Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Nie odrywam oczu od ludzi. To pozwala mi długo świętować Boże Narodzenie. Jeśli gapię się w niebo, to tylko dlatego, że światła przybywa z dnia na dzień – dzisiaj dzień jest już dłuższy od najkrótszego aż o całe 10 minut! Słońce zachodzi coraz później.
Nie odrywam oczu od ludzi, bo człowiekiem stał się Bóg, jak ładnie ktoś powiedział, „Słowo ciałem się stało i już się nie odstało!” I cieszę się, że widzę ludzi, w przypadku widzeń aniołów pobiegłbym czym prędzej do okulisty, bo Bóg stał się – i już się nie odstanie – człowiekiem, nie aniołem.
Nie odrywam oczu od ludzi. Od ich twarzy, ruchów, rąk. Słucham jak mówią i co mówią, lubię ich głosy i śmiechy, no może trochę mniej pijackie rzężenia. Najbardziej chyba lubię poniedziałki, kiedy zmęczeni weekendami wracamy do pracowitego życia a panie mażą się nieświątecznymi makijażami. Słowo ciałem się stało, kobiecym i męskim, i już się nie odstało.
Nie odrywam oczu, uszu i serca od ludzi. Cudowne jest to Boże Narodzenie!
Rok, który się zaczął nie będzie łatwy. Prąd (w Polsce) jest droższy od wczoraj, z pandemią nic pewnego, nie wiadomo co się jeszcze wydarzy, co zawali, co rozpadnie, na pewno jest inaczej a będzie jeszcze bardziej inaczej.
Wszystko jednak możemy pokonać. Jest w naszej historii cudowne RAZEM. Najpierw to Boże Razem z nami, przez Jego zjednoczenie z nami, co nazywamy tajemnicą Bożego Narodzenia. A dalej to Razem, które tworzymy przez bliskość, przyjaźń i miłość.
Bardzo życzę nam wszystkim wspólnej drogi w ten rok, wszystko możemy pokonać Razem.
Na Nowy 2021 rok od narodzenia Chrystusa życzę każdemu z Was najlepszego. Najlepszego, czyli ludzi.
Najbardziej życzę Wam czterech ludzi, którzy – jak w Ewangelii (patrz dalej) – rozwalili dach i w ten sposób swojego chorego kumpla dostarczyli wprost przed Jezusa, sparaliżowany gość odzyskał zdrowie, wstał i wesoło brykał! To życzę Wam czterech ludzi!
O ludzi dziś trudno, więc jak nie trafi się Wam czworo, to życzę choćby jednego, takiego na wzór setnika z Kafarnaum, który zadbał o swojego chorego sługę i wysłał do Jezusa ludzi z prośbą o zdrowie dla niego. Życzę Wam ludzi, którzy o Was zadbają, zauważą Was i pójdą w Waszych sprawach do Jezusa. I przyjdą też do Was.
I życzę Wam odwagi rozwalania dachów, werwy i siły, aby ocalać innych, tak będziecie wierni Ewangelii. Albo chociaż żebyście biegli z trudnymi sprawami swoich bliskich do Jezusa, jak wspomniany setnik.
To życzę Wam ludzi, którzy o Was zadbają. I życzę, abyście byli ludźmi, którzy zadbają o innych!
Historia rozwalenia dachu:
Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: «Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy». A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: «Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, oprócz jednego Boga?» Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: «Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka:Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!». On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: «Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego». (Mk 2,1- 12)
Jak ponieśliśmy ponad 20 osób znad krawędzi życia i śmierci – reportaż
Sylwester 31 grudnia 2020 czwartek
Pamiętam jak pod koniec września tego roku pan Wiesław co wieczór z jękiem mówił do mnie – Księże, zabierz mnie stąd, zabierz, ja tu umieram! Odwiedzałem go regularnie z gorącą herbatą i kanapkami, często był pijany. Leżał i dogorywał na legowisku w okolicach dworca kolejowego. Wskazanie alkomatu eliminowało go z jakiejkolwiek pomocy – nie przyjmie go żadna noclegownia, żadna ogrzewalnia, żadne schronisko. Wszędzie trzeba mieć, 0,00 promila we krwi. Straż miejska i policja przyjeżdżają tylko aby sprawdzić czy żyje, ewentualnie stwierdzić zgon. Do legowiska pana Wiesia nie przyszedł żaden pracownik pomocy społecznej – do biura pomocy społecznej przychodzi się samemu. A pan Wiesław już nie miał siły chodzić. Leżał, nie dawał rady wstać i pójść choćby na posiłek, który rozdawaliśmy może z 200 metrów od jego posłania na kartonach.
