Poniedziałek 10 stycznia 2022
Rozpocząłem kolędę u naszych sióstr i braci, żyjących w alternatywnej architekturze, śmiechu jest co niemiara, bo drwią z podwyżek prądu, gazu i wody. I tak nie mają tych cudów, Nowy Ład im niestraszny. Ale o tym później.
Najpierw relacja z pierwszej ręki, z kolędy czy nie-kolędy w jednym z podlubelskich osiedli. Pojawił się tam w ostatnią sobotę ksiądz, po kolędzie i dość nagle. Moja przyjaciółka zobaczyła go z okna i zaraz zaklęła, bo nie wiedziała, że kapłan odwiedza domy, a przecież trzeba śmieci wynieść, obrus wyprasować i przypomnieć sobie, gdzie jest lichtarz na świeczkę. Wybiegła jednak i zaindagowała duchownego, kiedy zajrzy do jej domu, a ten, że nic z tego, bo on chodzi „na zapisy”. Chętnych do przyjęcia kolędy przyjmowano w zakrystii po Mszach Świętych w poprzednią niedzielę, ale proboszcz z Internetem jest mało oswojony i nie raczył wrzucić tej informacji na stronę parafii. Stąd zaszczytu wizyty księdza po kolędzie dostąpić mogli jedynie zapisani w zakrystii.
Wspomniana przyjaciółka wraz z mężem i sąsiadami otoczyli kolędownika i szczerze zapraszali, żeby Boże błogosławieństwo przyniósł i do nich, nie zapisanych w zakrystii. Niemal wszyscy mieszkańcy tegoż osiedla, to wzorowi katolicy, ale na Msze niedzielne jadą w inne miejsca, tam gdzie mają w pobliżu groby bliskich albo gdzie po liturgii odwiedzą rodziców albo gdzie kazania są krótsze i ciekawsze. System agrarny, obowiązujący nadal w funkcjonowaniu parafii, coś na podobieństwo parceli w ogródkach działkowych, przeszedł do lamusa, ale nie wszyscy o tym wiedzą.
Wreszcie kolędujący ksiądz obiecał, że wróci i zajrzy do katolików zapraszających go pod swoje dachy. Nie wrócił i nie zajrzał, niestety gwizdy, moje także. No ale przecież wierni mają Internety, ci z osiedla po Lublinem także, znaleźli formułę błogosławieństwa i sami wodą święconą okrasili domy i podwórza, gdzie trzeba K + M + B wypisali, brawo!
Kolędujący wikariusz – naskarżę dziś na niego do proboszcza – nie przyniósł do kancelarii zawartości kolędowych kopert, a byłoby co! Na tym osiedlu mniej niż stówkę nikt nie daje.
Zganiłem też moją przyjaciółkę, delikatnie, bo wszak pani doktor nie chodzi na ryby. Dobry wędkarz wie, że sukces zapewnia sowita przynęta! I poradziłem, żeby następnym razem wymachiwała przy spotkaniu kolędującego wachlarzem banknotów.
Akurat w tej parafii każdy grosz się przyda, bo robią dobre rzeczy, remontują historyczny kościół, a proboszcz pomaga najbiedniejszym rodzinom, brawo!
I na koniec moje kolędowanie, staję przy śmietnikach, w altankach na ogródkach działkowych, przy walących się ruinach, w obrzędach kolędy czytam: „Boże, błogosław ten dom …”. Wymiękam, nie ma to sensu. Rozdaję z wolontariuszami rozdajemy konserwy, papierosy, witaminę C i suche skarpetki. I myślę, jak to – nie ma Boga? A Ten, co daje mi czterdzieści jeden groszy na Tatarskiej w Lublinie, bez koperty?


