Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Franciszek, papież, przypomniał niedawno, że trumna nie ma kieszeni, dodam, że urna także. U św. Augustyna wyczytałem, że to, co daję na jakieś dobre cele, jest w sumie aktem oddawania, tego, co otrzymałem. Cytuję zatem:
„Jeśli jednak pragniesz dostąpić miłosierdzia, bądź i ty miłosierny. Daruj, jeśli ktoś cię obraził; podziel się tym, czego masz pod dostatkiem. Zresztą, czymże się dzielisz, jeśli nie tym, co otrzymałeś od Pana? Gdybyś darował ze swego, byłaby to hojność z twojej strony, ponieważ jednak dajesz Jego własność, twój czyn jest oddawaniem. “Cóż bowiem masz, czego byś nie otrzymał?” Oto ofiary najbardziej miłe Bogu: miłosierdzie, pokora, wyznawanie win, pokój, miłość. Jeśli przeto starać się o nie będziemy, w pokoju oczekiwać możemy Sędziego, który “będzie sądził świat ze słusznością i ludy według swojej prawdy” (Z komentarza do Psalmu 96).
Tyle Augustyn, brawo! Na razie jego opinia w świecie mierzącym wartość ludzką siłą konta, szans wielkich nie ma. Ze swojego doświadczenia wiem, że rozdawanie – pieniędzy, rzeczy, casu i serca – pomnaża radość ducha, uszczęśliwia. Bez przesady, słyszę czasem. Dobrze, myślę sobie, ale życie jest przecież jedno!
Spowiadam się dość często, nie codziennie oczywiście, pamiętam, że Jan Paweł II chodził do konfesjonału raz na tydzień. Rozumiem ludzi, którzy spowiadają się rzadko albo i w ogóle. Znam takich, którzy spowiadać się nie muszą, bo latami żyją bez grzechu ciężkiego, ale spowiadają się ponieważ chcą w tym sakramencie spotykać Chrystusa.
I jest jeszcze jeden powód, miłosny, dotyczący moich i pewnie wielu waszych spowiedzi. Najlepiej opisał to św. Augustyn, oto cytat: „Ten, kto jest wolny od wszelkich trosk, w spokoju oczekuje przyjścia Pana. Cóż to byłaby za miłość ku Chrystusowi, lękać się, że przyjdzie? Miłujemy Go i boimy się, że przyjdzie. Czy naprawdę miłujemy? Czy może bardziej miłujemy nasze grzechy?”
Tak, nie lubię i nie kocham moich grzechów, dlatego idę do Tego, kto może je odpuścić, zamienić w niebyt i nicość. Obawiam się, że jest jakiś, może duży, procent chrześcijan, tak rozkochanych w swoich grzechach, że za nic nie zamierzają się ich pozbyć. A mogliby i wtedy komunia święta byłaby dla nich częstym pokarmem, a nie tylko dodatkiem do karpia wigilijnego czy jajka wielkanocnego.
Przerwy w spowiedzi bywają krótsze i dłuższe, absolutny rekordzista, z którym rozmawiałem jeszcze przed spowiedzią, oznajmił, iż ostatni raz u spowiedzi był 63 lata temu. Trochę powątpiewałem w tę gigantyczną pauzę, ale ów brat głośno wyliczył: „No, mam teraz 72 lata, do pierwszej komunii szedłem jak miałem dziewięć, odejmuję i wychodzi, że 63 …” Przeprosiłem, wyszedłem na głupka, ale próbowałem dociec w czym tkwiła przyczyna absencji, może zwątpił w Pana Boga czy co tam jeszcze. „Nie! Nie! Nie! Boże broń, tak jakoś wyszło …” – usłyszałem. A skoro tak, to po sprawie, zdarza się, sam przecież odkładam różne sprawy, więc rozumiem brata.
Pamiętam, jak sceptycznie przyjmowany były pomysł Jana Pawła II ustanawiający Światowe Dni Młodzieży, przecież wcześniej tego nie było a ludzie się zbawiali. Wysłuchiwałem wówczas – połowa lat 80-tych ub. wieku – opinii, że termin jest słaby, bo w sierpniu jeździ się na urlopy i chodzi na pielgrzymki, wbrew temu w sierpniu 1997 r. Paryż aż kipiał od młodych ludzi świętujących radośnie swoją wiarę i na Polach Elizejskich i nawet na Placu Pigalle.
Dziś po raz piąty, z inicjatywy Franciszka, obchodzony jest w Kościele Katolickim Światowy Dzień Ubogich, przyjmuje się to święto bardzo opornie. No bo i jak należy świętować taki Dzień? Kościelna tradycja, nieokraszona zbytnio wyobraźnią, podpowiada – „Zróbmy Mszę Świętą!” I potem słyszymy, że z okazji Dnia Ubogich (ale także Dnia Dziecka, Dnia Strażaka, Dnia Górnika i setki innych przypadków) ktoś odprawi Mszę Świętą z kazaniem wygłoszonym przez jakiegoś mówcę i mamy odfajkowane, zaliczone.
Dzień Ubogich to zadanie do odrobienia dla każdego z nas, Msza Święta, okej, ale to nie wystarczy. Co robił Pan Jezus ze swoimi ubogimi znajomymi? Przede wszystkim dbał, żeby mieli co jeść („Wy dajcie im jeść!”), dalej jadał z nimi (miano Mu to za złe), rozmawiał, żartował, starał się ich rozumieć, współczuć i wzmocnić.
Dlatego, jeżeli dzisiaj albo w najbliższych dniach zaaranżujecie spotkanie z kimś ubogim (w jakimkolwiek znaczeniu), wypijecie z nim kawę, porozmawiacie, pożartujecie i spędzicie godzinę, to macie przepiękny Dzień Ubogich.
W Lublinie wymyśliliśmy – wolontariusze – że po Mszy Świętej w 4 kościołach (pandemia!), siądziemy z ponad 500 siostrami i braćmi do dobrego obiadu z deserem w 6 restauracjach (pandemia!). Bardzo polecam, niech będzie normalnie, jak w Ewangelii i rodzinie.
Nie wiem czy jest to przypadek tylko polski, może i zagraniczny także. Pamiętam, jak kiedyś chyba hydraulik wymieniający zawór skrzyczał mnie za wolontariat, przecież on płaci podatki i to państwo powinno rozwiązywać problemy bezdomnych, niepełnosprawnych i ubogich.
Czytam i słucham prawie nieustannej krytyki Kościoła, jak tylko zmieniliby się biskupi, to byłoby lepiej. W nas, Polakach, jest jakaś dziwna wiara w moc (prawie wszechmoc) rządów, episkopatów, związków zawodowych, policji, straży pożarnej, pomocy społecznych, sanepidów i banków. Byłem wczoraj na lwowskim Cmentarzu Orląt, w 1918 nie czekali na rząd, armię, pomoc z zagranicy, sami obronili Lwów, a były to setki młodych Polek i Polaków. Można wiele, można wszystko, trzeba tylko zacząć nie czekając aż ktoś/coś zrobi.
