Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
W starej hinduskiej
opowieści pewien służący mocno podpadł swojemu maharadży, tak mocno, że kazano
go ściąć. Sługa jednak żarliwie prosił władcę:
– Panie, daruj mi życie na rok, a nauczę
twojego konia latać!
Maharadża zgodził
się, co mu tam rok w tę czy drugą stronę. Koledzy służącego zaczęli się wyśmiewać
z gościa:
– Ty to chyba głupi jesteś! Żaden koń nie
nauczy się latać! Ośmieszasz się tylko!
– Może was i to śmieszy, ale rok to długo.
Może w tym czasie mój pan zmieni zdanie i ułaskawi mnie? A może przyjdzie wojna
i o wszystkim zapomni? Może – co uchowaj Boże! – dopadnie go śmiertelna choroba
i wyrok przepadnie? A może jednak nauczę jego konia latać, od jutra zaczynam!
Nigdy nie wolno
tracić nadziei, zawsze należy zrobić wszystko, żeby nie pozbawić się jakiejkolwiek
szansy. Rok to długo, wiele może się zdarzyć. Zwłaszcza rzeczy niemożliwych.
Nikt jeszcze nie wie
co będzie efektem marszy i protestów w Polsce. Zwłaszcza, że – jak czytam – 11 listopada
szykuje się także kolejny Marsz Niepodległości. Tak czy inaczej rok 2020 może
zakończyć się jeszcze kilkoma niespodziankami. Nie jestem ekspertem od zachowań
społecznych, ale opinie czołowych komentatorów, którzy „wiedzą” co i jak się
wydarzy, są nic nie warte.
Do niepokojów
wywołanych przez pandemię i lockdown dołącza niepewność związana z tym, co
dzieje się i dziać się będzie na polskich ulicach. Nie wiemy jak zachowają się
dalej protestujący i kontrprotestujący, jakie kroki może podjąć władza. Zatem
trochę w duchu Sokratesa należy skromnie uznać, iż wiem, że nic nie wiem. Trzeba
jednak codziennie żyć, wybierać i patrzeć w przyszłość. I o tym dalej.
Przechodziłem już w
życiu wiele trudnych doświadczeń i wiem, że pomagało mi zaufanie w Bożą
bliskość i opiekę. „Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty
jesteś ze mną”, to ps. 23, który towarzyszy mi od 40 lat. Wiosną 1980 r.
odmawiałem go z przyjaciółmi w więzieniu w Sandomierzu, gdzie wpakowała nas
służba bezpieczeństwa po proteście przeciwko aresztowaniu Janka Kozłowskiego,
działacza rolniczej Solidarności. Od tamtej pory jakiekolwiek ciemne doliny nie
są straszne.
Nic też nie zwalnia
mnie ani nikogo z wyznawców Chrystusa z postępowania drogami miłości (to z
listu do Efezjan). Warto mieć w sercu ten plan, aby nie zagościła w nas pogarda
lub nienawiść, nawet jeśli całkowicie nie zgadzamy się z inaczej myślącymi.
Siostry i bracia,
ufności i sił do postępowania według miłości!
Skłócona i podzielona
Polska zniknęła pod koniec XVIII w. z mapy świata, co nie przydarzyło się
żadnemu większemu narodowi w Europie. Z pozoru to wspomnienie nie ma nic wspólnego
z obecną sytuacją w kraju. Z pozoru, bo zwaśnione strony przed wiekami także
walczyły o swoje sprawy i interesy, nie życząc niczego złego ojczyźnie.
Najlepszym wyjściem z
obecnej sytuacji jest dialog – czyli spokojna rozmowa wszystkich stron. Jednak
w ostatnich 15 latach wszystkie siły polityczne i społeczne w Polsce zrobiły
wiele, aby dialog zastępować różnymi wojnami. Nie umiemy podejmować dialogu,
próby zrozumienia drugiej strony, ustąpienia ze swoich racji. Na dzisiaj nie ma
zabitych wskutek demonstracji, choć i takie sytuacje bywały w naszej historii.
Nie wiem kiedy padną
słowa wzajemnego przeproszenia i przebaczenia, kiedy wszystkie strony powiedzą „Zgoda!
Porozmawiajmy!” Na razie zanosi się na długą walkę, z której jako naród
wyjdziemy poobijani, oby nic gorszego.
Co mogę i próbuję robić?
Spokojnie rozmawiam z ludźmi, modlę się za wszystkich Polaków, codziennie
szukam okazji do choćby małych dobrych rzeczy. Wspieram tych, których dopadł
wirus, cieszę się z tymi, którzy pokonali chorobę. I nieustannie wierzę w dobrą
przyszłość mojej Ojczyzny.
