Po co chodzimy do kościoła? Po co pójdziemy dzisiaj? Dla wielu z nas to pytanie równa się zapytaniu „Po co jemy śniadanie?” W ogóle przepraszam za zadawanie trudnych pytań w niedzielę po zmianie czasu.

Na pewno nie dla pokazania ładnych ubrań, dziś już tę funkcje przejęły galerie handlowe i deptaki. Coraz mniej z nas chodzi, aby zadowolić wyobrażenia rodziców, teściów i krewnych, nie mówiąc o sąsiadach. To po co?
Ja chodzę, nawet codziennie, przynajmniej z trzech powodów. Najpierw po to, aby spotkać się i przyjąć Chrystusa, który daje mi życie wieczne. Po drugie, po to, aby zobaczyć was, innych, którzy pewnie przychodzą po to samo, czyli dla odczucia wspólnoty. I po trzecie, chodzę też po to, aby poznać prawdę o sobie, jak ten bezimienny celnik z dzisiejszej Ewangelii. Prawdy, że jestem grzesznikiem, którego kocha Bóg i którym ludzie nie pogardzają. Amen.
Ewangelia na dzisiaj:
Jezus opowiedział niektórym, co dufni byli w siebie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść:
«Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”.
A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”
Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony».
(Łk 18,9-14)