Wiele lat temu, jeszcze w Łęcznej, zauważyłem problem ubogich dzieci, zaprosiłem kolegę, aby jakoś zareagować, a on od razu – „Dobra, załóżmy komitet!” Mało nie spadłem z fotela, komitet? Wyjąłem odpowiednik dzisiejszych 100 złotych i namówiłem Mariana, żeby dał drugie tyle. Dołączyli się jeszcze inni, wystarczyło na paczki dla wszystkich znanych nam dzieci. A gdybyśmy założyli komitet? Hm, pewnie do dziś obradowałby nad skutecznymi sposobami pokonywania ubóstwa dzieci.
Nauczyłem się z Ewangelii, od Pana Jezusa, że trzeba samemu działać. Co Pan Jezus doradził apostołom debatującym nad zgłodniałymi słuchaczami? „Wy dajcie im jeść!”
Będę miał przywilej świętowania Dnia Niepodległości we Lwowie, na cmentarzu Orląt. Żałuję, że w programach szkolnych nie ma wyjazdów na ten cmentarz, tak samo na wileńską Rosę. Kilka miesięcy temu usłyszałem od pani, po studiach, że cmentarz Orląt kojarzy się jej z drugą wojną światową.
Winien jest pewnie poziom nauczania historii ojczystej w szkołach, ale i zamiłowanie Polaków do riwier, większe niźli do dumnych pamiątek narodowych. Przed laty furorę robiło wypracowanie małego Polaka, który napisał: „Słowianie mieszkali w domach z drewna, z których dym wychodził mniejszym otworem, a Słowianie większym”.
Świętowanie 11 listopada nie do końca słusznie nazywa się odzyskaniem niepodległości, rok 1918 przyniósł niepodległość prawie połowie Europy (zwłaszcza wschodniej i południowej), wcale nie wywalczyliśmy wolności, została nam dana wskutek rozpadu trzech imperiów (dwóch, niemieckiego i rosyjskiego, chwilowy). Prawdziwy polski triumf nastąpił w r. 1920, w Cudzie nad Wisłą. W naszej tradycji dzień ten jest jeszcze słabo rozpoznawalny, inna data 12 września, czyli wiktoria wiedeńska, pozostaje znana raczej wąskiej grupie miłośników patriotyzmu (swoją drogą uchroniliśmy Wiedeń, a ten za 100 lat spokojnie odebrał nam Galicję, a nawet Lublin na kilkanaście lat). Pogrom Krzyżaków pod Grunwaldem, chwała polskiego i litewskiego rycerstwa, zastygł w rekonstrukcjach.
Same formy świętowania Niepodległości są potwornie nudne, smutne i zasadniczo nie różnią się od tych znanych w PRL – marsze, akademie, wiece, jałowe przemówienia. Aluzyjnie, do Ewangelii – nowe wino należy wlewać do nowych bukłaków, a tych nie uszyto jeszcze. No marzy mi się coś na kształt radosnych amerykańskich parad z 4 lipca. Dobrze, że chociaż pojawiają się ciekawe planszówki dla dzieci, jakiś niepodległościowy rap i wymowne memy, to szansa na wejście w świadomość najmłodszych pokoleń.
Siostry i bracia, radosnego świętowania, i dzisiaj i każdego dnia!
Wszyscy mamy jakieś domy, mieszkania, bardzo dobrze, gratuluję, podziwiam ludzi, którzy dzięki solidnej pracy i pomysłowości, wznieśli bądź kupili piękne, przestronne domy.
Znam też miejsca, gdzie mieszkają moje siostry i bracia nieładnie nazywani „bezdomnymi”, w zasadzie mają domy – alternatywne. Bo czyż stary wagon na zachwaszczonej działce pod Lublinem, gdzie mieszka Ania z Markiem, nie jest domem alternatywnym? Albo zapadająca się rudera, w której bez światła i wody żyje pan Leszek? Albo piwnica, w centrum miasta, którą dzieli wespół ze szczurami Darek razem ze swoją ukraińską miłością o imieniu Ina?
Kiedy rozmawiam z moimi siostrami i braćmi z alternatywnych domów, nikt z nich nie chce iść do schroniska czy noclegowni. Od kilku lat Centrum Wolontariatu w Lublinie (podobnie jak wspólnoty Emaus) zabiera ludzi z alternatywnych miejsc bytowania do prawdziwych domów. Prowadzimy obecnie dwa takie domy, a w najbliższą niedzielę, w Piąty Światowy Dzień Ubogich, otworzymy trzeci, na przedmieściach Lublina.
Miałem kiedyś pokusę, aby założyć schronisko dla osób z tych alternatywnych miejsc. Ustrzegł mnie przed tym Pan Bóg przez Żabę (ksywa). Rozmawiałem kiedyś z nim na Młyńskiej, Żaba kurzył papierosa, był lekko wstawiony i zarzucił temat:
– O, patrz ksiądz, tu mieszkają biedaki – wskazał na pobliską noclegownię – a tam kaleki, teraz kiwnął palcem w kierunku schroniska dla bezdomnych niepełnosprawnych… A u ciebie, to mieszkają VIP-y.
Już mi się zrobiło miło z powodu wyróżnienia, ale dopytałem:
– A czemuż u mnie VIP-y?
Żaba zaciągnął się skrętem i wycedził:
– Bo mają klucze!
Klucze! Klucze! Jasne, Żaba, masz rację, klucze! Kidy ktoś idzie do schroniska czy noclegowni, zawsze jakiś odźwierny otwiera i zamyka drzwi, wyprasza rano (z noclegowni), ochrzania, gasi światło i ucisza. A te siostry i ci bracia, którzy idą do naszych domów dostają klucze! Tak, Żaba, to są VIP-y! Otwierają sami drzwi, sami je zamykają, noszą dumnie swoje klucze w kieszeniach, sami zapalają i gaszą światło, a ciszę muszą wynegocjować z resztą współmieszkańców. W naszych domach mieszka najczęściej 5 – 6 osób, w trzech pokojach, najwyżej dwuosobowych. Te dwójki zwykle zajmują pary, głównie „błogosławione konkubinaty”, nie ma dla nich miejsca w innych instytucjach, tam oddzielnie są kobiety i mężczyźni. Ale jak rozdzielać parę, która żyje ze sobą 10 czy 15 lat? Byłoby to bardzo nie po Bożemu, i nie po ludzku.
