KIEDY DZIEWCZYNY BYŁY SŁUPKAMI

Poniedziałek 16 czerwca 2014

Wiele się w futbolu zmieniło za mojego życia. Na przykład kiedyś dziewczyny z ochotą zastępowały słupki, dziś nie do pomyślenia. Brazylijski mundial przywołał moje zmagania piłkarskie. Było to dawno, ale prawda.

Zacznijmy od boiska, dzisiaj są Orliki i wiele innych obiektów. Kiedyś mogliśmy grać tylko i wyłącznie na „ziemi niczyjej”, tzn. na łące, którą wioskowa społeczność uznawała za wspólną lub nie należącą wyraźnie do jakiegokolwiek z gospodarzy. Oczywiście była to trzeciorzędna łąka, taka na którą z wielką łaską wychodziły krowy na popas. Inne łąki, wiadomo, służyły do wyższych celów, czyli wypasu bydła i sianokosów. Nasze boisko z jednej strony graniczyło z bagnem, co powodowało zmienną wielkość terenu do gry. Wiosną i jesienią boisko było mniejsze, bo bagno się rozlewało, latem była wersja maksi. Bagienne pogranicze kazało nam także ustalić żelazną zasadę – po piłkę, która wyleciała na aut zawsze brodził (czasem po kolana) ten, kto ją tam akurat wybił, a nie ten – jak dziś – kto ją miał wyrzucać.

Długość meczów była także zmienna. Rozgrywki zasadniczo trwały od wiosny, po stopnieniu śniegu, do pierwszego mrozu, zawieszane były przy ogólnej zgodzie na czas żniw, pogrzebu lub wesela we wsi. Wiosną i jesienią grywaliśmy krócej, bo i wieczory bywały krótsze, latem znacznie dłużej. Najczęściej ustalaliśmy, że gramy do „dziesięciu”, czyli, który zespół szybciej strzeli dziesięć goli. Zdarzało się też że mecz trwał „aż nie będzie widać”, czyli do takiej ciemnicy, że nikt nic nie widział; jeśli ciemność zapadła przy stanie 8:5, taki był wynik ostateczny.

Ze składem był notoryczny problem. Nikt nie chciał być bramkarzem – każdy chciał strzelać gole –  więc pozycja ta rotacyjnie przypadała każdemu, co parę minut była zmiana. Podział na klasyczne formacje – defensywa, pomoc, atak – był wysoce umowny. Jak mieliśmy piłkę, wszyscy biegliśmy pod bramkę przeciwnika, żeby strzelić gola. Jak traciliśmy, musiał się martwić akurat ten, kto stał na bramce, bo rzadko komu chciał się wracać.

Instytucja sędziego była zbędna. Prawidłowość danego zagrania (np. faul, „ręka”) ustalana była po krótkiej dyskusji wszystkich zawodników, a w przypadku braku porozumienia, najsilniejszy na boisku decydował autorytatywnie, coś w stylu: „Był faul i będzie karny. A jak się komuś nie podoba, to dam w ryja!”. Podobało się nam wszystkim, zasada była jasna.

Z bramkami byłam osobna mecyja. Nie było, jak dziś, prostokątów ze słupkami i poprzeczkami. Po prostu wbijaliśmy dwa kije oddalone jakieś 4-5 metrów, a poprzeczkę ustalaliśmy na metr sześćdziesiąt, co naturalnie wywoływało spory, rozstrzygane gołym okiem przez najsilniejszego. Niekiedy patyki wyznaczające końce bramki  zastępowane były przez  kamienie albo cegły, a jeśli mecz rozgrywaliśmy zaraz po szkole,  przez tornistry. Z wyjątkiem niektórych niedziel. Otóż w niedzielne popołudnia (po kościele rzecz jasna, ale wtedy był porządek i ostatnia msza, czyli suma, odbywała się najpóźniej w południe!), na obrzeżach boiska zjawiały się nasze koleżanki. Nie żeby zaraz kibicować ale raczej w celu skomentowania owłosienia naszych nóg. Obecność koleżanek sprawiała, że przestawaliśmy kląć, bo przecież nie wypadało przy białogłowach. Koleżanki zgadzały się także spełniać role słupków, stawały więc dwie w odległości 4-5 metrów od siebie i należało wbić piłkę pomiędzy nie. Koleżanki robiły to bardzo chętnie, ba, nawet czuły się wyróżnione do spełnienia niezwykłej roli. Rodziło to spore zamieszanie. Po pierwsze, koleżanki – słupki, rzadko mogły ustać w miejscu, więc szerokość bramki fluktuowała w zależności od ruchliwości dziewcząt. Po drugie, niektóre słupki były węższe, a inne szersze, w zależności od postur koleżanek. Po trzecie, strzelający gole stawali czasem przed dylematem, w który róg kopnąć. Już miałem kopać w lewo, ale słyszę: „Mietek! Nie kop we mnie!”, więc strzelam w prawo i pudłuję! W innych sytuacjach, kiedy ktoś trafił w słupek, czyli koleżankę, zbyt silnie, ta schodziła z murawy. Stawialiśmy zatem w jej miejsce patyk, ale druga z pary ostentacyjnie też schodziła, bo nie będzie stała przecież w jednej linii z kijem!

Były też perypetie ze środkami dopingującymi w postaci wina. Zasady, które przyjęliśmy pozwalały na łyk trunku tylko tym, którzy byli już po podstawówce i to jedynie w przerwie lub po meczu. Bezwzględnie karaliśmy też dezerterów. Jak ktoś oznajmiał, że musi wcześniej zejść z boiska, bo jutro ma klasówkę, dostawał karę wykluczenia z kolejnych trzech meczów. I słusznie, nie będzie nam kujon paprał mundialu!

Dzisiaj mundial to lipa, o golu decydują komputery (jakby nie było najsilniejszego!), piłkarze grają dwa razy po 45 minut, a nie do 10, choć to znacznie ciekawsze. No i te słupki, drętwe pale, milion razy bardziej beznamiętne niż nasze wspaniałe koleżanki!

Itinerarium

8 responses to KIEDY DZIEWCZYNY BYŁY SŁUPKAMI


Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.