Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Pod koniec lipca 1920
r. ówczesny premier Polski, Wincenty
Witos pojechał z Warszawy do rodzinnych włości, aby doglądnąć żniw w
gospodarstwie. Został obśmiany przez ambasadorów ententy (Francja, Anglia i ich
pomniejsi sojusznicy), że jako „chłop z Galicji” nie rozumiał powagi sytuacji,
wobec komunistycznej zarazy nadciągającej wraz z Armią Czerwoną.
Witos zaraz wrócił do
stolicy, pojawiał się na frontach walki z sowietami i wspierał walczące polskie
wojsko. Rozumiał, że naród przetrwa jeśli będzie miał go kto bronić (żołnierz)
i wyżywić (chłop).
Dziś, po stu latach,
praca rolników nie ma szacunku, wszak gdy zabraknie polskiej mąki, przyślą nam inną
z Chin. Nawet średnio zaawansowany smakosz pieczywa odgadnie jednak różnicę między
polską bułeczką a podróbkami zza granicy. Na korzyść tej pierwszej.
Trwają polskie żniwa,
z ziaren pszenicy, żyta, owsa, jęczmienia, powstaną chleby i bułki, a z nich
radość śniadań i kolacji, energia do pracy i myślenia. I stąd ta wdzięczność
dla rolnika, dawniej chłopa, za chleb powszedni. Chleb, który przez nich Pan
Bóg nam daje.
Jeden z moich
przyjaznych krytyków zapytał mnie niedawno czy nadal wierzę w to moje Królestwo
Boże i Cywilizację Miłości. Ponieważ potwierdziłem, zasypał mnie
kontrargumentami – „A nie widzisz co się dzieje? Kradzież kwitnie coraz mocniej
choć zyskała niewinne imię korupcji, kłamstwo jest już normą choć dzierży miano
skutecznej polityki a wykorzystywanie ludzi ochrzczono jako rozwój i wzrost gospodarczy!”
Nie jestem ślepy,
widzę, co się dzieje. Przypomniała mi się historia sprzed 10 lat, z powodzi na
Powiślu w Wilkowie. Pewien starszy pan opowiadał swoją sytuację, Wisła zalała
najpierw jego plantację malin, wtedy uciekł na podwórze gospodarstwa. Potem,
gdy woda wzbierała, wszedł na piętro domu, a gdy już przekroczyła 3 metry, wdrapał
się na dach i wtedy był już całkowicie pewny, że ktoś go uratuje. Rzeczywiście
straż pożarna na łodzi motorowej bez trudu dostrzegła człowieka na szczycie
dachu.
Tak, widzę co się
dzieje, i dlatego jestem przekonany, że do przełomu jest znacznie bliżej pomimo
wszelkich fal zła, przeciwnych Cywilizacji Miłości. I tą wiarą dzielę się z Wami.
Z zachowaniem
proporcji oczywiście, kilkudziesięciu entuzjastów nauki Chrystusa, Ewangelii,
zdawało się nie mieć żadnych szans. Wybrali wątpliwą i słabą z pozoru drogę
prawdy, uczciwości, miłości, dobra, pokoju i miłosierdzia. Piękna droga, na
której i my, mam nadzieję, jesteśmy.
W sytuacjach wielkiego
napięcia, zamętu i nadejścia niewiadomego, warto pójść za prostymi odruchami serca.
Kiedy widzimy kłębiące się, ołowiane chmury, lepiej jest zamknąć okna i zdjąć z
balkonów donice z kwiatami. A kiedy już widać błyskawice dobrze jest nie łazić
po otwartej przestrzeni.
Tak jak i wy, nie
wiem co dalej z pandemią. Nie zazdroszczę tym, którzy podejmować muszą decyzje
o ograniczeniach, np. o kontrolach na weselach (o czym wczoraj już mówiło się
wiele). Nie wiadomo jak jest, nie wiadomo jak będzie, a trzeba coś robić.
Co podpowiadają
intuicje serca? Zawsze warto coś dobrego zrobić, nawet małego. Komuś wybaczyć,
kogoś innego przeprosić, a jeszcze z innym w końcu się dogadać. Rzecz w tym,
żeby znowu nie odkładać tego skromnego ale niezbędnego dobra.