Dotarło wtedy do mnie, że jeśli nie podniesiemy pana Wiesia, to legowisko na kartonach będzie jego łożem śmierci. Anety i Bartka, wolontariuszy, nie trzeba było przekonywać. Akurat mieliśmy wolny pokój w jednym z mieszkań dla bezdomnych już „ogarniętych” jakoś. Podjeżdżamy samochodem, fetor niemytego miesiącami ciała. W trójkę jakoś usadzamy pana Wiesia w samochodzie, potem dwa dni będziemy auto wietrzyć. Dalej trzy godziny w łazience, wymiana wszystkich ubrań, mycie i jeszcze raz mycie, ale i tak jako taki ludzki zapach ciała pana Wiesia wraca po tygodniu. Finał tej historii jest bardzo szczęśliwy – pan Wiesław żyje, ma już dach nad głową, nawet nawiązał kontakt z rodziną.
Od tamtej pory zaczęliśmy podnosić ludzi z większą śmiałością. To historie kolejnych osób, które potrzebowały, aby ktoś je zauważył i podniósł. W przypadku pana Zbyszka zaczynaliśmy od wyjmowania białych robaków, zjadających mu stopy, robaków raz było dziesięć a raz może i dwieście. Już dość dobrze umiemy to zrobić za pomocą wstążek z bandaży.
Tych do podniesienia jest dużo. Podnieśliśmy trzy pary, w tym jedno małżeństwo. Znowu zderzenie z systemem – system pomocy społecznej nie przewiduje miejsc dla par czy małżeństw, są noclegownie dla panów i dla pań, oddzielnie. Ale jak rozdzielać kogoś kto żyje z drugim 15 czy 20 lat i jest rzeczywistym oparciem? No to dobrze, stworzymy nowy system pomocy. Mamy już dwa wynajęte mieszkania, dajemy parom osobne pokoje. Jedną parę podnosimy spod stadionu żużlowego, drugą ze śmierdzącej nory bez drzwi i okien, trzecią ze śmietnika na Czechowie. Ta ostatnia para kompletnie nas rozbraja, żyją w śmietniku, ale … opiekują się tam myszoskoczkiem (jest takie zwierzątko!).
Każdego z podniesionych trzeba umyć, przebrać. Na szczęście mamy już własną łaźnię. I tu się dzieje! – Jezu! Ja się porzygam! – woła dziewczyna pomagająca w łaźni. Zaglądam i widzę, jak samodzielnie porusza się koszulka chłopaka, którego podnieśliśmy wcześniej z barłogu w pustostanie. W koszulce był cały pułk wszy odzieżowych i te żyjątka zdolne były unieść na sobie koszulkę. Nikt się jednak nie porzygał i teraz golenie do zera dziewczyny robią w trzy minuty, a wszy pozbywamy się jeszcze szybciej, gnid zresztą też.
Patrzę na listę osób, które udało się nam podnieść w tym roku, od września. Ta lista zawiera ponad 20 imion i nazwisk osób uratowanych znad krawędzi życia i śmierci. Każdą z tych osób musieliśmy własnoręcznie podnieść, odwszawić, zlikwidować świerzby. Potem przekonujemy, że trzeba się leczyć lub zrobić zdjęcia do dowodu osobistego – Ja już będę miał dwudziesty pierwszy dowód! – oznajmia radośnie jeden z podniesionych.
Dalej jest różnie, kilka osób przebywa na terapiach od uzależnień. Kilka już pracuje, niektóre już są na stancjach. Każda z tych osób to osobna historia, dramat, tragedia, czasem trochę komedii. – Ale ja śmierdzę! – ostrzega jeden przed usadzeniem go w samochodzie. A dziewczyna na to – „Nie, no skądże! Ma pan tylko taki charakterystyczny zapach …” Fakt, ludzie pachną różnie.
Patrzę na tę listę podniesionych i uratowanych. To był dobry rok! Na horyzoncie widzimy już kolejne osoby do podniesienia, ze śmietników, pustostanów, zawalisk, altanek.
Ci, którzy razem ze mną podnoszą i odwszawiają, itd. – to Aneta, Aneta, Ania, Bartek, Kordian, Konrad i inni, wszyscy z Centrum Wolontariatu w Lublinie.
Teraz prośba – koszt utrzymania jednego mieszkania (a mamy dwa, przygotowujemy też jeszcze dom) miesięcznie to 2 500 złotych. Szukamy wsparcia, więc jak możecie to choćby w ten sposób podnoście razem z nami. A jeśli chcecie do nas dołączyć i podnosić własnoręcznie to bardzo prosimy o kontakt.