Noclegownie i schroniska są błędem systemowym, nikt z osób bezdomnych nie chce tam iść, chyba, że nie ma innego wyjścia. Oczywiście, system noclegowni i schronisk jest tańszy niźli małe wspólnoty w domach, tańszy ale nieskuteczny. O tyle potrzebny, że w czasie mrozów ratuje zdrowie czy życie, ale bardzo rzadko stanowi drogę do pokonania bezdomności. Jeśli ktoś jest bez-domny, to nie schroniska mu potrzeba, ale domu! Ta uwaga najmniej dotyczy osób bezdomnych i niepełnosprawnych jednocześnie. Słusznie rzekłeś Żaba, wynagrodziłem Cię całą paczką kupnych fajek, jeszcze dołożę.
Dotychczas w naszych domach mieszkało 87 osób, nie wszyscy poradzili sobie w drodze powrotu do życia społecznego, niektórzy po 3 miesiącach, inni po pół roku, wrócili do swojego wagonu (Ania i Marek) albo starego kiosku ruchu (Kasia i Krzysiek). Ale ile maiłem radości, jak poświęciłem samochód Krzysztofowi, wrócił do ludzi, po latach spędzonych na przemian w więzieniu i zawaliskach.
Dopowiem, że same domy nie pracują, wokół każdego domu jest sztab ludzi, przeważnie wolontariuszy, są psychologowie, terapeuci i cicerone, czyli osoby wspierające mieszkańców naszych domów (jeden na jeden). Jestem wszystkim bardzo wdzięczny za ich czas, energię, cierpliwość i poczucie humoru. Brakuje nam jeszcze pewnie kolejnych 50 cicerone, piszcie, chętnie was przyjmiemy.
Nowy Dom, który otworzą kluczami siostry i bracia z miejsc alternatywnych to moja wielka radość, wielka radość i mała troska, pozostaje nam jeszcze do spłacenia 35 000 złotych, koszt instalacji gazu, elektryczności, wody, zaczynam więc żebrać, ale nowocześnie – numer konta jest na końcu wpisu. Dom pobłogosławi ks. bp Adam Bab.
W kilku miejscach w Lublinie od dzisiaj zawisną bilbordy, takie jak ten dołączony dziś do wpisu. Nie ma tu żadnego picu czy fotomontażu. Jacek do niedawna często mieszkał w norze ze szczurami, z której na fotce wychodzi, jeden nawet był niebieski (raz w życiu widziałem takiego eleganta, szczura). Dziś Jacek mieszka w jednym z naszych Domów i pracuje, bardzo solidnie. Bardzo proszę tylko nie zaglądać na stronę www.bezdomni.lublin.pl – strona ta, we współpracy z osobami bezdomnymi, dopiero powstaje.
Jeszcze jedno mieszkanie pobłogosławi ks. bp Adam Bab w najbliższą niedzielę, będzie to mieszkanie dedykowane uchodźcom, przed niedzielą zamieszka w nim rodzina z Białorusi, uciekli do Polski wskutek prześladowań w swojej ojczyźnie. Ten wieki dar przyszedł z serc moich przyjaciół (ślubowałem, że nie zdradzę ich danych osobowych), będziemy płacić tylko za media, reszta za Bóg zapłać, co niniejszym czynię.
Jeszcze słówko o niedzielnej uczcie z bezdomnymi, uchodźcami, byłymi więźniami i dziećmi z biednych ulic – bardzo dziękuję za wielki odzew i waszą hojność, brakuje nam jeszcze na jakieś 150 obiadów, średnio po 37,10 zł.
Zatem, siostry i bracia, jak ktoś z Was ma jakiś dom albo i dwa, jakąś wolną chatę (nawet do remontu) chętnie dobrze je zagospodaruję, mieszkania dla uchodźców biorę dziesiątkami!
Błogosławię na przedświąteczną środę i radosne wiwatowanie od 11 listopada, o czym napiszę jutro.
Kocham Polskę, szanuję polskie państwo, bez względu kto nim zarządza po 1989 roku, rzadko zgadam się z decyzjami moich rodaków w czasie wyborów. Poza jednym wyjątkiem, kibicowałem Polskiej Partii Przyjaciół Piwa (1990 – 1993), nie ze względu na jej program, ale dlatego, że awans tej formacji do polskiego parlamentu obnażył absurdalną strukturę życia politycznego w kraju, panowie z PPPP przynajmniej nie ukrywali swoich motywów.
Od kilku miesięcy jest mi naprawdę wstyd za stale wyciekające maile ze skrzynek kolejnych osób zarządzających Polską. To kompromitacja i tychże władz i mających je chronić służb. Co do katastrofalnego stanu służb – wywiad, kontrwywiad, etc. – nie mam wątpliwości od dawna, od ich partactwa ucierpiało kilku moich dobrych znajomych, którzy ufając służbom pracowali dla dobra Polski, a potem figurowali na listach konfidentów, proszę sobie poczytać choćby o przypadku Andrzeja Grajewskiego, znakomitego historyka i dziennikarza („Gość Niedzielny”).
Jakieś nadzieje wiązałem z Wojskami Obrony Terytorialnej, wstąpiły tam rzesze młodych ludzi (wielu moich młodszych znajomych) z najlepszymi intencjami. Przyznam jednak – świadom krytyki ze strony terytorialsów – że idea w zamyśle sensowna, w praktyce staje się farsą. Rok temu, w czasie inwazji pandemii organizowaliśmy pomoc – uszyliśmy ponad 50.000 maseczek choćby – dla szpitali, sanepidu, etc. W akcję włączyli się także terytorialsi, wspomagając naszych wolontariuszy. Różnica była taka, że nasi wolontariusze pracowali za darmo (wszak to wolontariusze), a terytorialsi za pieniądze (niewielkie, ale jednak), jeden z nich nawet szczerze przyznał, że oni to mają „płatny wolontariat”.
Terytorialsi mają angażować się w obronę terytorium polskiego państwa, biegają po lasach i polach, brawo! Nie obronili jednakże naszego terytorium w Internecie, gdzie rosyjscy hakerzy swobodnie wykradali rządowe maile. No tak, mamy 21 wiek, niemal wszystko, co ważne, rozgrywa się w Internecie a nie w lasach.
Podobnie, dziwię się zaskoczeniu naszych władz sytuacją na granicy z Białorusią. Przypomnę, że istnieje taka formacja jak szpiedzy, czyli ideowo przekonani albo dobrze opłacani ludzie, którzy wiedzą i zawczasu ostrzegają o nadchodzących kłopotach. To może dziś jest normalne, bo i amerykańscy szpiedzy zawiedli w Afganistanie, pewnie zagapili się w Neflixa i nie zauważyli niepozornych talibów odbijających miasto po mieście.
Rozumiem nieufność Polaków do kolejnych rządów i wszelkich rządowych instytucji. Przepraszam, niestety trafiają tam przeważnie ludzie, którzy nie dostali się do intratnych firm prywatnych. Musimy radzić sobie sami. Za dwa dni Święto Polskiej Niepodległości. Moi drodzy Polacy, Rodacy, Polska to my.
