Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Jeszcze na początku
tego roku wydawało się – w Polsce – że ten rok będzie świętowaniem 100-lecia
urodzin Jana Pawła II i 40-lecia Solidarności. Pewnie za ileś tam lat, rok 2020
wspominany będzie jako Rok Pandemii.
Na ile będzie to rok
przełomowy, dziś trudno powiedzieć. Skutki zdrowotne na razie są mierzalne.
Nikt poważnie nie jest jednak w stanie ocenić głębi kryzysu gospodarczego,
zmian społecznych, kondycji psychicznej i moralnej, ewolucji postaw
religijnych. Przypuszczam, że zmiany będą bardzo duże.
Pomimo
nieprzewidywalnej przyszłości, aktualne są wartości niezmienne, stałe, zawsze
godne spełnienia. Myślę o miłosierdziu, współczuciu i solidarności. O
miłosierdziu, żeby nie zamknąć się w sobie ale dostrzegać ludzi potrzebujących,
naszego czasu, energii, może pieniędzy. O współczuciu, żeby zrozumieć drugiego,
wysłuchać, zadziałać na poziomie serce – serce. O solidarności, żeby nie
dzielić się i oddalać, ale łączyć, zbliżać, działać razem.
Nie wiemy, jak będzie
dalej. Co mogę zrobić? Miłosierdzie, współczucie, solidarność.
Piętnaście lat temu,
ówczesny nasz premier nie ukrywał radości, że wreszcie Polacy zdobyli możliwość
wyjazdu do legalnej pracy zagranicą. Wręcz namawiał rządy europejskie – m.in. Hiszpanię
i Francję, żeby uczyniły to jak najszybciej. Ponieważ Polska nie miała dobrej
oferty dla swoich młodych obywateli, to pojechali. Już wtedy pomstowałem na
słabą wyobraźnię premiera, co zresztą potwierdziły jego późniejsze losy.
Hania skończyła
medycynę w Lublinie, nie znalazła tutaj nawet ćwierci etatu. Kształciła się przez
sześć lat, zapłaciliśmy za to ponad 300 tysięcy złotych. A nasze rządy
pozwoliły Hani i dziesiątkom tysięcy innych młodych zdolnych ludzi wyjechać z
Polski. Hania jest już ordynatorem interny w świetnej angielskiej klinice. Nie
dziwię się, że brakuje nam dzisiaj w Polsce lekarzy, pielęgniarek, kolejne
polskie rządy przez ostatnie 30 lat zrobiły wiele, aby ich wyekspediować zagranicę.
Podobnie było – i jest – ze słynnymi hydraulikami, mechanikami i informatykami,
wiem to to także z doświadczeń własnej rodziny. Niektórzy z naszych polityków
nawoływali w Londynie: „Wracajcie!” Hm, nie znam nikogo, kto by posłuchał tych
wezwań, ponieważ nic za hasłami nie stało. Jedyne osoby, które znam z
powracających to kilku więźniów po deportowaniu z Wysp, aż mi się prawie wypsnęło
westchnienie – „Oj, oni to mogli by tam pozostać …”
Za to z radością dostrzegam
coraz większą życzliwość dla lekarzy, pielęgniarek, hydraulików i mechaników z
Ukrainy, wcześniej byli przedmiotem dyskryminacji płacowej i kulturowej.
Czy pandemia nauczy
nas – nie tylko rządy – że najważniejszy jest człowiek? Czy nauczy nas, że nie
warto się ścigać z innymi na PKB? Że lepiej jak najszybciej i jak najwięcej zainwestować
w służbę zdrowia, edukację, skuteczną pomoc społeczną? Czy nauczy nas, że
lotniska i autostrady mogą trochę poczekać? Że ważniejsi są ci, którzy będą
latać i jeździć?
Człowiek jest
najważniejszy. Wierzę, że pandemia nawróci nas do człowieka. I życzę, żebyśmy
dzisiaj wierni tej prawdzie, z każdego człowieka na naszej drodze bardzo się ucieszyli
i obdarzyli naszą życzliwością.
To, co sobie mówimy i
jak to mówimy może uzdrawiać i pokrzepiać, może też zatruwać i niszczyć. Ten
drugi sposób komunikacji zdominował dziś przestrzeń publiczną i internetową.
Niezauważalnie możemy tym nasiąknąć i sami stać się przekazicielami zatrutej
atmosfery.
