Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Matka, młoda dziewczyna, 26 lat, prawdopodobnie udusiła troje swoich dzieci, to było w ostatni czwartek w Lublinie, w zasadzie w centrum miasta. Niemal wszyscy, z którymi rozmawiałem, są przybici tym faktem, na razie nic nie wiemy o motywach, dziewczyna przyznała się do zbrodni.
Jednocześnie pamięć przywodzi zdarzenia sprzed prawie 20 lat z Czerniejowa, gdzie kobieta, przy zgodzie męża, zabiła pięcioro swoich dzieci, niemowląt. I jeszcze inna historia, kilka lat temu, znów w Lublinie, matka udusiła 10-letniego syna.
Nie chodzi mi o litanię okrucieństw. W smutku myślę, co robić? Modlę się za te matki. Podobnie jak we wcześniejszych wypadkach tak i dziś, nie spodziewam się wstrząsu. Nie wiem czy stać nas byłoby na żałobę, choćby jednodniową, w całym mieście. Przecież to troje obywateli Lublina, zginęli niewinnie, sam zarządziłem sobie taką żałobę w tę sobotę. Prawdopodobnie większość lublinian, zajmie się w najbliższym czasie swoimi sprawami. Dramat matki i dzieci przejdzie w stadium prokuratorskie, sądowe i medialne, już pojawiają się zarzuty wobec pomocy społecznej i policji. Tak zwana opinia publiczna musi znaleźć jakichś winnych.
Teraz jakby na inny temat kilka zdań. W tym roku uczestniczyłem w pogrzebach już kilku młodych mężczyzn, przeważnie bezdomnych lub ze skraju bezdomności, znałem ich, Czarek, Piotr, Krzysiek, Maciek, ostatnio znowu Piotr, rzadziej młode kobiety, choćby Małgosia, ledwo przekroczyła trzydziestkę. Zabija ich F-16, tani techniczny spirytus przemycany z Ukrainy, pół litra kosztuje najwyżej 9 złotych. F-16, bo daje odrzutowego kopa, jak w myśliwcach. Rozmawiałem z ważnymi policjantami – „Jak jest popyt, będzie i podaż, choćbyśmy zamurowali granicę.”
Przyznam się, że przypadku każdej śmierci osób bezdomnych, które znałem, czuje się przynajmniej trochę winny i stawiam sobie pytanie – czy zrobiłem wszystko, aby im pomóc?
Marzy mi się taki dzień, że otwieram „Nasz Dziennik”, potem Radio Maryja i telewizję Trwam, a tam długi wywiad z Adamem Michnikiem, rzeczowy ale życzliwy. A potem otwieram „Wyborczą” i TVN, a tam znowu długi, rzeczowy ale życzliwy wywiad z o. Tadeuszem Rydzykiem!
Ależ mam marzenia! No, mam takie marzenia. Ich podstawą jest moja niezachwiana wiara w moc dialogu, w sens porozumienia, natomiast obcy mi jest duch wojny i bijatyki.
Niedawno mój znajomy, młody, mądry i pobożny, zapytał czy po wzięciu do ręki „Wyborczej” powinien umyć ręce. Odrzekłem, że tak, po „Naszym Dzienniku” też, i po każdej innej gazecie, wszak jest pandemia i wirusa należy likwidować. I teraz uwaga, zaleci herezją, aktualnie polecałbym – wszystkim roztropnym i pobożnym osobom – sięganie po „Wyborczą” czy inne pisma niekoniecznie sympatyzujące z obecnym obozem władzy. Podobnie, przed rokiem 2015 (wygrana PiS) polecałem lekturę „Gazety Polskiej Codziennie” i podobnych jej tytułów.