I moi drodzy Rodacy, Polacy, dziękuję za Waszą ofiarność dla ubogich, dzięki Wam już prawie 200 z nich zje wytworny obiad w najbliższą niedzielę (wczorajszy wpis). To jest patriotyzm Wasz, polski, radosny, prawdziwy. Jak ufacie Internetowi, możecie fundować obiady także tutaj: https://pomagam.pl/dzienubogich
Dobrego wtorku, radości i kolorowej nadziei dla Was! Na zdjęciu – zabawa z bezdomnymi luty 2020, w lubelskiej restauracji Oranżeria.
We wnętrzach prawdziwych i bardzo dobrych restauracji, przy zaścielonych czystymi obrusami stołach, siadają obok siebie ludzie, którzy na co dzień nie mają domów i wolontariusze, księża i byli więźniowie, siostry zakonne i uchodźcy, dzieci z zaniedbanych ulic i dzielnic wraz ze swoimi opiekunami. Elegancko ubrane kelnerki i kelnerzy podadzą najpierw smakowite, gorące zupy, potem drugie dania na osobnych porcelanowych talerzach (oczywiście dla naszych muzułmańskich przyjaciół będzie stosowna dieta, podobnie jak dla wegetarian). I jeszcze marzy mi się, że wszyscy wypiją potem kawę i herbatę, w filiżankach naturalnie, do tego będzie ciasto! I na odpowiednich naczyniach (których nazwy nie znam) będą jeszcze jabłka albo i inne owoce. Ach, wspaniale!
To nie są marzenia, opisuję tylko jak będziemy w Lublinie świętować Piąty już Światowy Dzień Ubogich, w najbliższą niedzielę 14 listopada. Zaprosiliśmy ponad 500 naszych sióstr i braci, ubogich, bezdomnych, niepełnosprawnych, byłych więźniów, dzieci z nieciekawych ulic, migrantów i uchodźców. Siądziemy razem z nimi do świątecznego obiadu, naprawdę poświętujemy. Z siostrami braćmi nie siada się przy osobnych stołach, ale razem przy tym samym, aby rozmawiać, żartować i wzajemnie się słuchać. Ten wspólny posiłek zjemy w ośmiu znakomitych lubelskich restauracjach, których nazwy podam jutro, ucztowanie zaczniemy późnym popołudniem. Z doświadczenia wiem, że nasi goście przyjdą odświętnie ubrani, trzeźwi i wypachnieni (patrz zdjęcie ze wspólnego balu w r. 2020). Wszyscy wymienieni wyżej goście są naszymi znajomymi od wielu lat w ramach naszej wolontariackiej misji służenia.
Wcześniej w czterech kościołach, równocześnie o godz. 15:00, modlić będziemy się na Mszach Świętych, jednej przewodniczyć będzie nawet ksiądz biskup Adam Bab. Ze względu na ograniczenia epidemiczne nie możemy zgromadzić się na jednej Mszy Świętej i gościć się w jednej restauracji (nawet nie wiem, czy tak obszerna, na 500 gości jest w Lublinie).
Nie mamy jeszcze wszystkich pieniędzy na opłacenie rachunków za te uroczyste posiłki, średni koszt dość wytwornego obiadu wynosi 37 zł i 10 gr, przy trudnej sytuacji w gastronomii nie śmieliśmy prosić o gratisy, choć i takie otrzymaliśmy. Jeżeli ktoś chce dołączyć do grona fundatorów, proszę o wpłatę wspomnianych 37 zł i 10 gr na podane dalej konto naszego Centrum Wolontariatu, mogą to być nawet dwa obiady i więcej. Bardzo dziękuję, jeśli okaże się, że wystarczy złotówek i groszy, doprosimy jeszcze kolejne osoby. Jeszcze niżej wklejam Orędzie Franciszka na tegoroczny Dzień Ubogich.
Dobrego, radosnego, przepięknego dnia i tygodnia dla Was wszystkich!
Świąteczne konto obiadowe:
Stowarzyszenie Centrum Wolontariatu w Lublinie
ul. Gospodarcza 2
20- 217 Lublin
Bank PKO S.A. V oddział w Lublinie
nr konta: 64 1240 1503 1111 0000 1753 2101
Tytuł przelewu: darowizna na cele statutowe
Orędzie Ojca Świętego na V Światowy Dzień Ubogich
Rok: 2021 Autor: Papież Franciszek
“Ubogich zawsze macie u siebie” (Mk 14, 7)
1. «Ubogich zawsze macie u siebie» (Mk 14, 7). Jezus wypowiedział te słowa na kilka dni przed świętem Paschy, będąc na obiedzie w Betanii, w domu pewnego Szymona, zwanego „Trędowatym”. Jak opowiada ewangelista, pewna kobieta weszła, trzymając alabastrowy flakonik pełen bardzo cennego olejku, który następnie wylała na głowę Jezusa. Gest ten wzbudził wielkie zdumienie i dał początek dwóm różnym reakcjom.
Pierwszą jest oburzenie wśród niektórych obecnych, wliczając w to uczniów, którzy, biorąc pod uwagę cenę olejku – około 300 denarów, czyli równowartość rocznej zapłaty jednego pracownika – myślą, że byłoby lepiej go sprzedać i oddać zarobione w ten sposób pieniądze dla ubogich. Według Ewangelii świętego Jana, Judasz staje się wyrazicielem tego zdania: «Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?». Ewangelista odnotowuje: «Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano» (12, 5-6). To nie przypadek, że ta ciężka krytyka wychodzi z ust zdrajcy: jest to dowód na to, że ci, którzy nie zauważają ubogich, zdradzają nauczanie Jezusa i nie mogą być Jego uczniami. Pamiętamy, w odniesieniu do tej sytuacji, o mocnych słowach Orygenesa: «Judasz wydawał się troszczyć o ubogich […]. Jeśli teraz jest jeszcze ktoś, kto ma sakiewkę Kościoła i jak Judasz wypowiada się w imieniu ubogich, ale potem bierze dla siebie to, co tam wkładają, niech ma swój udział razem z Judaszem» (Komentarz do Ewangelii Mateusza, 11, 9).
