Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Tak więc trwają
wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość. Takim
zdaniem kończy się biblijny Hymn o Miłości, autorstwa św. Pawła. Na nasze trudne
czasy, warto przypomnieć sobie te Trzy Siostry, zwane w tradycji cnotami boskimi.
Jeśli wiara, to
najpierw wiara w Boga i zaufanie Bogu, ale zaraz za nią idzie też wiara w
drugiego człowieka, w jego dobroć i mądrość. Potrzebna jest też wiara w siebie,
która nie jest pychą, ale oparciem się na swojej mocy, danej przecież przez
samego Pana Boga.
Nadzieja patrzy
daleko, poza jutro i pojutrze, umie przylgnąć nawet do drobnych rzeczy,
rozpalić chęć życia i wzmocnić siły.
Miłość,
najważniejsza, najbardziej do Pana Boga upodabnia, potrafi zawsze znaleźć
trafne słowa, zamienia się w pocieszenia i pokrzepienia, ma nieskończony budżet
i czterdzieści osiem godzin w dobie.
O wiarę, nadzieję i
miłość trzeba się modlić. I trzeba je praktykować, codziennie i we wszystkich
sytuacjach. Trzeba też je chronić przed pustką, zniechęceniami i obojętnością.
I na koniec, trzeba się wiarą, nadzieją
i miłością dzielić. Po to, by się mnożyły.
Może zabrzmiało to
wszystko górnolotnie i abstrakcyjnie, ale zapewniam, że na trudne czasy potrzebujemy
nie tylko siły charakteru i cierpliwości, ale i Bożych cnót.
Nauczyłem się ważnych
rzeczy od ks. Jerzego Popiełuszki. Dzisiaj modlę się o nie przez Jego wstawiennictwo.
Nauczyłem się odwagi – wobec władzy, jakiejkolwiek władzy, bo władza zwykle nie
lubi prawdy i dobra (vide Białoruś). Nauczyłem się szacunku dla prawdy, choć to
wiele kosztuje, bo czasem ludzie się odsuwają i pukają w czoło. Nauczyłem się, a
może dopiero właśnie uczę, że zło można naprawdę zwyciężyć dobrem, to już
kosztuje bardzo dużo, zarówno system nerwowy jak i stan serca.
Teraz krótkie przypomnienie
faktów sprzed 36 lat.19 października 1984 r. ks. Popiełuszko w towarzystwie
swego kierowcy Waldemara Chrostowskiego udał się do Bydgoszczy, gdzie w
kościele Świętych Polskich Męczenników odprawił Mszę św. i prowadził rozważania
do tajemnic różańca. Wieczorem w drodze powrotnej samochód księdza został
zatrzymany przez patrol drogowy. W rzeczywistości w milicyjne mundury przebrani
byli funkcjonariusze SB – Grzegorz Piotrowski, Waldemar Chmielewski i Leszek
Pękala. Ksiądz skrępowany i z kneblem na ustach bity był kilkakrotnie do nieprzytomności
drewnianą pałką. Gdy esbecy na tamie pod Włocławkiem wrzucali do Wisły
obciążone kamieniami zmasakrowane ciało w foliowym worku, nie wiadomo było, czy
ks. Popiełuszko jeszcze żył. Ciało odnaleziono dopiero 30 października. Tak,
można powiedzieć, był taki ksiądz.
Pamiętam dobrze
tamten czas. To był trudny czas. Ale i dzisiaj mamy niełatwe chwile. Odwaga,
prawda, dobro. Sobie i Wam szczerze życzę.
Wielu z nas odczuje w
najbliższych tygodniach ograniczenia związane z udziałem we Mszy Świętej. Dlatego
w dzisiejszym kazaniu chcę podpowiedzieć, jak może trwać w nas Eucharystia i
jak codziennie możemy odbywać święte pielgrzymki.
Kiedy podaję opłatek
mówię „Ciało Chrystusa”, słyszę jak ludzie odpowiadają „Amen” (z hebrajskiego
„Tak jest”, „Na pewno”). Z pozoru brzmi to jak wyuczony dialog w dobrze znanym
spektaklu. Ja mam powiedzieć jedno, ty drugie. Niestety może nam umknąć
prawdziwy wymiar komunii, Bożego Ciała.