W trwającym już od dawna systemie medialnym, w którym prawda i obiektywizm poszły do lamusa, wiadomo, że media są narzędziami w rękach polityków. Media tzw. prorządowe dbają o interesy rządzących, media tzw. opozycyjne bez umiaru łoją rządzących, za kilka lat role się odwrócą. Żal mi dawnych mediów, w których zaczynałem swoje dziennikarstwo i gdzie obowiązywała tzw. „Biblia BBC”, a w niej były żelazne zasady, np. sprawdzenie jakiejś informacji przynajmniej w dwóch niezależnych źródłach (a najlepiej w trzech lub więcej), wyraźne oddzielenie opisu faktów od komentarza, zestawienie przynajmniej dwóch komentarzy („za” i „przeciw”), tak aby czytelnik (widz, słuchacz) mógł sam wyrobić sobie opinię. To se ne vrati, jak śpiewała Maryla Rodowicz.
Jest jedna jeszcze korzyść z czytania gazet niekoniecznie sympatyzujących z katolikami i Kościołem, ta mianowicie, że znajdziemy tam historie, jakich nie uwidzimy w mediach „prokościelnych.” Oczywiście, wyłączam brednie i kłamstwa, które owszem też tam znajdziemy.
Ubolewam, że wielu Polaków na serio traktuje obecny, zaogniony spór polityczny. Właśnie o to chodzi politykom, żeby nas rozgrzać, a nawet czasami przegrzać. Tymczasem politycy, cóż, napiją się razem i ręce zacierają. Ta moja straszna pamięć każe mi przypomnieć zdarzenia sprzed 16 lat. Panowie Kaczyński (Lech, wówczas prezydent) i Tusk spotkali się, wypili wspólnie 4 butelki wina (Ocra Strozzi, drogie, ponad 150 zł za butelkę) i 4 półlitrowe butelki wody mineralnej, potem – z inicjatywy Prezydenta przeszli na ty i zadeklarowali zgodną współpracę. Wszystkie Internety poświadczą, że nie zmyślam. Zgodnej współpracy potem nie było, co być może – teraz przypuszczam – mogło być zanikiem działania wypitego wina. Nie wiem jak jest teraz, wiem tylko, że Ocra Strozzi jest nadal na półkach.
No tak, usłyszę być może od najbardziej gorliwych wyznawców tej czy innej ideologii – ale przecież nie można wchodzić w dialog z szatanami (przy czym wiadomo, kto jest najgorszym diabłem)! Można. Można, bo czynił tak Pan Jezus (patrz dalej), bez napaści, rzeczowo, argument za argument.
Ewangelia wg św. Mateusza
Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła.A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem». Lecz On mu odparł: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych». Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień»Odrzekł mu Jezus: «Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego». Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon». Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz»Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu.
Historia z gatunku zasłyszanych lub przeczytanych, zdarzyła się gdzieś w połowie wieku XIX w Krakowie, wówczas dość często polonizowali się tam Żydzi. Jeden z nich, p. Feintuch, zmienił nazwisko na Zawiejski. Znany później polski pisarz, dziennikarz i polityk, Jerzy Zawieyski, gorliwy katolik, pochodził z tej właśnie rodziny.
Już po zmianie nazwiska dawny pan Feintuch spacerował po mieście i natknął się na znajomą. Ta od razu przywitała go:
– O, jak miło pana widzieć, panie Feintuch!
Na co usłyszała w odpowiedzi:
– Droga pani, ja już nie Feintuch, a Zawiejski!
– O! Co za niespodzianka. Znaczy, pan się ożenił? – dociekała znajoma.
– Jak pani już chce wiedzieć, to nazwisko dali mi na bierzmowaniu!
Poza uroczym i komicznym wymiarem całego wydarzenia, jest jeszcze w niej ładne przesłanie. Polakami są ci, którzy naród sobie świadomie wybierają, bez względu na płynącą w ich żyłach krew. Choć przypuszczam, że dla niektórych naszych rodaków nadal lepiej brzmi iż gmach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie wybudował Jan Zawiejski niźli Jochanan Feintuch, aczkolwiek to jedna i ta sama osoba.