Druga reakcja pochodzi od samego Jezusa i pozwala na zrozumienie głębokiego sensu gestu, który wykonała kobieta. Mówi On: «Zostawcie ją; czemu sprawiacie jej przykrość? Dobry uczynek spełniła względem Mnie» (Mk 14, 6). Jezus wie, że Jego śmierć jest bliska i dostrzega w tym geście uprzedzające namaszczenie swojego martwego ciała, przed złożeniem w grobie. Wizja ta przekracza wszelkie oczekiwania współbiesiadników. Jezus przypomina im, że pierwszym biednym jest On sam, najbiedniejszy z biednych, ponieważ reprezentuje ich wszystkich. Syn Boży akceptuje gest tejże kobiety również w imieniu ubogich, samotnych, osób z marginesu oraz dyskryminowanych. Ona natomiast, w swojej kobiecej wrażliwości, okazuje się być jedyną, która pojmuje stan duszy Pana. Anonimowa kobieta, być może przez to przeznaczona, by reprezentować cały świat kobiecy, który na przestrzeni wieków nie będzie miał głosu i dozna przemocy, rozpoczyna znaczącą obecność kobiet, które biorą udział w szczytowym momencie życia Chrystusa: w ukrzyżowaniu, śmierci oraz w pogrzebie, a następnie w ukazaniu się światu Zmartwychwstałego. Kobiety, tak często dyskryminowane, trzymane z daleka od miejsc odpowiedzialnych, na kartach Ewangelii są natomiast bohaterkami historii objawienia. Jakże wymowne są końcowe słowa Jezusa, które łączą tę kobietę z wielką misją ewangelizacyjną: «Zaprawdę, powiadam wam: Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę to, co uczyniła» (Mk 14, 9).
2. Ta silna „empatia” pomiędzy Jezusem a kobietą oraz sposób, w jaki interpretuje On jej namaszczenie, w sprzeczności z reakcją oburzenia Judasza i innych, otwierają drogę owocnej refleksji na temat nierozerwalnego połączenia pomiędzy Jezusem, biednymi i głoszeniem Ewangelii.
Oblicze Boga, które On objawia, jest bowiem obliczem Ojca biednych, bliskiego biednym. Całe dzieło Jezusa potwierdza, iż ubóstwo nie jest owocem nieszczęścia, ale konkretnym znakiem Jego obecności pośród nas. Nie odnajdujemy Go tam, gdzie chcemy i wtedy, kiedy chcemy, ale rozpoznajemy Go w życiu ubogich, w ich cierpieniu i wzgardzeniu, w nieludzkich czasem warunkach, w których zmuszeni są żyć. Nie przestaję powtarzać, że ubodzy są prawdziwymi ewangelizatorami, ponieważ pierwsi zostali zewangelizowani i powołani do udziału w błogosławieństwie Pana i Jego Królestwa (por. Mt 5, 3).
Ubodzy, żyjący w rozmaitych warunkach i na wszystkich szerokościach geograficznych ewangelizują nas, ponieważ pozwalają nam odkryć, w sposób zawsze nowy, najbardziej naturalne rysy twarzy Ojca. «Oni mogą nas wiele nauczyć. Oprócz uczestnictwa w sensus fidei, przez własne cierpienia znają Chrystusa cierpiącego. Jest rzeczą konieczną, abyśmy wszyscy pozwolili się przez nich ewangelizować. Nowa ewangelizacja jest zaproszeniem do uznania zbawczej mocy ich egzystencji i do postawienia jej w centrum drogi Kościoła. Jesteśmy wezwani do odkrycia w nich Chrystusa, do użyczenia im naszego głosu w ich sprawach, ale także do bycia ich przyjaciółmi, słuchania ich, zrozumienia ich i przyjęcia tajemniczej mądrości, którą Bóg chce nam przekazać przez nich. Nasze zaangażowanie nie polega wyłącznie na działaniach albo na programach promocji i opieki. To, co porusza Duch, nie jest nadmiarem aktywizmu, ale przede wszystkim uwagą skierowaną na drugiego człowieka, uznaniem go za jedno z samym sobą. Ta pełna miłości uwaga jest początkiem prawdziwego zatroskania o jego osobę i poczynając od niej, pragnę szukać skutecznie jego dobra» (Adhort. apost. Evangelii gaudium, 198-199).
3. Jezus nie tylko staje po stronie ubogich, ale również dzieli z nimi ten sam los. To jest silne przesłanie również dla Jego uczniów po wszystkie czasy. Słowa Jezusa „ubogich zawsze macie u siebie” wskazują również na to: ich obecność wśród nas jest ciągła, ale nie może doprowadzić do przyzwyczajenia, które staje się obojętnością, lecz powinna zaangażować nas do bezwarunkowego dzielenia się życiem. Biedni nie są osobami „zewnętrznymi” dla wspólnoty, ale są braćmi i siostrami, z którymi dzieli się cierpienie po to, by przynieść ulgę w ich ciężkiej sytuacji oraz ich marginalizacji, ażeby została im przywrócona utracona godność, a także po to, by zabezpieczyć im konieczne włączenie społeczne. Z drugiej strony wiadomym jest, iż pojedynczy gest dobroczynności zakłada istnienie dawcy oraz odbiorcy, podczas gdy dzielenie się życiem rodzi braterstwo. Jałmużna jest okazjonalna, natomiast współudział jest czymś trwałym. Jałmużna niesie ze sobą ryzyko gratyfikacji dla tego, kto jej udziela; współudział natomiast wzmacnia solidarność oraz daje podstawy konieczne do osiągnięcia sprawiedliwości. Wierzący zatem, kiedy chcą zobaczyć osobę Jezusa i dotknąć Go swoją ręką, wiedzą gdzie się zwrócić: ubodzy są sakramentem Chrystusa, reprezentują Jego osobę oraz odsyłają do Niego.
Mamy wiele przykładów świętych, którzy dzielili z biednymi swój projekt życia. Przychodzi mi na myśl między innymi ojciec Damian de Veuster, święty apostoł trędowatych. Z wielką szczodrością odpowiedział on na wezwanie, aby udać się na wyspę Molokai, która była gettem dostępnym jedynie dla trędowatych, aby tam żyć i umrzeć z nimi. Zakasał rękawy i zrobił wszystko, aby uczynić życie tych biednych chorych i zmarginalizowanych, zniszczonych w stopniu ekstremalnym, godnym tego, by je przeżyć. Stał się lekarzem i pielęgniarzem, nie zważając na ryzyko, na które się wystawiał i w tej „kolonii śmierci”, jak była nazywana ta wyspa, niósł światło miłości. Trąd uderzył również w niego, ewidentny znak totalnego współudziału z braćmi i siostrami, dla których oddał życie. Jego świadectwo jest bardzo aktualne również w naszych czasach, naznaczonych pandemią koronawirusa: łaska Boża działa z pewnością w sercach wielu, którzy nie wystawiając się na widok, oddają się najbiedniejszym, biorąc konkretny udział w ich życiu.
