Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
W każdym człowieku ale i w każdej rzeczy, w każdym stworzeniu i w każdym zjawisku, jest jakaś Boża nadwyżka. Słyszymy, widzimy, czujemy wymiary materialne, ale one ukrywają nadwyżki.
Żaden człowiek nie wyczerpuje się w kilogramach i centymetrach, żadne drzewo nie kończy się na liczbie liści i korzeni i żadna góra nie jest tylko zbiorem skał.
Od dawna doświadczam Bożego wymiaru we wszystkim co mnie otacza, to właśnie ta nadwyżka, ukryta ale realna. Pan Bóg zachęca nas do mądrego odkrywania Swojej obecności we wszystkim, co od Niego pochodzi. I wcale nie narzekam, że trzeba się w te tajemnice wdzierać i nie oczekuję, że On odsłoni się całkowicie. Zresztą, po to podzielił się z nami Swoją mądrością, abyśmy Go rozpoznawali we wszystkim.
Modlimy się, prosimy o coś Pana Boga, sami nie możemy tego zdobyć. W dzisiejszej Ewangelii znajduję dwie rady w tej sprawie.
Pierwsza – Wszystko, o co prosicie w modlitwie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie. Wiara, zobacz i poczuj to, o co zmierzasz prosić. Najpierw uwierz, potem poproś. A często wygląda to tak, że wcale nie wierzymy w to, o co prosimy, ale mówimy coś do Pana Boga na zasadzie – „A co mi szkodzi, pomodlę się!” Wiara osiąga to, w co wierzymy, modlitwa zatwierdza wysiłek wiary.
Druga – A kiedy stajecie do modlitwy, przebaczcie, jeśli macie coś przeciw komuś, aby także Ojciec wasz, który jest w niebie, przebaczył wam wykroczenia wasze. Czystość serca, wybaczenie wszystkim naszym krzywdzicielom, których mamy długą listę, codziennie dłuższą. Muszę mieć czyste konto (serce) w relacjach z ludźmi, żeby zwracać się do Pana Boga, który z własnej inicjatywy przywraca mnie samemu czyste serce.
Za kilka dni prawa polskich przechodniów zrównane zostaną z prawami angielskich koni. Piesi będą mieli pierwszeństwo przy przechodzeniu na pasach! Pierwszeństwo przed samochodami! Rewolucja! Rewolucja, o którą walczę od wielu lat, walkę tę zacząłem publicznie osiem lat temu, akcją „Proszę przepuść mnie!” – dalej przytaczam historyczny wpis z Itinerarium z 20 marca 2013 r.
Od 1 czerwca polscy piesi zyskają prawnie pierwszeństwo przejścia, nareszcie! Polskim ustawodawcom zajęło to wiele lat, a kilka tysięcy pieszych zginęło na pasach.
To przepuszczanie pieszych nie jest kwestią przepisów prawa, jest sprawą wyobraźni i miłości. Każde nasze auto waży ponad tonę, pieszy ma kilogramów o wiele mniej, nie ma też zderzaków i poduszek powietrznych. Możemy to sobie wyobrazić i pokochać piesze siostry i pieszych braci.
Dziesięć lat temu podczas dość zabawnego referendum (z naganianiem chętnych, żeby była wymagana większość) opowiedziałem się za wejściem Polski do struktur Unii Europejskiej. W rok potem zostaliśmy oficjalnie przyjęci w poczet szacownego grona. Nie od razu Europą u nas powiało i zapachniało, ale powoli wchodzimy coraz bardziej. Ma to swoje dobre i złe strony, ale nie narzekam, bo na przykład, faktycznie jeżdżę po coraz lepszych drogach a dzięki paszportowi z napisem UE podróżuje mi się dość łatwo.