Kogo na to stać i ma czas, niech pojedzie do malutkiego miasteczka St. Vincent a Paulo u stóp Pirenejów, od strony francuskiej. To miejsce urodzenia dzisiejszego patrona św. Wincentego a Paulo. Kogo nie stać i czasu mu brak, może wybrać się w Lublinie w okolice kościoła przy ul. Staszica, tam znajduje się dawny szpital szarytek, zgromadzenia zakonnego założonego przez św. Wincentego. Może trzy minuty zajmie wam lektura fragmentu jednego z jego listów:
„Nie powinniśmy oceniać ubogich według ich odzienia lub wyglądu ani według przymiotów ducha, które wydają się posiadać, jako że najczęściej są ludźmi niewykształconymi i prostymi. Gdy jednak popatrzycie na nich w świetle wiary, wtedy ujrzycie, że zastępują oni Syna Bożego, który zechciał być ubogim. W czasie swej męki nie miał prawie wyglądu człowieka. Poganom wydawał się szalonym, dla Żydów był kamieniem obrazy, mimo to wobec nich nazwał się głosicielem Ewangelii ubogim: “Posłał Mnie, abym głosił Dobrą Nowinę ubogim”. Także i my powinniśmy dzielić to samo uczucie i naśladować postępowanie Chrystusa: troszczyć się o ubogich, pocieszać ich i wspomagać.
Posługa ubogim powinna być przedkładana ponad wszelką inną działalność i niezwłocznie spełniana. Jeśliby więc w czasie modlitwy należało podać lekarstwo albo udzielić innej pomocy potrzebującemu, idźcie z całym spokojem, ofiarując Bogu wykonywaną czynność, jak gdyby trwając na modlitwie. Nie potrzebujecie się niepokoić w duchu ani wyrzucać sobie grzechu z powodu opuszczenia modlitwy ze względu na spełnioną wobec potrzebującego posługę. Nie zaniedbuje się Boga, kiedy się Go opuszcza ze względu na Niego samego, to jest kiedy się opuszcza jedno dzieło Boga, aby wykonać inne.
Kiedy zatem opuszczacie modlitwę, aby okazać pomoc potrzebującemu, pamiętajcie, że służyliście samemu Bogu”.
O dorzucę coś jeszcze z historii lubelskich szpitali, własnego autorstwa:
Dwa lubelskie szpitale w sposób szczególny dowodzą kościelnych korzeni służby zdrowia. Państwowy Szpital Kliniczny przy ul. Staszica (na zdjęciu) do dzisiaj zajmuje pomieszczenia dawnego klasztoru najpierw karmelitanek a potem szarytek. Te ostatnie kierowały szpitalem p. w. św. Wincentego á Paulo aż do r. 1927. Niewielką część byłego klasztoru siostry zajmują do dziś. Inny stary lubelski szpital p. w. św. Jana Bożego przy ul. Biernackiego, zawdzięcza swą nazwę założycielowi zakonu bonifratrów. Zgromadzenie to, mające w regułach czwarty ślub (oprócz posłuszeństwa, ubóstwa i czystości) troski o chorych, opiekowało się szpitalem przyległym do kościoła do r. 1928, wtedy placówka przeszła pod zarząd miasta. Bonifratrzy wcześniej prowadzili szpital i przytułek w drewnianych budynkach przy Pl. Litewskim. Religijne proweniencje ma również obecny szpital położniczy przy ul. Lubartowskiej, wybudowany z funduszy Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w r. 1886. Przy infirmerii do r. 1942 funkcjonowała bożnica, którą zburzyli Niemcy, wymordowali również wszystkich chorych i lekarzy.
Dzisiejsze kazanie będzie ciut dłuższe i z pozoru momentami polityczne, z pozoru dla tych, którym polityka kojarzy się niemal ze wszystkim.
Bohaterowie dzisiejszych czytań, Jozue i Jan Apostoł są znakomitymi przykładami ideologii „naszości”. Jozue oburzył się bo dwaj prorocy dostali Ducha Bożego, a nie byli z resztą „naszych”, podobnie św. Jan wkurzył się na dobrych ludzi robiących dobre rzeczy, tylko dlatego, że „nie chodzi z nami!”