4. Potrzebujemy zatem z pełnym przekonaniem przyjąć zaproszenie Pana: «nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię» (Mk 1, 15). To nawrócenie polega przede wszystkim na otwarciu naszego serca i rozpoznaniu wielorakich przejawów ubóstwa oraz na ukazywaniu Królestwa Bożego poprzez styl życia zgodny z wiarą, którą wyznajemy. Często ubodzy uważani są za osoby oddzielone, jako kategoria, która potrzebuje jakiejś szczególnej posługi charytatywnej. Naśladowanie Jezusa wymaga w tym przypadku zmiany w mentalności, to znaczy przyjęcia wyzwania, jakim jest udział i dzielenie się życiem. Stawanie się Jego uczniami oznacza decyzję na nie gromadzenie skarbów na ziemi, które dają iluzję bezpieczeństwa w delikatnej i ulotnej rzeczywistości. Przeciwnie, domaga się dyspozycyjności do uwolnienia się od każdych więzów, które nie pozwalają na osiągnięcie prawdziwej szczęśliwości i błogosławieństwa, aby rozpoznać to, co jest trwałe i nie może być zniszczone przez nic i przez nikogo (por. Mt 6, 19-20).
Nauczanie Jezusa również w tym przypadku idzie pod prąd, ponieważ obiecuje to, co tylko oczy wiary mogą zobaczyć i doświadczyć z absolutną pewnością: «I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy» (Mt 19, 29). Jeśli nie wybieramy drogi stawania się ubogimi wobec ulotnych bogactw, władzy światowej i próżnej chwały, to nigdy nie będziemy w stanie ofiarować życia z miłości; będziemy żyli egzystencją fragmentaryczną, pełną dobrych intencji, ale nieskuteczną w przemienianiu świata. Mówimy tu zatem o zdecydowanym otwarciu się na łaskę Chrystusa, który może uczynić nas świadkami swojej miłości bez granic i przywrócić wiarygodność naszej obecności w świecie.
5. Ewangelia Chrystusa przynagla nas do zwrócenia szczególnej uwagi na ubogich i domaga się rozpoznania wielorakich, ciągle zbyt wielu, form nieporządku moralnego i społecznego, które zawsze rodzą nowe formy ubóstwa. Wydaje się, że zyskuje coraz większy poklask koncepcja, według której ubodzy nie tylko są winni swojemu ubóstwu, ale też stanowią ciężar nie do zniesienia dla systemu ekonomicznego, który kładzie w centrum zainteresowań nieliczne kategorie osób uprzywilejowanych. Rynek, który ignoruje lub też traktuje wybiórczo zasady etyczne, stwarza nieludzkie warunki, które wpływają negatywnie na osoby już żyjące w ciężkich warunkach. W ten sposób stajemy się świadkami tworzenia się coraz to nowych pułapek biedy i wykluczenia, generowanych przez działaczy ekonomicznych oraz finansowych pozbawionych skrupułów, pozbawionych zmysłu humanitarnego i odpowiedzialności społecznej.
W ubiegłym roku dołączyła do tego wszystkiego nowa plaga, która jeszcze zwielokrotniła ilość ubogich: pandemia. Nadal puka ona do drzwi milionów osób, a nawet jeśli nie przynosi ze sobą cierpienia i śmierci, to niesie ze sobą ubóstwo. Zwiększyła się niezmiernie liczba ubogich i, niestety, będzie ich jeszcze więcej w najbliższych miesiącach. Niektóre kraje ponoszą z powodu pandemii bardzo ciężkie konsekwencje, do tego stopnia, że osoby najsłabsze zostają pozbawione podstawowych środków do życia. Długie kolejki przed jadłodajniami dla ubogich są namacalnym znakiem tego pogorszenia się sytuacji. Uważne wejrzenie domaga się tego, by znaleźć odpowiedniejsze rozwiązania do zwalczenia wirusa na poziomie światowym, bez dążenia do realizacji jakichś partykularnych interesów. W szczególności pilne jest, by dać konkretną odpowiedź tym, którzy cierpią z powodu bezrobocia, dotykającego w sposób dramatyczny wielu ojców rodzin, wiele kobiet oraz osoby młode. Solidarność społeczna i szczodrość, do której dzięki Bogu wielu jest zdolnych, w połączeniu z dalekowzrocznymi projektami nastawionymi na promocję człowieka, stanowią i będą stanowić bardzo ważny wkład na tej płaszczyźnie.
6. Pozostaje jednakowoż otwarte pytanie, które w żaden sposób nie jest oczywiste: jak jest możliwe dać namacalną odpowiedź milionom ubogich, którzy często spotykają się tylko z obojętnością, jeśli nie z niechęcią? Jaką drogę sprawiedliwości trzeba przemierzyć, ażeby nierówności społeczne mogły zostać przezwyciężone i aby można było przywrócić jakże często zdeptaną godność ludzką? Indywidualistyczny styl życia jest „wspólnikiem” w generowaniu ubóstwa i często zrzuca na biednych całą odpowiedzialność za ich sytuację. Ale ubóstwo nie jest owocem ślepego losu, lecz konsekwencją egoizmu. Dlatego też decydującym jest ożywienie procesów rozwoju, które dowartościowują zdolności wszystkich, aby komplementarność kompetencji oraz różnorodność ról prowadziły do odkrycia zasobów współuczestniczenia. Wiele jest ubóstwa „bogatych”, które mogłoby być uleczone przez bogactwo „biednych”, jeśli tylko mogliby się oni razem spotkać i poznać! Nikt nie jest tak biedny, żeby nie mógł dać czegoś od siebie drugiemu i otrzymać coś od niego z wzajemnością. Biedni nie mogą być tylko tymi, którzy otrzymują; muszą znaleźć się w sytuacji takiej, aby mogli coś dać, ponieważ oni doskonale wiedzą, jak się zrewanżować. Ile przykładów współuczestniczenia mamy tuż przed oczami! Ubodzy często uczą nas solidarności i dzielenia się. To prawda, są osobami którym czegoś brakuje, często brakuje im wiele, a nawet tego, co konieczne, ale nie brakuje im wszystkiego, ponieważ zachowują godność dzieci Bożych, której nikt i nic nie może im odebrać.
7. Z tego powodu przyjmuje się inne podejście do ubóstwa. To wyzwanie, które rządy oraz instytucje światowe powinny przyjąć, razem z dalekowzrocznym modelem socjalnym, zdolnym do wyjścia naprzeciw tym nowym formom ubóstwa, które pojawiają się w świecie, i które naznaczą w sposób zdecydowany najbliższe dekady. Jeśli ubodzy są zmarginalizowani tak, jakby sami byli winni sytuacji, w jakiej się znaleźli, to również sama koncepcja demokracji znajduje się w kryzysie i każda polityka socjalna skazana jest na upadek. Z wielką pokorą powinniśmy wyznać, że przed ubogimi jesteśmy często niekompetentni. Mówi się o nich w sposób abstrakcyjny, zatrzymując się na statystykach, i usiłuje wzruszać jakimś filmem dokumentalnym. Ubóstwo jednak powinno prowokować do kreatywnych projektów, które pozwolą na zwiększenie efektywnej wolności, aby ubodzy mogli realizować swoje życie za pośrednictwem własnych, osobowych zdolności. Iluzją, od której trzeba trzymać się z daleka, jest myślenie, że wolność jest dostępna i powiększa się dzięki posiadaniu pieniędzy. Skuteczna służba ubogim prowokuje do działania i pozwala znaleźć coraz bardziej odpowiednie formy podnoszenia i promocji tej części ludzkości, nazbyt często anonimowej i pozbawionej głosu, która jednak ma w sobie odciśnięte oblicze Zbawiciela proszącego o pomoc.