Pewnie jeszcze pod wieloma względami odstajemy od Europy, ale przynajmniej pod jednym jesteśmy nadal w stepach Ukrainy a może i w głębokich czerwonych piaskach pustyń Kazachstanu (nie ubliżając krajobrazom tych pięknych stron). Myślę tu o sytuacji ludzi przy przejściach dla pieszych. Od długiego czasu prowadzę pewną osobistą kampanię, którą na swój użytek nazwałem „Siostro, bracie, idź śmiało!”. Zwalniam przed przejściami dla pieszych i zatrzymuję się, mimo, że nie weszli jeszcze na zebrę (poza zebrą zresztą robię tak samo). Od czasu do czasu zbieram jakieś dosadne komentarze od innych kierowców, podobnie jak w przypadku zwalniania przed kałużami (pisałem o tym 1 lutego br. i wklejam tekst wpisu poniżej). Wiem, że polskie prawo nie nakazuje mi zatrzymywać się i przepuszczać pieszej siostry czy brata pieszego, jeśli nie stanie choćby ciut na przejściu. Ale zawsze przekraczam prawo (zwłaszcza głupie), jeśli prowadzić to może do większego dobra. Przepuszczenie pieszego, który stoi przy przejściu – czasem bardzo długo – zajmuje mi zwykle kilka, kilkanaście sekund, co spokojnie mogę zaraz nadrobić. Reakcje ludzi są różne, czasem podziękują skinieniem głowy, czasem pomachają zadowoleni ręką, a czasem upewniają się czy aby na pewno nie ruszę jak oni wejdą, ale to pewnie wskutek złych doświadczeń. Znam takich, co zostali potrąceni na zebrze, nawet na przejściu ze światłami, gdy mieli zielone, znam i takich, co pochowali swoich bliskich zabitych na przejściach dla pieszych. Oczywiście, kiedy dojeżdżam do przejścia patrzę we wszystkie trzy lusterka i obserwuję, co robią kierowcy za mną, albo z lewej czy prawej strony, jeśli jestem na jezdni dwu czy trzypasmowej. I jeśli widzę, że ten z lewej stronny, na drugim pasie grzeje jak Kubica, niestety nie zatrzymuję się, bo co z tego, że ja przepuszczę pieszego, a wariat z drugiego pasa zmiecie człowieka toną swojego żelastwa.
W Europie, do której wchodzimy, standardem jest zwalnianie i zatrzymywanie się przed przejściem dla pieszych, jeśli zbliża się doń jakiś człowiek czy grupka ludzi. Miałem nawet niedawno zabawną historię w jednej z europejskich stolic. Stanąłem przy zebrze, aby zrobić kilka zdjęć, bo było to dobre miejsce do kadrowania. Kątem oka zobaczyłem, że zatrzymał się mały sznurek aut, oczekujących aż przejdę! Nie miałem zamiaru przechodzić, ale pomyślałem sobie, że skoro oni już tacy grzeczni, to przejdę na drugą stronę, żeby nie mieli poczucia straconego czasu. Tak jest w Europie. W Polsce, również w Lublinie, gdzie najczęściej jeżdżę, przejście na drugą stronę ulicy przez pieszego, czasem równa się przejściu na drugi świat! Doszukałem się jak to jest w Europie, i na przykład w Anglii, kodeks nakazuje zatrzymać się i przepuścić pieszego, kiedy ten oczekuje przy przejściu. Mandaty za uchybienie w tej sprawie są srogie i zaczynają się od 100 funtów. Jeszcze zabawniej jest w przypadku koni, otóż konie (a ściślej jeźdźcy na nich – w Anglii konno jeździ się w wielu miastach) mają „equestrian crossing”, czyli swoje specjalne przejścia. I kierowca widząc konia przy owym przejściu musi zatrzymać się i przepuścić go! Słowem angielskie konie mają dużo większe przywileje niż piesi w Polsce.