Jezusowi była całkowicie obca „naszość”, narodowa, społeczna i religijna. On promował „innych” niż „nasi”, pozytywnymi postaciami Jego nauk jest Miłosierny Samarytanin (heretyk i wróg dla Izraelitów), rzymski setnik (okupant) czy frywolna kobieta (łamiąca przyzwoite obyczaje). W Jezusowej wizji, bez znaczenia jest przynależność narodowa, religijna czy społeczna, liczy się miłosierdzie, pokora i dobro.
„Naszość” w życiu publicznym jest dzisiaj dominującą ideologią, prawie jakąś swoistą religią. Obserwuję od ponad 30 lat jak w Polsce „nasi” co kilka lat władają krajem, przy czym zawsze na początku kadencji zarzekają się, że oni z „naszością” skończą. Paradoksalnie, mam wrażenie, że „naszość” najmniej była odczuwalna w czasach rządów lewicy, może dlatego, że były to grona nieliczne i nie trzeba było w urzędach wymieniać wszystkich na „naszych”, łącznie z „naszymi” sprzątaczkami. Wiem, co piszę, ponieważ wiele lat temu pracowałem w publicznym radiu, akurat do władzy doszła lewica i jedna z lewicowych posłanek chciała usunąć mój program z anteny („Spojrzenia”), prezes sprzeciwił się, bo słupki słuchalności były niezłe, a że program prowadził ksiądz to nie jego wina (prezesa). Do pomyślenia dzisiaj?
Jakieś pół roku temu zerwał ze mną znajomość dość wybitny prawnik lubelski, katolik żarliwy, za uchodźców, bo się za nimi wstawiam, a przecież „nasi” uchodźców nie lubią, a on jest akurat z „naszych”. Trudno, muszę trzymać się Ewangelii.
Niestety „naszość” bywa też katolicka i islamska. Doświadczyłem tego w jednym z krajów muzułmańskich zaatakowanych przez „Państwo Islamskie”, z pomocą przybył tam ważny przedstawiciel polskiej katolickiej organizacji charytatywnej (ksiądz) i przekazał kilka milionów euro wsparcia z wyraźnym zaznaczeniem, że są to pieniądze przeznaczone wyłącznie dla dzieci chrześcijańskich. Tamtejszy, mądry biskup, puścił mimo uszu polski rozkaz i rozdał subwencję po równo dzieciom chrześcijańskim, muzułmańskim i jazydzkim. Rok temu usłyszałem od godnego wiary polityka z tamtego kraju, że bogaci szejkowie arabscy zachcieli pomagać dzieciom, ale tylko muzułmańskim, Boże broń chrześcijańskim czy jazydzkim. „Naszość”, jak się okazało, jest religią wyższą nad te oficjalne.
Z drugą częścią dzisiejszej Ewangelii, tej o obcinaniu rąk, nóg i łupieniu oczu, mam kłopot. Najpierw Bogu dzięki, że nie ma tam mowy o języku, bo byłbym już pewnie niemową. Czuję, że w tej mowie Chrystusa chodzi o pokorę, o spokojne porzucenie wszelkiego udawania, poobcinanie wszelkich „pan”, „pani”, „ksiądz” , „prezes” itd. Próbuję ciąć, naprawdę.
Na koniec musze się przyznać. Jednak jestem z „Naszymi”, kilka lat temu w gronie wolontariuszy szukaliśmy określenia dla bezdomnych, którym służymy, „podopieczni” od razu poniża, „beneficjenci” pachnie pychą. Dlatego mówimy o nich „Nasi”.
Liturgia słowa
Z Księgi Liczb
Pan zstąpił w obłoku i mówił z Mojżeszem. Wziął z ducha, który był w nim, i przekazał go owym siedemdziesięciu starszym. A gdy spoczął na nich duch, wpadli w uniesienie prorockie. Nie powtórzyło się to jednak.
Dwóch mężów pozostało w obozie. Jeden nazywał się Eldad, a drugi Medad. Na nich też zstąpił duch, bo należeli do wezwanych, tylko nie przyszli do namiotu. Wpadli więc w obozie w uniesienie prorockie.