Zanim coś powiem,
staram się zebrać myśli, sięgnąć głębiej. Staram się odnaleźć pokój, nadzieję i
siłę, aby się nimi podzielić. Pomagają mi w tym dialogi ewangeliczne prowadzone
przez Jezusa.
Myślę, że już mamy
duże napięcia wywołane przez pandemię i nadciągający kryzys ekonomiczny, a
przecież to nie koniec. Na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale mówić możemy tak,
aby nieść pokój, łagodność, umocnienie i nadzieję. Tak głosić możemy Ewangelię.
Pisanie o wirusie
może i byłoby nudne, gdyby nie dane o nieustannym wzroście liczby zakażonych i
zmarłych. I gdyby nie chaos – mam wrażenie także narastający – w służbie
zdrowia i kolejnych dyrektywach płynących z ust szefów różnych instytucji.
W przeważającej
mierze musimy liczyć na siebie sami. Oprócz maseczek, dezynfekcji i gdzie się
da utrzymania dystansu, szerokim łukiem należy omijać tłumne imprezy i
spotkania, na których nie musimy być. Trzeba także, jak w każdym czasie
zagrożenia, dobrze się odżywiać, odpoczywać i dbać o ruch.
To wszystko
oczywiście nie gwarantuje uniknięcia zakażenia, ale trzeba zrobić wszystko, co
możemy. I inna ważna sprawa, chyba coraz istotniejsza, nie pozwalać ogarniać się
panice, dłuższa lektura nawet nagłówków
w Internecie gwarantuje wzrost napięcia nerwowego.
Dodam, to, co sam praktykuję
– rozmowa, modlitwa, praca. Niezwykle ważne są spokojne, dobre rozmowy,
wzajemne słuchanie się. Modlitwa, wiadomo, potrzebna jak chleb. Siłę daje też
uczciwa, solidna, pieczołowita praca.
I zaufanie Panu Bogu,
który chce nas przeprowadzać przez wszystkie trudne chwile życia.
PS. Wirusy ustępują!
Ten, który wczoraj uniemożliwił mi dokonanie wpisu, został skutecznie pokonany.
Nie jestem panem swojego życia, nie wymyśliłem go sobie, otrzymałem je w
dzierżawie na ileś tam lat.
Ostatnie dekady zdawały się zwiastować całkowite panowanie człowieka nad
życiem. Eksperymenty genetyczne, postęp w wydłużaniu wieku, eliksiry młodości,
środki na podwyższanie adrenaliny, wszystko zdawało się wskazywać, że
współczesny człowiek stał się panem życia. I śmierci, bo w sposób usankcjonowany
prawem zabija się nienarodzone dzieci i dokonuje eutanazji. Pandemia całkowicie
zadrwiła z naszej pychy, objawiła naszą bezradność i kruchość. Czy nabierzemy dzięki
temu pokory? Nie wiem.
Jesień jest czasem ostatnich zbiorów, prawie wykopane są ziemniaki, jeszcze
pozostały buraki, kalafiory, dojrzały już kwaskowate renety. I jest to dobry
czas, aby spojrzeć na nasze ludzkie owocowanie.
Z naszej dzierżawy
Pan Bóg liczy na miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć,
wierność, łagodność, opanowanie – to za św. Pawłem (Ga
5,22). I są inne – przebaczenie, darowanie krzywd, rozdane chleby czy
pieniądze, wysłuchane skargi, pokrzepienia dla dusz smutnych. Każdy z nas ma
swoją winnicę, życie z którego mają zrodzić się owoce miłe Panu Bogu i dobre
dla ludzi.
Liturgia słowa:
Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu:
«Posłuchajcie innej przypowieści. Był
pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej
tłocznie, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał.
Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje
sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego
sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy
posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo
postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego
syna.
Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do
siebie: „To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego
dziedzictwo”. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc
przybędzie właściciel winnicy, co uczyni z owymi rolnikami?»
Rzekli Mu: «Nędzników marnie wytraci, a
winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we
właściwej porze».
Jezus im rzekł: «Czy nigdy nie czytaliście
w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą
węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam:
Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce».
Szczęśliwe oczy,
które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów
pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a
nie usłyszeli. To dwa zdania z dzisiejszej Ewangelii.