I najważniejsze,
wiem, że zapachnie oczywistością. Ale powtórzę, nie wolno zapomnieć ani znowu
odłożyć tego, co z miłości jest do zrobienia. I koniecznie zjeść dobre lody!
Pewien bardzo rozumny
kot oglądał telewizję i po jakimś czasie stwierdził zniesmaczony: Tam też jest,
tylko gorszy, bo bełkot. To ten sam rozumny kot, który zobaczywszy po raz
pierwszy plażę krzyknął z zachwytem – „Ale kuweta!”
Musimy się jakoś
ratować z bełkotu fundowanego nam przez świat polityki i powielanego przez
media. Myślę, że spragnienie jesteśmy mowy prostej, przeźroczystej, spokojnej i
powolnej. I chyba osiągamy apogeum tolerancji dla krzyku, ochrypłego wrzasku i
świstu oskarżeń.
Ja przynajmniej marzę
o spełnianiu się ewangelicznej zasady: „Niech
wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt
5). I co za tym idzie, sobie i Wam życzę dnia i tygodnia całego pełnych
prostych, dobrych słów, czystych jak źródlana woda, gaszących pragnienie sensu
i piękna. I żeby w tych naszych słowach odzywała się dusza radosna, głęboka i
prawdziwa.
Tak, tak, nie, nie. A
co nadto jest, odrzućmy od razu.
Tak naprawdę sens przypowieści o perle i skarbie zrozumiałem dzięki
zaprzyjaźnionym uchodźcom i emigrantom oraz bezdomnym.
Wdowa, która uszła z życiem z terenu wojny, z czterema małymi synami. Miała
przy sobie tylko paszporty, swoje i dzieci, a cały jej dobytek mieścił się w niedużym
kaukaskim kuferku. Ta kobieta straciła wszystko, ale ze łzami w oczach pokazywała
na swoje dzieci i mówiła: „Moje największe skarby mam przy sobie!”
Podobne historie słyszałem w wielu krajach, w różnych obozach dla uchodźców,
gdzie często kilkuosobowa rodzina żyła pod jednym namiotem na pustyni albo w
ciasnym pokoju w zniszczonym baraku. Przekonywali, że wszystko będzie dobrze,
bo są z dziećmi, małżonkami, rodzeństwem. Owszem, opowiadali o wspaniałych rzeczach,
które utracili ale cieszyli się najbliższymi jak największymi skarbami.
Kiedy rozmawiam z ludźmi bezdomnymi, najsmutniejsi są ci, którzy muszą
spędzać samotne noce w zawaliskach, a jedynymi ich towarzyszami są szczury. Z
kolei ci, którzy nocują we dwoje zwykle są promienni i spokojniejsi, wiedzą, że
ktoś jest obok, że mogą się do kogoś przytulić, że jakoś ten drugi czuwa.
Nazywam te związki błogosławionymi konkubinatami, pewnie i u Pana Boga jest to
mile widziana bliskość.
A my? Zbieramy całe życie różne graty, pudła i torby, mamy całą masę,
ogromną masę skarbów. Może dzisiaj tę manię zbieractwa obrazuje portfel
wypchany kartami kredytowymi, rabatowymi oraz czytnikami z kodami dostępu.
Życie z sensem, w przeciwieństwie do promowanej dziś lekkości szybkiego przemykania
przez kolejne lata, to odkrycie skarbów w najbliższych ludziach. Ludzie, dla
których możemy rzucić wszystkie karty bankowe, byleby oni ocaleli. Sens życia nadać może też jakaś idea, prawdziwa
perła, niech to będzie służba prawdzie, ściganie wiedzy, chwytanie piękna (a
potem oddawanie go w symfoniach czy pejzażach) czy dźwiganie upadających sióstr
i braci. Słowem coś, bez czego nie potrafimy rano zrywać się do życia, na sto
procent przeżywać każdego dnia i każdej nocy.
Na zdjęciu – spotkanie z czeczeńskimi uchodźcami i ich skarbami w Brześciu (Białoruś).
Ewangelia na dzisiaj:
Jezus opowiedział
tłumom taką przypowieść:
«Królestwo niebieskie
podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył
ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.
Dalej, podobne jest
królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną
drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją».
W zamęcie
pandemicznym, w niepewności przyszłości, wreszcie w beztrosce wakacyjnej możemy
zgubić najistotniejsze rzeczy. Oczy i uszy łowią wciąż nowe wrażenia, transmitują
je do naszych głów a potem do serc. Tak możemy sobie wyhodować lęk i apatię,
pustkę i nudę, głupotę i nawet szaleństwo.
Przypominam, że warto
żyć szczęśliwie, a do tego konieczne są piękne obrazy już w pełni dojrzałych
zbóż, każdy naturalny kolor, dźwięki wiatrów i powiewów, zapachy traw i
kwiatów, zasłuchanie w szum strumieni czy spokojne falowanie jeziora.
I jeszcze ludzie są
bardzo potrzebni, ludzie, z którymi dzielić możemy myśli, uczucia, słowa,
marzenia i żarty.
Z pięknych obrazów,
dźwięków i głębokich rozmów wyrastają wielkie drzewa pogodnych i radosnych
myśli, a na nich rodzą się owoce naszych szczęść. Tak to wymyślił kochający nas
Pan Bóg. Tak sobie szczęście zbierajcie dziś, jutro i nawet w poniedziałek.
Wzruszają nas sceny,
kiedy babcia bawi się z wnuczkiem, dobrze się rozumieją i zaśmiewają. Podobnie
kiedy dziadek uczy wnuczkę jazdy na rowerku.
Takie obrazki przejdą
wkrótce w Holandii do historii. W tamtejszym parlamencie znalazł się projekt ułatwiający
eutanazję. Autorzy projektu sugerują, że o eutanazję będzie się mógł ubiegać każdy
po ukończeniu 75 roku życia, nawet gdy jest zdrowy; argumentują, że w wieku 75
lat życie ludzkie jest już spełnione.
Skoro jest spełnione –
to już mój komentarz – to należy je skończyć, na razie eutanazja nie jest
prawnie nakazana, ale pomysł idzie w tym kierunku. Wiadomo ile kosztuje
utrzymywanie przy życiu staruszków – pensje dla geriatrów, lekarstwa, sanatoria,
domy starości (nie napiszę w tym kontekście – spokojnej). Likwidacja osób
powyżej 75 roku życia odciąży znacznie budżet.
Już teraz w Holandii
można poprosić skutecznie o eutanazję, wystarczy zgoda człowieka, dwie rozmowy
z psychiatrą potwierdzające nieodwołalność decyzji. Badania pokazują, że
przyczyną tych próśb często są załamania nerwowe, kryzysy (np. finansowe),
poczucie samotności, brak więzi rodzinnych.
Nie wiem kiedy
nastąpi w Europie przebudzenie przeciwko promocji kultury śmierci. I kiedy
obudzi się w Europejczykach zachwyt życiem, nawet tym gasnącym. Czasy kiedy
Rady Starszych odgrywały – dzięki doświadczeniu i mądrości – istotną rolę w
narodach i społeczeństwach przemijają chyba bezpowrotnie.
Na razie ciepło pozdrawiam
wszystkie babcie i dziadków, czytelników Itinerarium oraz wszystkie wnuczki
oraz wnuków, zaglądających tutaj. Wszystko przemawia za tym, że wzorce holenderskie
są nam kompletnie obce, ale warto o nich wiedzieć, bo mordercze zarazy mają
zdolność szybkiego rozprzestrzeniania się.
Kolejne podpalenie obiektu kultu we Francji, tym razem
chodzi o kolebkę francuskiego katolicyzmu, opactwo św. Marcina w Liguge, straty
na szczęście są niewielkie. Niemniej, jak stwierdził opat tamtejszych
benedyktynów: „Nie można ukrywać, że we Francji każdego dnia dochodzi do
profanacji czy ataków na nasze kościoły”. Do podobnych zdarzeń dochodzi w USA.
Faktem jest, że
fizycznie podpalali i podpalają kościoły ludzie, ale w umysłach podpalaczy
tkwią destrukcyjne ideologie. Wspomniana fala sprzed 30 lat żywiła się w Polsce
duchem antyklerykalizmu. Niszczenie i profanacja świątyń na Kresach przez
bolszewików wynikała z wulgarnego ateizmu, dążącego do usunięcia jakichkolwiek
oznak wiary.
