamięci Lublina.

Na zdjęciu grób Widzącego z Lublina.

Itinerarium