Poniedziałek 3 września 2018
Obecnie pojawia się coraz więcej analiz mówiących o nadciągających wielkich zmianach, niektóre z nich brzmią katastroficznie, wieszcząc wojnę światową, niepodobną do znanych nam z przeszłości. Coś wisi w powietrzu – mówi się już mniej uczenie. I pewnie w końcu spadnie.
Święty Grzegorz Magnus (Wielki), dzisiejszy patron żył w podobnych czasach. Najpierw jako świecki namiestnik cesarski (gubernator) w Rzymie, rządzonym wówczas, w VI i VII w. z Konstantynopola, a potem jako papież, musiał zmierzyć się z serią najazdów zbrojnych. A napadali na Rzym na przemian Goci i Ostrogoci, Bizantyjczycy, toczyły się wojny z Longobardami, zamieszki wywoływali Wandalowie i Wizygoci. Prowincję nawiedziła katastrofalna dżuma, dziesiątkując mieszkańców Rzymu. Zdemoralizowane duchowieństwo odmawiało posłuszeństwa i współpracy. Dawne cesarstwo stykało się z nowymi, zwanymi barbarzyńskimi, cywilizacjami – germańską, celtycką i słowiańską. W istotnym znaczeniu nadciągał „koniec świata”.
Po pontyfikacie Grzegorza pozostał nam wspaniały chorał w liturgii, msze gregoriańskie odprawiane za zmarłych, schrystianizowana Anglia, uratowana od wojny domowej Hiszpania i wyraźny zwrot ku porzuceniu niewolnictwa.
Co pozwoliło Grzegorzowi przeprowadzić cywilizację i chrześcijaństwo przez tamten „koniec świata”? On sam postawił na modlitwę i ciszę, co było źródłem wewnętrznej mocy i światła przy podejmowaniu ważnych decyzji. Drugą drogą była gotowość do słuchania i wysłuchiwania innych, stąd na Wschodzie nadano mu imię „Dialogos”. Trzecia (choć nie ostatnia), to zaufanie Zmartwychwstałemu Chrystusowi, który jest Panem dziejów.
Co robić w obliczu końca świata? Modlic się, szukać ciszy, rozmawiać z innymi i jak najmocniej ufać Chrystusowi. Przynajmniej taką lekcję otrzymujemy na dzisiaj od św. Grzegorza Wielkiego.