Na szczęście choinki
(naturalne) już zaczynają więdnąć. I na drugie szczęście prezenty już się nam
opatrzyły i znudziły. I na trzecie szczęście karp został spożyty już do końca
(albo, nie daj Boże, wyrzucony). I na czwarte szczęście laleczki w żłóbkach nic
nie mówiły.
Ale na szczęście,
piąte już, mamy wokół siebie ludzi. Tak jak pasterze w Betlejem i jak Maria z
Józefem w Nazarecie. Bóg stal się jednym z nas, zjednoczył się z każdym
człowiekiem. I tylko tu – tylko tu – między nami, znajdziemy Go. Tak było 2 000
lat temu i tak jest dzisiaj.
I na szczęście z tymi
ludźmi możemy rozmawiać, żartować, kłócić się i sprzeczać, dogadywać i
jednoczyć, wspólnie marzyć, razem budować. To jest szczęście szóste, podobne
temu w Betlejem i w Nazarecie, gdzie też były ludzkie wspólnoty.
Pewnie już skończyliście
świętować Boże Narodzenie i knujecie jakby tu zabalować na sylwestra. To źle i
bardzo źle. Bo jest sposób na codzienną radość z bliskości Boga. Bo jest
szczęście siódme. Możemy ludzi kochać, oddać im siebie, objąć całym sercem,
umysłem i duszą, przygarnąć najbliżej i przez to ocalić. Miłość jest szczęściem
siódmym, jest codziennym Bożym Narodzeniem. Co za szczęście!
Mieliśmy bardzo
pracowity grudzień, przed Świętami i w Święta odwiedzaliśmy rodziny uchodźców,
głównie z Czeczenii i Białorusi. Większość przebywa w ośrodkach w Białej
Podlaskiej, Bezwoli i kol. Horbów.
Bardzo napracował się
nasz św. Mikołaj, rozdał ponad 150 paczek dla dzieci, a w paczkach były i słodycze
i zabawki i książeczki do nauki języka polskiego.
Cieszyliśmy się ze
spotkań z tymi, którzy szukają w Polsce nowego życia, często po dramatycznych przeżyciach
w swoich ojczyznach.
Pamiętamy, że i Pan
Jezus był uchodźcą, z rodziną uciekał do Egiptu. To jest nasze Boże Narodzenie,
polskie, czeczeńskie, białoruskie, mongolskie i afgańskie (połowy narodów
szukających schronienia u nas nie
wymieniłem!).
Bardzo dziękujemy
wszystkim, którzy wsparli nas finansowo, rzeczowo, zabawkowo i duchowo. To też
jest Wasze Boże Narodzenie!
Nie przerywamy naszej
pomocy, możecie także ją wesprzeć. Oprócz zdjęć obejrzyjcie też film.
Źle się dzieje w Kościele.
Pewnie wielu z was też podziela ten pogląd. A może dziać się jeszcze gorzej. I
pewnie wiele z tego złego Kościół sam sobie przysparza.
Źle się dzieje, wyjaśniam,
na pewno w Kościele szwajcarskim, a konkretnie w diecezji lozańsko – genewsko –
fryburskiej (taka trójczłonowa nazwa), za sprawą tamtejszego biskupa Charlesa Moreroda,
dominikanina.
Trzy razy uważnie
czytałem wypowiedź tego hierarchy, trochę się krygowałem, żeby go krytykować, w
końcu mam znajomych w Szwajcarii, mogą donieść. No i jeszcze ten
najpoważniejszy zarzut, jaki kieruję w stronę biskupa Moreroda, że nie doczytał
albo nie rozumie Ewangelii. Wspomniany metropolita postanowił zmniejszyć o
połowę liczbę księży w swojej diecezji, z 345 do 170. Powód? Spadek popytu na
liturgie kościelne oraz za mało wiernych w kościołach. Skoro następuje spadek
popytu, należy zmniejszyć podaż. Znamy to, prawo rynku. Podobnie, jeśli jakaś
sztuka w teatrze słabo się sprzedaje, należy ją zdjąć z repertuaru, podobnie z
Mszą Świętą.
Dłuższą wypowiedź bpa
Moreroda przytaczam na końcu, jest naprawdę elokwentna i barwna.
A teraz, co czytamy w
Ewangelii. Czytamy, że Dobry Pasterz szuka zaginionych owiec i niesie je sam do
owczarni. Zatem zamiast zwalniać księży, może należałoby ich rozpuścić po Lozannie,
Genewie, Fryburgu i okolicach, aby postarali się przyprowadzić wiernych do
kościołów?
W Ewangelii czytamy
też „Idźcie na cały świat …”. Idźcie, a nie siedźcie i czekajcie aż ktoś do was
przyjdzie. Idźcie!
Kuriozalne jest też
stwierdzenie, że części księży obca jest „egalitarystyczna kultura rozmowy”.
Czy można zastąpić głoszenie Ewangelii beztroskimi pogadankami? I jeszcze,
myślę, że lepiej jest gdy wietnamski ksiądz w słabym francuskim głosi Ewangelię
niż wcale.
W podsumowaniu kończącego się roku spadnie
wiele gromów na Kościół. Wiele z nich będzie sprawiedliwych.
Piszę to po to, bo w
kościołach w Polsce także spada liczba wiernych i aż się boję, że przykład ze
Szwajcarii i u nas się przyjmie.
Bp Morerod:
– Tylko we Fryburgu, miasteczku liczącym 38
tys. mieszkańców, jest 40 katolickich Mszy w niedzielę. Jest to o wiele więcej
niż potrzeba – tłumaczy biskup-dominikanin. Obecną sytuację, szczególnie na
wsiach, uważa za deprymującą, gdy kapłan staje przed zaledwie kilkunastoma
wiernymi, uczestniczącymi w liturgii w ciszy, z odległych od ołtarza ławek.
Zmniejszenie liczby duchownych do 170 jest, według niego, jedynym sposobem na
wyrównanie „podaży” i „popytu”. Mniejsza liczba księży oznacza bowiem większą
liczbę uczestników jednej Mszy.
Gdy chodzi o zmniejszenie liczby księży
zagranicznych, bp Morerod jest zdania, że nadal są oni potrzebni w diecezji, w
której większość wiernych to imigranci. Potrzeba więc duchowieństwa
wielokulturowego. Jednak w sytuacji, gdy jest ich już więcej niż połowa,
osiągnięto pewną granicę, poza którą „różnice nakładają się na siebie”. Poza
tym niektórzy kapłani, zwłaszcza z państw afrykańskich i z Polski, nie są
przyzwyczajeni do tego, że ktoś świecki im się sprzeciwia i obca im jest
„egalitarystyczna kultura rozmowy”, co czasem prowadzi do napięć. Istnieją też
bariery językowe – np. nie wszyscy parafianie rozumieją kazanie mówione po
francusku przez wietnamskiego księdza.
Przez trzy wieczory
świętowaliśmy Boże Narodzenie we wspólnocie bezdomnych, ubogich i wolontariuszy.
Najpierw w czwartek 24 grudnia odprawiliśmy chyba pierwszą w Europie Pasterkę,
bo zaczęliśmy o 18:00. Ktoś zaproponował, żeby wysłać przeprosiny do Watykanu,
bo Franciszek zaczynał o 19:30 … Na Pasterce doszło do dialogu w czasie
kazania, bo jeden z uczestników co chwilę wtrącał jakiś tekst, najczęściej
słówko „Amen”, co skłaniało mnie do skracania mowy. Były także spontaniczne
modlitwy naszych braci bezdomnych, nawet na temat.
A potem świętowaliśmy
w 12 osobowych grupach Wieczerzę Wigilijną, co spowodowało, że skończyliśmy tuż
przed północą. Przy czym nie korzystaliśmy z alkomatu wobec naszych braci, nic
nie wiadomo, aby ktoś testował tym urządzeniem także pasterzy przy betlejemskim
żłóbku.
Sam dzień Narodzenia ozdobiły
kolędy wygrywane przez jednego z wolontariuszy i podejmowane chętnie przez
resztę. Podobnie było i wczoraj. Na stołach prawdziwa porcelana, potraw na
pewno więcej niźli 12.
I czuliśmy, że mamy
nowy Początek, nowe siły i nową radość. Tym życzeniem dzielimy się z Wami
wszystkimi!
Tajemnica i radość
Bożego Narodzenia trwają kiedy pozwalamy, aby Pan Bóg nas podnosił, aż po
ostatnie podniesienie, z naszych grobów.
O tym możecie
posłuchać w ostatniej części tegorocznych przedświątecznych rozważań. I o tym,
jak następuje podnoszenie się naszych sióstr i braci na Białorusi.
Siostry i
bracia, Sursum Corda! W górę serca! Mamy po co żyć tutaj i mamy życie wieczne!