Jeśli jesteście kierowcami zwolnijcie, przepuśćcie siostrę pieszą i brata pieszego. Niech przynajmniej mają tak, jak konie w Anglii … A jeśli jesteście pieszymi, to gdy przepuści was jakiś kierowca poślijcie mu buziaka z ręki (przypadek: piesza jest panią, kierowca panem) albo ukłon głową (we wszystkich innych wariantach).
Serio całkiem na koniec. Miłość bliźniego wzywa mnie by kochać pieszego, bawet wstawionego … Do zobaczenia na przejściach!
Te najsmutniejsze spotykam na korytarzach więzień kiedy czekają na widzenia z synami i córkami. Wychowywały dzieci tak dobrze jak umiały, a one poszły złymi drogami. Tym, które znam tłumaczę, że oprócz nich i ojców, wychowuje także ulica, szkoła i Internet i żeby nie brały winy na siebie.
Bardzo dzielne są te, które spotykałem wcześniej na granicy w białoruskim Brześciu a potem już w Polsce. Czeczenki, Białorusinki, Tadżyczki, Ukrainki, chyba jedną Mongołkę. Widziały, że ich dzieciom grozi zło, nędza, choroba a nawet śmierć. Brały walizki, torby, kilka najpotrzebniejszych rzeczy i uciekały z nadzieją na lepsze życie, głównie dla swoich dzieci.
Piszę o Matkach w ich dniu. I myślę z wdzięcznością o tym co robią dla swoich dzieci, bo gotowe są zrobić wszystko, wiem to także ze swojego synowskiego doświadczenia.
Piszę o Matkach, bo bez Nich niewiele wiedzielibyśmy o miłości i o Panu Bogu.
A na zdjęciu jedna z zaprzyjaźnionych czeczeńskich mam, z ósemką (8!) dzieci, sama ma dopiero 37 lat.
Amen, tak dość często kończę rozmowę, nie dlatego, żebym miał dość rozmówcy, ale żeby potwierdzić sens dialogu, akceptację dla jego treści. Amen w modlitwach też jest nie tyle sygnałem kończącym co raczej zgodą z jakąś prośbą czy dziękczynieniem, jest przyłączeniem się do tych wezwań i deklaracją przyjęcia ich w swoim życiorysie.
Amen łączy nas z Panem Bogiem w najkrótszej formule, możemy naprawdę wielokrotnie w ciągu dnia mówić „Amen, Panie Boże!”, co oznacza zarówno, że pamiętamy o Nim, że się z Nim zgadzamy i że chcemy żyć wedle Jego woli.
Amen kierowane do drugiego człowieka może być wyrazem szacunku, znakiem głębokiej akceptacji i najlepszym życzeniem, życzeniem samego Pana Boga. Bardzo właściwe jest odnoszenie się do osób bliskich w zwrocie – „Kocham Cię, Amen!”
Proszę Was dzisiaj o choćby jedną zdrowaśkę za chrześcijan w Chinach, może być westchnienie. Wyznawanie wiary w Chrystusa jest u nas łatwe, dla chińskich katolików wiąże się z prześladowaniami i więzieniem. Papież Benedykt XVI czternaście lat temu ustanowił 24 maja dniem modlitwy za chrześcijan w Państwie Środka, tam w sanktuarium w Sheshan koło Szanghaju czczona jest NMP Wspomożycielka Wiernych, patronka dzisiejszego dnia.
Niewielu z nas wie, że potajemnie chińscy katolicy przyjeżdżają do Polski na rekolekcje oazowe czy inne spotkania religijne, skromnie mogłem wspomóc niektórych z nich. Mam do dzisiaj stułę, którą otrzymałem w podziękowaniu z Chin, od Priscilli (więcej w linku – http://itinerarium.pl/2009/07/04/priscilla-z-shenyang/, plus zdjęcie)
Wczorajsza uroczystość, zesłania Ducha Świętego na wszystkie narody i ludy, zachęca mnie do solidarności z tymi, którzy płacą dużą cenę za wyznawanie swojej wiary. O tym świadczy treść depeszy, którą przytaczam niżej. I dlatego proszę o westchnienie na nasze siostry i braci w Chinach. Dziękuję.
