Siedziałem w konfesjonale, było jeszcze pół godziny do Mszy Świętej. Podchodzi o lasce starsza pani i dość głośno pyta czy ją wyspowiadam.
– Ale trzeba mówić do mnie głośno, bo stara jestem i kończę dzisiaj sto lat.
– Akurat! – wyrwało mi się – Coś cię chyba pani pomyliła. Sto lat?
– Boże! Urodziłam się w 1902 roku, teraz mamy 2002, to jest … No to jest sto lat!
– Bardzo panią przepraszam, proszę się spowiadać – wydusiłem, a wstyd omal mi policzków nie spalił.
I niech mi ktoś powtórzy tę brednię, że starość nie radość. Dostała piękną pokutę. Jaką? Dożyjecie, przyjdźcie do spowiedzi.


