Pani Genowefa mieszka jakieś trzydzieści kilometrów od Lublina. Na wsi, z której wyjechali wszyscy zdolni do pracy. Jedni zagranicę, inni jako „słoiki” do Warszawy, Wrocławia i Poznania. Starszy syn zarabia na lepszą przyszłość pod Dublinem, młodszy pod Krakowem, mają tam mieszkania i dzieci przy sobie. Ten spod Krakowa przyjeżdża do matki raz w roku, w lecie. Emigrant zwykle co dwa lata. A pani Genowefa jest już po 80-tce, owdowiała prawie 30 lat temu.
Do najbliższych sąsiadów, samotnego małżeństwa, jest trzysta metrów. Oni mają telefon komórkowy, na który dzwonią od czasu do czasu irlandzkie i krakowskie dzieci czy wnuki. Co będzie, jak pani Genowefa nagle zasłabnie? Dalsza rodzina jest faktycznie dalsza albo nawet bardzo daleka, nie zagląda na wieś. Sąsiedzi mają swoje dzieci i wnuki, do p. Gieni nie zachodzą, ma przecież swoje dzieci i wnuki.
Szczęściem w zagrodzie u p. Gieni zgodnie mieszkają trzy koty i jeden pies. Koty mają swoje sprawy, ale pies może zaszczekać. No nie po to, aby sprowadzić pogotowie. Ale z głodu. I wtedy ktoś może w porę odnajdzie świętej pamięci panią Gienię i godnie pochowa.


