Rzadko która Monika dziś świętuje, choć postać świętej Moniki, matki Augustyna (także świętego) jest wyjątkowa i godna wspomnienia.
Wiemy, że jej modlitwa, zanoszona przez kilkadziesiąt lat, za pogańskiego męża i syna lekkoducha, doprowadziła do nawrócenia obydwu. Jeśli Bóg jest na coś szczególnie wrażliwy, to na pewno na łzy i wołanie rodziców.
Dosyć często rozmawiam z matkami, które boleśnie przeżywają dramaty swoich dzieci, nawet spowiadając się z rzekomej winy. Mówią, że dzieci się rozpiły, rozwodzą się, wpadają w złe towarzystwa, sięgają po narkotyki. Winią za to siebie, że źle wychowywały, że może czegoś zaniedbały, że może za mało czasu poświęcały. Najczęściej przypominam, że wpływ matki (rodziców w ogóle) jest ograniczony. Jej modlitwa i troska, stają przeciw potężnej sile mediów, oddziaływań środowiska, osobistej wolności (w tym i głupoty) dzieci. Podpowiadam, żeby rozmawiać i modlić się za swoje dzieci. Nie krzyczeć, nie umoralniać, nie psioczyć co dzień, nie zgrzytać zębami. Czasem jest tak, że trzeba kochać swoje dziecko, nawet jak zapija się codziennie, błądzi i kradnie.
Serca matek wystawiane są na największe doświadczenia. Od Marii trwającej przy konającym na krzyżu Jezusie, do tych, które cierpią odwiedzając swoich synów w więzieniach, zasiadając w salach sądowych na procesach dzieci czy płacząc przy miejscach ich śmiertelnych wypadków.
To naprawdę może wydać się banalne, jeśli matkom pozostaje modlić się i rozmawiać ze swoimi dziećmi. Dzisiejsza patronka dodaje otuchy, że ma to sens.