Najpierw, pamiętając
o słowach Jana Pawła II, przypomnę, że komunia święta nie kończy się w
kościele, po przyjęciu konsekrowanego opłatka (List Apostolski z 2004
roku, Mane
Nobiscum Domine, „Zostań z nami Panie”), przeciwnie, jest to
początek Mszy Życia, Liturgii Miłości.
„Czyż
zatem nie można by Roku Eucharystii uczynić okresem, w którym wspólnoty
diecezjalne i parafialne w sposób szczególny postarają się zaradzić czynną
braterską pomocą którejś z tak licznych form ubóstwa na naszym świecie? Mam tu
na myśli tragedię głodu, który dręczy setki milionów istot ludzkich, mam na
myśli choroby nękające kraje na drodze rozwoju, samotność starców, trudności
przeżywane przez bezrobotnych, przeciwności losu znoszone przez emigrantów. Są
to nieszczęścia, które dotykają też — chociaż w innej mierze — regiony
zamożniejsze. Nie możemy się łudzić: tylko po wzajemnej miłości i trosce o
potrzebujących zostaniemy rozpoznani jako prawdziwi uczniowie Chrystusa (por. J
13, 35; Mt 25, 31-46). To właśnie jest kryterium, wedle którego będzie mierzona
autentyczność naszych celebracji eucharystycznych”. To Jan Paweł II.
Bez
dopełnienia w ofiarnej miłości wobec potrzebujących sióstr i braci msza i
komunia święta mogą stać się pobożną fikcją. W naszej religijności nastąpiło
skuteczne rozerwanie tajemnicy komunii i braterskiej miłości. Komunia święta
jest „dla nas”, a powinna być „dla nich”. Może zatem czas ograniczenia udziału
we Mszy Świętej pozwoli nam nadrobić braki w tej braterskiej miłości, tak by
potwierdzić autentyczność udziału w Eucharystii.
I jeszcze o
zapomnianych świętych pielgrzymkach, które możemy podejmować każdego dnia. W
bulli ogłaszającej Jubileuszowy Rok 2000 Jana Paweł II podał kilka form
uzyskania odpustów związanych z pielgrzymkami, najpierw zachęcał do pielgrzymek
do Rzymu, Ziemi Świętej i sanktuariów, a potem – o czym zupełnie chyba
zapomniano – wskazał jeszcze jedną pielgrzymkę:
Odpust otrzymuje
każdy kto „w dowolnym miejscu, jeśli nie szczędząc czasu nawiedza braci będących
w potrzebie lub zmagających się z trudnościami (chorych, więźniów, osoby
samotne w podeszłym wieku, niepełnosprawnych itp.), udając się niejako z
pielgrzymką do Chrystusa obecnego wśród nich” (por. Mt 25, 34-36). Co
to znaczy? Otóż to, że każda osoba chora, samotna, uboga, bezdomna, więzień,
każda z nich zyskała status sanktuarium, status „Ziemi Świętej”, a nawiedzanie
takich osób nie jest jakimś charytatywnym hobby, ale pielgrzymką do Chrystusa!
Nawet jeżeli z powodu
pandemii mamy trudności w uczestnictwie we Mszy Świętej i nie możemy
pielgrzymować do geograficznie odległych miejsc, to nic nas nie zwalnia od
braterskiej miłości będącej potwierdzeniem komunii świętej i od pielgrzymowania
do Chrystusa czekającego na nas w „braciach będących w potrzebie”.
Z gronem wychowawców
byłem jakiś czas temu na obozie z tzw. trudną młodzieżą, ogromnie ją lubię, bo
sam do takiej należałem. Na bodajże 8 wychowawców, sześcioro zajmowało się
głównie sobą, wydawali klucze do sal z ping pongiem i bilardem, pokrzykiwali,
żeby było ciszej i ustalali rodzaj i wysokość kar za niesubordynację. Dwoje
pozostałych chodziło na spacery z wychowankami, rozmawiali z nimi, słuchali,
doradzali.