Mamy tysiące powody
do narzekań, czasem aż boję się zapytać niektórych znajomych, bo wiem, że
wyleją wiadro żalów i pretensji, do Boga, ludzi i w ogóle paskudnego życia.
Często mówią, że kiedyś ludzie byli szczęśliwsi, żyli zgodnie z naturą, nie
mówiąc już o utraconym raju na ziemi.
Nie ma co uciekać w
przeszłość, miała swoje dobre i złe strony. Nie ma sensu także marzyć, że
dopiero w przyszłości będzie pięknie.
Szczęśliwe oczy,
które widzą to, co wy widzicie. A widzimy już prawie pękające kasztany, parady
chmur na niebie, mokre trawy i pełnię księżyca (nad Polską). Jakież to niesamowite
i piękne! I za darmo dla nas!
I widzimy domy,
ulice, mosty, wiadukty, jakież cudowne dzieła ludzkiej myśli i wyobraźni!
I wreszcie ci wszyscy
ludzie, którzy zadzwonią, zagadają, pocieszą. I potrafią się z nami zaprzyjaźnić,
znosić naszą głupotę. Mamy ich przy sobie, wielkie dzięki!
I tak się trzeba
cieszyć, tym, co widzimy, co mamy, głownie Tymi, których mamy. Szczęśliwa
sobota dzisiaj!
Z aniołami stróżami jest
dziś tak, że mają telefony komórkowe, smsy, maile i samochody. Wierzę w aniołów
stróżów – dziś ich święto – ale obecnie wcielają się w ludzi i sięgają po cuda
współczesnej techniki.
Pytają jak się
czujesz, czy jesteś zdrowy, co dobrego u ciebie słychać, kiedy się spotkamy,
czy ci czegoś nie brakuje i jak znosisz te dziwne czasy. Rano, we dnie, w nocy,
zawsze są do pomocy, czasem strzegą zmąconej duszy, czasem formy ciała.
Tak i w ciebie i we
mnie wcielają się aniołowie, z misją strzeżenia bliskich, kojenia bólu,
przepłaszania strachów, rozpalania radości, pomnażania nadziei i miłości.
I zawsze z aniołami
mówić trzeba głośno: „Dzień dobry! Jak dobrze, że jesteś!”
Najczęściej odmawiam
ostatnio różaniec w samochodzie, macie szczęście jeśli mieszkacie, pracujecie
lub akurat jesteście na trasie moich przejazdów, od razu włączam was do
intencji. Nie pomijam także dzieci snujące się do szkoły (dawniej biegły, skąd
ta zmiana?), pani, która przechodzi przez jezdnię 10 metrów od przejścia
(pewnie się jej śpieszy bardzo) czy ratowników i pacjentów w karetce na
sygnale. Powiem tak, w różaniec włączam wszystko co widzę, słyszę, czuję i
dotykam, a właściwie cała rzeczywistość sama wchłania się w trakcie zdrowasiek.
Bo i jest w różańcu
radość, jest i cierpienie i smutek, współczucie i nadzieja, jest wspomnienie
tych, co odeszli i jest przyszłość, teraz tak niepewna. W moich różańcach
jesteście Wy wszyscy, czytelnicy i krytycy Itinerarium, naprawdę to jest Wasze
dobre miejsce.
Jeszcze jeden mam
pożytek z odmawiania różańca w czasie jazdy, dzięki temu nie słucham wiadomości
i słabej zwykle muzyki w radiu. Za to mam w sercu muzykę życia, ulic miasta,
głosów ludzkich, czasem przekrzykiwania ptaków.
Jest w różańcu jakaś całość,
wszystkość, jedność z ludźmi, z Panem Bogiem, ze światem i kosmosem. I to
każdego dnia.
I tak trzy czwarte
tego dziwnego roku mamy za sobą. Umownie kończy się pierwszy miesiąc jesieni,
tak też można spojrzeć na czas. Matematycznie mamy jeszcze jeden kwartał – od jutra
licząc – na nadrobienie tego co od początku roku nam nie wyszło.
Jest jeszcze miara
najistotniejsza. Miara miłości. Czas, który pozostał do końca roku nie będzie
zmarnowany, jeżeli podporządkujemy go miłości, ona też pozwoli nam wszystko
nadrobić, opromieni jesień. I zbliży nas i do ludzi i do Pana Boga.