8. «Ubogich zawsze macie u siebie» (Mk 14, 7). Jest to zaproszenie, aby nigdy nie stracić z oczu darowanej okazji do czynienia dobra. W tle możemy dostrzec starodawne przykazanie biblijne: «Jeśli będzie u ciebie ubogi któryś z twych braci, w jednym z twoich miast, w kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie okażesz twardego serca wobec niego ani nie zamkniesz swej ręki przed ubogim swym bratem, lecz otworzysz mu swą rękę i szczodrze mu udzielisz pożyczki, ile mu będzie potrzeba. […] Chętnie mu udziel, niech serce twe nie boleje, że dajesz. Za to będzie ci Pan, Bóg twój, błogosławił w każdej czynności i w każdej pracy twej ręki. Ubogiego bowiem nie zabraknie w tym kraju» (Pwt 15, 7-8.10-11). W te słowa wpisuje się również Apostoł Paweł, kiedy zachęca chrześcijan należących do wspólnot przez niego założonych, aby pomagali ubogim z pierwszej wspólnoty w Jerozolimie i by czynili to «nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg» (2 Kor 9, 7). Nie chodzi o to, by uspokoić sumienie poprzez danie jakiejś jałmużny, ale raczej o przeciwstawienie się kulturze obojętności i niesprawiedliwości, którą często praktykuje się w stosunku do ubogich.
W tym kontekście dobrze jest pamiętać o słowach św. Jana Chryzostoma: «Ci, którzy są hojni, nie mogą domagać się od biedaka rozliczenia z jego postępowania, a jedynie powinni poprawić jego sytuację oraz zaspokoić potrzebę. Biedni mają tylko jedną obronę: swoje ubóstwo i stan potrzeby, w jakim się znajdują. Nie pytaj go o nic innego; ale nawet gdyby był najbardziej złym człowiekiem na świecie, jeśli brakuje mu niezbędnego pożywienia, uwolnijmy go od głodu. […] Miłosierny człowiek jest portem dla potrzebujących: port przyjmuje i uwalnia od niebezpieczeństwa wszystkich rozbitków; bez względu na to, czy są to źli ludzie, czy dobrzy, czy jacykolwiek inni, którzy są w niebezpieczeństwie, port chroni ich w swojej zatoce. Dlatego też wy również, kiedy zobaczycie człowieka na ziemi, który znajduje się w ubóstwie jak rozbitek na morzu, nie osądzajcie, nie proście o rachunek z jego postępowania, ale uwolnijcie go od nieszczęścia» (Mowa o ubogim Łazarzu, II, 5).
9. Decydujące jest, aby wzrosła wrażliwość ludzi tak, by pojęli potrzeby ubogich, które ciągle się zmieniają, w zależności od zmian zachodzących w ich warunkach życiowych. Dziś bowiem w najbardziej rozwiniętych ekonomicznie regionach świata jest mniejsza gotowość, w porównaniu do przeszłości, na skonfrontowanie się z ubóstwem. Stan relatywnego dobrobytu, do którego się przyzwyczajono, czyni trudniejszym zaakceptowanie wyrzeczeń i ofiar. Jest się gotowym na wszystko, byle tylko nie być pozbawionym tego, co jest owocem łatwego zysku. W ten sposób wpada się w różne formy pretensji, spazmatycznej nerwowości, żądań które prowadzą do strachu i do niepokoju, a w niektórych przypadkach do przemocy. To nie jest kryterium, na którym można konstruować przyszłość; co więcej, są to również formy bóstwa, od których nie możemy odwracać wzroku. Musimy być otwarci na odczytywanie znaków czasu, które wskazują na nowe sposoby bycia ewangelizatorami w świecie współczesnym. Natychmiastowe towarzyszenie, które wychodzi naprzeciw bieżącym potrzebom ubogich, nie może przeszkadzać dalekowzroczności, aby wprowadzać w czyn nowe znaki miłości i chrześcijańskiej caritas, w odpowiedzi na nowe formy ubóstwa, których doświadcza dziś ludzkość.
Chciałbym, aby Światowy Dzień Ubogich, który celebrujemy już po raz piąty, mógł zakorzenić się jeszcze bardziej w naszych Kościoła lokalnych i otworzyć się na ruch ewangelizacyjny, który spotkałby w pierwszym rzędzie ubogich tam, gdzie oni się znajdują. Nie możemy czekać, aż zapukają do naszych drzwi. Pilnie potrzeba, abyśmy dotarli do nich w ich własnych domach, w szpitalach i w domach opieki, na ulicach i w ciemnych zaułkach, gdzie czasem się chowają, w schroniskach i w centrach przyjęć… Ważne jest, by zrozumieć, jak się czują, czego doświadczają, jakie pragnienia mają w sercu. Przyjmijmy za własne przejmujące słowa księdza Primo Matzzolariego: «Chciałbym was prosić, żebyście nie pytali mnie, czy są biedni ludzie, kim są i ilu ich jest, bo obawiam się, że takie pytania stanowią rozproszenie lub pretekst do unikania dokładnego wskazania sumienia i serca. […] Nigdy nie liczyłem ubogich, ponieważ nie można ich zliczyć: ubogich się przytula, a nie liczy» („Adesso” nr 7, 15 kwietnia 1949 r.). Biedni są wśród nas. Jakże byłoby to ewangeliczne, jeśli moglibyśmy powiedzieć z całą prawdą: również my jesteśmy biedni, ponieważ tylko w ten sposób będziemy mogli rozpoznać ich realnie i sprawić, że staną się częścią naszego życia oraz narzędziem zbawienia.
Rzym, u Św. Jana na Lateranie, 13 czerwca 2021, we wspomnienie św. Antoniego z Padwy
Uboga wdowa wrzuciła wszystko, co miała na swe utrzymanie. Nie podziwiam tej bezimiennej kobiety, choć chciałbym znać jej imię i sytuację życiową, wiem tyle, że była biedną wdową. I że chadzała do świątyni, może była wierząca, no i że wpadła w oko Panu Jezusowi.