Mniej
więcej wiem co się dzieje wokół mnie, trochę słucham i oglądam. Emocje, które
eksplodowały na ulicach polskich miast mają pewnie wiele przyczyn, martwię się,
że race i petardy zastępują racje i argumenty. Dzięki sile mediów
społecznościowych pandemia w kilka dni zeszła na drugi plan, a przecież chyba
najgorsze jeszcze przed nami. A pandemia to bardzo konkretne losy osób chorujących,
ich bliskich, nerwy, niepokój i obawa o przyszłość.
Na
naszych ulicach, oprócz wielkich spraw dzieją się też rzeczy z pozoru banalne.
Czasem mam możliwość uczestniczyć w nich, co przywraca mi właściwą perspektywę.
Wczoraj wieczorem
spotkałem grupkę bezdomnych, rozmawiali wyraźnie podekscytowani. Zagadnąłem,
okazało się, że cena za kilogram puszek po napojach wzrosła z 2 zł 70 gr na
całe 3 złote, to pierwsza podwyżka na skupach od pół roku. Ci bezdomni odwalają
solidną robotę dla miasta, sprzątają setki kilogramów puszek. Trzydziestogroszowa
podwyżka to dla nich znacząca poprawa budżetu, w skali tygodnia może zamienić
się w zakup „sklepowych” papierosów.
Cały świat, sprawy
wielkie i trzydziestogroszowe, zamykam w dawnej, prostej modlitwie:
Wszystkie nasze dzienne sprawy,
Przyjm litośnie Boże prawy;
A gdy będziem zasypiali,
Niech cię nawet sen nasz chwali.
Twoje oczy obrócone,
Dzień i noc patrzą w tę stronę,
Gdzie niedołężność człowieka,
Twojego ratunku czeka.
Odwracaj nocne przygody,
Od wszelakiej broń nas szkody,
Miej nas wiecznie w twojej pieczy,
Stróżu i Sędzio człowieczy.
W
chwilach trudnych chętnie sięgam po modlitwę do Ducha Świętego, którą przytaczam
dalej. Wiem, że jestem słaby i potrzebuję pomocy od Ducha. Polecam, bo wiem, że
to działa. Oto tekst tej modlitwy:
O tajemniczy Płomieniu,
Źródło miłości i prawdy,
Pocieszycielu strapionych,
Przyjdź do nas, Duchu Najświętszy!
Ożywcza roso w znużeniu,
Ogniu wśród chłodu zwątpienia
I jasne światło nadziei,
Przyjdź do nas, Duchu Najświętszy!
Niech Twoja łaska przeniknie
Umysł i serce człowiecze,
Gdy z całą mocą wołamy:
Przyjdź do nas, Duchu Najświętszy!
Oglądałem
wieczorem zdjęcia z manifestacji przed siedzibami kurii biskupich, napisy na
murach kościołów, czytałem hasła niesione i wykrzykiwane przez demonstrantów.
Rozumiem je, choć w większości nie zgadzam się z nimi. Rozumiem także nastroje
i bunt uczestników marszy, ale jest mi smutno z powodu ekscesów, podobnie źle
odbierałem zwalanie pomników w USA czy podpalania tam kościołów (Black Lives
Matter). Napisy pewnie da się zmyć, ale niesmak pozostanie.
Oglądałem
także sceny z marszy, które odbyły się w niedzielę w Mińsku i innych miastach
Białorusi. Żaden z demonstrantów nie malował tam niczego na murach, część z
nich trafiła za udział w manifestacjach do więzień i aresztów. I te marsze wydały
mi się bardziej cywilizowane.
Dzień
skończyłem modlitwą do Ducha o pokój w ludzkich sercach, o pomnożenie nadziei i
ożywczą rosę dla umysłów nas wszystkich.
Dziś w większości kościołów obchodzona będzie uroczystość ich poświęcenia.
Ze względu na pandemię, udział wiernych będzie ograniczony. Ponadto, jeśli
spełnią się zapowiedzi przeciwników ostatniego rozstrzygnięcia Trybunału Konstytucyjnego,
w niektórych świątyniach (lub przed nimi)
mają odbywać się akcje protestacyjne.