Przybiegł młodzieniec i doniósł Mojżeszowi: «Eldad i Medad wpadli w obozie w uniesienie prorockie». Jozue, syn Nuna, który od młodości swojej był w służbie Mojżesza, zabrał głos i rzekł: «Mojżeszu, panie mój, zabroń im!» Ale Mojżesz odparł: «Czyż zazdrosny jesteś o mnie? Oby tak cały lud Pana prorokował, oby mu dał Pan swego ducha!»
Ewangelia wg św. Marka
Apostoł Jan rzekł do Jezusa: «Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zaczęliśmy mu zabraniać, bo nie chodzi z nami».
Lecz Jezus odrzekł: «Przestańcie zabraniać mu, bo nikt, kto uczyni cud w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami.
Kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody.
A kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu lepiej byłoby kamień młyński uwiązać u szyi i wrzucić go w morze.
Jeśli zatem twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie ginie i ogień nie gaśnie».
Wyjątkowo rzadko popieram ostatnio jakiekolwiek marsze, oczywiście doceniam spacery dla zdrowotności. Dziś jednak mocno wspieram Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, który wczoraj w ramach akcji „Fridays for Future” manifestował na ulicach polskich miast, najliczniej bodaj w stolicy. Niestety, o ile się nie mylę, lubelska młodzież zaspała. A szkoda, bo Lublin tonie w betonie i asfalcie. W regionie mamy cudowne przełomy Bugu, rozpędzoną Wisłę i niezwykłe kręte rzeczki, że wspomnę Nędznicę, Huczwę, Ciemięgę czy Krznę. I lubelski klasyk, Świnka wpadająca – a jakże – do Wieprza!
Samo maszerowanie i protestowanie może niewiele zmienia, ale cieszy nowa świadomość ludzi młodych, może wyskoczą ze smartfonów i pojadą policzyć tysiące żurawi na Polesiu, jeszcze nie odleciały. Polityka wszystkich ostatnich rządów polskich konsekwentnie zmierza do naśladowania Zachodu, brawo, ileś lat temu w Renie można było ponoć wywoływać filmy fotograficzne, taka maź tam płynęła. Wiem, to się już zmienia, ale Polska nadal nie umie iść swoją drogą, można by ominąć rafy zachodniej cywilizacji.
Nie wiem na ile dotrze do młodzieży, do starszych także, że zatrzymanie niekorzystnych zmian w klimacie wymaga przede wszystkim postu. Ostrego postu, czyli, żeby mniej jeść, mniej pić, mniej kupować i jak najmniej wyrzucać. I po drugie, więcej ruchu, mniej elektrycznych hulajnóg, więcej chodzenia i biegania, łażenia nad Świnką i Huczwą. To się w ogóle nazywa życiem po Bożemu.
Klusię znam od prawie roku, mieszka sobie pod Lublinem, na działkach w starym opuszczonym wagonie kolejowym. Mieszka tam razem ze swoimi opiekunami, Anią i Markiem.
Klusia jest szczurzą samicą (szczurzycą?) i jedyną codzienną towarzyszką pary żyjącej bez domu. W wagonie nie ma światła (poza nikłym z baterii), wody, kanalizacji i lodówki. Klusia zawdzięcza swoje imię miłości do klusek, makaronu i pyz, nie znosi frytek.
Miesiąc temu podczas nieobecności gospodarzy do wagonu wkradła się inna, dzika pani szczurowa, pani, bo zaatakowała Klusię, gdyby to był pan szczur, to zająłby się na pewno czym innym na widok pięknej i młodej mieszkanki. Atak był krwawy, Klusia miała poharatane podbrzusze.
Ania z Markiem przez dwie noce latali nocami i rankami po lubelskich osiedlach przy Zalewie, zbierali puszki po piwie i innych napojach. Musieli uciułać 45 zł na weterynaryjną operację Klusi, a 45 zł to prawie 14 kg puszek! A jeden kilogram to minimum 50 puszek, zatem 14 x 50 = 700! Na szczęście lublinianie nie zawiedli, pili i zostawiali puste pojemniki, uff! Przy okazji – nie wrzucajcie na osiedlach puszek do kosza, raczej zostawiajcie obok, to bardzo ułatwi pracę Ani, Markowi i chyba stu innym poszukiwaczom blaszanych skarbów.
