BIAŁE ROBAKI WSZY ŚWIERZB I MYSZOSKOCZEK

Jak ponieśliśmy ponad 20 osób znad krawędzi życia i śmierci – reportaż

Sylwester 31 grudnia 2020 czwartek

Pamiętam jak pod koniec września tego roku pan Wiesław co wieczór z jękiem mówił do mnie – Księże, zabierz mnie stąd, zabierz, ja tu umieram! Odwiedzałem go regularnie z gorącą herbatą i kanapkami, często był pijany. Leżał i dogorywał na legowisku w okolicach dworca kolejowego. Wskazanie alkomatu eliminowało go z jakiejkolwiek pomocy – nie przyjmie go żadna noclegownia, żadna ogrzewalnia, żadne schronisko. Wszędzie trzeba mieć, 0,00 promila we krwi. Straż miejska i policja przyjeżdżają tylko aby sprawdzić czy żyje, ewentualnie stwierdzić zgon. Do legowiska pana Wiesia nie przyszedł żaden pracownik pomocy społecznej – do biura pomocy społecznej przychodzi się samemu. A pan Wiesław już nie miał siły chodzić. Leżał, nie dawał rady wstać i pójść choćby na posiłek, który rozdawaliśmy może z 200 metrów od jego posłania na kartonach.

Dotarło wtedy do mnie, że jeśli nie podniesiemy pana Wiesia, to legowisko na kartonach będzie jego łożem śmierci. Anety i Bartka, wolontariuszy, nie trzeba było przekonywać. Akurat mieliśmy wolny pokój w jednym z mieszkań dla bezdomnych już „ogarniętych” jakoś. Podjeżdżamy samochodem, fetor niemytego miesiącami ciała. W trójkę jakoś usadzamy pana Wiesia w samochodzie, potem dwa dni będziemy auto wietrzyć. Dalej trzy godziny w łazience, wymiana wszystkich ubrań, mycie i jeszcze raz mycie, ale i tak jako taki ludzki zapach ciała pana Wiesia wraca po tygodniu. Finał tej historii jest bardzo szczęśliwy – pan Wiesław żyje, ma już dach nad głową, nawet nawiązał kontakt z rodziną.

Od tamtej pory zaczęliśmy podnosić ludzi z większą śmiałością.  To historie kolejnych osób, które potrzebowały, aby ktoś je zauważył i podniósł. W przypadku pana Zbyszka zaczynaliśmy od wyjmowania białych robaków, zjadających mu stopy, robaków raz było dziesięć a raz może i dwieście. Już dość dobrze umiemy to zrobić za pomocą wstążek z bandaży.

Tych do podniesienia jest dużo. Podnieśliśmy trzy pary, w tym jedno małżeństwo. Znowu zderzenie z systemem – system pomocy społecznej nie przewiduje miejsc dla par czy małżeństw, są noclegownie dla panów i dla pań, oddzielnie. Ale jak rozdzielać kogoś kto żyje z drugim 15 czy 20 lat i jest rzeczywistym oparciem? No to dobrze, stworzymy nowy system pomocy. Mamy już dwa wynajęte mieszkania, dajemy parom osobne pokoje. Jedną parę podnosimy spod stadionu żużlowego, drugą ze śmierdzącej  nory bez drzwi i okien, trzecią ze śmietnika na Czechowie. Ta ostatnia para kompletnie nas rozbraja, żyją w śmietniku, ale … opiekują się tam myszoskoczkiem (jest takie zwierzątko!).

Każdego z podniesionych trzeba umyć, przebrać. Na szczęście mamy już własną łaźnię. I tu się dzieje! – Jezu! Ja się porzygam! – woła dziewczyna pomagająca w łaźni. Zaglądam i widzę, jak samodzielnie porusza się koszulka chłopaka, którego podnieśliśmy wcześniej z barłogu w pustostanie. W koszulce był cały pułk wszy odzieżowych i te żyjątka zdolne były unieść na sobie koszulkę. Nikt się jednak nie porzygał i teraz golenie do zera dziewczyny robią w trzy minuty, a wszy pozbywamy się jeszcze szybciej, gnid zresztą też.

Patrzę na listę osób, które udało się nam podnieść w tym roku, od września. Ta lista zawiera ponad 20 imion i nazwisk osób uratowanych znad krawędzi życia i śmierci. Każdą z tych osób musieliśmy własnoręcznie podnieść, odwszawić, zlikwidować świerzby. Potem przekonujemy, że trzeba się leczyć lub zrobić zdjęcia do dowodu osobistego – Ja już będę miał dwudziesty pierwszy dowód! – oznajmia radośnie jeden z podniesionych.

Dalej jest różnie, kilka osób przebywa na terapiach od uzależnień. Kilka już pracuje, niektóre już są na stancjach. Każda z tych osób to osobna historia, dramat, tragedia, czasem trochę komedii. – Ale ja śmierdzę! – ostrzega jeden przed usadzeniem go w samochodzie. A dziewczyna na to – „Nie, no skądże! Ma pan tylko taki charakterystyczny zapach …” Fakt, ludzie pachną różnie.

Patrzę na tę listę podniesionych i uratowanych. To był dobry rok! Na horyzoncie widzimy już kolejne osoby do podniesienia, ze śmietników, pustostanów, zawalisk, altanek.

Ci, którzy razem ze mną podnoszą i odwszawiają, itd. – to Aneta, Aneta, Ania, Bartek, Kordian, Konrad i inni, wszyscy z Centrum Wolontariatu w Lublinie.

Teraz prośba – koszt utrzymania jednego mieszkania (a mamy dwa, przygotowujemy też jeszcze dom)  miesięcznie to 2 500 złotych. Szukamy wsparcia, więc jak możecie to choćby w ten sposób podnoście razem z nami. A jeśli chcecie do nas dołączyć i podnosić własnoręcznie to bardzo prosimy o kontakt.


Stowarzyszenie Centrum Wolontariatu

ul. Gospodarcza 2

20-217 Lublin

64 1240 1503 1111 0000 1753 2101

tytułem: darowizna na cele statutowe – bezdomni

Itinerarium

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.