Poniedziałek 12 lipca 2021
Pół świata oglądało piłkarskie Euro. Poza wszystkimi innymi aspektami, było to wielkie święto narodów europejskich. W rozgrywkach klubowych Polacy występują np. w drużynach niemieckich (Lewandowski) a Włosi we francuskich (np. najlepszy zawodnik Euro, bramkarz Donnarumma).
Tym razem mieliśmy święto narodów, no może akurat naród polski nie świętował, choć z tego co wiem sympatie rodaków były podzielone w finale między miłośników angielskich pracodawców na Wyspach i uroczych z natury smakoszy makaronów. Słabo wypadliśmy w kwestii wiary, bo takie małe nacje jak Szwajcarzy, Węgrzy czy Walijczycy mieli jej więcej, przy znacznie z pozoru słabszych zawodnikach.
Mnie ogromnie cieszą takie turnieje, bo ludzie – zawodnicy i kibice – przypominają sobie słowa hymnów (i historii swoich narodów) i kolory barw narodowych, jakoś tam się jednoczą. Jedne narody przeżywają zbiorową radość, inne smutek (np. Polacy). Piękne jest to, że budzi się na nowo świadomość narodowa. W świecie, który próbuje sprowadzić nas wszystkich do roli klientów, którzy powinni przede wszystkim kupować, powstaje nagle inna jakość, głębokie poczucie tożsamości narodowej. I powstaje radość, że ktoś jest Włochem, ktoś inny Anglikiem a my Polakami.
Narody nie są przypadkiem, są Bożym zamysłem, w psalmach znajdziemy wezwanie, aby „wszystkie narody chwaliły Boga”, każdy oczywiście po swojemu, swoim językiem, kulturą i osobnym hymnem.
Kolejne święto narodów to przyszłoroczny Mundial, wtedy narody z całego świata będą walczyć o zwycięstwo. Będzie bardzo kolorowo i radośnie. No nie wiem tylko, czy nie zabraknie tam polskiego hymnu, bo na razie w eliminacjach do tegoż Mundialu idzie nam kiepsko. Na wielką polską radość sportową chyba jeszcze trochę cierpliwie poczekajmy.