Poszedłem do lekarza
ze znajomym, strasznie zaniedbał nogi. Pan doktor popatrzył, kilka razy dotknął
kończyn i orzekł, że jedną nogę trzeba uciąć. Za diagnozę i wizytę i zapłaciliśmy,
bo była prywatna, trwała 10 minut. Tego samego dnia ów znajomy trafił do drugiego
chirurga, który też zrobił badanie i orzekł, że może da się nogę uratować, co
zresztą zaczął zaraz czynić. Tu już było bezpłatnie, bo w szpitalu.
Proszę mnie nie
podejrzewać, że robię jakąś nagonkę na lekarzy czy wychowawców. Myślę tylko o
tym, że jeśli nie wrócimy do etosów, nasza cywilizacja zacznie się jeszcze
bardziej rozpadać.
Zdaję sobie sprawę,
że w świecie zdominowanym przez kult pieniądza i logikę zysku, nawoływanie do
powrotu do etosów zdać się może naiwną paplaniną.
Nie mam recepty, co
zrobić, aby wychowawcy i nauczyciele mieli przede wszystkim na oku dobro dzieci
i młodzieży. I żeby lekarze (w imię wierności przysiędze), stali się sprzymierzeńcami
pacjentów. Od razu zaznaczam, że znam dziesiątki świetnych wychowawców i tyleż
samo oddanych pacjentom lekarzy.
I co zrobić, żeby
politycy służyli narodowi, też nie wiem. Nawet nie wiem, co zrobić, abyśmy i my
księża, z pokorą służyli ludziom nam powierzonym.
Nikogo nie oskarżam w
tym wpisie. Myślę tylko, że najwyższy czas, abyśmy – w jakiejkolwiek służbie
jesteśmy – pomyśleli o powrocie do swojej misji. Do etosu wychowawcy, etosu
lekarza, etosu rodziców, etosu duszpasterzy, policjantów, mężów stanu. Tak
myślę, choć wiem, że jestem optymistą.
Muszę wystąpić trochę jako strażnik pamięci. Bo pamiętam październik roku
1978 i to co się wtedy i po tym czasie działo. Czterdzieści dwa lata temu, 16
października 1978 r. wieczorem zaczęła się nowa karta w historii świata,
Europy, Polski i w moim życiu. Karol Wojtyła został wybrany papieżem, przyjął
imię Jana Paweł II.
Bardzo bym chciał, aby w każdym z Was pozostało przesłanie z początku
Jego pontyfikatu, we mnie trwa do dzisiaj. Przesłanie bardzo ważne w czasie
zamętu spowodowanego przez pandemię.
„Nie lękajcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla
Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i
politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się!
Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!”
Wkrótce 16
października i kolejna rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża, Jana Pawła
II. Mija też 100 lat od Jego urodzin.
Myślę, że złom, o
którym mówię, ucieszy Jana Pawła II. Ucieszy, bo każda złotówka ze sprzedanego złomu
wspiera Domy dla wychodzących z bezdomności w Lublinie. A o troskę o bezdomnych
wzywał właśnie Jan Paweł II.
Centrum Wolontariatu w
Lublinie prowadzi już dwa takie domy, trzeci jest w przygotowaniu. Dzięki
Waszemu wsparciu będziemy mogli je utrzymać i nadal przyjmować osoby bez dachu
nad głową. Dodam, że złom odbierają osoby bezdomne, są wśród nich znakomici
specjaliści od rozbiórki i segregacji żelastwa. Możecie zobaczyć to na krótkim
filmie tutaj:
Zachęcam z całym
przekonaniem, kto ma złom do oddania – proszę dzwonić 731 086 520 lub
mailować siejmydobro@gmail.com
Przyjedziemy, zabierzemy, podziękujemy!
Będę wdzięczny za rozpowszechnianie
tej prośby! Bardzo konkretnie realizujemy przesłanie św. Jana Pawła II, w które
i Wy możecie się włączyć:
„Trzeba
spojrzenia miłości, aby dostrzec obok siebie brata, który wraz z utratą pracy,
dachu nad głową, możliwości godnego utrzymania rodziny, wykształcenia dzieci
doznaje poczucia opuszczenia, zagubienia i beznadziei”. (Kraków 2002,
ostatnia pielgrzymka Papieża do Polski).