Uderzyć wypada się
także we własne piersi i przypomnieć niechlubną likwidację „żywiołu ukraińskiego”
na Podlasiu przez polskie władze w ramach tzw. akcji „rewindykacyjno-polonizacyjnej”,
wówczas w l. 1937 – 39 spalono lub
zburzono ok. 100 cerkwi prawosławnych. Smutny paradoks, że niektórych podpaleń
dokonywała straż pożarna.
Niczego nie da się
wykorzenić ogniem, zwłaszcza wiary, o czym świadczą choćby mordercze działania
Nerona w Rzymie. Jakiekolwiek niszczenie obiektów jakiegokolwiek kultu
religijnego jest barbarzyństwem i znakiem zdziczenia cywilizacyjnego, żadna
ideologia (nawet z pozoru religijna) nie jest uzasadnieniem dla wspomnianych
aktów.
Do niedawna
cywilizacja zwana atlantycką mogła chlubić się tolerancją religijną, płonące
kościoły napełniają jedynie smutkiem nad jej stanem.
Lubelszczyzna, a
szczególnie sam Lublin ma pechowe położenie na osi Wschód – Zachód i Północ – Południe. Kolejni najeźdźcy
i zaborcy odcisnęli trwałe ślady w kształcie miast. Po Tatarach pozostała
dzielnica na wschodzie Lublina ich imienia, ale raczej po tych osadzanych już
po średniowiecznych najazdach. Szwedzi w XVII w. zdemolowali Podzamcze, potem
już tam i z powrotem przetaczały się przez ten region armie francuskie, pruskie,
austriackie, rosyjskie, niemieckie i sowieckie.
W czasie ostatniej
wojny Niemcy szybko przystąpili do germanizacji miasta, pl. Litewski przemianowano
na Adolf Hitler Platz, dokładnie 80 lat temu kolportowano też dwa znaczki
pocztowe na których widniała Brama Krakowska i kościół powizytkowski jako
rzekome niegdysiejsze poniemieckie budowle. Prawie nieodwracalnie zniszczono
miasto żydowskie. Smutną pamiątką hitleryzmu pozostaje obóz na Majdanku.
Po Niemcach nasi
rodzimi sympatycy komunizmu dokończyli dekonstrukcji dawnej formy Lublina. Na
10-lecie Polski Ludowej, obchodzone 22 lipca 1954 r. Bierut nakazał zniwelować
pozostałości miasta żydowskiego, na jego miejscu powstał reprezentacyjny Plac
Zebrań Ludowych (dziś Zamkowy) oraz trochę później trasa W – Z przebiegająca
pod Zamkiem. Wokół placu powstały socrealistyczne kamienice z arkadami,
dobudowano pięciokondygnacyjne schody w stronę zamku i wiadukt łączący go ze
Starym Miastem.
Dziś po tym
komunistycznym dziedzictwie spacerują i lublinianie i turyści, nieświadomi że
drepcą po prezencie Bieruta. Oczywiście, możemy się w Lublinie pocieszać, że
nie mamy stalinowskiego daru w postaci czegoś na wzór warszawskiego PKiN. Przez
chwilę jednak zanosiło się na to, bo Pl. Litewski w r. 1953 na kilka lat stał
się Pl. Józefa Stalina.
Komunizm pozostawił
nieodwracalne zmiany w strukturze narodowej Rzeczpospolitej, zmienił granice
państwa (nie tylko polskiego) i wgryzł się także w architekturę.
Przypominam o tym 22
lipca, w dniu w którym w Chełmie (a de facto w Moskwie) proklamowano manifest
PKWN. Do 1990 r. był to nawet dzień wolny od pracy i bardzo świąteczny.
Przypominam, abyśmy byli czujni, bo totalitaryzmy nie umierają, czasem tylko przysypiają
czekając na przebudzenie.
W kółko nie można mówić
o wyborach i pandemii, a jednak wciąż są to tematy wiodące w Polsce, choć ten
wyborczy cichnie już. Jeszcze od czasu do czasu pojawia się wątek urlopu,
raczej nie nad morzem, już prędzej nad pobliskim jeziorem. Hasło „Zostań w domu”
triumfuje.
Choćby nie wiem jak
wielkie emocje rozbudzali w nas politycy i eksperci od wirusów, warto otworzyć
Święte Pismo i przypomnieć sobie o najważniejszym.
„Trwają wiara,
nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”, to z słynnego pierwszego
listu św. Pawła do Koryntian. Największa jest miłość.