Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Boże Narodzenie w zasadzie mam prawie przez cały rok. Konkretnie mam na myśli Bożą zasadę, która spowodowała tamto wydarzenie. Słowo ciałem się stało.
Słowo ciałem się stało. Ciągle uczę się, jak zamieniać usłyszane słowa w czyny i jak zamieniać moje słowa w czyny. Napisałem, że „prawie” cały rok jestem wierny tej zasadzie. Prawie, bo jest jeszcze zawodność pamięci i są nieporozumienia.
Ilekroć jednak zamieniam swoje słowo, obietnicę, zapewnienie, w czyn, zasada Bożego Narodzenia trwa, a ja choć trochę naśladuję Pana Boga.
Kończę, bo mam wiele słów do zamienienia w ciało, w konkretne sprawy. I każdemu z was życzę, aby jak najwięcej naszych słów właśnie spełniło się.
Praktycznie codziennie poznaję nowych ludzi albo lepiej poznaję tych, których już wcześniej zapoznałem, przynajmniej z imienia. Nic nadzwyczajnego się nie dzieje w trakcie tych spotkań, rozmawiamy, opowiadamy sobie różne historie, żartujemy, czasami się modlimy.
Przeczytajcie historię spotkania Jezusa z Zacheuszem. Nic nadzwyczajnego, spotkanie, rozmowa i wspólny posiłek. Rozstrzygające jest to, że Jezus „spojrzał w górę” i zauważył filigranowego Zacheusza. Zauważył go! Wyłowił wzrokiem, dostrzegł, nie ominął. W tym opisie nie ma żadnych cudów, co może jest największym cudem. Zacheusz nie został apostołem czy jakimś szczególnym świętym. To, że Jezus go zauważył, rozradowało go i spowodowało zmianę życia. Bez żadnych płomiennych kazań czy nauk. Po prostu został zauważony, a ten fakt zapisano w Ewangelii. Może jako pouczenie dla nas.
Dla mnie na pewno. Po to bym zauważał ludzi, poświęcił im trochę czasu, polubił, zrozumiał, pożartował. Jeśli staram się naśladować Pana Jezusa, to właśnie tak. Zauważać ludzi. Każdy kogo dziś spotkamy jest wart zauważenia. Tak piszemy dalsze stronice Ewangelii.
Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło».
To w czym chodzimy jest jednak ważne. To dla tych, którzy wiedzą, że modnisiem nie jestem może wydać się ciekawe.
Za brak odpowiedniego stroju oberwało się mocno jednemu z uczestników uczty opisywanej przez Jezusa – „Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: “Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego?” (Mt 22).
Obleczcie się w serdeczne miłosierdzie – doradza św. Paweł, i być może temu gościowi z przypowieści zabrakło właśnie miłosierdzia, po którym Bóg rozpoznaje bliskich sobie.
Oblekanie się w miłosierdzie nie musi być jedynie metaforą. Miłosierdziu potrzebne są moje uszy, tego doświadczam codziennie i wiem, jak ważne jest, aby ludzi słuchać. I usłyszeć to, czego nie powiedzą lub tylko napomkną. Kiedy słucham, kiedy dobrze i uważnie słucham, staję się uczestnikiem życia drugiej osoby, jej dramatów i smutków ale i szczęść i radości.
Miłosierdziu potrzebne są moje oczy, nie mogę ich zamykać ani odwracać, bo serce idzie zaraz za oczami. I oczywiście, potrzebne są moje ręce, pieniądze, rzeczy.
Właściwie, żeby nie wyliczać bez końca, rozumiem już, że miłosierdzie to moje życie. Nie zatrzymane dla siebie, ale dzielone z każdym, z kim idę choćby tylko kilka metrów.
Wreszcie, siostry i bracia, mamy pełny tydzień! Bez świątecznych przerywników w postaci sylwestrów, trzech króli i innych dziur w kalendarzu. Wielka okazja, aby codziennie dzielić życie!
Kazanie na Święto Chrztu Pańskiego Niedziela 10 stycznia 2021
Wiele razy prowadziłem tzw. nauki przed chrztem, dla rodziców i chrzestnych. Najczęściej towarzyszyły im znudzone miny słuchaczy i oczekiwanie bym czym prędzej kończył. Tu toczyła się gra o podpis, dalszym jej ciągiem były czynności w kościele, z wielkimi zabiegami rodziców, aby dziecię się nie darło (bo cały kościół słucha i się gapi!). Czy da się coś zmienić, aby zamiast tej gry doszło do prawdziwej katechezy i żeby chrzest był głębszym przeżyciem dla rodziny, nie wiem.