Rozmawiam z moimi
przyjaciółmi i znajomymi, których – lub ich bliskich – dosięgnął wirus.
Podzielam ich niepokój, zatroskanie i obawy, rozumiem bezradność i napięcie.
Codziennie za nich się modlę i za wszystkich, których tak czy inaczej dopadają
skutki pandemii.
Co pozwalało jednak
nam przejść trudne chwile, osobiste, rodzinne czy narodowe? Zaufanie do Pana
Boga, wyrażane w gorącej i wzmożonej modlitwie, podstawowa sprawa. I druga, o
której często wspominam. Ciężkie chwile przechodzi się zwycięsko razem, w
jakiejś wspólnocie. Dlatego zachęcam do silniejszego i głębszego wzajemnego
kontaktu, zwiększonej troski, lepszego zrozumienia się, codziennego wspierania
rozmową i dobrymi życzeniami.
Mamy najwyższy czas,
aby porzucić kłótnie, spory i obwinianie się, wszystko, co nas oddala od siebie
i nastawia przeciwko. Mamy najwyższy czas, aby odkryć i spełnić solidarną
wspólnotę, w której tkwi moc do pokonania trudnych chwil.
Wydaje mi się, że
zawsze brałem życie na poważnie. Bardzo wierzyłem 40 lat temu, że pokruszy się
i rozpadnie komunizm, stąd moja miłość do Solidarności. Miałem wielką radość
widząc ruiny Muru Berlińskiego, choć wcześniej widziałem jak stał dumnie na
granicy dwóch światów.
Znam wielu ludzi,
którzy stracili zdrowie albo bliskich wskutek wojen, tej w byłej Jugosławii
(1991 – 95), tej w Rwandzie (1994), w Czeczenii (ostatnia w zasadzie jeszcze się
nie skończyła), na Bliskim Wschodzie i Ukrainie. Często spotykam się z ludźmi
bezdomnymi, z więźniami, uchodźcami, ubogimi; to pozwala mi poznawać twardą
prawdę o życiu.
Doskonale jednak
zdaję sobie sprawę, że można inaczej podchodzić do życia, bezdotykowo, na
krzesełku widza albo w roli pajaca, dla którego wszystko jest zabawne.
Z tego poważnego –
mam nadzieję – podejścia do życia, wynika też moje przejmowanie się pandemią,
ludźmi, których już dotknęła na różny sposób i tym, co będzie dalej. Widzę też i czytam, co robią „antymaseczkowcy”
i „antycovidowcy”.
I na koniec przypominam, co opowiadał kiedyś Soren Kierkegaard, błyskotliwy
duński filozof:
Oto
do pewnej duńskiej wioski przyjeżdża wędrowny cyrk. Artyści rozbijają namiot na
skraju wioski i przygotowują się do występu. Nagle w obozowisku wybucha pożar.
Dyrektor wysyła klowna, już uszminkowanego i ubranego w swój charakterystyczny
strój, do wsi po pomoc, tym bardziej, że grozi niebezpieczeństwo
rozprzestrzenienia się ognia po ścierniskach, które pozostały po niedawnych
żniwach. Klown biegnie i prosi mieszkańców, aby pospieszyli z pomocą. Wieśniacy
jednak nie wierzą mu, uznając jego nawoływania za świetny trik reklamowy, który
ma ściągnąć jak największą liczbę widzów na przedstawienie. Klaszczą więc i
zaśmiewają się do łez, ale nie ruszają się z miejsca. Daremnie błazen biega od
jednego do drugiego, tłumaczy, że nie udaje, że mówi o czymś rzeczywistym i
poważnym. Jego wysiłki wywołują nowe reakcje śmiechu, ludzie uważają, że
świetnie gra swoją rolę. W końcu jest za późno – ogień trawi nie tylko cyrk,
ale i wieś.
Dziś będzie o sztuce
porozumiewania się, w wersji odkurzonej, bo kiedyś już o tym pisałem. I z
dedykacją nie tylko dla skłóconych par.