Depesza o sytuacji w Chinach (za KAI)
W ciągu zaledwie dwóch dni – 20 i 21 maja – niemal cały personel kościelny z prefektury apostolskiej Xinxiang został aresztowany w wyniku akcji policyjnej w prowincji Hebei w środkowych Chinach. Najpierw zatrzymano siedmiu księży i 10 seminarzystów a potem za kratki trafił miejscowy biskup 63-letni Joseph Zhang Weizhu, konsekrowany w 1991, który już wcześniej był wielokrotnie więziony.
20 maja wczesnym popołudniem co najmniej 100 policjantów z Cangzhou, Hejian i Shaheqiao otoczyło w tym ostatnim mieście budynek seminarium duchownego prefektury Xinxiang. Nie mając własnego pomieszczenia korzysta ono z małej fabryczki należącej do jednego z miejscowych katolików. Funkcjonariusze weszli do środka i aresztowali czterech księży – wykładowców i trzech innych, pełniących tam posługę duszpasterską. Razem z nim zabrano też 10 kleryków, którzy w tym czasie słuchali wykładów. Zgodnie z Nowymi regulacjami nt. działalności religijnej zakład zamknięto, a jego dyrektor trafił do aresztu.
Prefektury apostolskiej Xinxiang, w której mieszka ok. 100 tys. katolików, nie uznał dotychczas rząd chiński, dlatego wszelkie działania księży, seminarzystów i wiernych uważane są za “nielegalne” i “przestępcze”. Według władz cywilnych pewna grupa seminarzystów zdążyła się ukryć i obecnie trwają ich poszukiwania w mieście i jego okolicach. Agenci służby bezpieczeństwa i policjanci chodzą od domu do domu, szukając “zbiegów”. Jeśli przy okazji znajdą gdzieś oznaki wiary katolickiej, np. krzyże, posążki, obrazy religijne, zdjęcia papieża itp., ich posiadacze karani są grzywnami a przedmioty zabierane i niszczone.
Wielu obserwatorów zwraca uwagę, że od czasu podpisania Tymczasowego Porozumienia między Stolicą Apostolską a Chinami (w 2018, a następnie przedłużonego w ub.r.) w Państwie Środka wzmogły się prześladowania katolików, zwłaszcza tych “nieoficjalnych”, tj. nieuznawanych przez władze.
Kazanie na Zesłanie Ducha Świętego Niedziela 23 maja 2021
Napiszę tak – jeśli dziś w kazaniach nie usłyszycie o miłości, kazania będą nie na temat. We wszystkich hymnach liturgicznych na dzisiejszy dzień jest prośba do Ducha Świętego o miłość, kilka zdań przytaczam na końcu. Im jestem starszy, tym bardziej rozumiem, że nic lepszego i większego od Niego otrzymać nie możemy.
Te prośby dotyczą ognia miłości, żaru, pełni, zatem nie chodzi tylko o żywsze drżenie górnej lewej części korpusu, gdzie ulokowane jest anatomiczne serce.
O prawo kierowania naszymi myślami, słowami i czynami walczą różne diabły. Jest wśród nich mocny szatan pieniężny, jest także próżny diabeł pychy i uznania, szatan władzy, pozornie niewinny zły duch namiętności, jest i przebrany w pobożne szaty bies religijności na pokaz. Jest tych diabłów wiele.
A wszystko zależy od tego czy pozwolimy zawładnąć nami Duchowi miłości, żarliwej, rozpalonej, hojnej, odważnej i prędkiej. Jednym słowem – świętej. Niech taką miłość rozżarzy w nas Duch Boży.