Kilkanaście razy podziwiałem też (i skutecznie wspierałem) determinację rodziców, którym różni proboszczowie odmawiali chrztu dzieci z przeróżnych powodów. W tej rodzicielskiej determinacji jest głębsza intuicja, kryje się w niej pragnienie złączenia dziecka z Chrystusem. Na zasadzie – to możemy zrobić dla ciebie, więc robimy. O pozostałe sakramenty nie ma już tak zdeterminowanej walki. Może pobrzmiewa tutaj zdanie z Ewangelii – „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony” (Mk 16,16) – lepiej zapamiętane od innych. Nawet pomimo podpisów na nic nie wartych karteczkach, mimo krzyku dzieciątek i mimo wypitej wódki na chrzcinach, ocieramy się we chrzcie o życie wieczne. Właśnie o życie wieczne tu chodzi, o życie wieczne, które daje Pan Jezus. Pan Jezus z którym łączymy się we chrzcie. Już na zawsze.
I jeszcze nieco zabawniej. W jednym z zakonnych kościołów w pobliżu Lublina zauważyłem tabliczkę, swoistą podpowiedź dla celebransa, przy chrzcielnicy. Tabliczka wygląda na dość wiekową, na pewno liczy sobie dziesiątki jeśli nie setki lat, ale jej brzmienie dziś jest właśnie zabawne. Napis głosi: „ Czesławie lub Barbaro, ja ciebie chrzczę …” Autor dla przykładu podał dwa imiona. W obecnej atmosferze może to brzmieć jako zachęta aby dziecię w przyszłości wybrało czy bardziej chce być Czesławem czy może Barbarą.
Radości z waszych imion życzę, radości tutaj i radości życia wiecznego!
Stalinowi przypisuje się powiedzenie, że śmierć jednego człowieka to tragedia, ale śmierć milionów to już tylko statystyka. Pasuje do dyktatora, który doprowadził do zbrodni na kilkudziesięciu milionach ludzi.
Prawdopodobnie informacja o tym, że w ub. roku dokonano na świecie 42 miliony aborcji (dane za WHO), nie robi wrażenia. Trochę robi wrażenie liczba ofiar pandemii w ub. roku – 1,8 mln. 42 miliony to więcej niż Polska, a 1,8 mln to więcej niż Warszawa.
Sam jestem bezradny wobec tych statystyk. Pisałem już tutaj, że za kilkadziesiąt lat, a może szybciej, nasze pokolenie zostanie surowo osądzone za te zbrodnie. Można oczywiście uciec w języku w bardziej delikatne określenia, ale w tym przypadku gry językowe nie zmienią faktów. Na pewno każda aborcja jest konkretnym dramatem matek, ojców i uśmierconych dzieci, tu nie jestem sędzią.
Istnieje jednak globalne, cywilizacyjne przyzwolenie na aborcję, coś co zyskało nazwę „anty – life mentality”, mentalność przeciwną życiu. Przykazanie „Nie zabijaj” ma nie tylko odniesienie do Pana Boga (dla wierzących), było akceptowane jako uniwersalne prawo dla każdego wrażliwego człowieka. Było. Może dzisiaj – jako pokolenie – weszliśmy w cichy sojusz ze śmiercią. Śmiercią, która w przypadku aborcji, ma dość sterylny i subtelny charakter.
Ponieważ staram się wierzyć, ważna jest dla mnie Boża myśl, cytuję za Księgą Powtórzonego Prawa, Stary Testament:
„Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście… Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładąc przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo” (rozdz. 30).
Wiem dobrze, że życie lubi światło. I że nie przejmuje się „bestią ze wschodu”, jak nazwano nadciągające nad Polskę mrozy i śniegi.
Zaledwie dwadzieścia minut więcej światła na niebie – a tyle już go przybyło od najkrótszego dnia – wystarczyło, aby kruki rozpoczęły tańce godowe. Zmienił im się głos, żwawiej kołują nad lasami, polami i łąkami. Dostały sygnał od światła. Światła będzie coraz więcej przez najbliższe prawie pół roku.
Za krukami sposobią się do godów orły, a gęgawe (gęsi) też już powoli obierają kierunek północny i wschodni, za miesiąc będą skubać zielony rzepak na urodzajnych polach Polesia i Roztocza.
Nie wiem na ile mamy odwagę iść za światłem, które od czasu do czasu rozbłyska w naszych sercach. W hymnie, który odmawiam codziennie rano (kantyk Zachariasza) czytam o tym, że „nawiedzi nas z wysoka Wschodzące Słońce”. I chodzi o przestrzeń duchową. Błyska w nas jakaś nowa myśl, dobry zamiar, żywa wola, mocne pragnienie. I wtedy są dwie drogi. Pierwsza, idź za takim światłem, woła Cię Bóg. I jest druga droga, co tam kruki i orły, pośpię jeszcze trochę, i tak rozmijamy się ze światłem, które rodzi życie.
Co robi dobrze najedzony, siedzący w ciepłym pokoju człowiek, na dodatek pijący drinka za drinkiem? Najczęściej zaczyna rozrabiać. Coś trzeba robić.
Od 1968 r. – to jeszcze czas wojny w Wietnamie i wyzwalania się Afryki z kolonializmu – 1 stycznia ogłaszany jest Światowy Dzień Pokoju, z inicjatywy papieża Pawła VI. Pokój jest jednak nudny, zwłaszcza dla dobrze najedzonych i podpitych.
