Patrzyłem wczoraj na deszcz. Był bardzo nieśmiały, kapał jakby z lekkim zawstydzeniem, rozglądając się czy przypadkiem jakiegoś garnituru szacownego nie zamoczy albo nie zliże kunsztownie nakładanego makijażu.
Krople były miękkie, rzadkie, spadały w rytmie uporządkowanym, spokojnym i nawet dostojnym. Taki pierwszak majowy ten deszcz, deszczyk chyba, mały deszczyk powiedziałbym.
Kropelki szybciutko całowały bruk, gdzie popadnie, a potem – ach! – pozwalały się całkiem bezbronnie wchłaniać asfaltowi, murom, dachom i kominom. W kominy zresztą kropelki wpadały dość niechętnie, sam nie wiem czemu.
Powadził się ten pierwszak majowy ze słońcem, pokazując, że jak się w chmurę zgoni z innymi deszczykami, to słońce ma fajrant, nawet o trzeciej po południu. Pozaglądał przez szybę do mojego pokoju, a że u mnie nudy raczej, spływał dalej, na parapecie zagościł tylko moment krótki, potem już w unię ze ścianą wszedł wiekuistą. I sam już nie wiedziałem czy to deszcz czy psalm.
Nie ma większej radości nad życie, każdego dnia. Tylko przygłuchym i ciut przyślepym zdawać by się mogło, że Bóg jest daleko.