Sobota 22 maja 2021 Wigilia Zesłania Ducha Świętego
Z Duchem Bożym staram się żyć w przyjaźni od młodości, od czasu kiedy z wypiekami na twarzy czytałem o Jego działaniu w zapiskach z Dziejów Apostolskich. Ta księga to fascynujący opis, zwłaszcza przygód św. Pawła, tam Duch Święty podpowiadał mu na jaki statek ma wsiąść, gdzie ma płynąć a gdzie nie, co powiedzieć a co przemilczeć.
No dobrze, pomyślałem wtedy, spróbuję i ja. I wiecie co? To właśnie tak działa, Duch Święty prowadzi, tam gdzie chce. I za to jestem Mu wdzięczny, bo życie mam pełne wspaniałych przygód.
Duch pozwolił mi poznać niezwykłych ludzi, uścisnąć rękę Papieża (nawet nie raz), dłonie kilkunastu prezydentów (nie tylko z Polski), kardynałów i biskupów nie zliczę. Dość przechwałek.
Duch Święty pozwolił mi poznać wspaniałych ludzi, wielu z nich jest wśród Was, czytelników (i krytyków) Itinerarium. I Jemu i Wam, podziękowanie wielkie.
Duch Święty zaprowadził mnie do wielu krajów, choć w żadnym z nich nie byłem turystą, urlopy też uważam za stratę czasu (dobrze, oberwę za to od przyjaciół). Dzięki temu poznałem wielu bohaterów, walczących o prawdę, wolność i sprawiedliwość, kiedyś opublikuję tu długą listę.
Ale Duch Boży zaprowadził mnie także do nędzarzy, do alkoholików, bezdomnych, do śmietników i zawalisk, do obozów dla uchodźców na kilku kontynentach, do wspaniałych samotnych ludzi. Poznałem cudownych ludzi, którzy kompletnie za darmo dają siebie innym – nazwę ich (Was!) Wolontariuszami Serca – i upewniają mnie codziennie, że miłość istnieje i działa.
Wpis nie może być za długi, bo nie będziecie chcieli czytać. Zatem na koniec – przyjmijcie Bożego Ducha, na pewno już wzięliście Go, to jeszcze raz Go przyjmijcie i zamieńcie życie w Niekończącą Się Przygodę!
Na zdjęciu, świetni ludzie, kardynałami i prezydentami raczej nie będą.
Czytałem tę depeszę kilka razy. Jeśli możecie, przeczytajcie ją spokojnie i uważnie. Depesza pochodzi ze sprawdzonego i wiarygodnego serwisu Katolickiej Agencji Informacyjnej. Nie sądzę, aby zagościła w najbardziej poczytnych portalach i mediach.
Od ponad 30 lat staramy się dogonić standardy Zachodniej Europy, Holandii także. Nie łudźmy się, że w Polsce za kilka, kilkanaście lat, statystyki będą inne. Będą podobne. Zarażamy się „anty – life mentality”, duchem przeciwnym życiu.
Dobrze, wierzę w działanie Ducha Świętego, Ducha Życia i Miłości. Nadzieja jest, ale fakty – te holenderskie – też są.
Depesza KAI 20 maja 2021
Ubiegły rok był w Holandii rekordowy pod względem liczby dokonanych tam “zabiegów” eutanazji – 6938, podczas gdy w 2019 odnotowano ich 6361, a w 2003 – “tylko” 1815. Oznacza to, że w 2020 przeprowadzono w tym kraju o 382 proc. aktów “śmierci na życzenie” więcej niż 17 lat wcześniej. Prawie połowę z nich stanowiły prośby o zakończenie życia z powodu starości, 168 – ze względu na demencję, 88 – z powodu depresji, 4 – z uwagi na Covid-19 i 2 bez wyraźnego uzasadnienia.
