Z gronem wychowawców byłem jakiś czas temu na obozie z tzw. trudną młodzieżą, ogromnie ją lubię, bo sam do takiej należałem. Na bodajże 8 wychowawców, sześcioro zajmowało się głównie sobą, wydawali klucze do sal z ping pongiem i bilardem, pokrzykiwali, żeby było ciszej i ustalali rodzaj i wysokość kar za niesubordynację. Dwoje pozostałych chodziło na spacery z wychowankami, rozmawiali z nimi, słuchali, doradzali.
Poszedłem do lekarza ze znajomym, strasznie zaniedbał nogi. Pan doktor popatrzył, kilka razy dotknął kończyn i orzekł, że jedną nogę trzeba uciąć. Za diagnozę i wizytę i zapłaciliśmy, bo była prywatna, trwała 10 minut. Tego samego dnia ów znajomy trafił do drugiego chirurga, który też zrobił badanie i orzekł, że może da się nogę uratować, co zresztą zaczął zaraz czynić. Tu już było bezpłatnie, bo w szpitalu.
Proszę mnie nie podejrzewać, że robię jakąś nagonkę na lekarzy czy wychowawców. Myślę tylko o tym, że jeśli nie wrócimy do etosów, nasza cywilizacja zacznie się jeszcze bardziej rozpadać.
Zdaję sobie sprawę, że w świecie zdominowanym przez kult pieniądza i logikę zysku, nawoływanie do powrotu do etosów zdać się może naiwną paplaniną.
Nie mam recepty, co zrobić, aby wychowawcy i nauczyciele mieli przede wszystkim na oku dobro dzieci i młodzieży. I żeby lekarze (w imię wierności przysiędze), stali się sprzymierzeńcami pacjentów. Od razu zaznaczam, że znam dziesiątki świetnych wychowawców i tyleż samo oddanych pacjentom lekarzy.
I co zrobić, żeby politycy służyli narodowi, też nie wiem. Nawet nie wiem, co zrobić, abyśmy i my księża, z pokorą służyli ludziom nam powierzonym.
Nikogo nie oskarżam w tym wpisie. Myślę tylko, że najwyższy czas, abyśmy – w jakiejkolwiek służbie jesteśmy – pomyśleli o powrocie do swojej misji. Do etosu wychowawcy, etosu lekarza, etosu rodziców, etosu duszpasterzy, policjantów, mężów stanu. Tak myślę, choć wiem, że jestem optymistą.