Chyba nadal w większości przypadków wdowy biednieją po śmierci swoich mężów, choć znam i bogate wdowy, aż z żalem chciałem napisać, szkoda, że najczęściej skąpe.
Kiedy ja wrzuciłbym do kościelnej puszki wszystko, co mam na utrzymanie? Dzielę się z Wami szczerze moim światem.
Najpierw, z wielkiej złości, kiedy byłoby mi już wszystko jedno, trochę na zasadzie – „A i tak mi wszystko jedno!”, „Weź to Panie Boże, ja i tak nie wiem, co ze mną będzie!” Zwróćcie uwagę, że kiedy dajemy na tacę lub wrzucamy do puszki jakieś datki lub przelewamy pieniądze (ja też tak robię), to ostatecznie dajemy to Panu Bogu. Choć wędruje to najpierw do kieszeni czy na konto jakiegoś księdza, parafii, Caritasu czy innego pobożnego bractwa. Tak przynajmniej czujemy. Nie wiem, czy wdowa wrzuciła „wszystko” z powodu złości, bo wszystko się jej zawaliło i próbowała postawić na jedną kartę. Masz Boże, wszystko, co mam, zrób z tym, co chcesz.
Może jednak wdowa zrobiła zakład z Panem Bogiem, ja daję Ci wszystko co mam, a Ty zwróć zdrowie mojej córce. Albo – wskrześ mojego (ukochanego) męża.
Nie wiem, nie wiem, ale chciałbym, aby wdowa wrzuciła wszystko z miłości i szczęścia. Ja bym tak pewnie zrobił. Miałem w głowie tę historię z bezimienną wdową kilka godzin. I pomyślałem, kurczę, a może ona się drugi (trzeci, czwarty) raz zakochała, wreszcie znalazła Kogoś Najważniejszego.
I teraz, uwaga, herezja może. Ja tak czuję, wiecie czemu ona wrzuciła wszystko, co miała? Bez wahania i z rozmachem? Oczywiste, ona zobaczyła obok świątynnej skarbony Jezusa i pomyślała – „Zobacz, dla Ciebie zrobię wszystko! Wrzucę nawet te ostatnie pieprzone dwa pieniążki do skarbony! Jezu, kocham Cię!”
Ewangelia na dziś
Jezus, usiadłszy naprzeciw skarbony, przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz.
Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała na swe utrzymanie».
Za parę butów, wartych 230 zł i dwie flaszki wódki, załóżmy po 30 zł każda, ukradzione w mieście powiatowym Parczew pewien młodzian może pójść za kratki nawet za 10 lat. Za kradzież – której w żaden sposób nie pochwalam – rzeczy o wartości ledwo 290 zł.
Może prokurator okaże się roztropny, a sąd łagodny i kara aż tak wysoka i bezsensowna nie będzie, choć przy obecnym kursie na zaostrzenie sankcji wszystko jest możliwe.
Polska jest już jednym z niewielu państw w Europie, gdzie za tego typu wyczyn trafia się do więzienia. Gdzie indziej umieją liczyć i szanują swoje pieniądze. Zatem policzmy, miesięczne utrzymanie więźnia w Polsce wynosi ponad 3 200 zł, pobyt parczewianina w celach – przy maksymalnym wymiarze – kosztować będzie nas podatników ok. 384 000 zł. No, ale przecież za ten pobyt nie zapłaci ani prokurator ani sędzia ani pan z ministerstwa, tylko Wy, drodzy czytelnicy i ja, czyli podatnicy. Z punktu widzenia ekonomii wspomniana kara jest ciosem w nasze kieszenie, którymi poprzez wybory zarządzają rozrzutni politycy.
Może jednak młodzian po tych 10 latach oduczy się kradzieży i wróci naprawiony na łono wspólnoty w Parczewie? Nie, nieznane są przypadki poprawy w czasie odbywania kary więzienia (za wyjątkiem krótkoterminowego osadzenia), za to powszechna jest demoralizacja i być może ów parczewianin wyjdzie na wolność uzbrojony w nowe, bardziej skuteczne sposoby zaopatrywania się w nowe buty i wódkę (bez pieniędzy, rzecz jasna). Zatem, za duże pieniądze – nasze, podatników – więzienie opuści gorszy (lepszy) złodziej, płacenie za kształcenie w sztuce kradzieży jest kuriozalne, ale tak właśnie jest. Co więcej ów młodzian być może popracuje trochę w więzieniu, ale na pewno nie na tyle, by opłacić swój pobyt za kratkami i ewentualnie coś odłożyć na wyjście. Po drodze jednak nadwyrężą się albo całkiem zostaną zerwane więzi rodzinne, społeczne i towarzyskie, za to też zapłacimy naszymi pieniędzmi.
Czy można inaczej? Ależ tak! W praktyce wielu państw – zapewne z powodów troski o stan finansów – robi się wszystko, aby winowajca nie poszedł do więzienia (z wyjątkiem cięższych przestępstw). Sprawca musi poddać się terapii, psychoterapii lub/i socjoterapii, musi podjąć pracę, zadośćuczynić poszkodowanym i jeszcze zrobić coś pożytecznego dla swojej społeczności. No, ale nie w Polsce.
Na pewno zaś taka lub podobna kara spełni jedno kryterium. Nasyci społeczne pragnienie zemsty, według zasady – ukradł, do więzienia z nim! Niech się tam męczy, może popamięta. Problem oczywiście nie jest rozwiązany, ale poszedł do więzienia i jeszcze większy powróci.
Powyższa historia przypomina nieco akcję bilbordową , na której mściwy mąż bije żonę, bo zupa była za słona.
Parczewscy policjanci zatrzymali mężczyznę, który ukradł buty i usiłował ukraść alkohol. Grozi mu kara nawet 10 lat pozbawienia wolności. Wkrótce jego postępowanie oceni sąd.
W miniony wtorek w jednym z marketów na terenie Parczewa jeden z klientów próbował wynieść alkohol bez płacenia. Sprawcę kradzieży w porę zauważył właściciel sklepu i go zatrzymał. Między mężczyznami doszło do szarpaniny. Podczas całego zajścia, sprawca wypuścił na chodnik dwie butelki alkoholu, które się rozbiły.
Mężczyźnie nie udało się uciec i został zatrzymany. Jak się okazało, to znany policjantom 20-latek. To nie jedyne przestępstwo na jego koncie w ostatnim czasie, ponieważ parę dni wcześniej ukradł podczas przymiarki sportowe buty ze klepu obuwniczego. Mężczyzna wykorzystując nieuwagę pracownika, wybiegł ze sklepu w nowych butach, na miejscu pozostawiając swoje stare.
Warte 230 złotych buty miał na swoich nogach 20-latek, w trakcie zatrzymania po kradzieży rozbójniczej. Za popełnione przestępstwa grozi mu kara do 10 lat pozbawienia wolności.