Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Na płycie nagrobnej księdza Jana zawsze
płonie kilka zniczy, skromny napis wieści, że spoczywa tu „Proboszcz parafii
Tomaszowice w l. 1952 – 1972. Więzień Zamku Lubelskiego”. W pamięci parafian
zachował się jako serdeczny pasterz, który był blisko swoich wiernych. W
dokumentach jawi się także jako odważny patriota.
W SUTANNIE PRZECIW
NIEMCOM I KOMUNISTOM
Sześćdziesiąt lat
temu w Lublinie toczył się proces przeciwko księdzu Janowi. Zarzucano mu, że
„usiłuje rozniecać w społeczeństwie antagonizm światopoglądowy, wykorzystując
ludzką ciemnotę do celów wrogich władzy ludowej”. W czasie kazania na pogrzebie jednego z członków PZPR, kapłan
krytycznie odniósł się do powojennej sytuacji w Polsce. – Po okupacji nadeszła
plaga ze Wschodu, plaga komunizmu, której kroki i zamiary skierowane były
przeciwko Kościołowi.
Komunistyczna prasa
rzucała obficie błotem w księdza, „Sztandar Ludu” krzyczał w tytule „Nie wolno
nadużywać sukni duchownej!”. Sąd wojewódzki skazał księdza Jana w listopadzie
1958 r. na dwa lata więzienia i 400 zł opłaty. Przeciwko wyrokowi protestują
parafianie – Podpisy kładli nie tylko starsi ale i dzieci oraz młodzież ze
wszystkich wiosek i kolonii z całej parafii. Także kółka rolnicze, straż
ogniowa, Koło Gospodyń Wiejskich i gromadzcy radni z Tomaszowic – czytamy w
kronice parafialnej. Księdza broniła także kuria, w osobie ks. dra Piotra
Stopniaka, ówczesnego wikariusza generalnego diecezji. Wzburzenie było znaczne,
z Lublina zawezwano oddział Korpusu Bezpieczeństwa
Narodowego, który zagroził karami za dalsze protesty.
Ksiądz odwołał się od
wyroku. Tymczasem tzw. władza ludowa nie
dawała mu spokoju. W grudniu 1959 roku, włodarze powiatu lubelskiego oznajmili,
że „został zdjęty z urzędu proboszcza parafii w Tomaszowicach”, a na zapytanie
co to oznacza usłyszał, iż „odtąd władze państwowe nie będą odpowiadać na pisma
i prośby”. Powodem gniewu było odprawianie – bez pozwolenia władz – nabożeństw
na cmentarzu we Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Proboszcz wstawia się za
swoimi parafianami, którym władze w ramach przymusowego kontyngentu zabierają
ostatnie krowy.
W lipcu r. 1961 Sąd Najwyższy w Warszawie uniewinnia proboszcza z Tomaszowic, zwalniając go także z uiszczenia opłat sądowych. – Sprawiedliwości stało się zadość, ale kto mi zwróci szkody i udręki z tych 4 lat? – odnotował w kronice ks. Jan. Z gratulacjami w specjalnym liście pośpieszył sam Prymas Polski, kard. Stefan WyszyńSTO DOLARÓW ZA ŻYDOWSKIE DZIECKOKsiądz Jan urodził się w Spiczynie, 10 stycznia 1907 r. Ukończył szkołę w pobliskich Kijanach, potem uczył się gimnazjach w Lublinie oraz Pińsku, tam też w wieku 21 lat wstąpił do seminarium duchownego. Po roku przenosi się do Lublina, przyjmuje święcenia kapłańskie w r. 1933, po czym studiuje na KUL-u prawo i teologię, kończąc ją z tytułem doktora. Kto wie czy doktorat poświęcony istocie męstwa w ujęciu św. Tomasza z Akwinu nie wpłynął na stanowczą i nieugiętą postawę księdza Jana, najpierw wobec Niemców a potem komunistów.Po studiach uczy religii w kilku lubelskich szkołach, m.in. w Szkole Budownictwa i gimnazjum drogowym. Jeszcze 20 lat później zapraszany jest do udziału w zjazdach absolwentów. Tuż przed wybuchem wojny służy jako kapelan w szpitalu wojskowym oraz w Dowództwie Okręgu Korpusu II. Gestapo aresztuje go w grudniu 1939 r. i umieszcza w grupie 84 duchownych na lubelskim zamku, razem z biskupami Fulmanem i Wł. Goralem, późniejszym męczennikiem i błogosławionym. Zostaje wpisany, razem z 11 innymi duchownymi na tzw. pierwszą listę śmierci, z postanowieniem rozstrzelania w dn. 26 grudnia w odwecie za zabójstwo dwóch Niemców. Od egzekucji chroni skazańców interwencja komendanta polskiej straży więziennej, p. Portycha. Po pół roku zostaje zwolniony z więzienia i skierowany do kościoła Św. Ducha.W kościele świętoduskim zaczyna się jedna z najpiękniejszych kart kapłaństwa i miłosierdzia w życiorysie ks. Jana. Na parterze plebanii aptekę – jedną z najlepszych w okresie międzywojennym – prowadził Emil Szymon Żółtowski, potomek piastowskiego rodu z okolic Płocka. Przed wojną bodaj najbogatszy lublinian, jeżdżący po mieście jedynym wówczas mercedesem, specjalnie wykonanym w Stuttgarcie i łowiącym ryby wędką zdobioną brylantami. Interesy farmaceutyczne wiązały Żółtowskiego z wieloma Żydami, którzy w obliczu zagłady szukali u niego pomocy. Aptekarz w porozumieniu ze swoim pracownikiem, Januszem Stanisławskim, nawiązali kontakt z konspiracją. Chcieli ratować Żydów, masowo wysyłanych wtedy do getta lub od końca r. 1941 do obozu na Majdanku. – Wyszedłem z więzienia na Zamku lubelskim i objąłem zastępstwo rektoratu kościoła św. Ducha w 1940 r., stąd często mogłem widywać się z p. Żółtowskim i pomagać mu – napisze kilkanaście lat później ks. Jan – Pomoc była różnego rodzaju. Sam mgr Żółtowski udzielał Żydom darów pieniężnych, skierowywał ich do ludzi sobie znanych i zaufanych na noclegi, wyrabiał Arbeitskarty (zezwolenia na pracę), a mnie prosił o dostarczanie metryk urodzenia i chrztu, nie tylko dla wielu z inteligencji żydowskiej z Lublina, ale i z Warszawy i z Radomia. Byli to aptekarze, kupcy, adwokaci i rzemieślnicy.Niemcy ustanowili także cenę za „wykupienie” jednego dziecka, z getta lub z obozu na Majdanku, było to 100 dolarów w złocie. Nie wiadomo ile osób uratowali do spółki aptekarz z księdzem. Zaopatrzeni w nową tożsamość Żydzi przedostawali się do dystryktu galicyjskiego, gdzie łatwiej można było przeżyć. Nazwiska mieli już polskie, jak Wiśniewski czy Kwiatkowski, bądź ukraińskie, jak Miszczuk czy Hawryluk. – Niebezpieczeństwo wpadki było duże – wyjaśnia ks. Jan – dlatego po wyświadczeniu takiej przysługi nie interesowaliśmy się dalszym losem tych ludzi. Z naszej strony był to akt miłosierdzia chrześcijańskiego ale i wyraz patriotyzmu polskiego.
https://vimeo.com/408337359/203bcab750
Na początku roku
1943, Niemcy zaczęli podejrzewać księdza o pomoc Żydom. Do czasu wkroczenia
Armii Czerwonej duchowny ukrywa się w Babinie i Matczynie. Posługuje jako
kapelan w oddziale „Nerwy” Narodowych Sił Zbrojnych, w okolicach Bychawy. W
nowym ustroju widział zagrożenie zarówno dla polskości i religijności. W czasie
sfingowanych wyborów do sejmu, w r. 1947, agitował przeciwko komunistom głosząc
publicznie hasło „Chcesz jeść wszy, głosuj na listę trzy!” Trochę wcześniej władze
partyjne zmusiły księdza do zmiany nazwiska, od 26 lipca 1946 r. zamiast
dotychczasowego ks. Jan Fiuta musiał podpisywać się ks. Jan Fiuta – Faczyński.
Emil Zółtowski za udział w AK trafia do obozu w Krzesimowie, tam dopada go
ciężka choroba, władze odbierają mu aptekę, umiera wycieńczony pod koniec roku
1951.
– To był bardzo
przyjazny ksiądz – wspomina swojego proboszcza p. Stanisława Szymańska z
Miłocina – zachodził do każdego domu, czasem wypijał mleko prosto z kanki.
Rozmawiał ze wszystkimi, dobrze nas rozumiał, czuliśmy, że jest blisko Pana
Boga.
Marcin Wąsowski jest dyrektorem. Jest też ojcem wspaniałych dzieci, z których najbardziej dogadywałem się z Jadzią. Dlatego, jak najsłuszniej wygłosił słowo ojca dyrektora.
https://vimeo.com/408938689/f5eca67ad6
I wiecie co? Do tej
pory myślałem, że to będzie radio, o czym mówili wcześniej Krysia Cugowska,
Grzesiek Głuch i Tomek Danielewicz. Ale teraz myślę, że to będzie chyba coś
innego.
Jak już podniesiecie
się ze śmiechu, napiszcie co.
Radziłbym wszystkim
Wam, abyście jak najszybciej rozstali się z perspektywą powrotu Do Tego Co Było
Przed Pandemią. Nie będzie już tak jak było. Będzie inaczej. Rozumiem tęsknotę
za tzw. normalnością, ale chyba musimy sobie czym prędzej wymyślić nową
normalność.
I my się zmienimy, owszem będziemy tymi samymi ludźmi, ale nie takimi samymi. Będziemy mieli inne państwo, inną edukację, inną służbę zdrowia (oby lepiej zorganizowaną), inny Kościół, inne społeczeństwo. Jasne, nie jestem prorokiem i nie wiem jak bardzo Inne będzie wszystko i jak bardzo Inni będziemy my sami. Ale w tym, co Inne i w Tym, Kto jest Inny, może tajemniczo przychodzić sam Bóg (czynię tu aluzję do intuicji Emmanuela Levinasa).
https://vimeo.com/408866799/5c13813d8b
Na naszym froncie
budowania Cywilizacji Miłości uszyliście dzisiaj kolejnych 700 maseczek, swoją
drogą nasza wielka szwalnia na niemal 300 osób wyprzedziła trochę powstającą
obecnie w Polsce inicjatywę. Wielkie ponad 25 kilogramowe paczki powędrowały do
kolejnych ubogich rodzin w naszym regionie, pakowali je dzisiaj terrytorialsi
lubelscy i nasi bezdomni. Biblijny Dzban na razie nie wyczerpuje się, dzięki
Waszej hojności.
Ponad 300 osób odmówiło
modlitwy za powierzonych sobie ludzi.
Za to wszystko nagrodę będziecie mieć w
Niebie, tu na ziemi macie podziw i Dziękuję albo Bóg Zapłać. Albo jedno i
drugie. Alleluja!
Przybliżając postać bł. Klary Szczęsnej trzeba zmierzyć się najpierw z grupą zakonów o nazwie sercanki. Najbardziej znane są cztery, tzw. francuskie (założone w Paryżu), tzw. niemieckie (założone we Wrocławiu, w 1928 r.) oraz dwa polskie konwenty, bezhabitowy, stworzony przez bł. H. Koźmińskiego i młodszy już w habitach, będący pomysłem św. bpa J.S. Pelczara.