Ania z Markiem mają zasady, nie kradną, bo to grzech, nie żebrzą bo to wstyd. Pracują nocami znakomicie wspomagając służby od śmieci.
Ania nawet sobie chwali tamte noce, bo schudła o dwa kilogramy. Pieniądze szły na operację Klusi, trzeba było pościć, a nie kupować mortadelę.
Klusię odwiedziłem wczoraj, jest już w świetnej formie, psoci i strzyże wąsami – patrz zdjęcie. Opiekunowie trochę sfolgowali, zarobili ostatnio 16 złotych, czyli zebrali ile puszek?
Jeden z moich dawnych kolegów, działo się to w ubiegłym wieku kiedy fantazja jeszcze królowała nad pieniądzem, zerwał na lubelskim klombie chyba ponad sto róż. Zaniósł je pod drzwi dziewczyny, w której się zakochał „na zabój”, ale ona go nie chciała. Dziewczyna mieszkała na czwartym piętrze paskudnego bloku przy dawnej alei PKWN w Lublinie, znajomy zawlókł kwiecie pod drzwi jej stancji, wyścielając nim wszystkie piętra, od parteru do czwartego etażu. I zapukał, ona otworzyła, on wyrzekł- „Kocham Cię! Tu są róże, ściąłem je dla Ciebie, nie mam pieniędzy na kupienie, ale ściąłem i masz!”
Panna wpadła w przerażenie, kazała spadać absztyfikantowi na parter, wraz z koleżanką upchały jakoś kwiatki w wazonach, słoikach, szklankach, musztardówkach, trzech butelkach po piwie (puszki dopiero miały nadejść w Polsce), nawet w czterech głębokich talerzach. Na koniec jakieś trzydzieści wpakowały do wanny w łazience i nie korzystały z niej przez dni kilka aż do zwiędnięcia szlachetnych rozet.
Wszystko to było dawno, dawno, ale prawda. Happy endu nie było, on dziś jest prezesem ważnej firmy w Lublinie (sorry Wojtek), ona babcią i emerytowaną nauczycielką pod Szczecinkiem (sorry Alicja).
No i co z tą szaloną miłością dzisiaj? Nie da rady, Straż Miejska przyjedzie i mandat wlepi, kamery widzą wszystkie skwery z różami i nawet ze stokrotkami, masakra.
Jednak tak w skrytości serca myślę, że jest jeszcze gdzieś ta, co we wszystko wierzy, nigdy nie ustaje, wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje. A aleję PKWN przemianowano 25 lat temu w ulicę Głęboką.
O ile to od nas zależy – a zależy jeśli czytacie ten tekst – to nie wolno umierać byle jak. Dla chrześcijan jest to oczywiste, bo mamy w pamięci ostanie dni Chrystusa.
Ludwik Finkel urodził się w kresowym Tarnopolu, był przed ostatnią wojną niezwykle cenionym historykiem we Lwowie, twórcą naszej rodzimej wiedzy o bibliografii. Pod koniec swojego lekko ponad 70 – letniego życia dostał propozycję napisania wstępu do monumentalnej monografii historii Europy, którą zamierzała wydać jedna z warszawskich oficyn. Ciężko chory pan Ludwik krygował się i opierał, w końcu podpisał umowę. Kiedy zbliżał się termin oddania tekstu do drukarni, Stanisław Lam, dyrektor wydawnictwa, przeczytał w prasie nekrolog oznajmiający o śmierci prof. Finkela.
Zasmucony stratą naukowca i zmartwiony brakiem wstępu do publikacji wszedł do biura swojej firmy. Sekretarz podał mu poranną przesyłkę pocztową. Otworzył i zobaczył rękopis zamówionej przedmowy. Na kopercie spostrzegł też, że data wysłania tekstu i data śmierci profesora są tożsame. Wreszcie w postscriptum przesyłki znalazł zdanie: „Nie mogłem odejść z tego świata bez wypełnienia tego ostatniego zobowiązania.”
Od nas zależy w jakim stylu odejdziemy z tego świata.