Pan Henryk nabroił nieco i dostał wyrok, a nawet wezwanie do stawienia się w zakładzie karnym w celu odbycia kary. Ponieważ jest ciepło, można spać na dworze, w ogrodach dojrzały morele i o kanapki wysępione od przechodniów nie trudno, pan Henryk raczej nie chce dobrowolnie iść za kraty.

Ponadto, jak powiedział jego brat, pan Henryk się ukrywa. Spotkałem ich obydwu niedaleko centrum miasta i zdziwiłem się, że się ukrywa skoro akurat się nie ukrywa.
– A właśnie, że się ukrywam! – dowodził pan Henryk – Chodzę tutaj w centrum i nie znajdą mnie. Niebiescy (czyli policjanci) jeżdżą co drugi dzień po dzielnicy, ja tam nie chodzę, głupi nie jestem!
Pan Henryk ukrywa się już ponad pół roku i zamierza się ukrywać jeszcze ze dwa miesiące, bo jak się zrobi zimno, to może przestanie.
– Wie ksiądz – wyznał szczerze – może bym i poszedł do więzienia, ale normalnie nie mogę.
– Bo? – dopytywałem.
– Bo to na końcu miasta i nie mam na bilet, żeby dojechać.
– To może ja panu pożyczę… – zaproponowałem nieśmiało.
– Ksiądz chce mnie do więzienia wysłać? Nie spodziewałem się…
– Ależ panie Heniu, ja żartowałem przecież! – zacząłem się bronić.
– No to jak już ksiądz chciał pożyczyć na ten bilet, to ja poproszę…
Pożyczyłem. A wczoraj widziałem, że pan Heniu nadal się ukrywa w centrum miasta. Tym razem spacerował jakieś sto metrów od komendy wojewódzkiej policji.

