JAK UDAWAŁEM MNICHA KOPTYJSKIEGIO czyli o długiej miłości do Jana Pawła II

Zorientowałem się, że ostatnie 45 lat mojego życia upłynęło w różnych konfiguracjach w związku z Janem Pawłem II. Pierwsze, nieświadome spotkanie odbyło się w sierpniu 1975 r. w Kołobrzegu. Obchodzono tam wówczas 975-lecie utworzenia biskupstwa. Licznemu gronu biskupów przewodniczył na Mszy Świętej kard. Karol Wojtyła, kazanie wygłosił Prymas Wyszyński. Mnie w czasie tej uroczystości przypadł – dzięki księdzu Antoniemu Zielińskiemu – obowiązek przeczytania jednego z czytań liturgicznych. Ponieważ byłem już po mutacji głosu, nadawałem się na lektora. Z tego co pamiętam swoją rolę odczytałem za szybko.

Potem, 16 października 1978  r. wisiałem na dzwonie w Lipiu ogłaszając wybór polskiego Papieża (o wspólnocie w Lipiu proszę sobie poczytać w Internecie). W czerwcu następnego roku, wyrwałem się ze śpiworem – mimo sprzeciwu rodziny (bo przecież były sianokosy!) – i objechałem za Janem Pawłem II kilka miast, przezeń odwiedzanych. Dzięki przyjaciołom z Gniezna i Krakowa, miałem dobre miejsca na spotkaniach. A dzięki sprytowi w Częstochowie siedziałem bardzo blisko Papieża, na Wałach Jasnej Góry. Rano, chyba po 6:00, na Wały wyszedł korpulentny paulin i ryknął do nas śpiących na trawie: „Macie tu 100 biletów, kto złapie wchodzi na Wały”. Jasne, że złapałem sfruwające z wysoka bilety, nawet chyba cztery.

Miesiąc potem zdawałem już egzaminy na KUL w Lublinie. I zaraz zetknąłem się z charakterystyczną podówczas lubelską rezerwą wobec Wojtyły. No bo oni (Krąpiec, Kamiński, s. Zdybicka) zajmowali się Arystotelesem i św. Tomaszem z Akwinu, a ten doktor z Krakowa epatował jakimiś nowalijkami w stylu M. Schelera. Potem było jeszcze spotkanie w Częstochowie na przełożonym (z powodu stanu wojennego) Jubileusz 600 –lecia Jasnej Góry (1983).

Dwa kolejne spotkania, osobiste już, to pielgrzymki z osobami niepełnosprawnymi i upośledzonymi do Rzymu (niezapomniane osiągnięcia ks. Janusz Rzeźnika, wówczas kapelana przy PSK 1 na ul. Staszica). A dalej to już liczne Światowe Dni Młodzieży z mniejszymi i większymi grupami lubelskiej młodzieży. Najbardziej zabawne było spotkanie w Loreto (1995), bo wdarłem się – jestem sprytny – wraz z ks. Mirkiem Zającem (którego nawet nazwisko predysponuje do płochliwości) do ścisłego grona w koncelebrze, jakieś 20 metrów od Papieża. Mianowicie mieliśmy zawinięte głowy ręcznikami przed słońcem i tak paradując w albach szliśmy w stronę ołtarza. Wyglądaliśmy pewnie dość oryginalnie, bo pierwszy napotkany Włoch z ochrony, zapytał – Koptowie? Melchici? Ja do Mirka – „Mów, że tak, bo nas wygonią!” Pokiwaliśmy głowami i skierowano nas do stall z obrządkami wschodnimi, bardzo blisko Ojca Świętego. Na wszelki wypadek, aby uniknąć kłopotów żegnaliśmy się po wschodniemu. Wtedy też jedyny raz przy spotkaniu z Papieżem zakląłem, ale nie ostro. W pewnym momencie Jan Paweł II potknął się i lekko obsunął w stronę kard. Dziwisza. I co? Połowa kardynałów, metropolitów, patriarchów czym prędzej wyciągnęła spod ornatów aparaty fotograficzne i zaczęła papieskie potknięcie uwieczniać! A my, polscy księżulkowie, pobożni, w rękach mieliśmy tylko różańce! (inna sprawa, że na dobre aparaty nie było nas stać). „Patrz Mirek, mówiłem do kolegi, zamiast się modlić, to błyskają tymi swoimi kodakami! Phi, hierarchia!”

Pomijając wszystkie następne ŚDM-y, wspomnę jeszcze ostatnie spotkanie w wersji na żywo. Błonia w Krakowie, 18 sierpnia 2002 i testament Jana Pawła II, który noszę do dziś w sercu:

„Trzeba spojrzenia miłości, aby dostrzec obok siebie brata, który wraz z utratą pracy, dachu nad głową, możliwości godnego utrzymania rodziny, wykształcenia dzieci doznaje poczucia opuszczenia, zagubienia i beznadziei. Potrzeba «wyobraźni miłosierdzia», aby przyjść z pomocą dziecku zaniedbanemu duchowo i materialnie; aby nie odwracać się od chłopca czy dziewczyny, którzy zagubili się w świecie różnorakich uzależnień lub przestępstwa; aby nieść radę, pocieszenie, duchowe i moralne wsparcie tym, którzy podejmują wewnętrzną walkę ze złem. Potrzeba tej wyobraźni miłosierdzia wszędzie tam, gdzie ludzie w potrzebie wołają do Ojca miłosierdzia: «Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj». Oby dzięki bratniej miłości tego chleba nikomu nie brakowało! «Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią» (Mt 5, 7).”

Tej wyobraźni sobie i wam życzę w obfitości. No i sprytu!

Zdjęcie  – kwiecień 2005, marsze po odejściu JP II, ruszające spod k-ła Świętego Ducha (ja w tej ładnej żółtej chustce).

Itinerarium

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.