Trochę spoglądam na to, co dzieje się na ulicach Waszyngtonu, patrzę jak trzeszczy w szwach rzekomo stabilna, najstarsza demokracja świata.
Do tego mamy jeszcze bezsilność wobec pandemii i rozliczne konflikty właściwie na wszystkich kontynentach.
W historii zwykle najwięcej apeli o pokój formułowano w czasie wojen, czyli za późno. Czy tym razem będzie też za późno?
Nie chcę siać niepokoju. Mogę zrobić jednak kilka rzeczy. Szczerze pomodlić się o pokój na świecie. I o opanowanie pandemii. Mogę lepiej wykorzystać nowy dzień. Pomnożyć dobro. Bardziej rozumieć ludzi, których spotkam. Mogę wzbudzić choćby małe fale pokoju.
Już wiele lat temu zadałem jednemu z moich rozmówców pytanie czy szuka Boga. Zdziwił się i skrzywił – Po co? Mam ciekawsze rzeczy do zrobienia. Poza tym chodzę regularnie do kościoła i to mi wystarczy.
Obawiam się, że tak sprawę Pana Boga traktuje większość ludzi uważających się za wierzących. Spotkania z Panem Bogiem redukuje się do przyjmowania sakramentów i wizyt w świątyniach.
No dobrze, łatwo jest krytykować. A jak sam odpowiedziałbym na pytanie czy szukam Boga? Szukam, szukam już wiele lat. I przyznaję, że jest to najbardziej fantastyczna przygoda mojego życia. Przygoda, która zdecydowała o wielu moich wyborach (z kapłaństwem włącznie) i jest daleka od ukończenia. Trochę przypomina mi to moje tropienie cietrzewia. Jest to jeden z niewielu dziś bardzo rzadkich polskich ptaków, którego jeszcze nie udało mi się mi się spotkać na żywo. Wiem, że istnieje, ale kilka razy trafiałem na jego ślady, nigdy nie znalazłem go na żywo.
Śladów obecności Pana Boga mam bardzo dużo. Czasem czuję się jak Mojżesz przy gorejącym krzewie, wiem, że jest Bóg, ale przesłaniają Go opary dymu albo inne obłoki, jak w przypadku apostołów przy przemienieniu Chrystusa.
Tak, szukam Boga, prawie już Go znajduję. Najczęściej czuję się jak Mędrcy w Betlejem. Szukali Boga, Króla królów, Pana Wszechświata. Weszli do stajni w Betlejem. Zobaczyli człowieka. Małego chłopczyka. Znaleźli Boga.
Zdaje się, że pandemia wcale nie przejęła się ani nowym rokiem ani zapowiedziami szczepionek ani lockdownami. Nie panujemy nad nią i nic nie zapowiada, żeby szybko można było to zmienić.
Musimy jednak jakoś żyć, co rano wstawać, pracować i nie poddawać się. Przeżywamy wielką próbę, która nie wiadomo jak długo potrwa.
Wielokrotnie słyszeliśmy i może mówiliśmy, że miłość jest najważniejsza. Jest najważniejsza jeszcze bardziej w czasie pandemii. Wiele spraw spowolniło bądź całkiem zanikło. Po co kupować nowe ubrania, po co marzyć o kąpielach w ciepłych morzach? A zupełnie już nie warto się kłócić, sprzeczać, knuć i obrażać nawzajem.
Może dostaliśmy taki czas, żeby wszystko bardziej niż kiedykolwiek czynić z miłości, mocniej ją wyznawać, szybciej zamieniać w słowa, a jeszcze bardziej w konkrety.
Mamy przed sobą nowy dzień, nowe godziny i minuty, spotkania z ludźmi, rozmowy, jakieś kawy do wypicia. Z miłością to wszystko trzeba przeżyć. Miłość jest najważniejsza, nie pandemia. O tym jest Boże Narodzenie i nasze życie.
Jak dobrze, że są poświąteczne poniedziałki, kładą kres sylwestrowej i noworocznej nudzie. Dla mnie zawsze święta przypominają o urodzie codzienności.
Pan Jezus także nie za długo w Betlejem gościł, potem heblował z tatą Józefem deski na galilejskie meble, a jeszcze potem chwytał w sieci sardynki w jeziorze Genezaret. I pasał niesforne owce na wzgórzach Karmelu.
Robimy to co Pan Jezus, wypełniamy swoje powszednie obowiązki. Jedziemy samochodami (po prawej stronie, proszę, w Polsce), klikamy w klawiatury (bez komentarzy, proszę), wyprowadzamy psy na spacery (i sprzątamy, proszę), martwimy się, że cola podrożała (no proszę!).
Mamy wreszcie tę cudowną powszedniość, koniec z ciastami (niech żyją pączki!) i odmrażanymi karpiami (tylko na świeżo, proszę).
Proste ludzkie życie, życie, które przez 30 lat prowadził Pan Jezus, jest drogą naszego zbawienia. Jest moją wielką radością, jest naszą Wielką Nadzieją!