Pewna
para przeżywała poważne konflikty w związku i udała się po pomoc do znawcy
tematu. To nie był naukowiec, ale starszy pan, który słynął z umiejętności
skutecznej rady. Znawca wysłuchał skłóconą parę, zapisał coś na karteczce i
kazał bezwzględnie stosować się.
Po
miesiącu para zaczęła się dobrze rozumieć, żyła coraz bardziej zgodnie a nawet
chodziła co trzeci dzień uśmiechnięta na długie spacery. To skłoniło inną parę,
aby zapytać skąd taka zmiana. Para pierwsza odesłała drugą do znawcy. Ten znowu
wysłuchał i zapisał na karteczce radę. Po miesiącu i druga para zaczęła się
lepiej rozumieć, żyła bardziej zgodnie a nawet chodziła co drugi dzień
uśmiechnięta na długie spacery.
Ponieważ
par z problemami jest dziś milion, trzecia zwaśniona para podpatrzyła dwie
pierwsze, a te wysłały ją do znajomego znawcy. Ten wysłuchał i zapisał znowu na
karteczce radę. Po miesiącu i trzecia para zaczęła się lepiej rozumieć, żyła
bardziej zgodnie a nawet chodziła codziennie uśmiechnięta na długie spacery.
Wreszcie
trzy pary spotkały się razem na grillu, bo zgodne pary chętnie ucztują. I
wszystkie trzy pary, trzy panie i trzech panów, wszyscy wpadli na pomysł, żeby
odczytać sobie wzajemnie karteczki od znawcy. Pierwsza para przeczytała: „Niech
państwo zaczną ze sobą rozmawiać!”. Druga miała tak zapisane: „Niech państwo
częściej ze sobą rozmawiają!”. A trzecia: „Niech państwo częściej i dłużej ze
sobą rozmawiają!”.
Moi
drodzy, ze wszystkich skłóconych, zwaśnionych i poróżnionych par, nie musicie
iść do znawcy, wystarczy, że czytacie Itinerarium! Zastosujcie rady starszego
znawcy i wkrótce poprawicie swoje zdrowie na długich, codziennych spacerach!
Pan Bóg zaryzykował obdarzając nas wolnością, dzięki niej możemy Go odrzucić.
Tak to jednak jest z miłością, ona daje wszystko, choć czasem w zamian dostaje
cierpienie.
Odrzucanie Boga jest coraz bardziej powszechnym procesem w dzisiejszych
czasach. Współczesny człowiek nie lubi „sił wyższych”. Drażnią go ograniczenia
wynikające z prawa, irytują władze, niektórzy uważają nawet, że światła
czerwone i zielone krępują ich wolność na skrzyżowaniach. Normy moralne, te
uniwersalne, zostały już podważone ze wszystkich stron. Przy takiej mentalności
Bóg nie ma szans, Jego zaproszenie zostanie wykpione, zlekceważone i odrzucone.
Bóg może być jedynie „siłą wyższą” do wykorzystania na ludzkich warunkach. Tyle
krytyki współczesności.
Czytając dzisiejszą Ewangelię, zauważcie, że na uczcie są jednak jacyś
biesiadnicy, nawet źli! Uff, w tym moja nadzieja, może i Wasza. Bogu dziękuję
za zaproszenie, dobrze, że nie wymaga CV, rekomendacji i zaświadczeń. Zaprasza,
więc idę.
Ewangelia na dzisiaj
Jezus w przypowieściach mówił do
arcykapłanów i starszych ludu: «Królestwo niebieskie podobne jest do króla,
który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby
zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść.
Posłał jeszcze raz inne sługi z
poleceniem: „Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę; woły i
tuczne zwierzęta ubite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!” Lecz oni
zlekceważyli to i odeszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a
inni pochwycili jego sługi i znieważywszy, pozabijali.
Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe
wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić.
Wtedy rzekł swoim sługom: „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, lecz
zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na
ucztę wszystkich, których spotkacie”. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili
wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala weselna zapełniła się
biesiadnikami.
Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka
nieubranego w strój weselny. Rzekł do niego: „Przyjacielu, jakże tu wszedłeś,
nie mając stroju weselnego?” Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom:
„Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie
płacz i zgrzytanie zębów”. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych».