Niewielu lublinian, tym bardziej gości, przechodząc Krakowskim Przedmieściem obok obecnej Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, zdaje sobie sprawę, że mija dom, w którym urodziła się i wychowała Kazimiera Wołowska. Jedyna lublinianka wśród błogosławionych i męczenniczek Kościoła i jedyna, zapomniana niestety, mistyczka z Lublina.
Wołowscy zajmowali pod koniec XIX wieku okazały pałac przy Krakowskim Przedmieściu, zbudowany sto lat wcześniej przez ród Morskich. Tam na świat przyszła 12 października 1879 r. Kazimiera, jako najmłodsze spośród siedmiorga dzieci Marii i Józefa Wołowskich. Ojciec administrował majątkami ziemskimi na Lubelszczyźnie, dom prowadziła matka. Rodzice zadbali o wykształcenie i wychowanie dzieci, lekcji udzielali im znakomici nauczyciele, przez długie lata posługę katechety i spowiednika dla całej rodziny pełnił ks. Antoni Nojszewski, rektor lubelskiego seminarium
OD ZAKOCHANIA DO KLASZTORU
Droga do odkrycia powołania zakonnego zaczęła się w ósmym roku życia Kazimiery, podczas rekolekcji u kapucynów w Zakroczymiu (odprawiała je z całą rodziną), jedna z sióstr felicjanek stwierdziła, że widzi w niej zakonnicę. Cierpienie, jakiego doświadczyła w wieku 13 lat przy śmierci matki, skierowało jej myśli ku sprawom duchowym, choć żadnej decyzji jeszcze nie podjęła. Kilka lat później zakochuje się, jak sama napisze, „bardzo silnie i to w człowieku wartościowym”. Uczucia obojga młodych rozwijały się gorąco aż do wtorku 1 listopada r. 1898. Przyszła błogosławiona zapamiętała w szczegółach zdarzenie, które zdecydowało o jej dalszym życiu. Wraz z ojcem i siostrą Adą poszła na uroczystość Wszystkich Świętych do pobliskiego kościoła kapucynów, jak zwykle stanęła przy konfesjonale obok zakrystii, dwa metry od niej modlił się ukochany chłopak.
– W czasie tej Mszy świętej zaszło coś, czego do dziś dnia wytłumaczyć sobie nie mogę. Modliłam się … Oddawałam się Panu Jezusowi na wszystko… – wspomina autorka w późniejszej notatce przekazanej swojemu zgromadzeniu – Pokazał mi Pan Jezus całe moje życie, jakbym je całe wtedy przeżyła. Pokazał mi Pan Jezus bliską śmierć mego ukochanego ojca i parę zewnętrznych zdarzeń, które się co do joty sprawdziły. Stanęło mi Zgromadzenie nasze jako wolą Bożą mi przeznaczone i jednocześnie główne zasady i cechy Zgromadzenia. Jasnym mi było że wewnętrzne przerobienie do gruntu i „śmierć sobie” tam jest dla mnie i że tylko od aktu silnego z mej strony zależy pójście drogą absolutnego wyrzeczenia się siebie. Od tej Mszy św. znam Mateczkę i znam ducha Zgromadzenia.
Takie nagłe i silne wtargnięcia świata łaski w ludzkie serca towarzyszyły wielu chrześcijanom, czasem prowadząc do wyboru życia poświęconego Bogu w zakonie, kiedy indziej owocując głębokim nawróceniem – żeby przypomnieć choćby historię Andre Frossarda, który wszedł do paryskiej kaplicy jako agnostyk, by po kilku minutach wyjść jako człowiek zachwycony tajemnicą Boga.
Po rozstaniu z wybrankiem serca, Kazimiera odwiedza Jazłowiec (dziś Ukraina), gniazdo Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, czyli niepokalanek. Waha się jeszcze, zwłaszcza, że usilnie od wstąpienia do tego zakonu odżegnują ją znajomi jezuici. Wkrótce przychodzi mocny cios, na atak serca w r. 1899 umiera ojciec. Pół roku później Wołowska spotyka się z założycielką zgromadzenia bł. Marceliną Darowską, a jesienią r. 1900 rozpoczyna u sióstr postulat. Przyjmuje imię s. Marty od Jezusa. – „Ciężki miałam postulat – notuje nowa zakonnica – wszystkie diabły rozrywały mą duszę. Zostałam jedynie na słowo Matki, które dotąd słyszę: „możesz jechać – furta otwarta”. A ja Mateczce na to, że jej najcałkowiciej ufam i polegam na jej zdaniu”.
OD SIEROCIŃCA DO MĘCZEŃSTWA
Realizacja powołania zakonnego s. Marty od Jezusa związana będzie z pracą na Wschodzie Rzeczpospolitej, z wyjątkiem krótkich pobytów w Nowym Sączu i Szymanowie. Pierwszą placówką, którą kierowała już jako przełożona (1919 – 1928), był Maciejów (dziś Łukiw) na Wołyniu, miasteczko w pobliżu Kowla. Zgodnie z najważniejszą misją zgromadzenia, wychowywania w wierze i miłości do Ojczyzny, siostra podjęła niezwykle skuteczne dzieło wśród tamtejszej młodzieży i dzieci. Najpilniejszą wówczas potrzebą, zaraz po wojnie, było stworzenie miejsc opieki nad sierotami wojennymi, w Maciejowie niepokalanki zbierają ich prawie sto. „Były to dzieci pozbierane z lasów i dróg – napisała s. Marta– które prócz okropności wojennych niczego w życiu nie widziały.” Do maciejowskiego sierocińca trafiały dzieci ukraińskie, żydowskie i polskie, oprócz dachu nad głową trzeba było zapewnić im wyżywienie, co wiązało się z ogromnymi problemami. S. Wołowska patrzy jednak dalej, wie, że bez umiejętności choćby czytania i pisania, przyszłość dzieci będzie ciężka. W ciągu kilku tygodni uruchamia szkołę podstawową, która działa niecały rok. Na Wołyń nadciągają hordy wojsk sowieckich, udaje się ewakuować dzieci i siostry do Szymanowa. Po przepędzeniu bolszewików, już jesienią 1920 r. s. Marta wraca do Maciejowa, na nowo otwiera szkołę i sierociniec, odnawia klasztorną kaplicę. Podejmuje ideę założenia seminarium pedagogicznego, kształcącego przyszłe wychowawczynie i nauczycielki do pracy na Wołyniu. Siostry prowadzą również pracę duszpasterską, przygotowują dzieci, młodzież i dorosłych do sakramentów, dbają o głodnych i bezdomnych, których tysiące trafiają do klasztoru. Wszystkim dziełom przyświeca dewiza założycielki niepokalanek, bł. s. Marceliny – „Trzeba tylko zacząć”. Dalej już Pan Bóg znajdzie środki i ludzi. Podobne dzieło, równie owocne – szkoła i seminarium nauczycielskie – s. Marta tworzy w nadbużańskim Wirowie, niedaleko Sokołowa Podlaskiego.
Na dwa miesiące przed wybuchem drugiej wojny światowej władze zakonne delegują s. Wołowską do opieki nad wszystkim dziełami niepokalanek na Kresach i osadzają w roli przełożonej w Słonimiu (dziś Białoruś). Najpierw inwazja sowietów zmusza siostry do opuszczenia szkoły i klasztoru, a po niespełna dwóch latach nadchodzi żywioł niemiecki. Zaczyna się eksterminacja Żydów, w getcie w Słonimiu i w pobliskich lasach Niemcy dokonują egzekucji ponad 35 000 kobiet, mężczyzn i dzieci. Wielu szuka i znajduje schronienie w klasztorze niepokalanek. S. Marta pomimo świadomości grożącej jej śmierci, ukrywa i ocala życie kilkudziesięciu Żydom. Razem ze współsiostrą Ewą Noiszewską i jezuitą o. Adamem Sztarkiem zostaje rozstrzelana 19 grudnia 1942 r. w lesie zwanym Górą Pietralewicką, dwa kilometry od Słonimia. W r. 1999 Jan Paweł II beatyfikuje siostry, rok później o. Adam pośmiertnie otrzymuje medal „Sprawiedliwy wśród narodów świata”.
Na ścianie domu obok dawnego pałacu Wołowskich w czerwcu 2003 r. zawisła okolicznościowa tablica, dedykowana bł. Marcie. Od tego czasu obraz błogosławionej znajduje się także w lubelskiej archikatedrze.