Przez mniej więcej trzy wieki, do edyktu cesarza Konstantyna, nie było
kościołów (w sensie budynków), ale był Kościół, czyli żywe, ekspansywne
wspólnoty, roznoszące Ewangelię ze zdumiewającą skutecznością. Potem – i chyba ten stan trwa do dzisiaj –
nastąpił proces „zamurowywania” Kościoła, budowania najpierw drewnianych a
potem murowanych kościołów. Obecnie, zwłaszcza dobrze jest to widoczne w
Europie Zachodniej, coraz więcej jest opuszczonych świątyń lub przeznaczanych
na inne niż sakralne cele.
Ponad 20 lat temu trafiłem z grupą młodzieży do miasteczka pod Lyonem, chcieliśmy
odprawić Mszę Świętą. Zaprzyjaźnieni Francuzi oznajmili, że może być problem.
Okazało się, że musieli pójść do merostwa i poprosić o klucze do kościoła, w
którym od dawna nie odprawiano liturgii. Samo sprzątanie i odkurzanie świątyni
trwało kilka godzin. We wspomnianym mieście zbierał się jednak Kościół, kilkanaście
rodzin, co niedzielę siadali nad Ewangelią i modlili się, spotkania kończyli
agapą, późnym śniadaniem. Byli Kościołem, żywą wspólnotą, bez kościoła.
Podobną historię miałem na Kubie, w diecezji Santa Clara, gdzie jeden
ksiądz dojeżdżał do 26 miejsc, w których gromadziły się wspólnoty chrześcijan,
na katechezę, modlitwę i lekturę Ewangelii. Te spotkania odbywały się pod
namiotami albo wręcz na świeżym powietrzu pod palmami. To Kościół, który
zbierał się (i nadal się zbiera) bez kościoła.
Wierzę w słowa Chrystusa, że Jego Kościoła bramy piekielne nie przemogą,
jak czytam dzisiaj w Ewangelii. Kościoła, czyli żywej, solidarnej i zjednoczonej
w miłości wspólnoty. Nawet, jeśli te wspólnoty nie będą miały swoich budowli,
kościołów. Ufam także, iż obecne kryzysy, nawrócą nas wszystkich na Kościół
żywy. Taki Kościół, w którym więcej będzie służby niż władzy, więcej miłosierdzia
niż przepisów, więcej braterstwa niż podziału na księdza i „całą resztę”,
więcej dialogu niż pouczania, więcej przygarniania niż wskazywania kto jest „poza”,
więcej wolności niż piętnowania. Myślę, że taka jest przyszłość Kościoła. I
bardzo życzę, abyśmy wszyscy w takich wspólnotach się znaleźli, jako żywe
kamienie Kościoła.
Czytanie z Listu do Efezjan
Bracia:
Nie jesteście już obcymi i przybyszami,
ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga – zbudowani na
fundamencie apostołów i proroków, gdzie głowicą węgła jest sam Chrystus Jezus.
W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię, w Nim i wy
także wznosicie się we wspólnym budowaniu, by stanowić mieszkanie Boga przez
Ducha.
Ewangelia na dzisiaj
Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei
Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?»
A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana
Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z
proroków».
Jezus zapytał ich: «A wy za kogo Mnie
uważacie?»
Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś
Mesjasz, Syn Boga żywego».
Na to Jezus mu rzekł: «Błogosławiony
jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz
Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr,
czyli Opoka, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą.
I tobie dam klucze królestwa niebieskiego: cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie
związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie».
Obejrzenie tego filmu
zajmie Wam 2 minuty. To pomysł w nawiązaniu do Jana Pawła II i Jego wezwania do
wyobraźni miłosierdzia. Nas – Centrum Wolontariatu w Lublinie – ta wyobraźnia
poniosła do brzozowych mioteł i bezdomnych, którzy je produkują.
Tu jest film:
Taka miotła wydaje się być rzeczą banalną,
kryje się jednak za nią przywracanie ludzkiej godności. Podobnie jak zbierany
przez naszych bezdomnych braci złom, o którym z kolei przypomina ten film:
Będę bardzo wdzięczny, jeżeli zechcecie
rozpowszechnić tę informację.
Po miotły i w sprawie
złomu proszę dzwonić 731 086 520 lub mailować siejmydobro@gmail.com
O wirusie myślimy i
mówimy źle, to zrozumiałe wobec rosnących fal zakażeń i naszej bezradności. Wirus
daje nam jednak i szansę.
Widziałem w swoim
życiu już wiele rzeczy niemożliwych. Widziałem ponurą Polskę przed wyborem
Wojtyły na papieża. Widziałem mur berliński, sowieckie czołgi w naszych polskich
miastach i komunizm od Łaby po Władywostok. I żyję dzisiaj w innym świecie.