2020.04.17 Słowo Boże na Piątek
https://vimeo.com/408323566/ba53db7228
BŁOGOSŁAWIONA
UCIECZKA
Bł. Klara, natchniona
przez św. Pelczara, zawiązała w 1894 r. w Krakowie pierwszą wspólnotę sióstr
pod nazwą „Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusa. Miała wówczas 31
lat. Wcześniej Ludwika Szczęsna (Klara to imię zakonne) była przez 10 lat
członkinią sercanek bezhabitowych (Zgromadzenie Córek Najczystszego Serca
Najświętszej Maryi Panny), tam nosiła imię Honorata, zapewne z wdzięczności dla
o. Honorata, który podczas rekolekcji poparł jej zamiar wstąpienia na drogę
życia poświęconego wyłącznie Bogu i ludziom. Jeszcze wcześniej Ludwika,
powodowana chęcią służenia Chrystusowi, uciekła w wieku 17 lat z domu
rodzinnego ponieważ ojciec pomimo sprzeciwu dziewczyny chciał wydać ją za mąż.
Była śliczną panną, o niebieskich oczach z jasno-kasztanowatymi włosami,
zabijali się o nią kawalerowie z całego Lubowidza na Mazowszu. Po ucieczce
przez cztery lata dawała sobie radę utrzymując się z krawiectwa.
LUBLIN NA TRASIE
KLARY
Kto wie, jak
potoczyłyby się dalsze losy błogosławionej i całego zakonu sercanek gdyby nie
epizod, który rozegrał się w czasie jej krótkiego, bo niespełna trzyletniego
pobytu w Lublinie. Trafiła do naszego grodu w r. 1889 jako bezhabitowa s.
Honorata, z powodu carskiej kasaty zakonów siostrom nie wolno było podejmować
żadnych aktywności. Do Lublina została wysłana jako nowa przełożona domu,
mieszczącego się w pałacyku przy ul. 3 Maja 14, dziś siedziby konsulatu
Ukrainy. Podała się duchowej opiece ks. Antoniemu Nojszewskiemu, wówczas
rektorowi lubelskiego seminarium, nota bene kierownikowi bł. Marty Wołowskiej,
jedynej beatyfikowanej rodem z Lublina. Tu opiekowała się służącymi, uczyła je
wraz z innymi mniszkami krawiectwa i gotowania. Jedna ze służących miała
siostrę, która była żoną lokaja u rosyjskiego gubernatora Władimira
Tchórzewskiego. Tak wieść o nielegalnym zakonie dotarła do władz, co pociągnęło
za sobą natychmiastową rewizję u sióstr. W jej toku żandarmi obszukali cały
dom, w końcu wywalili na podłogę zawartość wszystkich szuflad, węsząc za jakimś
dowodem przestępstwa młodych kobiet. W jednej z szuflad schowana była
książeczka z konstytucją zakonu, na szczęście przy wysypywaniu skrytki
zaczepiła się o górną listewkę i nie wypadła. Wypadł jedynie katechizm, a
posiadanie tegoż było już legalne. Władze uznały, że dziewczyny są jakimiś
nieszkodliwymi dewotkami, ale na wszelki wypadek nakazały pannom rozjechać się.
Honorata wróciła do Warszawy, a stamtąd przełożone wysłały ją czym prędzej do
Krakowa, przekonane, że na pewno jest śledzona i sprowadzi zagładę na
istniejący zaledwie 7 lat zakon. Tam poznała św. Pelczara, który zlecił jej
założenie nowych sercanek, już w habitach, co w zaborze austriackim było
dozwolone. Dwie siostry, Honorata i Alojza opuściły zgromadzenie bezhabitowe,
wyzwane przez dawne koleżanki od apostatek.
CAŁY ŚWIAT
Dziś sercanki bł. Klary w liczbie ponad 600
sióstr służą na trzech kontynentach, w ponad 70 domach, a od niemal 5 lat modlą
się przez wstawiennictwo swojej błogosławionej, szalonej założycielki. Pięknej
dziewczyny, która słabo umiała czytać i pisać, uczyła się tylko od wędrownego
nauczyciela, w wieku 10 lat straciła matkę. Dziewczyny, która całą sobą ukochała
Serce Pana Jezusa.
Jaka radość! Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Krasnymstawie dokłada się do Dzbana z mlekiem w proszku. I za to brawo! Dla prezesa Tadeusza Badacha i całej firmy. Tych z Was, którzy mają fabryki lub hurtownie spożywcze, zachęcamy do naśladowania Krasnegostawu. Obawiam się tylko, co będzie jak do akcji przyłączy się Perła i Polmos w Lublinie … Chcąc nie chcąc, oni też mają produkty spożywcze.
https://vimeo.com/408394453/3a5f829efe
Wciąż mamy nowe
zgłoszenia od ubożejących rodzin, będzie ich pewnie coraz więcej. Wasze wsparcie
jest cudowne. To jest właśnie wspólne budowanie Cywilizacji Miłości.
Dziękujemy. Ten wpis rozklejajcie, udostępniajcie, promujcie! Alleluja!
Niewielu lublinian, tym bardziej gości, przechodząc Krakowskim Przedmieściem obok obecnej Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, zdaje sobie sprawę, że mija dom, w którym urodziła się i wychowała Kazimiera Wołowska. Jedyna lublinianka wśród błogosławionych i męczenniczek Kościoła i jedyna, zapomniana niestety, mistyczka z Lublina.
https://vimeo.com/408057983/8fdd0b5be8
Wołowscy zajmowali
pod koniec XIX wieku okazały pałac przy Krakowskim Przedmieściu, zbudowany sto
lat wcześniej przez ród Morskich. Tam na świat przyszła 12 października 1879 r.
Kazimiera, jako najmłodsze spośród siedmiorga dzieci Marii i Józefa Wołowskich.
Ojciec administrował majątkami ziemskimi na Lubelszczyźnie, dom prowadziła matka.
Rodzice zadbali o wykształcenie i wychowanie dzieci, lekcji udzielali im znakomici
nauczyciele, przez długie lata posługę katechety i spowiednika dla całej
rodziny pełnił ks. Antoni Nojszewski, rektor lubelskiego seminarium
OD ZAKOCHANIA DO
KLASZTORU
Droga do odkrycia
powołania zakonnego zaczęła się w ósmym roku życia Kazimiery, podczas
rekolekcji u kapucynów w Zakroczymiu (odprawiała je z całą rodziną), jedna z
sióstr felicjanek stwierdziła, że widzi w niej zakonnicę. Cierpienie, jakiego
doświadczyła w wieku 13 lat przy śmierci matki, skierowało jej myśli ku sprawom
duchowym, choć żadnej decyzji jeszcze nie podjęła. Kilka lat później zakochuje
się, jak sama napisze, „bardzo silnie i to w człowieku wartościowym”. Uczucia
obojga młodych rozwijały się gorąco aż do wtorku 1 listopada r. 1898. Przyszła
błogosławiona zapamiętała w szczegółach zdarzenie, które zdecydowało o jej
dalszym życiu. Wraz z ojcem i siostrą Adą poszła na uroczystość Wszystkich
Świętych do pobliskiego kościoła kapucynów, jak zwykle stanęła przy
konfesjonale obok zakrystii, dwa metry od niej modlił się ukochany chłopak.
– W czasie tej
Mszy świętej zaszło
coś, czego do
dziś dnia wytłumaczyć
sobie nie mogę.
