Bezpiecznym sposobem kontaktu z Ewangelią jest jej czytanie i podziwianie. Do podziwu są historie z udziałem Jezusa, możliwe do najróżniejszej interpretacji. Są celne maksymy, frazy poetyckie, wielopoziomowe w znaczeniu opowieści i przypowieści, dicta Jezusowe. W miarę przybywania lat i doświadczenia, stają się coraz cenniejszym źródłem samorozumienia i poglądu na świat, życie, relacje z ludźmi i na samego Boga.
Bardziej niebezpiecznym sposobem lektury Ewangelii jest poddanie się jej duchowi. W tym momencie mamy dużą zdolność uśmiercania jej wpływu. Zapewne najbardziej grozi to kaznodziejom, którzy wciąż „mówią o Ewangelii”, interpretując ją i reinterpretując, wyciągając coraz smakowitsze niuanse. I rzeczywiście Ewangelia pozwala na to.
Duch Ewangelii, jeśli okażemy mu posłuch, nie pozostawia nas jednak w miejscu. Choć oczywiście wielu wierzących naczytuje (lub nadsłuchuje) tylko Ewangelię, z niezłym skutkiem poznawczym.
Duch Ewangelii zawsze każe nam zrobić ruch. Albo w stosunku do życia, albo w stosunku do innych ludzi, albo ruch wewnątrz siebie, albo ruch na linii ja-Bóg, albo wreszcie w jakiejś szczególnej sferze naszego życia.
Jeden z moich przyjaciół, zakochany od wczesnego dzieciństwa w Ewangelii, bardzo płonął chęcią wielkich działań, inspirowanych jej duchem. Jego Matka, przy każdej próbie marzeń, mówiła z kolei okropnie nie-ewangelicznie bądź nawet, jak mniemał, anty-ewangelicznie:
– Ustaw równo kapcie przy łóżku, jak idziesz spać.
Matki młodocianych fanów Ewangelii zwykle bywają nader obce Ewangelii, prawda?
Po wielu latach Leszek zrozumiał jednak, że w tym matczynym upominaniu była najgłębsza racja: trzeba najpierw zrobić ten najbliższy, może z pozoru banalny, ruch.
Jak tam twoje kapcie? Równiutko stały przy łóżku?