Jaką szansę daje nam
wirus? Szansę przebudowania naszej cywilizacji. Do przebudowy potrzebny jest
dobry plan. Od dawna podpowiadam – i sam się nimi kieruję – prymaty, które mogą
stanowić fundamenty Cywilizacji Miłości. Prymat osoby nad rzeczą, etyki nad
techniką i „być” nad „mieć”, te trzy są uniwersalne. Czwarty, prymat
miłosierdzia przed sprawiedliwością, ma wyraźne zabarwienie ewangeliczne, choć
jest do przyjęcia przez inaczej wierzących. Te prymaty sformułował Jan Paweł
II, najmocniej w encyklice „Dives In Misericordia”.
Co może być efektem
takiej przebudowy? Ponieważ widziałem już wiele rzeczy niemożliwych w życiu,
śmiało piszę, że efektem Cywilizacji Miłości może być pokonanie głodu na świecie, co jest skandalem oskarżającym
kolejne pokolenia. Wirus pokazał, że jesteśmy wszyscy siostrami i braćmi
podatnymi na zakażenie, ale przecież braterstwo może w końcu prowadzić do
zaprzestania wojen. Przyzwyczailiśmy się do świata, w którym normalną rzeczą są
wojny, głód, bieda, choroby, nierówności, uchodźcy, przemoc, dyskryminacja. Tej
sytuacji nie zmienią choćby największe akcje charytatywne i najliczniejsze
protesty. Tu jest potrzebny nowy projekt i nowa konstrukcja.
Ponieważ jednak nie
zarządzam całym światem, a jedynie jego nikłą częścią, robię, co mogę. Codziennie
dzielę się chlebem, zupą i herbatą z głodnymi i ubogimi. Zawsze staram się
słuchać samotnych i zagubionych. Z życzliwością przyjmuję uchodźców i
migrantów. Robię, co mogę.
Jeśli będzie nas
wielu, projekt może się rozszerzać i widzę, przynajmniej w moim środowisku, że
coraz więcej osób myśli podobnie. Widziałem już wiele rzeczy niemożliwych.
Nie jesteś
przypadkiem na tej ziemi. Nikt z nas nie jest przypadkowym bytem, bezwiednie
płynącym w nurcie historii. Tego m.in. nauczyłem się od Jana Pawła II. I będę
każdego z Was zachęcał do czytania Jana Pawła II, do czytania i stosowania.
Nie jestem
przypadkiem na tej ziemi. Jan Paweł II w pierwszej encyklice („Redemptor
Hominis”) pisał: „Albowiem On, Syn Boży, przez wcielenie swoje zjednoczył
się jakoś z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękami pracował, ludzkim myślał
umysłem, ludzką działał wolą, ludzkim sercem kochał, urodzony z Maryi Dziewicy,
stał się prawdziwie jednym z nas, we wszystkim do nas podobny oprócz grzechu”. Mamy
w sobie Boży pierwiastek. To w każdym czasie, może szczególnie w środku
epidemii, chcę przypomnieć. Chrystusowi podobni jesteśmy w naszej pracy,
myśleniu, działaniu i miłości. Dotyczy to tych z nas, którzy są jeszcze
niecovidovi, ale i tych którzy covida już mieli lub mają.
Jeszcze kiedy mógł
mówić, Jan Paweł II w Sopocie (1999) odwoływał się do wcześniejszego spotkania
w Gdańsku: „Słyszałem wtedy w Gdańsku od was «Nie ma wolności
bez solidarności». Dzisiaj trzeba powiedzieć: «nie ma solidarności
bez miłości»” — podkreślił. — Więcej: nie ma szczęścia, nie ma
przyszłości człowieka i narodu bez miłości, (…) która przebacza, choć
nie zapomina, jest wrażliwa na niedolę innych, nie szuka swego,
ale pragnie dobra dla drugich; miłości, która służy, zapomina o sobie
i gotowa jest do wspaniałomyślnego dawania”.
Przed nami batalia o
zdrowie własne i bliskich, zwyciężymy o ile nie zatruje nas wirus egoizmu, o
ile pozwolimy działać duchowi solidarności, która objawia się w miłości.
W natłoku
jubileuszowych wspomnień o św. Janie Pawle II, mogłoby Wam umknąć, że
liturgiczne wspomnienie Papieża przypada właśnie 22 października (data
inauguracji Jego pontyfikatu). Stąd ten wpis i zachęta do czytania Jana Pawła
II. I do stosowania. Na zdrowie duchowe i na powiew nadziei.