Obecnie w Holandii jeden zgon na 25 jest wynikiem eutanazji, co stanowi 4,12 proc. ogółu zejść śmiertelnych. Wskaźnik ten mógłby wzrosnąć nawet do 4,52 proc., gdyby wziąć pod uwagę 15 tys. zgonów z powodu koronawirusa. A w gronie osób od 50. do 80. roku życia odsetek ten wynosi 6,2. Według portalu Dutch News cztery osoby poprosiły w ub.r. o eutanazję po uzyskaniu dodatniego wyniku testu na Covid-19. “Gdy stwierdzono u nich zapalenie płuc, nie chciały poddać się intensywnemu leczeniu” – wyjaśnił w rozmowie z portalem Trouw przewodniczący regionalnego komitetu ds. eutanazji sędzia Jeroen Recourt.
Po orzeczeniu holenderskiego Sądu Najwyższego, który zezwolił na potajemne “uspokajanie” osób z demencją, aby uniknąć ich sprzeciwu wobec śmiertelnego zastrzyku, na który zgodziły się one wcześniej w testamencie, ale czego nie potwierdziły później, w 2020 roku zabito w ten sposób dwie osoby. Za ważną przyczynę śmierci nadal uchodzi rozpacz i załamanie nerwowe. W ubiegłym roku z tego powodu uśmiercono 88 osób, w tym jedną z niepełnosprawnością intelektualną. Ponadto 235 osób zmarło z powodu „nagromadzenia problemów związanych ze starością”. Zginęło również dziecko w wieku 12-16 lat, co zwiększyło całkowitą liczbę niepełnoletnich zabitych “ze wspomaganiem” od 2002 roku do 16. Do 4480 osób, które poprosiły w ub.r. o eutanazję ze względu na chorobę nowotworową, trzeba dodać 168 zmarłych z powodu demencji (otępienia), dwie z zaawansowaną demencją, 88 osób z tzw. problemami psychiatrycznymi i 458 z problemami na tle nerwowym. I wreszcie należy wspomnieć o 17 przypadkach śmierci “asystowanej”, które najpierw nie powiodły się, to znaczy, że pacjent nie zmarł od razu i lekarz musiał go dobić zastrzykiem. Wspomniany J. Recourt – były poseł do parlamentu, a obecnie sędzia – uważa, że liczby te nie zaskakują, ale „pokazują, że coraz więcej ludzi postrzega eutanazję jako normalne rozwiązanie, aby położyć kres cierpieniu nie do zniesienia”.
Za kilka dni Zesłanie Ducha Świętego. Poza wszystkimi innymi cudami, jakie towarzyszyły wydarzeniu w jerozolimskim Wieczerniku, jedna rzecz zawsze mnie mocno raduje i inspiruje. Owszem, były języki z ognia, uderzenie gwałtownego wiatru, nieznane dialekty i gwary, piękne i niezwykłe rzeczy.
Najważniejsze jednak było to – i jest dla nas – że ci tchórzliwi ludzie, zwiewający kilka dni wcześniej spod krzyża, nagle napełnili się mocą, siłą i odwagą. Wyzwolili się ze strachu, buchnęli pewnością i radością i zarazili nią zaraz potem cały znany sobie świat. Dzięki temu ich zrywowi i my dziś wierzymy.
Stąd moje życzenie i nadzieja, pozwólmy Bożemu Duchowi, aby nas wyzwolił. Ze strachu przed przyszłością, z kowidem na czele. Z lęku o to czy damy radę. Z obawy o ludzkie opinie na nasz temat (nikt nie chce by mówiono o nas jak o wariatach). Z drżenia o swój los po śmierci. Z niepokoju o pieniądze i rzeczy. Z troski o jutro i pojutrze. Z silnych więzów zazdrości i obojętności. I wreszcie z nieufności do miłości.
Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu.Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden.I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem.Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. «Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami?» – mówili pełni zdumienia i podziwu. «Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? – Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże». Zdumiewali się wszyscy i nie wiedzieli, co myśleć: «Co ma znaczyć?» – mówili jeden do drugiego. «Upili się młodym winem» – drwili inni.