Modliłam się …
Oddawałam się Panu
Jezusowi na wszystko…
– wspomina autorka w późniejszej notatce przekazanej swojemu
zgromadzeniu – Pokazał mi
Pan Jezus całe
moje życie, jakbym
je całe wtedy
przeżyła. Pokazał mi
Pan Jezus bliską
śmierć mego ukochanego
ojca i parę
zewnętrznych zdarzeń, które
się co do
joty sprawdziły. Stanęło mi
Zgromadzenie nasze jako
wolą Bożą mi
przeznaczone i jednocześnie
główne zasady i
cechy Zgromadzenia. Jasnym mi
było że wewnętrzne
przerobienie do gruntu
i „śmierć sobie” tam
jest dla mnie i że tylko od aktu silnego z mej strony
zależy pójście drogą absolutnego wyrzeczenia się siebie. Od tej
Mszy św. znam
Mateczkę i znam
ducha Zgromadzenia.
Takie nagłe i silne
wtargnięcia świata łaski w ludzkie serca towarzyszyły wielu chrześcijanom,
czasem prowadząc do wyboru życia poświęconego Bogu w zakonie, kiedy indziej
owocując głębokim nawróceniem – żeby przypomnieć choćby historię Andre
Frossarda, który wszedł do paryskiej kaplicy jako agnostyk, by po kilku
minutach wyjść jako człowiek zachwycony tajemnicą Boga.
Po rozstaniu z wybrankiem
serca, Kazimiera odwiedza Jazłowiec (dziś Ukraina), gniazdo Zgromadzenia Sióstr
Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, czyli niepokalanek. Waha się
jeszcze, zwłaszcza, że usilnie od wstąpienia do tego zakonu odżegnują ją
znajomi jezuici. Wkrótce przychodzi mocny cios, na atak serca w r. 1899 umiera
ojciec. Pół roku później Wołowska spotyka się z założycielką zgromadzenia bł.
Marceliną Darowską, a jesienią r. 1900 rozpoczyna u sióstr postulat. Przyjmuje
imię s. Marty od Jezusa. – „Ciężki miałam
postulat – notuje nowa zakonnica – wszystkie diabły rozrywały
mą duszę. Zostałam jedynie
na słowo Matki,
które dotąd słyszę:
„możesz jechać –
furta otwarta”. A
ja Mateczce na
to, że jej
najcałkowiciej ufam i
polegam na jej
zdaniu”.
OD SIEROCIŃCA DO
MĘCZEŃSTWA
Realizacja powołania
zakonnego s. Marty od Jezusa związana
będzie z pracą na Wschodzie Rzeczpospolitej, z wyjątkiem krótkich pobytów w
Nowym Sączu i Szymanowie. Pierwszą placówką, którą kierowała już jako
przełożona (1919 – 1928), był Maciejów (dziś Łukiw) na Wołyniu, miasteczko w
pobliżu Kowla. Zgodnie z najważniejszą misją zgromadzenia, wychowywania w
wierze i miłości do Ojczyzny, siostra podjęła niezwykle skuteczne dzieło wśród
tamtejszej młodzieży i dzieci. Najpilniejszą wówczas potrzebą, zaraz po wojnie,
było stworzenie miejsc opieki nad sierotami wojennymi, w Maciejowie
niepokalanki zbierają ich prawie sto.
„Były to dzieci pozbierane z lasów i dróg – napisała s. Marta– które prócz okropności wojennych niczego w
życiu nie widziały.” Do maciejowskiego sierocińca trafiały dzieci
ukraińskie, żydowskie i polskie, oprócz dachu nad głową trzeba było zapewnić im
wyżywienie, co wiązało się z ogromnymi problemami. S. Wołowska patrzy jednak
dalej, wie, że bez umiejętności choćby czytania i pisania, przyszłość dzieci
będzie ciężka. W ciągu kilku tygodni uruchamia szkołę podstawową, która działa
niecały rok. Na Wołyń nadciągają hordy wojsk sowieckich, udaje się ewakuować
dzieci i siostry do Szymanowa. Po przepędzeniu bolszewików, już jesienią 1920
r. s. Marta wraca do Maciejowa, na nowo otwiera szkołę i sierociniec, odnawia
klasztorną kaplicę. Podejmuje ideę założenia seminarium pedagogicznego, kształcącego
przyszłe wychowawczynie i nauczycielki do pracy na Wołyniu. Siostry prowadzą
również pracę duszpasterską, przygotowują dzieci, młodzież i dorosłych do
sakramentów, dbają o głodnych i bezdomnych, których tysiące trafiają do
klasztoru. Wszystkim dziełom przyświeca dewiza założycielki niepokalanek, bł. s.
Marceliny – „Trzeba tylko zacząć”.
Dalej już Pan Bóg znajdzie środki i ludzi. Podobne dzieło, równie owocne –
szkoła i seminarium nauczycielskie – s. Marta tworzy w nadbużańskim Wirowie,
niedaleko Sokołowa Podlaskiego.
Na dwa miesiące przed
wybuchem drugiej wojny światowej władze zakonne delegują s. Wołowską do opieki
nad wszystkim dziełami niepokalanek na Kresach i osadzają w roli przełożonej w
Słonimiu (dziś Białoruś). Najpierw inwazja sowietów zmusza siostry do
opuszczenia szkoły i klasztoru, a po niespełna dwóch latach nadchodzi żywioł
niemiecki. Zaczyna się eksterminacja Żydów, w getcie w Słonimiu i w pobliskich
lasach Niemcy dokonują egzekucji ponad 35 000 kobiet, mężczyzn i dzieci.
Wielu szuka i znajduje schronienie w klasztorze niepokalanek. S. Marta pomimo
świadomości grożącej jej śmierci, ukrywa i ocala życie kilkudziesięciu
Żydom. Razem ze współsiostrą Ewą
Noiszewską i jezuitą o. Adamem Sztarkiem zostaje rozstrzelana 19 grudnia 1942
r. w lesie zwanym Górą Pietralewicką, dwa kilometry od Słonimia. W r. 1999 Jan
Paweł II beatyfikuje siostry, rok później o. Adam pośmiertnie otrzymuje medal
„Sprawiedliwy wśród narodów świata”.
Na ścianie domu obok
dawnego pałacu Wołowskich w czerwcu 2003 r. zawisła okolicznościowa tablica, dedykowana
bł. Marcie. Od tego czasu obraz błogosławionej znajduje się także w lubelskiej
archikatedrze.
O ciężkim biznesie
tajemniczo opowiada Kordian na filmie, ale na pewno jest to dobra praca dla
bezdomnych. Miejsce ich pracy już widzicie, na razie pokonujemy gąszcze prawne.
Maseczki poszły dziś do sióstr i braci
bezdomnych, żeby od jutra nie dostawali mandatów po 500 zł, których i tak by
nie zapłacili.
Za to mamy lawinę telefonicznych próśb o
pomoc żywnościową, ale ufamy, że DZBAN MĄKI się nie wyczerpie. Dzięki Wam także.
Od jutra dystrybuujemy kolejne 1 000
paczek (każda po ok. 25 kg).
Nowa Cywilizacja
Miłości to właśnie te paczki, które trafiają do rodzin, gdzie rodzice tracą
pracę, a wraz z tym i nadzieję.
Wasze maseczki
dotarły dziś też do naszej Policji, która będzie rozdawać je napotkanym ubogim
i bezdomnym. Bo przecież siostry policjantki bracia policjanci nie chcą dawać
im mandatów, bo wiedzą, że ci ubodzy nie zapłacą. A jak dostaną mandat i nie
zapłacą, to pójdą do więzienia.
PS. Duchowy odcinek Itinerarium pojawia się od niedawna o godz. 5:00 rano, chyba, że ktoś na stronie internetowej www.itinerarium.pl subskrybuje sobie przesyłkę – wtedy ma wieczorem poprzedniego dnia.